Przypis autora.

"Przymusowy Czciciel" to pierwsza opowieść z mojej serii bazującej na świecie znanym z telewizyjnego serialu MGM Studios: "Stargate Atlantis".

Pierwotna wersja, z 2012 roku, napisana była w wersji pierwszoosobowej, jednak później została zmieniona na tryb narracyjny.

Pomysł na tą historię pojawił się nie tyle po obejrzeniu odcinków SG-1 z lustrami kwantowymi, co bardziej po odcinku: "Alternatywne wersje Dedala" i późniejszych nawiązaniach.

Zresztą, zawsze zastanawiało mnie czy to, co w jednym świecie jest tylko fikcją… w innym może być rzeczywistością?

I tak oto postała historyjka opowiadająca o przygodach kobiety, która znalazła się w świecie doskonale znanym jej z serialu telewizyjnego. Na domiar złego z czasem odkrywa ona, że jej przybycie do tego konkretnego wymiaru nie jest tak zupełnie przypadkowe.

.


.

UWAGA:

1. Z założenia moje opowiadania dzieją się w równoległej rzeczywistości, dzięki czemu mam możliwość zmiany pewnych faktów tak, aby pasowały do tej koncepcji.

2. Kursywą zapisano skróty lub słowa pochodzenia łacińskiego; opierające się na łacinie lub będące "zlepkiem" takich słów. Pozostałe nazwy własne jak: imiona, nazwy statków, planet czy tytuły, itp., zapisano jedynie z dużej litery.

3. Dla wyróżnienia "flashback", czyli wspomnień, zastosowano linijkę przerwy oraz cudzysłów.

4. Rozmowy telepatyczne zapisane są od nowej linijki w cudzysłowie.

5. W opowiadaniu zachowane są niektóre anglojęzyczne nazwy własne, jak "hiveship" czy "New Lanteans". Osobiście uważam bowiem, że ich polskie odpowiedniki brzmią nieraz dziwnie.

6. Możliwe podobieństwa do Stargate Legacy Books. Nie czytałam, ale znam ogólny zarysy historii i nazewnictwo z opowieści innych osób.

Wersja z 2015 roku - z późniejszymi zmianami.

.


.

Heart beats fast
Colors and promises
How to be brave?
How can I love when I'm afraid to fall?
But watching you stand alone
All of my doubt suddenly goes away somehow

One step closer

I have died every day waiting for you
Darling, don't be afraid
I have loved you for a thousand years
I'll love you for a thousand more

Time stands still

(…)

And all along I believed I would find you
Time has brought your heart to me
I have loved you for a thousand years
I'll love you for a thousand more

Christina Perria ″A thousand years″

.


.

Prolog

.

Groom Lake - 10.000 lat temu...

Niebieskawa tafla płytkiego, słonego jeziora odbijała promienie słońca.

Wokół wznosiły się niewielkie wzgórza, porośnięte niska roślinnością. Tutejszy klimat nie był zbytnio sprzyjający dla życia: brak słodkiej wody i wysokie temperatury znacznie ograniczało ilość organizmów, które były w stanie tutaj przetrwać.

Ale to właśnie z tego samego powodu kilku mężczyzn, siedzących w swoich małych łodziach, kończyło właśnie wiązanie kolejnych lin na drewnianej konstrukcji wbitej w dno jeziora kilkanaście metrów od brzegu. Liny, które zebrali wcześniej, pokryte były już grubą warstwą soli.

Mogłoby się wydawać, że znacznie łatwiejszym sposobem zbierania soli byłoby wydobywanie jej z dan tuż przy brzegu, jednak w ten sposób uzyskana substancja pełna była różnych zanieczyszczeń. Natomiast ta zbierana na linach, podczas parowania wody, praktycznie od razu zdatna była do spożycia. A tym samym można było uzyskać za nią lepszą cenę na comiesięcznym targu.

- Muha'biu, my wracamy już na brzeg! - zawołał najstarszy z mężczyzn do najmłodszego, który wiązał przedostatnią ze swoich lin.

- Dobrze! Ja już też kończę! - odparł, nie odrywając wzroku od pracy i sięgnął po ostatnia linę.

W pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na wiatr, który zawiał mocniej. Nie było w tym przecież nic dziwnego. Ale kiedy jego siła natężyła się, zaczynając kołysać łódką, przerwał przywiązywanie liny do drewnianej konstrukcji i spojrzał w bok, w kierunku środka słonego jeziora.

Kilkanaście metrów dalej, spokojna do tej pory wodna tafla zaczynała właśnie uginać się pod naciskiem niewidzialnej siły, tworzącej spory okrąg, który rósł z każda chwilą… tak samo jak siła wiatru.

Młody mężczyzna złapał drewniany stelaż, kiedy jego łódka zaczęła kołysać się na wodzie.

- Muha'biu! - krzyknął ktoś za nim.

Spojrzał w tamtym kierunku, widząc wystraszonych przyjaciół, kiedy nagle nad jeziorem pojawiło się coś jeszcze: niewidzialna siła uginająca wodę zaczęła właśnie strzelać we wszystkich kierunkach blado-niebieskimi piorunami, które ukazały jej kulisty kształt.

Pioruny pląsały po tafli jeziora coraz dalej i dalej. Kilka z nich przemknęło tuż obok młodego mężczyzny, kierując się do brzegu.

