3. Kto wiatr sieje...

Snape siedział na przeciwko chłopaka, który już od pierwszych dni w szkole przyprawiał go o ból głowy. Nie chodziło tu bynajmniej o zwykłe problemy jakie sprawiali uczniowie. Ten Macintosh w swojej ciemnocie i impertynencji zmieszał z błotem sztukę warzenia mikstur. Przyrównał je do gotowania według przepisu, jakby to było pieczenie babcinych ciasteczek. Severus westchnął ciężko i podparł głowę ręką.

"Powiedz mi to raz jeszcze." zażądał przerywając ciężką ciszę w swoim gabinecie.

"Mi wystarczy…" zawahał się Matt, po czym dodał" ...przynajmniej na razie wiedza i umiejętności jak i z czego porządzić ważniejsze mikstury. Resztę jak się potrafi rozpoznać co się potrzebuje to wystarczy przecież znaleźć przepis i postępować według instrukcji. Przecież to samo robimy na lekcjach i zawsze działa. Przynajmniej jeśli się postępuje dokładnie jak w instrukcji, nie jak co niektórzy." Próbował lekko zmienić bieg nieprzyjemnej rozmowy.

Chłopak właśnie zdawał się domyślać czemu profesor miksturologii jest taki agresywny. Ciągle ktoś wywoływał niebezpiecznie, ewentualnie śmierdzące zamieszanie na jego zajęciach. Matt sam byłby wściekły na kogoś, kto marnuje jego czas, tylko dlatego, że lekceważy instrukcję. Stwierdził, że tutejsi też mają awersję do czytania instrukcji.

"Tak przynajmniej tak wcześniej byłem nauczany profesorze. Dostawałem składniki i przepis, potem miałem zrobić miksturę. Przyznaję zazwyczaj mi nie wychodziła, ale potem obserwowałem jak nauczycielka robi miksturę tłumacząc krok po kroku. Widząc różnicę generalnie następna próba była sukcesem. Gorzej było z miksturami, które są długo warzone. Wtedy pomijaliśmy element samodzielnej próby."

"Dość. Wystarczy. Wróćmy teraz do tego co wypiłeś przed zajęciami. To co mi przyniosłeś jest trucizną. Ciesz się, że jeszcze żyjesz Macintosh." Zmienił temat warcząc na chłopaka dając ujście swojej złości.

"Nie dla mnie nią nie jest, panie profesorze." Bronił się chłopak" W moim kraju to dość częsta praktyka by spożywać pewne eliksiry, które zwiększają odporność organizmu na toksyny i zatrucia. Jest tak dlatego, że wiele z naszych eliksirów ma skutki uboczne."

"Widzę. Zamiast poświęcić trochę więcej czasu i składników, by popracować i wyeliminować niechciane działania eliksirów, wolicie się truć."

"Też tak pomyślałam, gdy pierwszy raz to zrozumiałem panie profesorze. Jednak potem wytłumaczono mi realia, które do tego doprowadziły." Matt próbował ratować twarz rodaków i swój własny tyłek.

"Jakież to są, te realia?" Zapytał kpiącym tonem Snape.

"Wojna profesorze"

Snape podniósł brwi zaintrygowany. "Jakaż to wojna chłopcze"

"Pochodzę z Polski, tam mieliśmy wiele wojen, nie tylko w świecie czarodziei, ale też mugoli, które w jakimś stopniu nas dotknęły. Poza tym ciągła nienawiść i rywalizacja między rodami doprowadziła do stanu zimnej wojny między poszczególnymi frakcjami."

"Co to ma do mikstur Macintosh " Zniecierpliwił się Sape.

"Już właśnie mówię. Niech sobie profesor wyobrazi czarodzieja na misji lub w rannego gdzieś w jakiś okopach. Ma on do dyspozycji podstawowe składniki z niezbędnymi narzędziami. Może on korzystając z naszych uproszczonych przepisów stworzyć szybko miksturę w warunkach polowych, która może uratować mu życie."

