SisterJudeMars:Thanks again for your comment :) I'm really glad that you're enjoying this story.


Rozdział dziewiąty: Anne czy Charlotte?


Minęło kilka dni, które dłużyły się Elyon niemiłosiernie.

Ciała Meksykanki nikt nie znalazł – zdziwiło ją to i zaniepokoiło trochę, z racji że według relacji Grace ona i Kit trafili na nią na terenie Briarcliff. Jasnym było dla niej, że za jej śmiercią musiał zatem stać jakiś członek personelu szpitala. Pozostawało jednak pytanie, kto to dokładnie był.

Daję sobie rękę uciąć, że to była osoba opętana przez upadłego. – pomyślała, siedząc razem z Grace i Kitem w sali rozrywek. Spędzała te dni na ślęczeniu tutaj i dokładniejszym obserwowaniu wszystkich, zakonnic i pielęgniarzy w szczególności. Nikt jednak w dalszym ciągu nie wydał jej się podejrzany. I irytowało ją to niezmiernie.

Nie wytrzymam tego dłużej. – stwierdziła w końcu, wstając z impetem z fotela. Grace i Kit drgnęli instynktownie, wystraszeni i zdezorientowani jej nagłą reakcją. – Muszę się z nim rozmówić. Teraz. Muszę w końcu tę kobietę poznać. To ona może być upadłym. Im dłużej zwlekam, tym więcej osób wystawiam na śmiertelne zagrożenie.

- Gdzie idziesz? – spytała się jej Grace, gdy Elyon skierowała się w stronę wyjścia z pomieszczenia.

- Porozmawiać z kimś o czymś bardzo ważnym. – odpowiedziała jej zdawkowo. Udała się następnie długimi korytarzami w stronę gabinetu monsiniora, licząc na to, że go tam zastanie.

Dwa dni temu zyskała wreszcie własny pokój i mogła wynieść się z jego kwater. Odetchnęła mimowolnie z ulgą, ale to również oznaczało, że widywała go teraz o wiele rzadziej. Utrudniało jej to wykonanie jej misji, z racji że mężczyzna wyraźnie nie chciał bezpośrednio przyprowadzić do niej siostry Mary Eunice.

Miała jednak szczęście. Gdy w końcu skręciła w ostatni korytarz prowadzący bezpośrednio do jego gabinetu, zobaczyła go stojącego u szczytu schodów. Od razu przyspieszyła kroku, aby móc znaleźć się przy nim jak najszybciej i dopilnować, aby ten nigdzie jej nie uciekł, zanim sensownie się z nim nie rozmówi.

- Hej. – zaczepiła go, przystając jednocześnie przy nim. Timothy drgnął nieznacznie, nie spodziewając się zobaczyć tu jej. – Kiedy w końcu będę mogła spotkać się z tą zakonnicą?

- Siostra Mary Eunice jeszcze cały czas dochodzi do siebie. – odpowiedział jej z wahaniem. – Wróciła już do pracy, ale nie spędza na niej zbyt dużo czasu.

- Jest jedyną osobą, jakiej jeszcze nie sprawdziłam. – zwróciła mu uwagę, nawet przez moment nie wierząc w jego zapewnienia. – Chwilami zastanawiam się, czy ty aby na poważnie traktujesz tę sprawę.

W końcu coś go ruszyło. Mężczyzna po jej słowach spojrzał się na nią ze zdumieniem i niedowierzaniem, zanim szybko nie przystąpił do obrony własnej osoby.

- Stoję po stronie Boga. – obruszył się. – Nigdy nie stanąłbym po stronie diabła.

Elyon uśmiechnęła się słabo na jego słowa.

- Wierzę ci. – odparła. – Muszę jednak tę kobietę w końcu spotkać. Im szybciej zajmę się tym upadłym, tym lepiej. Poza tym…

Nagle wyczuła jakąś ciekawą aurę. Nie była ona w żaden sposób nadnaturalna, ale coś w niej przyciągnęło ją do jej właściciela niemalże natychmiast. Instynktownie obróciła się w stronę barierki i wyjrzała przez nią, szukając źródła tej interesującej aury. Znalazła ją bardzo szybko.