A potem po całej okolicy rozległ się ten przeraźliwy, niski dźwięk, przyprawiając o ból głowy. Muha'biu zatkał dłońmi uszy, podobnie jak jego towarzysze, lecz spojrzał ostrożnie w kierunku kuli piorunów. W jej wnętrzu pojawiło się coś na kształt miniaturowego, pulsującego słońca… by nagle eksplodować. Młody mężczyzna skulił się w swojej łodzi, z nadzieją, że to coś nie dosięgnie go. Ale białe światło bezlitośnie pochłonęło wszystko w okolicy.

Przez moment Muha'biu miał wrażenie, że świat zastygł w bezruchu. Odsunął nieco dłonie od głowy i wychylił się ponad burtę łódki. Nie słyszał niczego, poza tym świdrującym dźwiękiem, a cały świat skrywała jaskrawa biel…

A potem wszystko nagle zniknęło: światło, pioruny i dźwięk. Jezioro znów było spokojne i równie błękitne jak niebo.

I wtedy ją zobaczył: kobietę w wodzie.

Wydawało mu się, że porusza ustami, jakby krzyczała, lecz on niczego nie słyszał.

Dźwięk powrócił dopiero po chwili i mężczyzna usłyszał liczne głosy, zarówno męskie jak i kobiece… krzyczące z każdej strony.

Rozejrzał się wokół: w najbliższej okolicy jezioro pełne było ludzi, próbujących utrzymać się na powierzchni. Nie rozumiał co krzyczeli… ale domyślił się dlaczego krzyczeli: słona woda jeziora musiała drażnić ich oczy, kiedy zanurzyli się w niej.

Ale skąd się tutaj znaleźli… i jak? Czyżby przybyli wraz z błyskiem światła, zaczął się zastanawiać. A jeśli tak, to może to wysłannicy bogów?...

Na pewno. Tylko bogowie dysponują magicznymi mocami, a to, co przed chwila widział z całą pewnością było magią…

Ktoś krzyczał z brzegu.

Muha'biu spojrzał w tamtym kierunku. Kilku przybyszy, którzy mieli na tyle szczęścia, aby wylądować na suchym lądzie lub w jego pobliżu, wpychało właśnie do jeziora pozostałe na brzegu trzy łodzie. Ubrani byli w jasne, dziwne stroje, skrywające całe ich ciała. Ci, którzy wskoczyli do łódek, zrzucili z siebie górna warstwę sięgająca kolan. Lecz pod spodem znajdowała się kolejna warstwa odzieży, przylegającą do ich ciał i odkrywająca ramiona.

I wtedy ktoś złapał brzeg łódki Muha'biu.

Młody mężczyzna aż podskoczył wystraszony. To była kobieta, którą wcześniej widział. Jej długie, ciemne włosy spięte z tyłu głowy były całe mokre, a niebieskie oczy patrzyły na niego, wystraszone…

Duże, intensywnie niebieskie oczy o pionowych źrenicach.

Wpatrywał się w nie, niemal sparaliżowany, zupełnie nie słysząc jak kobieta mówi coś do niego. Dopiero po chwili dźwięk znów powrócił, a on zdał sobie sprawę, że nie rozumiał ani słowa.

Nie musiał jednak. Wyraz jej oczu wyjaśniał mu wszystko: prosiła o pomoc.

Otrząsnął się w końcu i wyciągnął do niej rękę, by wciągnąć do swojej łodzi.

Znów spojrzał prosto w niesamowite, niebieskie oczy kobiety.

- Pomóżmy innym - powiedział.

Tym razem to ona nie zrozumiała jego słów.

Wskazał więc palcem w kierunku najbliższych osób. Zerknęła w tamtym kierunku, a potem przytaknęła gestem głowy.

Młodzieniec chwycił za wiosło, lecz nie zdążył nawet dopłynąć do najbliższej osoby, kiedy niespodziewanie jakaś tajemnicza siła zaczęła unosić wszystkich znajdujących się w jeziorze.

Zatrzymał się, przyglądając z niedowierzaniem jak przybysze wyłaniają się z wody, by następnie powoli poszybować w stronę brzegu.

I wtedy przypomniał sobie o kobiecie w jego łódce. Spojrzał na nią szybko. Wciąż siedziała na swoim miejscu, z wyciągniętymi przed niebie ramionami, jakby próbowała coś zatrzymać lub odepchnąć od siebie. Jej oczy lśniły teraz delikatnie, kiedy wpatrywała się gdzieś w dal nieobecnym wzrokiem...

.

Vallen - 10.000 lat później...

Niewielkie, elektryczne wyładowania pojawiły się znikąd pośrodku rozległej, kwiecistej łąki.

Znajdująca się kilkadziesiąt metrów dalej grupka ludzi była jednak zbyt zajęta przerzucaniem ściętej wcześniej trawy, która zdążyła już częściowo wyschnąć, aby początkowo zwrócić uwagę na dziwne zjawisko.

Kiedy jednak wyładowania przybrały na sile, zaczynając wyrzucać w koło siebie na coraz to większą odległość elektryczne języki, grupa rolników przerwała swoją pracę, patrząc z trwogą na nieznane im zjawisko.

Chwilę później całą okolicę przeszył intensywny, świdrujący dźwięk, sprawiając, iż ludzie zaczęli kulić się, zasłaniając jednocześnie uszy.

