Rozdział 2
Nowy dom...część 1.
.
Dzień zbliżał się powoli ku końcowi.
Kolejny dzień w Vallen, pomyślała Kate, kończąc zupę wypełniającą niewielką, glinianą miskę i zerkając przez okno.
Od jej przybycia do osady minęły już trzy dni, a ona wciąż nie mogła uwierzyć w to, gdzie się znalazła.
I nie chodziło tylko o fakt, iż był to inna rzeczywistość, ale bardziej o to, jaki: świat, który dobrze znała ze starego serialu… lecz było to tak nieprawdopodobne, iż w pewnym momencie zaczęła się nawet zastanawiać, czy to wszystko nie jest jedynie snem.
Czy nie leży teraz nieprzytomna w szpitalu, a jej umysł płata jej głupie żarty.
Każdego ranka, kiedy otwierała oczy miała właśnie taką nadzieję, jednak za każdym razem ta nadzieja szybko była niwelowana przez rzeczywistość: to nie był sen… a ona naprawdę znalazła się w świecie znanym jej z filmu i serialu pod wspólną nazwą: Gwiezdne Wrota…
.
"…Wrota, które zdążyła zobaczyć już pierwszego dnia i przez które nawet przeszła.
Tylko w ten sposób Miriam i jej wnuczka były w stanie udowodnić jej, że to wszystko jest prawdą.
Później pojawiło się kilku innych mieszkańców Vallen, w tym sam burmistrz: Kaylon Andarias, starszym, chudy i siwiejący już mężczyzna. Był zawsze spokojny, przyjacielski i wiedział co powiedzieć, jak później zauważyła… lecz nie tamtego dnia.
Wtedy nawet on był kompletnie zdezorientowany zaistniałą sytuacją i nie do końca wiedział, jak powinien zachować się wobec tajemniczego przybysza.
W przeciwieństwie do pary laupus, jak miejscowi nazywali jej psy, które podbiegły do nich z impetem, by przywitać się wesoło ze swoim człowiekiem, lecz już po chwili wrócić do zabawy z dziećmi. Nie mogły przegapić takiej okazji: ciągła atnecja ze strony ludzi była rzadkością, więc w tej chwili była to dla nich zdecydowanie ważniejszą sprawą niż kobieta, którą miały na codzień. Ale dzięki temu Harrigan mogła spokojnie porozmawiać z dorosłymi mieszkańcami Vallen.
To wtedy właśnie dowiedziała się w jakich czasach względem filmu się znalazła, a także o tym jak spostrzega ją miejscowa ludność.
- …Legenda głosi, że pewnego dnia pojawi się wysłannik Avatars… kobieta - ciągnął burmistrz - aby ocalić nas przed Wraith… Będą jej towarzyszyć dwa laupus… jak twoje - gestem głowy wskazał na biegające w pobliżu psy.
- W jaskini, w górach, jest nawet skalna rycina o tym - wtrąciła podekscytowana Milly.
Kobieta spojrzała w kierunku szczytów.
- Przykro mi, ale nie jestem osobą, za którą mnie uważacie - powiedziała spokojnie. - To, jak tutaj trafiłam, nie ma nic wspólnego z waszą przepowiednią. To był przypadek. Awaria maszyny…
Starała się im to wyjaśnić w jak najbardziej przystępny i prosty sposób, lecz nie była pewna, ile z tego tak naprawdę pojęli. Szybko zresztą zrozumiała, że jej starania i tak w większej części poszły na marne; tylko nieliczni zdali się przyjąć do wiadomości jej wersję wydarzeń. Pozostali wciąż bowiem określali ją mianem Avatara… jeśli nawet nie wprost, przy niej, to na pewno między sobą.
Nawet demonstracja sprzętu, który miała w swoim plecaku niewiele dała. Dla większości mieszkańców Vallen te urządzenia wciąż były jak magia.
Dlatego też szybko zrezygnowała z prób wyperswadowania im tego. To było jak walka z wiatrakami, stwierdziła: bezsensowna strata czasu i energii.
Tak naprawdę miała wrażenie, że jedynie Miriam i jej wnuczka w końcu uwierzyły w jej słowa. Być może dlatego, że to właśnie z nimi spędzała najwięcej czasu. A może dlatego, że zwyczajnie uwierzyły w wyjaśnienia przybysza z innego świata…"
.
Spojrzała przez kuchenne okno.
Był już wieczór.
Brukowane chodniki prowadzące do centralnego placu ozdobionego fontanną, rozświetlał blask zachodzącego powoli słońca i powoli to miejsce zaczynało nabierać specyficznej atmosfery, którą znała ze starych, europejskich miast.
Może właśnie dlatego czuła się dobrze w tym miejscu, pomyślała. Ponieważ przypominało znajome jej
miejsca.
Nawet wnętrza, pełne drewnianych elementów, praktycznie niczym nie różniły się od starych domów na Ziemi.
Tak, jak duże pomieszczenie, w którym właśnie siedziała, stanowiące połączenie kuchni z jadalnią, do których wchodziło się praktycznie prosto z dworu. Dalej znajdowała się spiżarnia i korytarz prowadzący wprost do tylnego wejścia oraz tego, co można było nazwać łazienką.