- Kto to jest? – spytała się Timothy'ego, wskazując na kobietę stojącą niedaleko siostry Jude. Ubrana była w prostą, ale elegancką garsonkę w brązowym kolorze. Cerę miała oliwkową, delikatnie opaloną, włosy czarne i ścięte równo tuż przy ramionach, a oczy miała duże i ciemne. Na oko miała około trzydzieści pięć, góra trzydzieści osiem lat.

- Kolejna pacjentka. – odpowiedział jej, sam wyglądając przez barierkę, aby zobaczyć, co ją tak zaciekawiło. – Znasz ją? – Elyon tylko pokręciła na to pytanie przecząco głową.

- Jak możesz, to dowiedz się o niej czegoś. – poprosiła go. – Ma ciekawą aurę.

- Nie jest człowiekiem? – Po tym pytaniu Elyon zaśmiała się cicho i pokręciła z rozbawieniem głową.

- Nie, na pewno jest człowiekiem. Nie ma ku temu żadnych wątpliwości. – zapewniła go. – Po prostu ma wokół siebie ciekawą aurę. To tyle.

- U wielu ludzi takie ciekawe aury wyczuwasz? – zapytał się, szczerze ciekawy odpowiedzi.

- U niektórych. – przyznała otwarcie. – Twoja aura, na przykład, również jest bardzo interesująca.

Timothy nie wiedział, jak na te słowa zareagować. Uśmiechnął się nerwowo, niepewny tego, co te słowa dokładnie oznaczają, i co czyni go w oczach tej dziewczyny takim ciekawym.

- Nie chciałaś aby przypadkiem, żebym przyprowadził ci w końcu siostrę Mary Eunice? – spytał się jej w końcu, decydując się zignorować ten temat, nie wiedząc, jak to dalej poprowadzić. – Na pewno chcesz, żebym skupił się na innej, pomniejszej sprawie?

- Ile może ci zająć sprawdzenie, kto to jest? – odpowiedziała mu pytaniem na pytanie. – Hej, zaczekaj. – zatrzymała go, gdy ten już miał udać się na niższe piętro, do siostry Jude i owej nowej pacjentki. – Wiem, co stało się z Meksykanką.

Tym jednym zdaniem skutecznie go zatrzymała. Zastygł w miejscu i spojrzał się na nią z dezorientacją i zdumieniem, dając jej jasną odpowiedź na temat tego, czy w ogóle coś o tej sprawie wiedział.

Nie ma z tym nic wspólnego. – pomyślała, lustrując go uważnym, badawczym spojrzeniem. – Gdyby coś wiedział, kompletnie inaczej by na to zareagował.

- Co? – zdołał się jej po chwili spytać. – Co o niej wiesz?

- Nie żyje. – odparła bez cienia wahania. – I zakładam, że zabił ją ten upadły. W przeciwnym razie już znaleźlibyście jej ciało.

- Skąd o tym wiesz? – dociekał dalej mężczyzna.

- Tego nie mogę ci zdradzić. – Elyon nie zamierzała wydawać swoich przyjaciół. Gdyby powiedziała mu, skąd się o tym dowiedziała i w jaki sposób owe osoby trafiły na to wszystko, zwaliłaby na nich ogrom problemów. Nie chciała im tego robić. Nie zasłużyli na to. – Prosiłabym cię tylko o to, abyś spróbował odszukać Shelley. Ona też zaginęła bez śladu, ale jej ciała nikt nie odnalazł. Mam nadzieję, że nie straciła ona życia tamtej nocy… ale wolę nie być w tej kwestii zbyt optymistyczna. – dodała z wahaniem zaraz potem. – Jeśli trafiła na upadłego w tamtym momencie… on na pewno nie dałby jej przeżyć.