A potem nastąpiła eksplozja oślepiającego światła, które wraz z ogłuszającym dźwiękiem na kilkanaście sekund zupełnie zdezorientowały wszystkich…

Powrót zmysłów, a w szczególności słuchu, zajął dłuższą chwilę. Jednak zanim proces dobiegł do końca, kilka osób ostrożnie wychyliło się z wysokiej trawy, próbując zorientować w sytuacji.

Jedną z nich była młoda kobieta, która przysłoniła właśnie dłonią oczy, wpatrując się intensywnie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się tajemnicze zjawisko.

Teraz jednak jedynym śladem, który pozostał po wyładowaniach, była rozchylona trawa, tworząca okrąg o średnicy paru metrów.

Jasnowłosa dziewczyna o szaro-niebieskawych oczach, spojrzała najpierw na pozostałych, po czym powoli ruszyła do przodu, kiedy zorientowała się, iż żadne z nich nie ma zamiaru ruszyć się z miejsca.

- Milly, nie idź tam - upomniała ją półszeptem babka.

- Ktoś musi to sprawdzić - rzuciła.

- Niech któryś z mężczyzn to zrobi - stwierdziła, rzucając jednemu ze stojących najbliżej niej wymowne spojrzenie. - Kaylon?

- Dlaczego ja? - zaprotestował, również półszeptem.

- Ponieważ jesteś burmistrzem? - przypomniała mu oschle Miriam.

- I nagle sobie o tym przypomniałaś? - odciął się.

Starsza, niemal całkowicie posiwiała już kobieta, chciała coś odpowiedzieć, jednak właśnie zdała sobie sprawę, iż podczas tej małej sprzeczki jej ciekawska wnuczka zdazyła już podejść bardzo blisko tamtego miejsca.

- Milly… ostrożnie! - zawołała z daleka.

Ale ona machnęła tylko ręką, uciszając babkę tym gestem, jednocześnie bardzo ostrożnie, krok po kroku, podchodząc do krawędzi utworzonego w trawie okręgu… by w końcu zajrzeć do środka.

- Tu jest jakaś kobieta! - zawołała w końcu i spojrzała w kierunku pozostałych, rozluźniając nieco napięte do tej pory mięsnie. - Chyba jest nieprzytomna! - dodała i podeszła jeszcze bliżej.

Zebrani spojrzeli na siebie zaskoczeni, po czum ruszyli w tamtą stronę, wciąż jednak dzierżąc twardo w dłoniach swoje grabie... tak na wszelki wypadek.

A kiedy dotarli na miejsce, Milly pochylała się już nad tajemniczym przybyszem znikąd, sprawdzając czy żyje.

- Oddycha - powiedziała, zerkając przez ramię na pozostałych, po czym wyprostowała się.

- Może to Przodek? - szepnął Kaylon. - Pojawiła się znikąd… Z tych dziwnych promieni.

Nikt jednak nie zdążył mu odpowiedzieć.

Coś zaszeleściło nieopodal w trawie, sprawiając, że każde z nich znieruchomiał, przyjmując bardziej bojową postawę i chwytając grabie niczym broń, w każdej chwili gotowi do obrony lub ataku.

Pierwsze stworzenie, które wyłoniło się z wysokiej trawy, poktyte było biało-szarą sierścią, a jego długi język zwisał z pyska pełnego kłów.

Zaraz za nim pojawiło się kolejne, tym razem całe białe.

- Laupus - zawołał jeden z mężczyzn, zwracając tym samym na siebie uwagę obu stworzeń.

- Milly… nie ruszaj się, to nie zaatakują - dodała, bardziej opanowanym tonem Miriam.

Chociaż żadne z nich nigdy nie spotkało laupus, to jednak każde z nich znało je z opowieści: szybkie, silne drapieżniki, które potrafiły rozszarpać swoją ofiarę na koendę, a które, do pewnego stopnia, oswoiło tylko jedno plemię ludzi w tej galaktyce. Ale nawet oni mieli problemy z całkowitym panowaniem na tymi zwierzętami.

Dlatego też jakież było zaskoczenie tej grupki, kiedy para laupus zaczęła wesoło merdać swoimi ogonami i łasić się do wciąż klęczącej na ziemi dziewczyny.

Przerażenie, jakie w pierwszej chwili pojawiło się na twarzy Milly, szybko ustąpiło miejsca rozbawieniu, kiedy dwa husky zaczęły ją lizać i z wyraźnym zadowoleniem kręcić wokół niej, domagając uwagi.

- Może to jeszcze szczeniaki? - odezwał się w końcu Kaylon, pochylając się nieco bokiem w kierunku Miriam. - Szczeniaki laupus podobno są bardzo towarzyskie, do pewnego wieku.

- Albo są bardziej oswojone… - stwierdziła. - Ona nie wygląda na Carega. Zbyt jasna karnacja… I ma dziwne ubranie - dodała, przyglądając się ponownie ciemnowłosej kobiecie ubranej w jeansy i t-shirt, która wciąż leżała nieprzytomna wśród traw.

.


Rozdział 1

Utknęłam pośrodku zadupia!

.

"Niebo było niemal bezchmurne - kolejny piękny majowy dzień, w sam raz na długi spacer, pomyślała z zadowoleniem, wypuszczając z samochodu dwa husky.

Musi tylko najpierw zabrać z biura laptop i zawieść te dwa futrzate nicponie do weterynarza.