Natomiast z prawej strony frontowych drzwi stały schody, wiodące do pokoi na piętrze. Całość tworzyła specyficzny, lecz przyjemny klimat… chociaż czasami czuła się tutaj niemal jak w skansenie.
Drzwi domu otworzyły się nagle i do domu Miriam wbiegła grupka dzieciaków, robiąc więcej rumoru niż stado słoni, pomyślała z rozbawieniem Kate, kończąc swój obiad.
- Będziemy robić wieeeelkie ognisko - za gestykulował jeden z najstarszych chłopców, kiedy wszyscy otoczyli kobietę przy stole.
- Wujek powiedział, że to na twoją cześć - dodała mała dziewczynka, która wdrapała się na stojące najbliżej krzesło.
Na te słowa Harrigan zatrzymała łyżkę w połowie drogi do ust i uniosła brew.
- Na moją cześć? - powtórzyła.
- Tak. Powiedział, że musimy uczcić obecność Avatara…
- Miałaś jej tego nie mówić - upomniała ją szeptem inna dziewczynka, szturchając lekko.
- Zapomniałam - jęknęła cichutko.
Kate uśmiechnęła się lekko, dokańczając zupę.
- Na całe szczęście nic nie słyszałam - dodała, rozbawiona i podniosła się, by umyć miskę w starym, żeliwnym zlewie.
- A to co za zgromadzenie? - odezwał się nagle ze schodów głos Miriam i wszystkie dzieciaki stanęły niemal na baczność. - No słucham? - dodała, wchodząc do pomieszczenia.
Miriam Lafernan trzymała się bardzo dobrze jak na swoje sześćdziesiąt-kilka lat. Była dosyć szczupłą kobietą średniego wzrostu, a jej długie włosy zdobiły pasemka siwizny, chociaż nie wyróżniały się jeszcze zbytnio na tle ciemnoblond koloru. Twarz o śniadej karnacji, chociaż pokryta już sporą kolekcją zmarszczek, wciąż wydawała się być łagodna i pogodna, a w dużych, zielonych oczach wciąż płonął żar.
A mimo to dzieci czuły przed nią duży respekt… Zresztą nie tylko dzieci, pomyślała z rozbawieniem Kate. Miriam z powodzeniem potrafiła dyrygować większością dorosłych w tej osadzie.
- My tylko… - zaczął jeden z chłopców.
- Przyszliśmy powiedzieć Kate o ognisku - dokończył najstarszy.
- I musicie przy tym robić tyle hałasu?... No dalej, wynocha mi stąd. Idźcie brudzić komu innemu i dajcie jej wreszcie odpocząć - rzuciła, gestykulując rękoma, aby jak najszybciej wyszli z domu. - Ani chwili spokoju z tymi dzieciakami - dodała, kręcąc głową, kiedy zamykała za nimi drzwi.
- Nasze pojawienie się to sensacja stulecia - odparła rozbawiona Harrigan. - Mają frajdę, jak to dzieci.
Miriam uniosła nieco brew.
- Skąd wiesz? Podobno nie masz dzieci - spytała podchwytliwie.
- Ale miałam dwóch, znacznie młodszych braci i kuzynostwo… dla których zawsze robiła jako darmowa opiekunka - mruknęła. - Poza tym nasze miasta pełne są dzieci. Wystarczy być dobrym obserwatorem.
- Powinnaś mieć własne dzieci - stwierdziła najzwyczajniej w świecie starsza kobieta, podchodząc do garnka z zupą, aby nalać sobie trochę do miski. - Masz do nich podejście.
- Raczej toleruje je przez pierwszy kwadrans - parsknęła lekko Kate.
- Kwadrans?
- Piętnaście minut - wyjaśniła.
Nieraz zapominała, że cześć ziemskiej terminologii jest obca dla tutejszych ludzi.
- Nie, nie. Masz podejście do dzieci - upierała się przy swoim, siadając przy stole. - Potrafisz opanować nawet tą rozbrykana gromadkę… Powinnaś znaleźć sobie porządnego chłopa i mieć z nim dzieci… Masz dobre kształty. Powinnaś być płodna - stwierdziła z przekonaniem, na co młodsza kobieta przewróciła tylko oczyma. Miriam zignorowała to jednak i nagle przerwała swój posiłek, spojrzała na nią. - Kto wie, może znajdziesz tu jakiegoś dla siebie… Galaktyka jest ich pełna - zachichotała nieco.
- O ile wcześniej nie zostaną skonsumowani przez Wraith - zażartowała Kate, siadając naprzeciwko niej przy stole.
- Wraith nie są tacy głupi jak ludzie, aby od razu wybić całą populację - odparła pomiędzy jedną łyżką
zupy, a drugą. - Hodują nas bardzo rozważnie.
- Tak, wiem. To… bardzo cierpliwa rasa - parsknęła znowu.
- Przestaniesz z nich żartować, kiedy zacznie się czas Żniw - pogroziła jej łyżką.
Młodsze kobieta nie odpowiedziała, poważniejąc.
- No właśnie… Skoro już o tym mowa, to jak dawno były tutaj ostatnie Żniwa? - spytała po chwili.