- Zrobię, co tylko będę mógł. – obiecał jej. Wraz z tymi słowami odszedł, zostawiając ją samą.

Jakiś czas potem Elyon błąkała się po korytarzach Briarcliff, licząc na to, że zdoła jakimś cudem sama trafić na tę nieszczęsną siostrę Mary Eunice. Nic takiego jednak się nie stało.

Jeśli upadły jest w niej, to na pewno wie o tym, żeby mnie unikać. – pomyślała, mijając trzy młode zakonnice, które na jej widok zerknęły przelotem na nią, zanim nieznacznie nie przyspieszyły kroku. Jej osoba dalej fascynowała i dziwiła wszystkich. Nikt nie rozumiał, czemu zwykła pacjentka z potencjalną schizofrenią stała się nagle specjalnym gościem monsiniora. Nie kwestionowali otwarcie tego, oczywiście, ale nikt też nie był w stanie tego logicznie ogarnąć. – Muszę zatem czekać na decyzję monsiniora. Tylko on mi został. Tylko on ją może do mnie przywołać. Muszę pozostać cierpliwa.

Nawet nie zorientowała się, kiedy trafiła z powrotem do sali rozrywek. Grace już tutaj nie było – jej stałe miejsce pozostawało puste. Był tu zatem ktoś inny.

Lana Winters pierwsza dostrzegła Elyon, gdy ta tylko weszła do pomieszczenia. Siedziała akurat niedaleko nowej pacjentki, która też dopiero co niedawno została tu przyprowadzona, i siedziała teraz w milczeniu, obserwując wszystkich dookoła z pewną dozą strachu i dezorientacji. W momencie, gdy Elyon w końcu się na nią spojrzała, ta wstała pierwsza i ruszyła w jej stronę, wiedząc już, jaka rozmowa ich czeka.

- Przepraszam. – powiedziała od razu, zanim dziewczyna zdołała się odezwać. – Przepraszam, że powiedziałam o tym wszystkim Thredsonowi. Nie wiedziałam, że użyje on tego przeciw tobie.

- Skąd o tym wiesz? – zdziwiła się Elyon. – On ci sam o tym powiedział? – Po tym pytaniu Lana przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy.

- Chwalił się, że jest pierwszym, któremu udało się wyprowadzić cię z równowagi, od kiedy tu trafiłaś. – dodała zaraz potem. – Nie wyglądał jednak na kompletnie zadowolonego z tego, co zaszło. Nie wiem czemu, ale… czegoś się chyba bał.

Po jej słowach Elyon uśmiechnęła się ponuro na tamto wspomnienie.

- Pewnie wciąż zdaje sobie sprawę z tego, jak bliski był skończenia z urwanym łbem. – mruknęła. Lana spojrzała się na nią zdziwiona, ale nie skomentowała tego w żaden sposób. – Ty też nie widziałaś Shelley? – Kobieta tylko pokręciła przecząco głową. – Tak się obawiałam.

Zapadła pomiędzy nimi dość długa chwila ciszy, w trakcie której Elyon nad czymś się intensywnie zamyśliła, a Lana zastanawiała się, co jeszcze może powiedzieć dziewczynie, aby to wszystko naprawić. Wciąż czuła się źle z tym, co zrobiła.

- Naprawdę mi przykro. – odezwała się w końcu, wyrywając tym swoją znajomą z zamyślenia i sprawiając, że ta spojrzała się na nią. – Ten człowiek… on tak mnie wtedy denerwował. Ciągle mówił, że homoseksualizm to choroba. Że jest zły i że jest w stanie go wyleczyć. Wściekłam się i w nerwach powiedziałam mu o twoich ojcach… i o twojej własnej orientacji.