Jeszcze raz spojrzała z uśmiechem w niebo i przyciągając psy bliżej siebie, ruszyła w kierunku głównego wejścia do wysokiego, przeszklonego budynku należącego do ConCorp - jej obecnego pracodawcy.

Konstrukcja była dość futurystyczna. Przypominała jasną falę ciągnącą się najpierw spokojnie wzdłuż brzegu po kilku tarasach, by w pewnym momencie wzbić się gwałtownie w górę i rozdzielić na kilka części, które splatały się ze sobą wokół wspólnego, cylindrycznego środka - szkieletu składającego się z licznych, romboidalnych kształtów, który porastała liczna roślinność.

Jeszcze dwa lata temu nawet nie planowała kiedykolwiek pracować dla prywatnej firmy, a tym bardziej dla tak dużej, międzynarodowej korporacji zajmującej się różnego rodzaju zagadnieniami z zakresu najnowocześniejszej technologii, od zwykłych procesorów począwszy na bio i nano-technologii kończąc.

A jednak dziś jest tutaj i nie tylko dla nich pracuje, ale także jest szefem jednego z większych działów zajmującym się tworzeniem przenośnych generatorów mocy.

Spore, szklane drzwi, rozsunęły się przed nią, wpuszczając do przestronnego i wysokiego holu pełnego wodno-roślinnych kompozycji zaczynających się tu, na dole i wznoszących się po różnych konstrukcjach na wysokość kilkunastu metrów. Wokół całego holu rozciągały się galerie licznych pięter, a wszystko to skapane było w promieniach słońca wdzierających się do środka przez szklane ściany budynku.

Skinęła z uśmiechem głową do znajdujących się w recepcji osób zajętych właśnie obsługą kilku gości i od razu ruszyła w stronę jednej z wind.

- Dzień dobry, pani Harrigan - odezwał się jeden ze strażników przemierzających cały hol. - Dzisiaj z psami do pracy?

- Dzień dobry… Nieee, dziś mam wolne… Niestety dopada mnie już skleroza. Zapomniałam wczoraj zabrać swój laptop - odparła z lekkim rozbawieniem.

- W takim razie życzę miłego dnia - powiedział mężczyzna, kiedy drzwi windy rozsunęły się.

- Wam również - rzuciła, a metalowe płyty zasunęły się za nią i psami.

Urządzenie miało kształt prostokąta o wypukłej, szklanej ścianie, pozwalającej podziwiać rozciągający się poza budynkiem widok. Szczególnie, kiedy wyniosło pasażera na wyższe piętra, ukazując panoramę miasta wraz z zatoką.

Piętro, na którym zatrzymała się winda, było jednym z ostatnich. Wyżej znajdowały się już tylko biura kadr i zarządu firmy oraz kilka sal spotkań.

Jedynie sala bankietowa znajdowała się na dole budynku, stanowiąc swoistą dobudówkę ze wspaniałym widokiem na zatokę oraz wyjściem do ogrodu. Prowadził do niej przeszklony, wysoki korytarz, a na co dzień służyła jako stołówka dla pracowników.

Kate musiała przyznać, że kiedy zaczęła tu pracować, bardzo pozytywnie zaskoczył ją fakt, jak założyciel firmy dbał o swoich pracowników, zapewniając im różne dogodności w czasie pracy. A jego następcy kontynuują tą tradycję.

Dlatego też nikogo nie dziwiła obecność w budynku dwóch psów. Co więcej, było to dość powszechne zjawisko, że pracownicy ConCorp zabierali swoich pupili do pracy. Taki zwierzak nie mógł jedynie sam wędrować po korytarzach, a tym bardziej przedostać się do sektorów, w których obowiązywał reżim sanitarny.

Podobną dogodność zapewniano także rodzicom małych dzieci, dla których firma gwarantowała żłobek oraz przedszkole, notabene uznawane za jedno z najlepszych w mieści.

Sektor gabinetów jak zwykle o tej porze dnia niemal świecił pustkami. Jeśli ktoś akurat nie pracował tutaj, to z całą pewnością znajdował się w jednym z laboratoriów.

Kobieta przysunęła kartę do czytnika przy drzwiach i drewniana pyta odskoczyła w bok.

Pomieszczenie było spore i jasne, chociaż raczej minimalistycznie wyposażone, a z dużych okien rozpościerał się piękny widok na zatokę.

Jak dla niej gabinety był nawet zbyt duży, ale Logan uparł się, że wszyscy szefowie działów mają takie. Nie sprzeczała się więc z nim. Po pierwsze uważała to za bezcelowe, a po drugie było jej wszystko jedno - większość czasu i tak spędzała w laboratoriach.

Podeszła do sporego biurka o metalowych nogach i drewnianym blacie, aby schować do plecaka leżący tam laptop, podczas gdy psy ruszyły nagle wesoło w stronę drzwi.

- Czyżbyś się już za stęskniła za swoim ulubionym mężem? - odezwał się niespodziewanie męski, jakby

zachrypnięty głos.

Spojrzała w tamtą stronę, uśmiechając się promiennie na widok wysokiego, dość dobrze zbudowanego, lekko opalony mężczyzny w lekarskim kitlu.

Jego głowę zdobił szeroki pas ciemnych, lekko falistych włosów upiętych z tyłu w koński ogon, podczas gdy bardzo krótko ścięte boki tworzyły cieniowany ornament.