Myśl o nalocie na Vallen nie była zbyt przyjemna. Miała w planach przeżyć i znaleźć sposób na powrót do domu, nawet gdyby miała z tego powodu zawitać na Atlantydy, więc spotkanie twarzą w twarz z tymi zielonymi karaluchami mogłaby poważnie zaszkodzić tym planom, stwierdziła.
- Chyba ze sto lat temu - odparła Miriam. - Moja prababka była wtedy młodą dziewczyną… Na jej szczęście zbyt młodą.
- To może inaczej: a jak często zdarzają się tutaj Żniwa?
- Zależy jak szybko przyrasta populacja… A ostatnie dwa pokolenia są dosyć liczne. Obecnie jest nas grubo ponad dwa tysiące… Spodziewam się więc, że mogę doczekać kolejnych żniw Wraith - mruknęła.
Zapadła cisza.
Obu kobietom ta myśl zdecydowanie nie odpowiadała… chociaż każdej z nich z różnych powodów. Jednak w każdym przypadku stawka była ta sama: przetrwanie.
Do tej pory Kate Harrigan nie myślała zbytnio o realiach świata, w którym się znalazła. Nie miała na to czasu. Całą swoją uwagę skupiała na pracach, w które angażowali ją mieszkańcy Vallen. Nie było czasu na rozważania.
Ale w końcu będzie musiała poważnie przemyśleć ten temat. Szczególnie, że każdego dnia coraz częściej zaczynał zaprzątać jej głowę… i coraz bardziej zaczynało do niej docierać, gdzie jest oraz z czym może przyjść się jej zmierzyć.
Nawet jeśli wciąż wydawało się to być dla niej abstrakcyjne.
- Idę się wykąpać - odezwała się w końcu, przerywając grobową ciszę i wstając powoli od stołu.
- Nie zapomnij o ognisku - odparła Miriam, kiedy młodsza kobieta ruszyła w kierunku łazienki.
- Przyjdę później… Nie mam ochoty na świętowanie - niemal mruknęła i weszła do niewielkiego pomieszczenia.
Poza sporą, żeliwną wanną i umywalką, znajdowało się tam jedynie kilka półek wypełnionych różnymi przyborami i dwa duże wiklinowe kosze.
Kiedy po raz pierwszy oprowadzano ją po osadzie, była mile zaskoczona tutejszym systemem kanalizacyjnym. Każdy dom posiadał dostęp do ciepłych wód, sprowadzanych z pobliskich źródeł geotermalnych skomplikowanym jak na tą społeczność systemem rur. Wystarczyło użyć ręcznej pompy, aby gorąca woda popłynęła z kranu.
Osobny system rur odprowadzał ścieki do odległych bio-oczyszczalni: wielkich połaci płytkich stawów porośniętych wysoką, przypominającą szuwary rośliną.
Żyła ona w niezwykłej symbiozie ze szczepem bakterii, rozkładającym to, co napływało z domostw, a jej dodatkowym atutem był przyjemny, nieco cytrynowy zapach, który niwelował częściowo nieprzyjemny zapach ścieków.
Milly, wnuczka Miriam, opowiadała jej jak latem cały ten teren pokrywa jasno-chabrowy płaszcz, kiedy roślina zaczynała kwitnąć.
Kate widziała przedstawiający ten widok obraz, namalowany dawno temu przez jednego z tutejszych
mieszkańców i musiała przyznać, że jego autor musiał być niezwykle utalentowany.
Obraz był idealny, niemal jakby patrzyła na zdjęcie, stwierdziła wtedy… Niezwykłe piękno naturalnej
oczyszczalni ścieków, pomyślała z lekkim rozbawieniem i weszła powoli do wanny.
Woda była nieco za ciepła, ale jej skóra szybko przyzwyczaiła się do temperatury. Ułożyła się wygodnie, podkładając niewielki ręcznik pod kark i zamknęła oczy, próbując się zrelaksować. Unoszący się delikatny zapach olejków wlanych do wody, miał jej w tym pomóc.
Po raz pierwszy od dziewięciu dni miała chwilę wytchnienia… i spokoju. Tak, zdecydowanie tego było jej trzeba, pomyślała z błogim uśmiechem, biorąc głębszy wdech.
Nawet nie zorientowała się, kiedy zasnęła…
.
"…Ciepły, letni deszcz spływał po jej twarzy, kiedy stojąc w dużej kałuży przed domem, wyciągała głowę w kierunku nieba.
Lubiła takie chwile. Sprawiały, że zapominała o całym świecie, kąpiąc się w strugach deszczu i słuchając jak krople uderzają o metalowe elementy domów.
Otworzyła w końcu oczy i wyciągnęła dłoń, pozwalając, aby duże krople wody rozpryskiwały się na niej.
Wytężyła wzrok, skupiając się.
Kilka kropel zatrzymało się nagle, by zacząć wirować wokół wspólnego środka coraz szybciej i szybciej, aż w końcu nad jej dłonią uformowała się cieniutka, wodna obręcz.
- Dlaczego ja tak nie potrafię? - spytała nagle po polsku czteroletnia dziewczynka.
Kate spojrzała na nią i uśmiechnęła się lekko. Jej młodsza kuzynka przerwała zabawę w kałuży, zaczynając przyglądać się uważnie sztuczce dużymi, ciemnymi oczyma.