- Nie musisz za nic mnie przepraszać, naprawdę. – Elyon uśmiechnęła się do niej łagodnie, po czym położyła dłoń na jej ramieniu. Niezmiernie zaskoczyła kobietę swoją opanowaną, pozytywną reakcją na to wszystko. – W pełni cię rozumiem. Też walczę jak lwica o to, żeby takich jak my traktowano z szacunkiem. To nie jest łatwa walka.

- Nie, nie jest. – przyznała Lana, wzdychając przy tym ciężko. – Ludzie wciąż są tacy zacofani.

- I tacy pozostaną. – stwierdziła z goryczą Elyon. – Czasy się zmienią, stopień tolerancji się zmieni, ale ci i tak znajdą coś innego, czego się będą czepiać. Tak było, jest i będzie, aż do samego końca dni tego świata.

- Do najpozytywniejszych osób to ty nie należysz, co? – zażartowała kobieta, wymuszając na sobie słaby uśmiech. W odpowiedzi młoda brunetka parsknęła cichym śmiechem i pokręciła zaraz potem głową z rozbawieniem.

- Po prostu jestem realistką. – odpowiedziała jej. – Widzę, co się na tym świecie dzieje. Czytam książki o przeszłości i wiem, jak ludzie się wtedy zachowywali. Tysiące lat rozwoju kultury, technologii i społeczeństwa, a ci dalej zachowują się w stosunku do tych, co do nich nie pasują, jak jaskiniowcy z maczugami. Nie wyglądasz tak jak my, nie zachowujesz się tak jak my, nie lubisz tego samego co my? No to pałą w łeb i do piachu, dziwaku.

Tym razem Lana roześmiała się otwarcie z jej słów. Elyon ujęła ich rozterki w takich słowach, że nie mogła się nie roześmiać. W pełni podzielała jej opinię. Śmiech był dla niej w tej chwili jedyną ucieczką od ponurej rzeczywistości, z jaką musiały mierzyć się na porządku dziennym.

- Oho, doktorek groza przybył. – Głos dziewczyny wyrwał Lanę z zamyślenia. Obróciła się w stronę, w którą teraz patrzyła się jej rozmówczyni, i zobaczyła doktora Ardena, który właśnie wszedł do sali z dwójką pielęgniarzy.

Elyon nigdy go jeszcze nie poznała oficjalnie. Widziała go tylko przelotem kilka razy, jak ten mijał ją w pośpiechu na korytarzu. Wiedziała, że na pewno nie ma on w sobie upadłego. Mimo to jego osoba zainteresowała ją do pewnego stopnia. Aura, jaką wokół siebie roztaczał, nie była może tak silna jak ta, którą posiadał monsinior Howard czy owa nowa pacjentka, ale była z całą pewnością o wiele mroczniejsza. Ten mężczyzna nie był dobrym człowiekiem. Czuć to było od niego na odległość.

Nie tylko ona zwróciła na niego uwagę. Nowoprzybyła obróciła się w jego stronę i spojrzała się na niego z taką furią i wściekłością, że nawet Elyon poczuła na sobie te emocje, tak silne one teraz były. Zanim zdołała cokolwiek na ten temat pomyśleć, kobieta wstała z impetem, po czym ruszyła w stronę Ardena.

- Ty potworze! – wykrzyknęła zaraz potem, nie przestając iść w jego stronę. Dwóch pielęgniarzy, jacy byli z doktorem, od razu zareagowali. Zatrzymali ją w połowie drogi i złapali, trzymając ją mocno w miejscu. – Byłeś tam, potworze! Byłeś w Auschwitz. Nazistowska świnia! – Te ostatnie dwa słowa wykrzyknęła po niemiecku.

Pielęgniarze zaczęli ją odciągać jak najdalej od zdezorientowanego, nieco wystraszonego Ardena. Elyon zerknęła na niego przelotnie i uśmiechnęła się pod nosem, widząc jego reakcję. Ta kobieta z całą pewnością napędziła mu niezłego stracha.

Ciekawe, czego on się boi. – pomyślała. – Co ten doktorek ma do ukrycia?