Profesor nachylił się nad chłopakiem. "Spójrz mi w oczy chłopcze. Nie lubię kłamców, którzy zmyślają historie na poczekaniu." Gdy tylko chłopak zerknął mężczyzna wysyczał. "Legismenti"

Na początku zaskoczył go. Wtargnięcie było brutalne i precyzyjne. Widział profesora, który przegląda jego wspomnienia. Naukę eliksirów u wiecznie pośpieszającej go babci. Pożar, który wywołał przy tworzeniu mikstury mętnych mgieł. Paniczną ucieczkę podczas zamachu na jego klan, jaki przypuścił inny zwaśniony ród. Dziadka, który nauczył go wielu niebezpiecznych, ale i potwornie teraz przydatnych rzeczy. Jak na przykład nauczył go oklumencji, którą teraz użył i odgrodził resztę umysłu od intruza. Gdy Snape doszedł do mentalnego muru zatrzymał się i opuścił jego głowę.

"Masz mi przynieść przepis i opis działania, łącznie ze skutkami ubocznymi wszystkich mikstur jakie przyjdzie ci do głowy użyć podczas pobytu w tej szkole. Do tego czasu będziesz przychodził do mnie codziennie wieczorem, teraz wynoś się stąd." Wygonił go Snape wstając i wychodząc z komnaty nie dając mu czasu na jakąkolwiek reakcję.


Alastor Moody zwany Szalonookim wszedł do Trzech mioteł w słynnym miasteczku czarodziejów Hogsmeade. Pomieszczenie było zatłoczone mimo późnej godziny, dochodziła północ. Jego sztuczne oko szybko przeskanowało pomieszczenie w poszukiwaniu niebezpieczeństwa, jego zdrowe oko z kolei szukało jednej konkretnej twarzy. Kilka zapitych czarodziejów śmiało się rubasznie, kilku zapijało problemy. Żadne z oczu czarodzieja nic nie znalazło, ku wielkiemu rozczarowaniu aurora. Był już w terenie od trzech tygodni. Szukał jednego z szalonych i podstępnych czarnych czarodziejów jakim udało go oszukać. Syriusza Blacka. Kiedyś nazywał go przyjacielem, teraz nie mógł zmrużyć oka, przez obawy, cóż nowego ten zdrajca szykuje.

Zamówił jedno piwo i danie dnia gorąco polecane przez nachalne reklamy podskakujące w rytm jakiejś głupiej rymowanki. Usiadł naprzeciwko swojego informatora, który, gdy w końcu go zauważył lekko pokręcił głową dając znać, iż nic ciekawego nie ma do zaoferowania. Wyszedł z knajpy jeszcze bardziej rozdrażniony niż wcześniej. Zaklęcia lokalizujące wyraźnie wskazywały, że Black zmierza w stronę Hogwartu. Na Merlina, ostatnie udane zaklęcie lokalizacyjne pokazało Syriusza zaledwie paręnaście kilometrów od tego miasteczka. Klął w myślach czarodziej. Jego spojrzenie padło na wielkiego czarnego psa, który jakby wyczuł kipiącą w nim złość i uciekł przed jego spojrzeniem. Wyciągnął ze swojej zaklętej kieszeni notes o zużytej już skórzanej oprawie. Przyłożył różdżkę na pustej stronie notesu dyktując tekst, który pojawił się na czystej karcie.

"W Hogsmeade nikt nie widział jeszcze Blacka. Zostaję jeszcze by się upewnić. Bez odbioru Moody." Rozejrzał się jeszcze po ulicy i dodał "Litterae meditatione", a podyktowany tekst zapłonął przybierając barwę rozżarzonych węgli i zniknął z kart notesu blaknąc coraz bardziej.

Daleko w ministerstwie siedziała czarownica odpowiedzialna za odbieranie raportów w departamencie obrony, gdzie mieściło się biuro aurorów. W wielkiej księdze, która zajmowała większą część i tak nie małego biurka w jej gabinecie pojawiły się ogniste litery, znak nowego meldunku. Nie zwlekając nawet chwili, machnęła różdżką przywołując czysty zwój i kopiując na niego meldunek wysłała go na biurko szefa aurorów.