- Za dobrze byś się miał - skwitowała ironicznie i ruszyła mu na przeciw. - Zapomniałam laptopa… Mówiłam ci rano.

- Taak, pamiętam - niemal mruknął, obejmując ją w pasie. - Ale miałem nadzieję, że jednak przyszłaś z innego powodu - dodał, przyciągając ją bliżej siebie.

- Marzenia też piękna rzecz - odcięła po polsku.

- To może chociaż buziak pocieszenia dla twojego ulubionego męża? - stwierdził.

- To się da załatwić - przyznała i zarzuciła mu ramiona na kark, stając na palcach.

Był od niej sporo wyższy, więc kiedy nawet pochylał się do niej, kobieta musiała się nieco wysilić, aby móc go pocałować.

Logan przycisnął ją mocniej do siebie… a potem nagle odchylił do tyłu, aż jęknęła gardłowym głosem.

-Ałć… chcesz mnie połamać? - niemal mruknęła, chociaż żartobliwie.

- Przynajmniej będę miał na kim wypróbować mój nowy wynalazek - oznajmił i wyprostował ją. - A ty kiedyś pytałaś na cholerę mi żona… To teraz już wiesz - dodał z beztroskim uśmiechem.

Zaśmiała się nieco.

- Dobrze wiedzieć jakie masz wobec mnie plany - rzuciła kąśliwie. - Ale mam nadzieję, że teraz ci już trochę lepiej - dodała, kiedy w końcu rozluźnił uścisk.

- Tylko trochę - odcięła, krzywiąc się nieco i gestykulując lekko dłonią na boki. - Powiedzmy raczej, że uznaję to za zaliczkę - dodał, idąc powoli tyłem w kierunku drzwi, by zatrzymać się w progu. - Aaa… Na którą jest ta wizyta u weta? - spytał.

- Za godzinę.

- To spotkajmy się w domu. Pójdę z wami na spacer… Nie chce mi się dzisiaj siedzieć w pracy.

- Niektórym to dobrze - rzuciła z nuta ironii.

- Przywilej bycia szefem - odciął Logan z szerokim uśmiechem, rozpościerając ramiona i już chciał wyjść na korytarz, kiedy w całym sektorze rozległ się nagle alarm.

Spojrzał w głąb korytarza.

- Co się stało? - spytała spokojnie Harrigan.

Takie alarmy zdarzały się tutaj czasami. Jak dla niej system ostrzegawczy był nadwrażliwy, ale z drugiej strony dobrze, że wykrywał każde najmniejsze zagrożenie, niż gdyby komuś miało coś się stać.

- Zaraz sprawdzę? - powiedział równie spokojnie i podszedł do pobliskiego monitora wbudowanego w ścianę, aby sprawdzić na komputerowej mapie piętra budynku, w którym pomieszczeniu system wykrył problem. - Patrz, masz szczęście - zawołał wesoło. - To w twoim laboratorium - dodał i spojrzał na nią z szerokim uśmiechem.

Podeszła właśnie do niego, już z plecakiem przewieszonym przez ramię i trzymając krótko smycze obu psów. Na jej ustach pojawił się wyraźny grymas niezadowolenia.

- Ciekawe co znowu spartolili - mruknęła po polsku i niezadowolona ruszyła do windy, która szybko przewiozła ich kilka pięter wyżej, wprost do obszernego pomieszczenia zajmującego sporą cześć tego segmentu budynku.

To laboratorium było największe, zajmując parę kondygnacji, zarówno w dół jak i do góry.

Jego centralną część zajmowało potężne urządzenie o nieco spłaszczonym, cylindrycznym kształcie, umieszczone na jeszcze większym stelażu i otoczone galerią. Po bokach urządzenia widniało sporo rur i przewodów najróżniejszej grubości, ale najgrubsze z nich podłączone było od góry, biegnąc gdzieś wysoko do stropu.

Wyszli z windy wprost na szeroki taras obiegający wokół całe pomieszczenia, bo zobaczyć jak kilka osób w fartuchach krząta się nerwowo wokół urządzenia, sprawdzając różne odczyty na monitorach umieszczonych na ramie.

- Kate… Dobrze, że jesteś - rzuciła z boku jakaś kobieta, stojąc na tarasie przy panelu kontrolnym i obserwując na dwóch cieniutkich ekranach różne schematy i odczyty.

Harrigan podeszła do nieco wyższej od niej, szczupłej kobiety o azjatyckich rysach twarzy i przywiązała prowizorycznie smycze psów do barierki.

- Co się stało?

- A co się mogło stać? Wald - rzuciła nieco poirytowana. - Jak zwykle uważa, że wie lepiej i nakazał

rozpocząć testy…

- Przecież mówiłam mu wczoraj, że muszę przynajmniej jeszcze raz sprawdzić i skalibrować system.

- Wiem… Mówiliśmy mu to, ale nas zignorował - wyjaśniła, zerkając na stojącego tuż za Harrigan zielonookiego mężczyznę. - Przepraszam, ale ten człowiek jest niereformowalny i stwarza zagrożenie dla nas wszystkich.

- Właśnie widzę - niemal mruknął. - Opanujesz to? - zapytał, spoglądając na żonę.