- Pamiętasz mnie, gnido? – krzyknęła kobieta, gdy już prawie znajdowała się za drzwiami. Zaparła się obiema nogami, tak aby jak najdłużej pozostać w jednym miejscu, zanim nie rzuciła Ardenowi wściekłego spojrzenia i uśmiechnęła się z mściwym zadowoleniem pod nosem. – To ja, Anne Frank!

No tego się nie spodziewałam. Elyon odwróciła się w stronę Lany i spojrzała się na nią ze zdumieniem, niemalże w tym samym czasie, w którym i ona zrobiła to samo. Przyglądały się następnie w milczeniu, jak kobieta zostaje zabrana z sali.

- Anne Frank? – Lana zdołała wydukać, gdy wstępny szok jej minął.

Elyon uśmiechnęła się pod nosem, po czym obróciła spojrzenie w stronę Ardena. Mężczyzna wpatrywał się jeszcze przez jakiś czas w drzwi, za którymi zniknęła „Anne", zanim nie wyrwał się z tego stanu i obrócił się na pięcie, po czym wyszedł szybko przeciwnymi drzwiami, tymi samymi, przez które przed chwilą sam tu wszedł.

- To miejsce z dnia na dzień staje się coraz ciekawsze.

~0~

Wieczór nadszedł szybko i Elyon wróciła do swojego pokoju. Siedziała właśnie na pojedynczym, prostym łóżku i czytała jedną z kilku książek, jakie tu się znajdowały. Większość z nich już kiedyś czytała, ale teraz, z dala od znajomych kątów, nawet książki, które przeczytała już wcześniej po dziesięć lub więcej razy, były lepszą alternatywą spędzenia wolnego czasu niż wpatrywanie się w ciemność za oknem.

Skończyła właśnie czytać następny rozdział i zaczęła kolejny, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi.

- Drzwi są otwarte. – powiedziała, wiedząc już bardzo dobrze, kto przyszedł ją odwiedzić.

Timothy wszedł do środka zaraz potem. Zamknął za sobą drzwi, po czym bez słowa usiadł na krześle stojącym przy niedużym, prostokątnym biurku, jakie stało tuż obok łóżka dziewczyny.

- Nic podejrzanego się dzisiaj nie wydarzyło. – zaczął, unikając jednocześnie jej spojrzenia, gdy ta odłożyła książkę i zwróciła całą swoją uwagę na jego osobę, siadając przy tym po turecku na cienkim materacu. – Jesteś pewna, że ten upadły dalej tu jest? Może już stąd odszedł. Może opętał Shelley i to dzięki niej uciekł stąd.

- Dalej tu jest. – zapewniła go od razu, nawet przez moment nie kupując jego wahania. – Ezra tu przybył. Gdyby upadłego tu nie było, wtedy Ezra nie dałby się stać pacjentem tego miejsca. Przyjechał tu, żeby pomóc temu upadłemu. Też wyczuwa tu jego obecność, tak jak ja. I nieprawdą jest, że nic interesującego się tu dziś nie wydarzyło. – dodała zaraz potem, uśmiechając się przy tym kątem ust. Timothy podniósł w końcu wzrok i spojrzał się na nią z dezorientacją, nie domyślając się, co ta chce teraz powiedzieć. – Macie tu Anne Frank.

W odpowiedzi monsinior prychnął z irytacją, a cień zdenerwowania przemknął przez jego z reguły spokojną, łagodną twarz.

- Zwykłe kłamstwa i złudzenia chorej kobiety. – odpowiedział po chwili. – Przekonała tymi głupotami nawet siostrę Jude, która początkowo w to nie wierzyła. Teraz i ona powtarza, że Arden to „Hans Gruper".