Hermiona Granger siedziała w pokoju wspólnym Gryffindoru czytając podręcznik Runy dla zaawansowanych" przysłuchując się rozmowie Harrego i Rona. Rozmawiali oni o nadchodzącym meczu Quidditcha, zastanawiali się czy mimo obecności strasznych strażników z Azkabanu odbędzie się mecz zgodnie z planowanym terminem. Dziewczyna była zazdrosna o Matta, dokładnie o to, że prześciga ją umiejętnościami i wiedzą ze starożytnych run. Niby już wcześniej uczył się tego przedmiotu, ale mimo to nie mogła się powstrzymać. Nikt przecież z jej roku nie posiadał takiej wiedzy jak ona, była przecież najlepsza w przedmiotach, które wymagały wiedzy i umiejętności kojarzenia faktów, rozwiązywania problemów. Chłopak ten więc rzucał cień na jej dotychczasowy obraz idealnej uczennicy, może poza wróżbiarstwem, jednak to się nie liczy, gdyż to nie jest prawdziwy przedmiot w jej mniemaniu. Zatem gdy dziewczyna ujrzała wchodzącego przez przejście za obrazem, szybko ukryła zaczerwienioną twarz w książce.

Matt przywitał się i usiadł na fotelu przy oknie gdzie zazwyczaj Ron i Harry grali w magiczne szachy, on jednak wyciągnął z torby tablet oraz nóż, z którym jego przyjaciele często go widzieli.

"Hej nie mów, że było aż tak strasznie u tego padalca, że chcesz podciąć sobie żyły." Powiedział Ron przysiadając się do niego z Harrym.

"No w sumie to nie." Uśmiechnął się lekko. Obecność przejmujących się przyjaciół poprawiła mu wyraźnie humor. " Da się przeżyć. Najgorsze było tylko to jak nagle zaczął sondować mi umysł."

"Co?" zdziwił się Harry. "Jak to sondować"

"To znaczy czytać w myślach." Wyjaśnił Matt.

"Jak on śmiał" Zerwała się energicznie Hermiona i podchodząc do stolika dokończyła z oburzeniem. " To pogwałcenie praw czarodzieja, praw ucznia i na pewno jeszcze paru. Nie mogę uwierzyć, że nauczyciel dopuścił się czegoś takiego."

"To ja nie mogę uwierzyć, że plotki mówiące o tym, że Snape umie czytać w myślach okazały się prawdziwe." Powiedział przerażony Weasley. "Teraz jest całkiem zrozumiałe dlaczego mnie tak nie lubi. Cały czas myślałem, że to twoja wina Harry, bo się z tobą zadaję."

"Spokojnie Ron, nikt nie przeczyta ci myśli bez rzucenia na ciebie zaklęcia lub stałego kontaktu wzrokowego."

"Skąd to wiesz?" Zapytał się Harry ignorując rudzielca.

"Dziadek uczył mnie oklumencji. To je.." Nie dokończył gdyż Hermiona weszła mu w słowo.

"Jest to umiejętność ochrony swojego umysłu i myśli przed wrogim wtargnięciem, manipulacją lub kradzieżą wspomnień przez innego czarodzieja." Wyjaśniła dziewczyna. "Wszyscy aurorzy są szkoleni w tej technice. Jej przeciwnością jest legilimencja, czyli zdolność wydobywania uczuć i wspomnień drugiej osoby. Mistrzowie w tej dziedzinie potrafią nawet umieszczać fałszywe wspomnienia i manipulować umysłem innych."

"Wiedziałem, że on jest straszny, ale że aż tak." Zbladł Ron. "Może ja wcale nie jestem słaby z miksturologii, tylko Snape ciągle zmienia mi wspomnienia, żebym czuł się winny, a on mógł mnie prześladować."

"Nie Ron, ty na pewno jesteś słaby z miksturologi" Odpowiedzieli zgodnie Harry i Hermiona kończąc ponury temat.

Harry z Ronem stwierdzili, że już są spóźnieni na trening Quidditcha i wybiegli w pośpiechu a, Hermiona nie wytrzymała w końcu i odezwała się do wciąż dłubiącego w tablecie chłopaka.