- Może jesteś jeszcze za mała - skłamała.
Chociaż ośmioletnia Kate Harrigan była niezwykle inteligentna jak na swój wiek, to i tak nie potrafiła wyjaśnić swojej młodszej kuzynce, dlaczego ona nie może robić tych wszystkich "fajnych sztuczek".
- Jak będę taka duża jak ty, to też tak będę umiała?
- Na pewno.
- A co jeszcze potrafisz? - zainteresowała się.
Starsza dziewczynka przyglądała się przez chwile wirującej wodzie, skupiając ponownie na niej… a ta nagle zaczęła szybko zamarzać.
Młodsza dziewczynka aż zapiszczała z zachwytu i złapała powstałą lodową obręcz, by wbiec z nią do domu.
- Babciu! Babciu! Patrz co Kasia zrobiła z deszczu! - zawołała już w progu kuchni.
Przebywające w pomieszczeniu dwie kobiety podniosły wzrok znad garnków pełnych czereśni. Ręczne drylowanie owoców zawsze było czasochłonne, nie wspominając już o bałaganie jaki przy tym powstawał.
Wdrapując się na krzesło, mała Iza położyła lodowy twór na stole.
- Wynieś to na dwór - rzuciła starsza kobieta. - Za chwile się roztopi i będzie tu pełno wody.
- Nie roztopi się… Kasia zrobiła tak, żeby się nie roztopiło… prawda? - oznajmiła stanowczo i spojrzała na swoją starszą kuzynkę.
- Za jakiś czas się roztopi. To lód, a lód zawsze topi się na cieple… Jak włożysz go do kałuży, zobaczysz jak szybko się roztopi w ciepłej wodzie - zasugerowała jej spokojnie.
- Dobrze - zawołała z entuzjazmem pięciolatka i wybiegła z powrotem na dwór.
- Nie pokazuj jej tych twoich sztuczek - szepnęła nagle babka. - Potem przez pół dnia zasypuje mnie pytaniami, dlaczego ona też tak nie potrafi.
- Powiedziałam jej, że musi podrosnąć, żeby też tak umieć - powiedziała spokojnie, biorąc do ust owoc.
- Twoja babcia ma rację - wtrąciła spokojnie matka Kate. - To dziecko… A co, jeśli zacznie opowiadać innym, że jej kuzynka potrafi robić magiczne sztuczki?... Dorośli może nie zwrócą na to większej uwagi, ale inne dzieci zaczną się z niej śmiać i będzie jej przykro.
- Ale ona lubi te sztuczki…
- Wiem, kochanie… Ale sama pomyśl czy to bezpieczne? Dla was obu.
Kate skrzywiła usta w lekkim grymasie niezadowolenia.
- Nie - mruknęła.
- No właśnie… Kiedy Iza podrośnie, będziesz jej mogła powiedzieć o swoich zdolnościach. Ale na razie jest zbyt mała, aby zrozumieć, że należy to zachować w tajemnicy.
Dziewczynka nie odpowiedziała. Rozumiała rację matki, jednak z drugiej strony lubiła pokazywać swojej młodszej kuzynce te… magiczne sztuczki. Przynajmniej przed nią nie musiała ich ukrywać.
- Roztopił się - odezwała się niespodziewanie z progu rozczarowanym głosem młodsza dziewczynka i stanęła przy stole, zaczynając bawić się nożem.
- Odłóż to. To nie jest zabawka - skarciła ją ponownie babka i zabrała jej nóż.
- Może chcecie jeszcze zupy? - zaproponowała matka Kate i wstała, podchodząc do pieca.
- Tej z gruszkami i kluskami? - spytała Iza.
- Tak.
- Mniam… Lubię ją.
- Wiem - odpowiedziała z uśmiechem najstarsza kobieta i zaczęła nalewać zupę na talerze. - Kasiu, podasz jej? - dodała po chwili.
Starsza dziewczynka bez słowa podeszła do swojej matki i wzięła pierwszy talerz, by następnie powoli ruszyć w stronę stołu.
Mleczna, słodkawa zupa z owocami i małymi kluskami, była letnim specjałem ich babki, który obie
dziewczynki uwielbiały.
Zresztą nie tylko one. Kiedy dzieci z sąsiedztwa przychodziły, aby pobawić się z nimi, również zawsze raczyły się tym prostym, ale smacznym daniem.
- Powiedziałam zostaw ten nóż - rzuciła nagle babka i chciała go złapać, jednak dziewczynka wypuściła go z rączki zbyt wcześnie.
Ciepła zupa rozlała się nieco na podłogę i na nią, kiedy starsza dziewczynka upuściła talerz, aby uwolnić ręce i tym samym móc zatrzymać ostrze noża zaledwie kilka centymetrów nad ciałem leżącego na podłodze kota.
Widząc to, jej matka podskoczyła natychmiast do dzieci, aby pochwycić rękojeść unoszącego się w powietrzu noża.
- Kochanie, nic cię nie jest?... Poparzyłaś się? - spytała z troską, odkładając nóż na bok, by obejrzeć mokre ubranie.
- Nie… ale talerz się stłukł… Przepraszam - odparła pokornie.