- Siostra Jude nie wydaje się być osobą łatwowierną. – zauważyła Elyon. – Coś jeszcze musiało się stać, że w to uwierzyła. – Gdy ten ponownie odwrócił wzrok, ta już wiedziała, że coś jeszcze zaszło tego dnia, o czym nie wiedziała. I niemalże od razu domyśliła się, co to mogło być. – Ktoś jeszcze się tu zjawił. – powiedziała, uśmiechając się przy tym nieznacznie. – Ktoś, to potwierdził potencjalną historię tej kobiety.

- Tak. – Timothy przyznał niechętnie. Wiedział, że przed tą dziewczyną nic nie zdoła ukryć. Nie wiedział, czy to te jej głosy wszystko jej mówiły, czy też ona sama była tak sprytna i spostrzegawcza. W każdym bądź razie nic nie dało się przed nią zataić. – Przyszli tutaj dzisiaj dwaj śledczy, którzy znaleźli w mieszkaniu doktora Ardena nazistowskie memorabilia. Są przekonani, że to zamyka całą sprawę i chcą wszcząć śledztwo w jego sprawie.

- A ty w to nie wierzysz? – zdziwiła się Elyon. – Wielu oficerów nazistowskich uciekło z obozów koncentracyjnych, zanim alianci się w nich zjawili. Arden może być jednym z nich.

- To tylko wymysły dwóch kobiet. – mężczyzna nie dawał się przekonać. Zirytował się znów niezmiernie, podpowiadając tym dziewczynie, że coś jeszcze kryło się za tą jego złością odnośnie tego jednego tematu. – Siostrze Jude nie sposób jest teraz w cokolwiek uwierzyć, szczególnie w tej sprawie. Od lat ona i doktor Arden wojują ze sobą. Nie znoszą się. I na domiar tego znów zaczęła pić. – dodał po chwili. – Taka kombinacja nie czyni człowieka wiarygodnym ani godnym zaufania.

Kłamie jak z nut. – pomyślała w tej chwili Elyon, przyglądając mu się z zaciekawieniem. On sam nie wierzył w to, co mówi. – Coś ukrywa.

Zawsze możesz wymusić prawdę z niego. – zasugerował jej jeden z głosów, wykorzystując tę sytuację, aby móc się odezwać. – Niech w końcu uzmysłowi sobie, z kim ma do czynienia.

I mam wystraszyć kolejną osobę? – odcięła się momentalnie głosowi. – Nie po to tu przybyłam. Nie chcę, żeby się mnie tylko bali. Nie chcę wywoływać u ludzi takich reakcji na swój widok.

To już twoja decyzja, co z tym zrobisz. – Głos zaczął powoli zanikać, zdając sobie sprawę z tego, że nic z tej rozmowy nie będzie i że do niczego jej nie przekona. – Pamiętaj o swojej misji. Ona musi pozostać na pierwszym miejscu. Nic nie może być od niej ważniejsze.

Gdy głos w końcu zniknął, Elyon mimowolnie odetchnęła z ulgą.

Niedługo to się skończy. – powiedziała samej sobie, aby się szybciej uspokoić. – Niedługo te głosy znikną. Muszę tylko odnaleźć upadłego. Wtedy to wszystko się wreszcie skończy.

- Widziałeś już mój egzorcyzm. Widziałeś działania upadłego. Razem ze mną go ścigasz. Doświadczyłeś też bliskiego spotkania z opętanym przez innego upadłego kosmitą. – Elyon uśmiechnęła się po tych słowach łagodnie do kapłana, gdy ten spojrzał się na nią z wahaniem. – Widziałeś już dostatecznie wiele, aby uwierzyć w to, że niemożliwe w tym miejscu staje się możliwym.

W odpowiedzi Timothy tylko pokiwał głową, w pełni świadom tego, że ta miała rację.

Chwilę potem Elyon wstała i wzięła do ręki książkę, którą wcześniej czytała, po czym podeszła do niskiego regaliku, na którym znajdowały się pozostałe powieści, jakie otrzymała. Przykucnęła następnie na moment i odłożyła ją na najwyższą półkę.

- Wiesz, że mogłabyś stąd teraz odejść, prawda?