"Wiesz, niemagiczny sprzęt elektryczny nie działa w Hogwarcie."

"Wiem, dlatego próbuję go uruchomić"

"Chcesz dokonać czegoś czego, żaden z dotychczasowych czarodziejów nie podołał." Oburzyła się Granger. "Nawet sam Dumbledore nie ma w swoim gabinecie, żadnego sprzętu elektrycznego, a ty, uczeń chcesz uruchomić tablet?

"Tak." zaskoczył dziewczynę szybką odpowiedzią. " Wydaję mi się, że żaden z czarodziejów, który ma wystarczające umiejętności nie zagłębił się wystarczająco w to jak i na jakiej zasadzie działają mugolskie urządzenia. Są zbyt aroganccy, a czarodzieje tacy jak ty, którzy dopiero odkrywają świat magii są nim zbyt urzeczeni. Zachłychnięci magią i jej możliwościami, przyjmują stereotypy świata czarodziejów porzucając w zapomnienie technikę, która nie jest oparta na magii."

Hermiona była zmieszana. Nie wiedziała co powiedzieć. Czuła, że Matt ma trochę racji, no może trochę więcej niż zwykłe trochę. Jednak nie mogła mu tego przyznać, nie chciała. W jakim świetle by to ją postawiło. Ona, która zawsze jest w stanie udzielić obszernej odpowiedzi każdemu, kto zwróci się do niej o pomoc.

"Zawrzyjmy układ. Ty, jeśli będziesz w stanie pomożesz mi z moim… nazwijmy to projektem naukowym, a ja pokażę ci co robię na wcześniejsze zaliczenie run dla zaawansowanych."

Namyśliwszy się tylko chwilę, Hermiona zgodziła się i podeszła przyglądając się teraz przedmiotowi, który trzymał chłopak, przez co uciekł jej lekki uśmiech Matta. Dziewczyna przeszła już w tryb naukowy, całkowicie skupiając się na tablecie i słowach chłopaka, który tłumaczył, jak zamierza wytłumić i uszczelnić urządzenie przed magicznymi zakłóceniami. Siedzieli tak nad tym problemem, aż pozostała dwójka przyjaciół nie wróciła z treningu. Wtedy zagrali w wyzwanie fasolek o wszystkich smakach, którego Matt nie zapomni do końca życia, a także pecha jakiego wtedy miał. Nawet Ron śmiał się z jego nieszczęścia, mówiąc mu, że nie zna nikogo, kto trafiłby cztery zgniłe smaki pod rząd.

W pewnym momencie Harry zapytał przyjaciół " Hej, a może jak Malfoya nie będzie w klubie pojedynków przez tą złamaną rękę,to my skorzystamy z okazji i się do niego zapiszemy?"

"Ja za. Mimo, że mam bardzo napięty grafik, to uda mi się zorganizować trochę czasu." Powiedziała tajemniczo Hermiona. " To naprawdę świetny pomysł Harry. Wolę, żeby taka umiejętność ci się nie przydała, ale kiedy ten morderca jest na wolności to warto by poznać parę sztuczek."

"Ja nie mogę, muszę trenować by dostać się do drużyny." Wymigał się rudy.

"Nie szkodzi… " Zaczął się wycofywać Harry, ale Matt wszedł mu w słowo.

"Tak to kapitalny pomysł, mi się to przyda. A ty Ron, nie chciałbyś położyć na łopadki Freda i Georga zanim zarzuciliby cię łajnobombami?" Ron już otwierał usta, aby coś powiedzieć, ale Matt mu na to nie pozwolił." Widzisz, wiedziałem, że zmienisz zdanie, przecież nie puściłbyś tam Harrego samego. Prawda kolego?"

"Tak prawda…Tak. Nie puściłbym go. Przecież mogę jakoś te treningi dopasować… czy coś." Wyjąkał z trudnością Weasley. " Ale przynajmniej nie będzie tam Draco. Naprawdę wreszcie się na coś te stwory Hagrida przydały."

"Tylko on teraz będzie miał problemy, a hipogryfa mogą nawet skazać na śmierć." Wtrąciła urażona bezdusznym traktowaniem zwierząt Hermiona.