- To nic takiego, posprzątamy to - zapewniła ją babka. - Ważne, że się nie poparzyłaś… A ty widzisz co narobiłaś - zwróciła się zaraz gniewnym tonem do Izy. - Nie dość, że przez ciebie Kasia oblała się zupą, to jeszcze zabiłabyś kota… Tak to jest, jak nie słucha się starszych - zganiła ją, na co mała zaczęła pochlipywać pod nosem.
- No już dobrze - ciotka pogładziła młodszą dziewczynkę delikatnie po główce. - Ważne, że nikomu nic się nie stało… Prawda? - dodała, a ta przytaknęła tylko, przecierając mokre już od łez oczy.
- Tylko samo utrapienie z tym dzieckiem… Nie dość, że się nie słucha, to jeszcze mazgai się z byle powodu - niemal wymamrotała starsza kobieta. - Nie wiem po kim ona to ma, ale przynajmniej twoja córka nigdy nie rzucała fochów na prawo i lewo, jak ta…
- Jest jeszcze mała… Minie jej - odparła z lekkim rozbawieniem Anastazja.
- Oby - dodała ponurym tonem kobieta i wróciła do swoich zajęć. - I módl się, żeby drugie dziecko było równie spokojne - dodała, lekkim gestem głowy wskazując na pokaźny już brzuch kobiety.
- Mam nadzieję, bo jak na razie co chwilę kopie, nawet w nocy i nie daje mi spać - rzuciła, masując się dłonią po brzuchu.
- Może chciałby już zagrać w piłkę albo pobiegać - zażartowała dziewczynka.
- A może to będzie dziewczynka? - odpowiedziała jej z lekkim przekąsem matka.
- Nie. To chłopiec - oznajmiła niezwykle pewnym siebie tonem głosu i wyszła z kuchni…"
.
…Ktoś zapukał do drzwi.
Kate nie zareagowała w pierwszej chwili, więc pukanie powtórzyło się, intensywniej. Dopiero wtedy drgnęła gwałtownie i otworzyła oczy.
Spojrzała w kierunku drzwi.
- Tak?
- Idziesz na ognisko? - odezwał się z drugiej strony głos Milly. - Siedzisz tam już od godziny.
- Chyba przysnęłam… Przyjdę za niedługo.
- OK… To my już idziemy.
- W porządku - odparła i przetarła twarz dłońmi.
Sen, który miała, zaskoczył ją. Nie miała pojęcia, dlaczego przyśniło się jej akurat to konkretne wydarzenie. Może ze względy na to, jak szorstko Miriam potraktowała tamte dzieciaki, pomyślała i wyszła z wanny.
Uniosła dłoń, przyglądając się jej przez dłuższą chwilę, aż w końcu zaczęła formować się nad nią niewielka, blada kula energii.
No właśnie, jej zdolności, pomyślała.
Do tej pory unikała jak mogła używania ich… sprawdzała granice możliwości, ale zawsze musiała się z tym ukrywać z obawy, że zamknięto by ją w laboratorium, jako wybryk natury. Szczególnie, że i tak już od dziecka była na „świeczniku" z powodu swojego IQ. A gdyby jeszcze wyszło na jaw co potrafi…
No cóż, najpewniej miała by okazję poczuć się jak jeden z marvelowskim Mutantów…
Jedyne przy najbliższych jej osobach pozwalała sobie czasami na ich używanie.
Ale tutaj było inaczej… Tutaj, te same umiejętności, wprawiały wszystkich w zachwyt, gdyż uważali ją za Avatara, istotę wyższą…
Co za ironia losu, stwierdziła z rozbawieniem. Dopiero trafiając do równoległego świata, została zaakceptowana przez jej własny gatunek wraz z wszystkimi tymi… magicznymi sztuczkami, jak żartobliwie nazywał te zdolności Logan, przypomniała sobie…
Zamknęła dłoń i kula zniknęła.
Ubrała się szybko i wyszła na dwór tylnym wejściem.
Ostatnie promienie słońca sprawiały, że odległe
górskie szczyty z szarych stały się lekko rdzawe, a niebo nabrało ciemno-purpurowych barw. Wzięła głębszy oddech, przymykając z zadowoleniem oczy. Dawno już nie widziała tak pięknego widoku.
I dawno już nie czuła się tak spokojna.
Spojrzała na wschód, gdzie na granatowej płachcie widać już było pierwsze gwiazdy.
Jutro zdecydowanie będzie musiała wybrać się na wycieczkę po okolicy, pomyślała i ruszyła powoli skrajem osady w kierunku głównego skweru.
Wąska, wydeptana ścieżka, prowadziła z tyłu licznych domostw, lecz po drodze nie spotkała nikogo z mieszkańców. Najwyraźniej była ostatnią osobą, która jeszcze nie dotarła na miejsce, uznała i przyspieszyła kroku…
Ukryty wśród potężnych drzew i kwitnących krzewów pobliskiego zagajnika Wraith, przyglądał się jej, dopóki nie zniknęła w wąskiej, brukowanej uliczce.
Nie przypominał sobie, aby widział ją tutaj pół roku temu, kiedy ostatni raz zaglądał do swojego laboratorium ukrytego w lesie.
Miał bardzo dobra pamięć do twarzy… nawet ludzkich, a jej twarz zdecydowanie by zapamiętał. Miała w sobie coś, co od razu przykuwało uwagę, stwierdził.