- Zaraz zobaczymy - odparła, zaczynając już wystukiwać na klawiaturze komendy. - W najgorszym wypadku wyłączymy go awaryjnie.

- Ale wtedy trzeba będzie resetować cały system i rozruch znów potrwa z tydzień - zauważyła Miko Pakinson.

- Podziękuj za to profesorowi Thomasowi Wald, specjaliście od fizyki kwantowej - powiedziała z powagą i jednocześnie nieukrywaną ironią w głosie.

Kobieta uśmiechnęła się, nieco rozbawiona, lecz nie skomentowała już tej docinki. Szczególnie, że właśnie zbliżał się do nich starszy, szpakowaty mężczyzna - powód tego całego zamieszania.

- Logan, co tutaj robisz? - zapytał, jakby bardziej zmartwiony jego obecnością, niż tym co właśnie działo się w laboratorium.

- Sprawdzam skąd ten alarm i przy okazji dowiaduje się, że ktoś na własną rękę próbował uruchomić generator - rzucił kąśliwie. - Wbrew wyraźnym zaleceniom szefa tego projektu.

Wald spojrzał szybko z wyrzutem na Pakinson.

- Kate przesadza z tą ostrożnością. Wszystko było gotowe…

- Skoro Kate uważa, że generator nie jest gotowy na testy, to znaczy, że tak jest - warknął Conway, przerywając mu i wskazując na urządzenie. - A ostrożności nigdy za wiele. To coś jest w stanie wysadzić w powietrze połowę miasta - przypomniał mu.

- Takie ryzyko istnieje tylko podczas końcowych testów… - zaczął się usprawiedliwiać, kiedy nagle urządzenie niemal zawyło, a głównym turbina zaczęła gwałtownie przyspieszać.

Wald spojrzał najpierw na reaktor, a następnie na monitory i zbladł. Doskonale wiedział co oznaczają pokazujące się na nich odczyty: kłopoty… i to duże kłopoty.

Karen Kingsley podskoczyła do jedynego z paneli kontrolnych generatora i próbowała wyłączyć wszystko, ale komputer nie akceptował jej poleceń.

Pospiesznie wprowadziła kilka innych - niestety wciąż wszystko na nic.

Aaron Freeman zaczął wołać coś do znajdujących się na tarasie osób o nieubłaganie zbliżających się do punktu krytycznego wszystkich odczytach oraz o wychodzącej poza skalę produkcji cząstek egzotycznych, jednak narastające buczenie turbiny niemal go zagłuszyło.

Harrigan spojrzała na męża.

- Zabierz ich stąd - oznajmiła krótko i wróciła do pracy.

Mężczyzna bez słowa podszedł bliżej pozostałej trójki.

- Wychodźcie stąd! - polecił. - Natychmiast!

Ci zawahali się w pierwszej chwili, ale zaraz potem ruszyli pospiesznie pomostem łączącym galerię wokół generatora z tarasem.

Miko Pakinson chciała przywołać windę, ale okazało się, że Wald zdążył już ją uprzedzić.

- Co chcesz zrobić? - spytała jeszcze Harrigan.

- Wyłączyć to awaryjnie… Idźcie, poradzę sobie sama - dodała, nie odrywając wzroku od monitorów i wystukując na klawiaturze kolejne polecenia dla komputera.

- Ty też idź - dodała, kiedy Logan podszedł do niej. - I zabierz psy.

To zabrzmiało niemal jak rozkaz, stwierdził… i nawet go to rozbawiło, pomimo całej tej fatalnej sytuacji.

- Zapomnij. Nie zostawię cię tu samej - skwitował i puścił do niej oczko, uśmiechając się, po czym stanął przy najbliższym panelu. - Poza tym sama nie włączysz osłony przed resetem generatora… No i nie możesz wywalić swojego szefa z jego własności.

- Szefa? - parsknęła, wciąż wstukując kolejne komendy i zerknęła na niego.

Mężczyzna chciał coś powiedzieć, lecz generator zawył właśnie wściekle, zaczynając strzelać wokół elektrycznymi wyładowaniami.

Kate natychmiast ponownie skupiła cała swoją uwagę na wyłączeniu całego systemu.

- Trzeba włączyć pole siłowe!... - krzyknęła poprzez huk turbiny.

Conway zdążył jedynie skiną głową, kiedy nagle jedno z wyładowań pomknęło wprost ku niemu, odrzucając go daleko do tyłu.

- Logan! - krzyknęła i już chciała podbiec do niego, lecz kątem oka dostrzegła kolejny elektryczny język… tym razem mknący wprost na nią.

Odskoczyła w bok, ku swoim psom, które próbowały się uwolnić z zapięcia, przerażone tym, co działo się wokół. Ale energetyczne wyładowanie zdało się odbić od panelu kontrolnego, by trafić prosto w Harrigan w nią w chwili, gdy chciała odpiąć psy ze smycz.

Usłyszała jeszcze tylko, jak urządzenie ponownie zawyło i nagle wszystko ogarnął oślepiający błysk…

To było dziwne uczucie, pomyślała, kiedy wszystkie jej mięsnie znieruchomiały, a świat wokół niej zawirował.

A potem, równie niespodziewanie wszystko ucichło... dosłownie wszystko: generator, ten przeszywający dźwięk i skowyt przerażonych psów.

Nawet nie piszczało jej już w uszach.

