Rozdział 3
Mój pierwszy Wraith.
.
Wycieczka w góry została zastąpiona popołudniowym spacerem po lesie.
Po pierwsze, Kate była tak zmęczona, że następnego dnia po ognisku, wstała dopiero przed południem.
Po drugie, Kylen Andarias przez dwie godziny opowiadał jej o modernizacji wioski… w której ona jako wybitny naukowiec - jak często podkreślał - mogłaby im bardzo pomóc. Nic skomplikowanego, zaznaczył, gdyż Wraith unicestwiają każde społeczeństwo, które uznają za zagrożenie. Po prostu kilka prostych udogodnień, które ułatwią im życie, ale nie narażą ich na gniew Wraith.
Harrigan zgodziła się. Nie mogła im odmówić. W końcu wiele zawdzięczała: spokojne schronienie i opiekę, jaką ją otoczyli.
Tak więc odkładając na bok osobiste plany, jak skontaktowanie się z Atlantydą, aby z pomocą McKay'a ustalić, czy jest w stanie wrócić do domu, zaczęła od przedstawienia im na szybko szkiców młynów wodnych i wiatraków, które mogłyby zaopatrzyć Vallen w elektryczność.
Przejrzała także projekty tutejszej kanalizacji, która ku jej zaskoczeniu, od dawna funkcjonowała sprawnie w tej małej społeczności, a także systemu melioracyjnego zasilającego pola uprawne.
Postanowiła również wykorzystać pobliskie źródła geotermalne, o których dowiedziała się przypadkiem od Miriam. Być może w późniejszym czasie uda się nawet uruchomić urządzenia napędzane para wodną, których zasadę działania po krótce wyjaśniła tutejszej Radzie, a które pomogłyby im przy zbiorach czy w samej osadzie.
Mieszkańcy Vallen bardzo uważnie słuchali tych wszystkich rewolucyjnych dla nich informacji.
Nigdy wcześniej nie spotkali nikogo, kto posiadałby tak dużą wiedzę na tak wiele różnych tematów. I chociaż przybysz z innego świata wyjaśnił im w miarę prosty sposób jak znalazł się na tej planecie, to i tak wciąż po części uważano, że Katherin Harrigan może jednak być wysłannikiem Avatars.
Tym samym, którego przybycie zapowiadały od tysiącleci ryciny wysoko w górach…
- …A skąd wiesz, że to nie za ich sprawą znalazłaś się tutaj? - spytała w pewnym momencie Miriam, ucinając tym samym kolejną próbę Harrigan, aby przekonać wszystkich, że nie jest Avatarem. - Jeszcze parę dni temu uważałaś nasz świat za… fikcję, a dzisiaj w nim jesteś… Skąd więc pewność, że to nie za sprawą Avatars zostałaś tu przeniesiona?... Nasza przepowiednia ma tysiące lat, a w tej galaktyce te stworzenia - wskazała głową na psy - są wielką rzadkością. Praktycznie znamy je tylko z rzeźby w górach… A jednak, dziwnym zbiegiem okoliczności, pojawiasz się ty i one. Jak w przepowiedni.
Kate chciała coś powiedzieć, ale widząc stanowcze spojrzenie starszej kobiety, westchnęła tylko ciężko i odpuściła. To było bezsensowne, stwierdziła. Zupełnie jakby sprzeczała się z Loganem, kiedy na coś się uparł, pomyślała z lekkim rozbawieniem… i nagle posmutniała.
Wspomnienie o mężu znów ją przygnębiła. A najgorsza była niewiedza co się z nim stało.
Było wiele opcji: mógł zostać w jej świecie lub trafić na inną planetę czy w inne czasy. A nawet do innego świata.
Najgorsza jednak była myśl, że zginął wtedy w laboratorium, trafiony tamtym ładunkiem energii z generatora, pomyślała i zatrzymała się na szczycie niewielkiego wzniesienia za wioską, spoglądając za siebie.