Także jej strój nie pasował do tych, jakie nosili miejscowi. Musiała zatem pochodzić nie tyle z innej osady, co z innej planety, stwierdził.
Ciekawe co tutaj robi? Być może to czyjaś krewna… lub partnerka dla jednego z miejscowych mężczyzn, pomyślał i nagle zorientował się jak bardzo zaprząta sobie umysł tą ludzką samicą.
Ostatni raz zdarzyło mu się to kilkaset lat temu… i źle się skończyło, upomniał sam siebie i ruszył dalej, szybko pokonując otwartą przestrzeń między gajem a pierwszymi domami.
Musiał się spieszyć. Do jego laboratorium było jeszcze sporo drogi, a on zostawił myśliwiec ukryty w pobliżu wrót, by móc z bliska sprawdzić co mogło być przyczyną dziwnych odczytów energii odkrytych przez jego oficera.
A teraz nadarzała się ku temu doskonała okazja. Cała osada zebrała się na głównym placu, przy dużym ognisku, świętując… chociaż nie przypominał sobie, aby w tym okresie mieszkańcy Vallen obchodzili jakieś coroczne święto.
Szybko zapadający zmrok ułatwiał mu poruszanie się między domami, kiedy ostrożnie zbliżał się do centrum osady.
Skręcając w kolejna uliczkę, zatrzymał się gwałtownie. Kilkaset metrów dalej, pośrodku okrągłego placu, płonęło duże ognisko, wokół którego zebrali się chyba wszyscy mieszkańcy.
Pobieżnie oszacował ich liczbę.
Populacja Vallen znacznie zwiększyła się przez ostatnie dwa pokolenia. Jeżeli ta tendencja się utrzyma i nie nastąpi żadna epidemia, zapowiadały się obfite Żniwa, a to coraz większa rzadkość od kilku lat, pomyślał z zadowoleniem.
Stał tak przez dłuższy czas, obserwując ich uważnie, ale zachowanie ludzi nie wskazywało na nic niezwykłego. Śmiali się, tańczyli, jedli i pili… jak zawsze podczas ich uroczystości. Nic nie wskazywało na to, że w ciągu kilku ostatnich dni wydarzyło się tutaj coś niezwykłego. A pojawienie się zaawansowanego urządzenia, jak podejrzewał Sharpwind, z pewnością byłoby takim niezwykłym wydarzeniem… I wtedy ci ludzie z pewnością nie zachowywaliby się tak niefrasobliwie, pomyślał.
Każda ludzka społeczność w tej galaktyce doskonale wiedziała, że Wraith szybko niszczą jakikolwiek przejaw mogącej im zagrażać technologii. Zbyt wysoce rozwinięta ludzka społeczność sprawiała tylko kłopoty. Tacy ludzie zaczynali uważać, że są w stanie przeciwstawić się i wywalczyć sobie wolność… na swoje nieszczęście zawsze przypłacali to sporymi stratami…
Coś zimnego i wilgotnego dotknęło palców jego dłoni.
Odwrócił się gwałtownie i cofnął o krok, skrywając jeszcze bardziej w mroku. Tuż przed nim stało czworonożne stworzenie o szaro-białej sierści i z szeroko otwartą paszczą, z której zwisał długi język. Stało, spoglądając na niego spokojnie i merdające ogonem.
Wraith warknął cicho. Zwierzę przekrzywiło nieco głowę, jakby nasłuchiwało i po chwili ponownie zaczęło jeszcze mocniej merdać ogonem.
Dowódca widział kiedyś podobne stworzenia, ale nigdy na tej planecie.
Laupus hodowane były tylko przez nieliczne, koczownicze ludzkie plemiona, w celu ochrony przed
dzikimi zwierzętami i to w zupełnie innej części galaktyki.
Zresztą to stworzenie znacznie różniło się wyglądem od tych, które widział.
Tak samo jak jego zachowanie. Nie warczało, a on nie wyczuwał w nim agresji, a wręcz przeciwnie… wydawało się być bardzo przyjaźnie nastawienie.
- Czego chcesz? - mruknął szeptem Wraith, na co stworzenie zaczęło szybciej machać ogonem i podeszło bliżej.
Laupus znowu szturchnął jego dłoń nosem, a potem przylgnął cielskiem do jego nóg, spoglądając w
górę wyczekująco z tym jego szeroko otwartym pyskiem.
Wyglądał niemal jakby się śmiał, stwierdził Wildfire.
- Chcesz się bawić? - zauważył i ostrożnie wyciągnął do niego rękę.
Zwierzę natychmiast przysunęło swój kudłaty łeb, ocierając go o dłoń. Wraith zgiął lekko palce, zaczynając drapać nieco laupus po głowie.
Uśmiechnął się kącikiem ust, kiedy kudłate stworzenie naprężyło kark. Wydawało się być bardzo zadowolone z tego zabiegu.
- Lubisz to, prawda? - spytał i wtedy zauważył owiniętą wokół jego szyi grubą, parcianą opaskę, zapinaną na metalową sprzączkę.
Przymocowany był do niej kawałek metalowej blaszki.
Przyjrzał się jej. Widniał na niej starannie wyryty napis. Wraith zmrużył nieco oczy.