"Wielce mi też coś. W razie czego to się go uratuję. Wystarczy wsiąść mu na grzbiet i pognać w las." Powiedział nonszalancko Ron.

" I na pewno to TY go uratujesz Ron?" Zadrwiła dziewczyna wstając z miejsca

" Tak, co w tym trudnego? Ja nie dam rady"

" A co jak po drodze trafisz na pająki. Duże pająki." Skończyła rozmowę patrząc na chłopaka wyzywająco. Nie doczekawszy się odpowiedzi pożegnała się i poszła spać, nie zapominając upomnieć chłopaków o później porze i o tym, że powinni iść szybko w jej ślady jeśli chcą lepiej przyswajać wiedzę następnego dnia.

Chłopaki siedzieli do późna. Gdy Dean i Neville przyszedł i naopowiadał jaki to genialny psikus przysporzyli bliźniacy, wszyscy stwierdzili, iż należy pogratulować im gdy tylko wrócą Wszak każdy psota na Ślizgonach jest dobra, w szczególności taka, która może spowodować ich spóźnienia. Prześcigali się w barwnych wyobrażeniach Draco ześlizgującego się w przerażeniu i panicznie krzyczącego, z zaklętych magicznie schodów, przez które wiedzie najkrótsza i główna droga z lochów. Fred i George nie chcieli wyjawić jak zaczarowali schody, powiedzieli tylko, że w momencie, gdy ktoś nadepnie na któryś z ostatnich stopni, to wszystkie stopnie przekręcają się tworząc ze schodów jedną wielką zjeżdżalnię.

Gdyby Ron, Matt i Harry posłuchali Hermiony, nie cierpieliby tak, jak dane im będzie, gdyż następnej nocy nie dane im będzie się wyspać.


Wielki czarny pies wydostał się spod korzeni Bijącej Wierzby i przemknął niepostrzeżenie przez ukryte korytarze w Hogwarcie powoli zbliżając się do Wieży Gryffindoru. Z każdym kolejnym krokiem jego serce biło coraz mocniej. Kiedy tylko dostał się na tereny szkoły, w głowie maiał tylko jedną myśli, która świeciła mu jasno niczym słońce przyćmiewając zdrowy rozsądek. Pragnął spotkać Harrego. Wytłumaczyć mu się. Zyskać akceptację i zbliżyć się do ostatniej osoby, którą uważał za rodzinę. Aż zawył uzmysławiając sobie jak tego mu brakowało.

Biegł sus za susem i gdy w końcu postawił swoją łapę na szczycie piętra i przybrał swą prawdziwą postać, przed wejściem do pokoju wspólnego, straszliwa prawda poraziła go jak piorun z nieba. Nie mógł tam wejść. Mimo całych jego starań, mimo tego, że stał tuż przed wejściem, nie mógł go przekroczyć. Obraz Grubej Damy blokował mu wejście. Dobrze wiedział, iż nie ma sposobu by wejść do tej wieży bez wypowiedzenia hasła.

Gniew na samego siebie, gniew na zagradzający drogę obraz, na tego parszywego zdrajcę, na przyjaciół, którzy go zawiedli i na te wszystkie lata spędzone w więzieniu przekuły się w ślepą furię.

Skoczył w locie przeobrażając się w psa i warcząc z kłami oraz pazurami na stojącą mu na drodze przeszkodę jak na źródło wszelkiego zła, które go dotknęło. Ciął skacząc raz za razem, aż zaklęcie chroniące płótno uległo jego dzikości. Dźwięk rozdzieranego płótna poniósł się nienaturalnym echem po wielkiej klatce schodowej.

Świadomość jego uczynku zmyła z niego płomienie furii, jednak jego umysł nie zaznał oddechu równowagi, gdyż już topił się odmętach szaleństwa. Zaniósł się śmiechem skacząc na cztery łapy umykając przed wykryciem.