Pomiędzy nią, a osadą rozciągała się wielka łąka pełna kolorowych, polnych kwiatów i puszystych traw, ponad którymi wesoło bzyczały owady. Dalej wznosiły się już pierwsze zabudowania Vallen. Widok niemal jak z bajki, pomyślała, przywodzący na myśl małe miasteczko w zapomnianym zakątku Europy…
Tak, miała pomagać w modernizacjach... tyle, że po dwóch dniach wykłócania się z miejscowymi "złotymi rączkami" o wszystko, straciła wszelaki zapał do tych planów.
Spakowała więc niewielki plecak, przebrała się i ruszyła z psami na popołudniowy spacer.
Skoro każdy z nich wie lepiej, jak powinno być zrobione to, co zaprojektowała… to proszę bardzo, mają teraz wolną rękę, oznajmiła z irytacją i odwróciwszy się na pięcie, wróciła do domu Miriam.
W prawdzie Kylen pojawił się bardzo szybko, przekonując ją, że powinna wrócić, ale równie szybko zrozumiał, że nowy członek ich społeczności potrzebuje chwili wytchnienia.
- W porządku. Masz rację - powiedział spokojnie z lekkim uśmiechem. - Zrób sobie przerwę… A za dwa dni sami przyjdą cię prosić abyś wróciła - parsknął.
Zbyt dobrze ich znałby wiedzieć, że nie będą w stanie razem współpracować, jeśli ktoś nie będzie ich
nadzorował.
Każdy z tych mężczyzn zawsze bowiem próbował być liderem i rozkazywać pozostałym, co prowadziło
tylko do kłótni, dlatego też zawsze potrzebowali osoby, która wyręczałaby ich wszystkim w tym zadaniu… I tym razem to zadanie przypadło Harrigan.
Jednak w tej chwili, kiedy zmierzała wraz z psami do lasu, była szczęśliwa, że to… "zaszczytne" zadanie w dniu dzisiejszym ją ominie…
Poprawiła plecak i odpięła psy ze smyczy.
Tutaj już nie zagrażały zwierzętom z osady, więc mogły biec swobodnie, szczęśliwe, że wreszcie mogą wyszaleć się dowoli. Chociaż i tak cały czas Kate pilnowała ich za pomocą telepatii - to był jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy jej zdolności były bardzo przydatne.
Telepatyczna "łączność" z psami pozwalała jej w każdej chwili wpłynąć na ich "naturalne" reakcje, które dla otoczenia mogłyby być niepożądane.
Zwolniła nieco kroku. W tym miejscu rozległe łąki powoli zaczynały ustępować miejsca drzewom, które ostatecznie zupełnie zajęły ich miejsce. Dopiero tam, porośnięty mieszanym lasem teren, zaczął piąć się powoli w górę, by kilkanaście kilometrów dalej przeobrazić się w typowo górski, zakończony pięknymi i majestatycznymi górami krajobraz… górami tak wysokimi, że ich szczyty pokryte były śniegiem przez cały rok.
Przyspieszała kroku, wchodząc do lasu. Tutaj, wysokie i potężne drzewa dawały nieco cienia, chroniąc przed wciąż jeszcze jasnym słońcem. Na Vallen doba trwała trzydzieści godzin, a na dodatek był środek lata, więc dzień był wyjątkowo długi… na tle, że Kate wciąż miała problemy z przystosowaniem się do obowiązującego tutaj czasu.
Rozejrzała się. Z boku, w niewielkim zagłębieniu, dostrzegła szemrzący strumyk o krystalicznie czystą wodą płynącą po większych i mniejszych kamykach. Brak cywilizacji typu ziemskiego od razu był zauważalny, pomyślała z ironią. Tutaj nikt nie wiedział co to zanieczyszczenie środowiska czy choroby cywilizacyjne. Wszystkie było nieskalane, jak na Ziemi, jeszcze z dwieście lat temu, przed erą rozwoju technologicznego.
Lecz nie tylko ona szybko dostrzegła zachęcająco wyglądający strumień. Dwa psy od razu energicznie pospieszyły w jego kierunku, by zażyć ochładzającej kąpieli. Chociaż klimat w tej okolicy wyglądał na umiarkowany, to jednak i tak dla psów z dalekiej północy wciąż był on za ciepły.