- Shinouk!
Kobiecy głos, który rozległ się nagle w pobliżu, sprawił, że Dowódca wyprostował się gwałtownie, szukając wzrokiem jego źródła.
- Shinouk! Cholero kudłata! Gdzieś polazł?! - powtórzyło się wołanie, tym razem bliżej i w nieznanym Wraith języku, chociaż przez tysiąclecia miał styczność z setkami ludzkich dialektów, a nawet odrębnych języków.
Ale ten był dla niego zupełnie nowy… i niezrozumiały.
Chwilę później, na końcu długiej, wąskiej uliczki, pojawiła się właścicielka głosu, zatrzymując się.
Była średniego wzrostu, zgrabna, o długich, falistych włosach opadających lekko na ramiona i plecy - ta sama, którą widział wcześniej, ukryty w gaju.
A teraz, kiedy stała jeszcze bliżej niego niż poprzednio, mógł się jej dokładniej przyjrzeć.
Podparła się w pasie, wyraźnie poirytowana i spojrzała za siebie.
- Super… Teraz będę go szukała przez pół nocy - mruknęła po polsku i zerknęła na stojącą obok niej dziewczynę. - Mówiłam ci, żebyś nie spuszczała ich ze smyczy. Ta rasa ma ucieczki i kłusownictwo w genach… Teraz zapewne dusi komuś połowę drobiu - dodała niechętnie pod nosem.
- Przepraszam… Myślałam, że będą się kręciły między nami - jęknęła inna, młoda kobieta.
- Taaa. Dopóki ktoś je drapie albo się z nimi bawi… To specyficzna rasa. Słuchają się, kiedy chcą i robią co chcą… Tashkę jeszcze jakoś da się przywołać albo zwabić na smakołyk. Shin już od lat nie daje się na to nabrać… Chyba że ma wyjątkowo dobry dzień - mruknęła. - Shinouk! - zawołała ponownie, a potem powiedziała coś w swoim języku.
- Nic nie rozumiem co mówisz - jęknęła Milly.
- I dobrze… Przeklinałam sobie - burknęła Kate.
- Och… Przecież przeprosiłam.
- Wybacz, ale twoje przeprosiny na nic mi się zdają, jak będę musiała go szukać po lesie dwadzieścia kilometrów dalej - wytknęła jej, wskazując energicznym ruchem w stronę lasu, po czym powróciła do rozglądania się po okolicy, próbując dostrzec jakikolwiek ruch w blasku ulicznych latarni.
- Nie przesadzaj… Aż tak daleko na pewno nie pobiegł - machnęła ręką Milly, ale zaraz spoważniała, widząc ponure spojrzenie kobiety.
- To husky. Przez tysiąclecia hodowano je, by ciągnęły sanie na długich dystansach. Są szybkie… Nawet ten spaślak - mruknęła.
- A mówiłaś, że to tak specjalnie… najpierw masa, a potem forma. Tak to było? - przypomniała jej.
Kobieta rzuciła jej ponure spojrzenie.
- To była ironia… Żart - odcięła.
- Więc może nie uciekł daleko? - odparła optymistycznie.
- Taaa. Marzenia też piękna rzecz - wymamrotała.
- A nie możesz go przywołać… no wiesz, telepatycznie? - spytała nagle dziewczyna.
- Nie - mruknęła stanowczo Harrigan. - Chcę, żeby przychodziły, bo je wołam, a nie dlatego, że je do tego zmuszam - skwitowała.
- To może powinnaś im zbudować jakieś lokalizatory…? - zasugerowała.
- Do lokalizowania ich za pomocą GPSa potrzebny jest satelita…
- To zbuduj go.
Kobieta spojrzała na nią protekcjonalnie.
- Po pierwsze, nie zbuduje satelity z tego co tutaj macie. To skomplikowana elektronika, a ze mnie raczej marny McGyver - rzuciła ironicznie. - Po drugie, satelitę trzeba umieścić na orbicie planety… a statku kosmicznego raczej w stodole nie chowacie, prawda?
- Zwariowałaś? Chcesz, żeby Wraith nas zaatakowali za posiadanie takiej technologii?!
Harrigan zacisnęła usta i pokręciła głową, zrezygnowana, po czym spojrzała powoli na dziewczyną.
- Droga Milli, to był sarkazm - powiedziała spokojnie i już chciała ruszyć dalej, kiedy nagle katem oka dostrzegła ruch w uliczce, a chwile później uśmiechnięta psią mordę. - Tu jesteś - rzuciła, znów po polsku i podparła się w pasie. - Zażarłeś coś komuś? - spytała. - Jak znowu będę musiała wysłuchiwać zrzędzenia tej starej jędzy, że zagryzłeś jej kurę… - pogroziła mu palcem, ale pies wydawał się być tylko jeszcze bardziej zadowolony.
Milly zachichotała.
- Chyba zupełnie nic sobie nie robi z twoich gróźb - parsknęła. - Zresztą to zwierzę. I tak nic nie rozumie.
- Zdziwiłabyś się, ile rozumie… Tylko udaje, bo wtedy nic od niego nie wymagają - dodała, marszcząc brwi i spoglądając wymownie na psa. - Jak jedno tak i drugie zresztą - mruknęła i wskazała palcem w kierunku ogniska. - Idź do Tashy. Gdzie Tasha? - dodała po polsku.