Daleko z morzem, na kontynencie w środku Europy znajdowała się pokaźna wielopiętrowa posiadłość rodu Hound. Dworek znajdował się niedaleko Velen i miał już jednak za sobą lata świetności. Ciągle wzbudzał podziw i zachwyt, ale wprawne oko łatwo znajduje oznaki zaniedbania bądź erozji. Wewnątrz tego budynku siedziała pochylona nad opasłymi tomami traktatów magicznych Agnes Hound.

Razem ze swym bratem bliźniakiem Angusem byli zdolnymi magami o dość rzadkiej specjalizacji, w której słynął ich ród, magii krwi. Dawniej ród ich poznał tajniki tej sztuki dzięki prowadzeniu nieustannych polowań na niewolników i rzadkie istoty. Jednak po przegranej wojnie między czarodziejami a mugolami, świat został spętany powojennymi traktatami i układami. Znakomita większość posługujących się magią nie była w stanie pojąć, a co dopiero zaakceptować własną przegraną i dominację niemagicznych, czyli w ich oczach podrzędnych istot.

Wówczas okazało się, jaki potencjał niesie ze sobą technologia i po dziś dzień, dla ogółu jest to temat tabu. Ministerstwo magii zniekształca informację, by ich społeczeństwo nie myślało o tym, żeby wyćwiczyć oddział wprawnych aurorów potrzeba miesięcy lub lat, a byle ciżba niekoniecznie całkowicie sprawnych fizycznie i umysłowo mugoli potrafi przerodzić się w potworną siłę za sprawą paru karabinów automatycznych i granatów.

Tak więc mimo, iż potężni czarodzieje potrafili w pojedynkę zdobywać miasta, to nie mogli być wszędzie, a pośredni czarujący nie był w stanie nawet czasami oprzeć się pojedynczemu oddziałowi.

Siedząca przy zdobionym dębowym biurku Agnes odsunęła opadające długie bladożółte włosy znad starego tomiszcza. Jej oczy iskrzyły z podniecenia i zadowolenia. Oto bowiem znalazła rozwiązanie, które zakończy tą niedorzeczną sytuację i przywróci światu prawowity pożadek. Kończyła właśnie czytać poradnik prowadzenia działań wojennych napisany przez jednego z jej wielkich przodków. W rozdziale zatytułowanym "Dlaczego warto zachowywać wrogów na później" znalazła to czego pragnęła.

Szybko przywołała przybory pisarskie i zaczęła notować niezbędne kroki do wykonania rytuału "Obmycia w krwi wrogów". Sporządziła kopię i włączyła ją z krótkim listem objaśniającym zaadresowanym do brata, w którym wyjaśniła pokrótce swoje zamysły i poprosiła by Angus zwołał zebranie wiernych Czarnemu Panu. Musieli przecież zdobyć krew wrogów Voldemorta, a to obecnie nie wydawało się łatwe. Mieli jednak czas na znalezienie odpowiedniego sposobu by wykraść staremu czarodziejowi jego pupilka.


" Expelliarmus" wykrzyczał jego przeciwnik posyłając ku niemu czerwony promień.

Matt uchylił się przed trafieniem przez co omal nie wypadł z prostokątnego ringu do pojedynków. Nie było to winą tylko i wyłącznie nieprzespanej nocy, kiedy to wszyscy musieli nocować wspólnie w obawie przed atakiem jakiegoś szalonego mordercy. Byli podekscytowani i a krótkie godziny snu zakłócały pochrapywania stłoczonych w sali osób. Jednak bardziej niż brak snu, doskwierał mu obszar pojedynków. Bardzo mu on nie odpowiadał. Przeszkadzał nawet bardziej niż jego pokraczne władanie różdżką. Był przyzwyczajony do okrągłych placów pojedynkowych.

Była to dla niego niezrozumiała głupota, by stać na wprost siebie i nie wykorzystywać możliwości poruszania się do pokonania przeciwnika. Kiedy zapytał o to profesora Flitwicka ten odpowiedział mu, że takie są zasady ustalone przez komitet nadzorujący wszystkie pojedynki. W ten sposób trzeba wykazać się nie lada umiejętnościami w sztuce magicznego pojedynku, w tym przypadku magicznego fechtunku, jak widział to Matt.