Po prostu świat zamilkł i zdawało się jej, że zatrzymał się na moment… by na koniec pogrążyć się w totalnej ciemności…"

.

…Otworzyła gwałtownie oczy i podniosła się, nabierając tchu w płuca.

Siedziała na łóżku w niewielkim pokoju o jasny ścianach. Z boku stał niewielki stolik, a pod ścianą szafa i toaletka - wszystko wykonane było z drewna.

Spojrzała w bok, na uchylone okno, z którego rozpościerał się widok na sporą, kwiecistą łąkę i odległy las.

Zeszła z łóżka, by podejść do drzwi i otworzyć je ostrożnie.

Wyczuwała na dole dwie osoby. W prawdzie nie wydawały się mieć złych zamiarów… jednak ostrożności nigdy nie za wiele, uznała.

Korytarz nie był długi i zakończony drewnianymi schodami prowadzącymi na dół.

Podeszła ostrożnie do ich krawędzi. W prawdzie w połowie wysokości skręcały w przeciwnym kierunku, jednak wciąż była w stanie dostrzec dwie kobiety siedzące przy stole i obierające ze skórek owoce przy luźnej rozmowie.

Jedna z nich była już posiwiałą staruszką, chociaż wydawała się trzymać całkiem niźle, stwierdzia.

Drugą osobą była młoda, jasnowłosa dziewczyna.

Harrigan zeszła powoli niżej. Dopiero wtedy starsza kobieta zauważyła jej obecność.

- Och, obudziłaś się w końcu… Zaczynałam się już martwić - powiedziała, odkładając owoc i wstając z krzesła, aby podejść bliżej gościa. - Witamy w Vallen - dodała z uśmiechem. - Jestem Miriamalle Lafernan… Ale mów mi, proszę Miriam… - przedstawiła się i wskazała na dziewczynę. - A to moja wnuczka, Milli.

- W Vallen? - powtórzyła, rozglądając się szybko, lecz uważnie po kuchni, za którą znajdował się nieduży salon.

- Jesteś Avatarem czy jednym z New Lanteans? - rzuciła nagle dziewczyna.

- Milli… - upomniała ją babka.

- No co? Wszyscy chcą wiedzieć… Pojawiła się znikąd, w tym błysku światła… Podobno New Lanteans tak potrafią. Tak mówił kupiec z Hadrii.

- W błysku światła?… - powtórzyła powoli Kate, zastanawiając się nad czymś… i nagle spojrzała na nią pytająco. - Zaraz. Powiedziałaś: New Lanteans?

- Tak. Następców Przodków… Z Atlantydy - wyjaśniła uprzejmie. - Znasz ich?... Słyszałam, że maja statki, którymi latają wśród gwiazd i takie, którymi podróżują przez Wrota Przodków.

- Atlantyda?... Wrota Przodków? - powtórzyła ponownie, coraz bardziej zdezorientowana, lecz zanim Milly zdążyła odpowiedzieć, kobieta niemal wybiegła z domu, wprost na szeroką, brukowaną uliczkę.

Budynek był jednym z licznych, jakie wyrastały na całej długości drogi. Wszystkie wykonane były z kamieni i pokryte drewnianym lub słomianym dachem. Niektóre były parterowe, inne miały piętro, jak dom Miriam.

Lecz to, co najbardziej przykuło uwagę Kate, to widok rozciągający się daleko za Vallen: wysokie, góry o ośmieszonych szczytach.

W tej jednej chwili Harrigan poczuła, jak serce zaczyna jej łomotać w piersi, a krew uderzać do głowy.

- Wszystko w porządku? - zaniepokoiła się starsza kobieta.

- Jak tu trafiłam? - zapytała, wciąż wpatrując się w góry i oddychając głęboko, chociaż z pewnym trudem.

Myśli, które właśnie przemknęły jej przez głowę, były zbyt nieprawdopodobne, aby w nie uwierzyć… A jednak wciąż uporczywie kłębiły się w jej umyśle.

- Pojawiło się jasne światło i błyskawice, a potem ogłuszający dźwięk. Po chwili jednak wszystko zniknęło i znaleźliśmy ciebie. Nieprzytomną - wyjaśniła spokojnie Miriam.

Właśnie zdała sobie sprawę, że ich tajemniczy gość najwyraźniej zupełnie nie planowała znaleźć się w tym miejscu.

- Tylko mnie? - rzuciła, spoglądając ponownie na obie kobiety stojące u wejścia do domu.

- I twoje laupus… A powinien być ktoś jeszcze?

- Mój mąż - niemal szepnęła. - Tak mi się wydaje… Był ze mną, kiedy generator się uruchomił.

- Przykro mi, ale nikogo więcej nie znaleźliśmy… Możemy poszukać, jeśli chcesz…

- Był dosyć blisko mnie, więc jeśli go nie znaleźliście musiał… - nie dokończyła. Sama nie była pewna co mogło się stać. - Pewnie został tam… Może był za daleko od generatora… - zaczęła się zastanawiać na głos.

Jej słowa były bardziej skierowane do niej samej niż do kobiety i jej wnuczki, chociaż z coraz większym trudem zbierała myśli. Czuła się oszołomiona, serce waliło jej w piersi jak oszalałe, a nogi niemal uginały się pod nią

- Generator? Co to takiego? - dziewczyna przerwała jej rozmyślania.