Pytanie Timothy'ego sprawiło, że ta zastygła na moment, zanim nie wstała i obróciła się powoli w jego stronę. W końcu patrzył się prosto na nią. W jego spojrzeniu dostrzegła cały wachlarz emocji.

A temu co jest? – spytała się, poniekąd samej siebie, a poniekąd głosów, jakie rezydowały w jej głowie. – Czym się tak przejął? Czym się tak martwi? Dlaczego się na mnie patrzy w taki sposób?

Odpowiedziała jej tylko cisza.

Świetnie. – Elyon z trudem powstrzymała się od grymasu złości i irytacji. – Teraz, kiedy chcę z wami porozmawiać, milczycie. Dzięki. Dzięki wam za nic.

- Wiem. – odpowiedziała w końcu.

- Dlaczego więc wciąż tu jesteś? – zapytał się jej, wciąż patrząc się jej prosto w oczy. Ta nagła zmiana w jego zachowaniu szczerze ją zaskoczyła, jak i również nieco zdezorientowała. Po raz pierwszy od momentu, gdy się spotkali, podejmował on aktywne działanie, a nie tylko biernie na wszystko reagował. – Mogłabyś po prostu stąd odejść. Ktoś inny może zająć się tym upadłym. Ty nie musisz być tą osobą.

- Muszę być. – odparła, robiąc krok w jego stronę. – To jest moja misja. Mogłabym stąd odejść i to porzucić, to prawda… ale kim bym wtedy była? – spytała się go następnie. – Tchórzem. Tym bym właśnie była. Nie jestem taka. Nie jestem i nigdy nie byłam. Powierzono mi misję do wypełnienia, i tę misję zamierzam wypełnić, bez względu na wszystko.

- Czy aby

Zapadła pomiędzy nimi cisza, w trakcie której wpatrywali się tylko w siebie nawzajem. Elyon bez trudu mogła wyczuć napięcie między nimi. Coś się w jego zachowaniu zmieniło, i to mocno.

Czy on… jest mną zainteresowany? – uzmysłowiła sobie w końcu. – On? Jak… jakim cudem?

W końcu się domyśliłaś.

Elyon z niewyobrażalnym tonem zmusiła się do zachowania kamiennej twarzy. Chciała teraz niezmiernie mocno wykrzyczeć na głos wszelkie znane jej obelgi.

Teraz wracacie?! – rzuciła głosom, przygryzając jednocześnie dolną wargę, aby powstrzymać się od grymasu zdenerwowania. – Serio?

Hej, to nie nasza wina, że coraz rzadziej nas potrzebujesz. – odpowiedział jej jeden z nich. – A już na pewno nie w takich sytuacjach.

Nie skomentowała tego – nie czuła się na siłach, żeby to zrobić. Obróciła swoją uwagę z powrotem na Timothy'ego, ignorując wyczuwalną obecność dwóch niewidzialnych towarzyszy w swojej głowie, którzy teraz w milczeniu to wszystko obserwowali. Już otwierała usta, aby się odezwać pierwsza, gdy nagle rozległ się głośny wystrzał z broni.

Obydwoje zastygli, zszokowani i zdezorientowani.

- Czy to było…? – zaczęła z wahaniem Elyon, wskazując powoli w stronę drzwi. Zanim jednak skończyła swoje pytanie, rozległ się kolejny wystrzał.

Tak, to na pewno było to. – pomyślała zaraz potem. – Ktoś do kogoś strzela.

Wystarczyło im jedno spojrzenie na siebie nawzajem. Zaraz potem oboje ruszyli w tym samym czasie ku drzwiom, po czym skierowali się szybko w stronę hałasów, kierowani tą samą myślą.

Że zdążą na czas. Timothy liczył jednak na to, że osoba, do której strzelono, wciąż żyje i że da się ją uratować.

Elyon z kolei liczyła na to, że zdołają złapać tego, kto był tym, który był napastnikiem.