Stworzenie spojrzało na nią, a potem wesoło pobiegło w kierunku bawiących się ludzi.
Kate spojrzała na Milly z szerokim uśmiechem zadowolenia.
- Przypadek - stwierdziła dziewczyna.
- Psy wywodzą się od… laupus, a drapieżnik z natury musi być sprytniejszy niż jego ofiara… Szacuje
się, że psy mają inteligencję trzy-czteroletniego dziecka… Ile rozumie takie dziecko z tego, co do niego mówisz? - spytała spokojnie, unosząc nieco brwi.
- Inteligencja to kwestia sporna - rzuciła Milly.
- Tak. Szczególnie w przypadku ludzi - zadrwiła Kate.
- Mówisz o mnie? - spytała urażona. - Ja wiem, że dla ciebie zapewne wszyscy jesteśmy głupi… ale to nie znaczy, że możesz mnie obrażać - dodała wyraźnie urażona.
Kate westchnęła tylko ciężko.
- To było uogólnienie… I nie uważam cię za głupią, a wręcz przeciwnie - powiedziała nader spokojnym tonem. - Nigdy wcześniej nie miałaś doczynienia z żadną technologią, a patrz jak szybko nauczyłaś się obsługiwać wszystkie moje rzeczy.
Dziewczyna uśmiechnęła się, wyraźnie zadowolona.
- Uważasz, że jestem mądra? - spytała.
- Tak… Nawet bardzo… Zapewne gdybyś miała możliwości kształcenia się, byłby z ciebie dobry naukowiec - skwitowała, na co dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- Dziękuję - rzuciła, wciąż dumna i nagle rozejrzała się niepewnie po mrocznych zaułkach.
Teraz, kiedy w końcu uspokoiła się, przestając wykłócać z Kate o psy, jej umysł znów był w stanie skupić się na innych rzeczach.
- Czy my też możemy wracać do reszty? - spytała, oplatając się ramionami. - Znowu mam to przeczucie.
- O Wraith? - rzuciła Harrigan. - Panikujesz… Ale jak chcesz, to pożyczę ci paralizator - zażartowała, poklepując ją po ramieniu, po czym ruszyła w drogę powrotną na główny plac.
- Para-co? - rzuciła Milly, ruszając za nią.
- Takie urządzenie wytwarzające lekki, aczkolwiek bolesny ładunek elektryczny - wyjaśniła. - Porażona osoba może nawet chwilowo stracić przytomność… jak ustawisz na maksa… W zasadzie, jeśli ktoś ma słabe serce, to można go nawet tym zabić - dodała najspokojniej w świecie.
- I to działa?
- Na Wraith?... Nie wiem, jeszcze nie miałam okazji wypróbować… Ale skoro masz przeczucie, że jakiś się tutaj kręci, to można sprawdzić.
- Wolałabym nie musieć tego sprawdzać - mruknęła młoda kobieta.
- No co ty… może być zabawnie… Wyobrażam sobie jego minę? - parsknęła.
Milly spojrzała na nią ponuro.
- Przestaniesz sobie z tego żartować? Nie będziesz się śmiała, kiedy któregoś spotkasz.
- Wybacz, ale to silniejsze ode mnie… No wiesz, film i tak dalej - zachichotała lekko. - Apropos łapania Wraith. Idę jutro na wycieczkę w góry. Załapujesz się?
- Czy co robię?
Harrigan przewróciła oczyma.
- Czy idziesz ze mną - wyjaśniła.
- Łapać Wraith?!... Chyba oszalałaś!
- Na wycieczkę, kobieto… Mówię o wycieczce - odparła rozbawiona. - Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty tylko uganiać się po lesie za jakimś zielonym karaluchem - mruknęła, zerkając na nią z nuta ironii.
- Po tobie wszystkiego można się spodziewać - odparła z powagą dziewczyna.
Kobieta westchnęła tylko ciężko.
- To będą naprawdę dłuuugie wakacje - wymamrotała po polsku.
- Znowu przeklinasz? - zganiła ją lekko Milly.
- Nie, tylko narzekam na ciebie - odcięła, ponownie posyłając jej ironiczne spojrzenie.
Przysłuchujący się całej rozmowie Wraith, wciąż skryty w mroku odległego zakątka uliczki, uśmiechnął się nieco, rozbawiony ostatnim stwierdzeniem Harrigan.
Tak, ta ludzka samica zdecydowanie nie pochodziła z tej planety, pomyślał.
Jej słowa i sam sposób wysławiania się świadczyły, że wywodzi się ze społeczeństwa o znacznie większym poziomie wiedzy, niż ten, który posiadają mieszkańcy Vallen.
Ale którego?
I co w takim razie tutaj robi?
Może to badacz? Ludzie są ciekawscy, a poziom ich ciekawości rośnie proporcjonalnie do posiadanej wiedzy.
Zatem być może to właśnie ona odpowiedzialna jest za dziwne odczyty energii, stwierdził… i zmarszczył nieco czoło, patrząc jak odchodzi.
Cały czas nie mógł pozbyć się wrażenia, że gdzieś już ją widział.