- Generator mostów między-wymiarowych… takie urządzenie, które miało wytwarzać energię… Ale coś poszło nie tak i… znalazłam się tutaj… - przerwała, znów spogladając na wysokie góry.

Wciąż nie mogła uwierzyć w prześladującą ją myśl, że urządzenie, które starała się wyłączyć, zadziałało w najmniej porządany, lecz teoretycznie możliwy sposób: jak transporter do innego świata. Równoległego świata…

Pochyliła się do przodu, opierając rękoma o kolana i zaczynając oddychać głęboko.

To nie mogła być prawda, powtarzała sobie. Takie podróże istniały tylko w fikcji.

To jakaś pomyłka…

Głupi żart, przez który utknęła tutaj, pośrodku tego… gdziekolwiek to było…

.


.

Drzwi prowadzące na mostek rozsunęły się przed Wraith, ukazując pogrążone niemal w półmroku pomieszczenie, rozświetlane jedynie przez kilka podłużnych, żółtych lamp, umieszczonych w bocznych kolumnach i blade światło ze stropu, rzucające na podłogę powtarzający się, symetryczny wzór.

Centrum dowodzenia hive nie było skomplikowane.

Główne stery znajdowały się w centralnie umieszczonej konstrukcji, przypominającej mównicę, a po jej bokach znajdowały do dwie kolejne, ale już z pełnymi panelami kontrolnymi. W ścianach zamontowano kilka dodatkowych paneli wraz z niewielkimi ekranami, a w miejscu głównego iluminatora znajdował się duży, organiczny ekran ukazujący trasę lotu statku.

Stojący przy jednym z owych bocznych paneli kontrolnych młody Wraith, zerknął kontem oka na swojego dowódcę, który zdecydowanie wyróżniał się wśród większości oficerów na tym hive.

Był wysoki, o proporcjonalnie umięśnionej do wzrostu sylwetce, a jego długie niemal do pasa, gładkie włosy, splecione były częściowo z tyłu głowy. Lewą stronę jego twarzy zdobił spory tatuaż, a brodę dwa cienkie warkoczyki.

Wildfire był jednym z najstarszych Wraith, jakich osobiście poznał młody nawigator. I chociaż sam miał ponad tysiąc lat, to w porównaniu z dziesięcioma tysiącami lat swego dowódcy był jeszcze zwykłym młokosem.

Ale Wraith nie starzeli się tak jak ludzie. Ich niemal nieograniczone zdolności regeneracyjne sprawiały, że Dowódca wyglądał na nie więcej niż czterdzieści ludzkich lat, chociaż urodził się jeszcze przed Wielką Wojną.

Ubrany w swój codzienny, czarny płaszcz, oficer bez słowa podszedł do swego Młodszego Nawigatora, przeglądającego zapiski na organicznym ekranie.

- Przeanalizowałem zapis ze skoku energii na Vallen, który dwa dni temu zarejestrowały nasze czujniki

dalekiego zasięgu - poinformował, zanim jego dowódca zdążył o cokolwiek zapytać. - Był krótki, ale nie sądzę, aby było to naturalne zjawisko. Sygnatura tej energii zdecydowanie ma kwantowe podłoże… Niestety analiza danych jeszcze trochę potrwa - dodał, spoglądając w końcu na niego. - Osobiście uważam, że było to jakieś urządzenie. W pobliżu nie ma żadnego obiektu astronomicznego, który w naturalny sposób mogłoby wywołać podobny efekt…

Zaobserwowali to zjawisko lecąc do Strefy Neutralnej i zatrzymali się w pobliżu, by schłodzić główny rdzeń. Wtedy jednak uznał to za przypadek. Lecz teraz, kiedy dokładnie przeanalizował odczyty, nie miał wątpliwości, że jest to działanie jakiejś technologii…

A jedynymi, którzy byliby zdolnie do stworzenia takiego zjawiska, to Techniczni… lub New Lanteans.

- W porządku… Pracuj dalej - polecił Dowódca. - Osobiście sprawdzę co tam się dzieje. I tak miałem wybrać się na Vallen za kilka dni, więc mogę polecieć jeszcze dzisiaj… Mieszkańcy są zbyt prymitywni na taką technologię - dodał, bardziej do siebie, przyglądając się odczytom. - Może to New Lantenas. Ostatnio odnotowano obecność ich statku w okolicy.

- Jeśli ma pan rację, sir, chciałbym uczestniczyć w badaniu ewentualnego urządzenia - poprosił.

- Zgoda, będziesz asystował Stardustowi… Jutro ma przylecieć. On ma największe doświadczenie z

pradawnymi technologiami.

- Dziękuję, sir.

- Kiedy rdzeń się schłodzi, lećcie dalej. Dołączę do was później - polecił Dowódca i opuścił mostek, kierując się do najbliższego transportera.

To… odkrycie jego Drugiego Nawigatora, nieco pokrzyżowało mu plany, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że w obecnych czasach nie można lekceważyć takich rzeczy.

Ludzcy buntownicy stają się coraz to silniejsi, tak samo jak Techniczni, a Szara Rada Wraith z trudem utrzymuje pokój wśród Klanów.

Dlatego też każde "nietypowe" zjawisko należy jak najszybciej zbadać i w razie potrzeby ingerować, zanim stanie się zagrożeniem. Tego nauczyło ich ostatnie sześć lat od Wielkiego Przebudzenia i przybycia New Lanteans.