Od razu gdy złapał równowagę posłał ostre lodowe odłamki szerokim ruchem ręki nie wymawiając głośno inkantacji. Niestety jego przeciwnik zdążył osłonić się wystarczająco silną barierą krzycząc wręcz "Protego" od razu gdy zauważył pojawiający się lód. Większość jego przeciwników robiła to już odruchowo po jego pierwszym zwycięstwie.

Kiedy dołączył wraz z przyjaciółmi do klubu pojedynków pod nieobecność Draco, czuł się jak kaleka. Przegrywał znakomitą większość pojedynków przez jego brak obycia z różdżką, mimo, że widać było znaczące poprawy dzięki pomocy małego profesora. Czarę goryczy przelały nieustanne komentarze nie tylko ozdrowiałego już Ślizgona, ale i jego nowego przyjacela Rona. Wówczas poprzysiągł sobie, że nie zapomni solidnie się przyłożyć, gdy dwaj bracia bliźniacy będą szykowali coś by rozerwać swojego młodszego brata.

Jednak to nie wystarczyło dla jego dotkniętej już dumy. We wcześniejszych pojedynkach starał się tylko używać zaklęć poznanych w tej szkole lub używanych przez innych uczniów. Jego emocje kotłujące się w nim, szczelnie zamknięte przed światem, znalazły ujście w postaci jego pierwszego pokonanego przeciwnika. Dafne Greengrass. Nawet nie myślał się wstrzymywać podczas wymiany zaklęć. Widział jej umiejętności w akcji. Była przecież ze znanego rodu i od początku szkoły stawała w obronie swojej słabszej siostry.

Podczas tego pojedynku, gdy poczuł, iż traci pozycję, nie zgodził się na kolejną porażkę. Złamał się i użył zaklęcia ćwiczonego jeszcze w swoim starym kraju. Lubił zaklęcia oparte na żywiole lodu więc użył go instynktownie tworząc kilka ostrych lodowych okruchów i posłał je w stronę oponenta. Wtedy właśnie nauczył się czegoś ważnego, co wówczas oszczędziło Dafne sporo czasu w skrzydle szpitalnym.

Posłane w nią lodowe odłamki nie poleciały wedle myśli czarującego prosto w przeciwnika, lecz wzdłuż prostej wskazywanej przez jego różdżkę. Jak odkrył wówczas, różdżka skupiała i kierowała wektor zaklęć domyślnie w prosto w miejsce wskazywane przez czubek jej końca. Niby proste, ale jakże różne od tego co przywykł. Był to kolejny problem, nad którym Matt musiał popracować na wieczornych spotkaniach z profesorem. Idea tak mocnego ograniczenia trajektorii zaklęcia wydawała się dziwna, gdyż różdżki były za krótkie by wskazać coś dokładnie z odległości w jakiej się normalnie walczy. Pasowało by to, w sytuacji, gdzie różdżki byłyby wielkości kija bilardowego. Byłaby to nieoceniona broń dla magów snajperów. Jednak w obecnej sytuacji pozostawało tylko skrócić dystans do wroga, zasypywać się wzajemnie gradem zaklęć licząc, że to ty pierwszy go trafisz. Innym rozwiązaniem pozostawała praktyka i studiowanie magii by pokonać ograniczenia narzucane przez to narzędzie.

Podczas tamtego pojedynku dziewczyna skończyła z jednym soplem w brzuchu. Zamierzał przeprosi ją na kolejnym spotkaniu, jednak tym razem się nie pojawiła. Obecnie każdy z przeciwników wolał stracić inicjatywę i osłonić się przed lodowym odłamkiem niż skończyć z nim w brzuchu. Wciąż mieli oni w pamięci wykrwawiają się dziewczynę na arenie po której stąpali.

"Avis" Krzyknął Matt posyłając stadko gołębi na przeciwnika. Gdy ten miał ograniczoną wizję i posłał stożek ognia grilując ptaki, wówczas chłopak pierwszy raz z powodzeniem zastosował zaklęcie rozbrajające posyłając je przez płomienie w miejsce gdzie powinien stać przeciwnik.

"Wspaniale. Bardzo pomysłowo rozegrane panie Macintosh. Dziesięć punktów dla Gryffindoru." Powiedział nauczyciel po tym jak coś gruchnęło o podłogę.

"No to było dobre stary" pochwalił go Ron podchodząc do niego i zarzucając mu rękę na ramionach. " Postawię ci za to piwo w Hogsmeade, że utarłeś nosa tej wiedźmie."

"Brawo Matt. Wreszcie udało ci się poprawnie rzucić to zaklęcie" powiedziała z przejęciem Hermiona.

"Hermiona, nie gratuluje się ludziom wytykają im ich słabości, chyba że robisz to specjalnie." Westchnął rudy.

"Wiesz że ona nie zrobiła tego specjalnie Ron." Odezwał się wreszcie Harry. " Ważne jest to, że nieźle wymyśliłeś to wszystko Matt."

"To już drugie twoje zwycięstwo. "Kontynuowała dalej Hermiona." Czy zdążyłeś już spotkać się z Dafne"

"Nie, jakoś nie było okazji do tego"

"Tak też podejrzewałam." Hermiona sięgnęła do kieszeni podała mu złożoną kartkę papieru. " Tu masz plan zajęć dla Slytherinu, to ci powinno pomóc. Idź teraz od razu do Kaspara "

Wymienił uścisk ze swoim oponentem nie pozostało mu już wiele czasu do finału spotkania. Tym razem pewien Krukon z szóstego roku wywalczył sobie prawo do pojedynku z profesorem. Jak zawsze Flitwick nie odpowiadał atakiem przez trzy pierwsze zaklęcia ucznia. Następnie w ciągu niepełnych dwudziestu sekund rozbroił chłopaka, a i tak starał się wykonywać wszystkie ruchy w dokładny sposób by wyeksponować dla studentów wszystkie ważne aspekty.

"No dobrze kto mi powie czemu tak łatwo pan Duncan został pokonany." Zapytał profesor rozglądając się po zebranych uczniach, a oni odpowiadali według swoich spostrzeżeń.

"Nie przewidział prostego fortelu"

''Był zbyt wolny"

"Jego przeciwnik był zbyt niski." Po komentarzu Matta momentalnie nastałą cisza.

"Mógłbyś powtórzyć chłopcze?" Dopytał nie rozumiejąc profesor.

"To naprawdę proste. Jeśli rzucamy zaklęcie odruchowo, lub nie widzimy dokładnie przeciwnika to celujemy w miejsce, gdzie znajdowałby się centralny punkt ciała naszego przeciwnika. Jednak gdy robimy to pod presją czasu lub emocji to możemy zapomnieć, iż nasz przeciwnik nie jest równy nam wzrostu i nasze zaklęcie przejdzie ponad nim. Nawet jeśli mówimy o normalnych warunkach, ciągle trudniej jest trafić w mniejszy cel niż w ten większy." Jeśli cisza po pierwszej wypowiedzi chłopaka była głęboka, to teraz nawet nazwanie jej grobową nie oddałoby w pełni sytuacji.

Chłopak spostrzegł zmianę sytuacji nawet i zorientował się w swoim będzie bez pomocy silnego uderzenia, od czerwonej na twarzy Hermiony, które otrzymał zanim zdążył wydobyć z siebie choćby słowo.

"To nie tak, że nie doceniam pańskich umiejętności. " Próbował naprawić sytuację Matt. " Co więcej, uważam je za wspaniałe. Po prostu chciałem zaznaczyć drobną przewagę jaką pan miał w stosunku do tego nadwyraz wysokiego ucznia. Co na pewno wynikało tylko z jego braku doświadczenia w walce z" zaciął się chłopak, jednak po chwili dokończył" z niskimi przeciwnikami." Po odczekaniu chwili chłopak postanowił dokonać taktycznego odwrotu z powodu braku jakiegokolwiek odzewu od nauczyciela, który zamarł w bezruchu upodabniając się do woskowej figury. "To ja może już pójdę. Mam dużo pracy domowej na jutro. Życzę miłego dnia panie profesorze.