Nie mając innego wyboru, Kate przystanęła, z lekkim rozbawieniem przyglądając się jak oba psy z zadowoleniem rozkładając się w chłodnej wodzie. Lekki, orzeźwiający wiatr zaszeleścił liśćmi drzew i zakołysał delikatnie jej częściowo rozpuszczonymi włosami. Spojrzała w górę, na migoczące wśród wysokich koron drzew promienie słońca.
Gdzieś z góry dobiegł ją dziwny dźwięk… który po chwili powtórzył się. Psy także nasłuchiwały przez chwilę, ale potem wyszły ze strumienia i ruszyły dalej, zadowolone. Zapewne jakieś miejscowe zwierzę, stwierdziła i podążyła za nimi. To by była wielka złośliwość losu, gdyby dźwięk okazał się być statkiem Wraith, pomyślała, a ona właśnie dzisiaj, w jej pierwsze od dawna wolne popołudnie, napotkałaby te zielone karaluchy… zaraz na początku jej przymusowej przeprowadzki do tego świata. Gdyby tak było, to los miałby bardziej sarkastyczne poczucie humoru od niej, mruknęła w myślach.
Kolejny dźwięk dobiegł do jej uszu. Tym razem była to pękająca gałązka.
Spojrzała nerwowo w dół ścieżki… i odetchnęła z ulgą. To było tylko jakieś zwierzę, przypominające leśnego tapira. Chyba zaczyna powoli popadać w paranoję przez te wszystkie "przeczucia" Milly, stwierdziła niechętnie.
Do tej pory zbytnio była zajęta pracą nad ponownym uruchomieniem generatora mostów międzywymiarowych, aby myśleć o swojej sytuacji. Lecz teraz… teraz nie miała już czym zając swojego umysłu i świadomość miejsca, w którym się znalazła, powoli zaczęła do niej docierać. A wraz z nią cała wiedza jaką posiadała o tym świecie…
Przyspieszyła, zaczynając truchtać. Może to ją trochę zrelaksuje, pomyślała.
Psy ochoczo ruszył do przodu, bez problemu dotrzymując jej kroku.
Zwolniła dopiero po kilku kilometrach.
Właśnie zaczął się mały, leśny kanion, o którym wspominała jej Miriam.
Z początku jego strome, skaliste ściany nie były zbyt wysokie, lecz stosunkowo szybko ten stan rzeczy uległ zmianie i kilkadziesiąt metrów dalej zbocza kanionu miały już około stu metrów - wystarczająco, aby spadająca na dół osoba zabiła się na potężnych głazach zalegających na jego dnie.
Kobieta przystanęła na chwilę i przykucnęła, przyglądając się z zainteresowaniem drobnej roślinności
porastającej skały zbocza. Przypominały jej mech i małe paprocie, jakie można było spotkać na Ziemi, lecz tutaj poza zielenią dominowały jeszcze odcienie fioletu i bieli.
Jej uwagę najbardziej przyciągnęły drobniutkie kwiatuszki wyrastające ze sporej, mchopodobnej kępy.
Sięgnęła do kieszeni po telefon, aby zrobić kilka fotografii.
I wtedy psy zainteresowały się czymś po drugiej stronie... a raczej kimś.
Wysoka postać w czarnym płaszczu i długich, białych włosach patrzyła na nią z drugiego brzegu.
- O kurwa - mruknęła do siebie po polsku, chowając telefon. - No to wykrakałaś Milly.
Tylko tego jej jeszcze dzisiaj brakowało - Wraith.
Był wysoki. Na pierwszy rzut oka wzrostu Todda, uznała, ale wyglądał młodziej niż on. Ogólnie pod względem wyglądu bardziej przypominał jej Steve'a, stwierdziła. A na pewno pod kątem długich niemal do pasa, zadbanych włosów częściowo spiętych z tyłu głowy.
Wokół jego lewego oka znajdował się dość wymyślny tatuaż…
Wildfire przystanął na chwilę.
Dostrzegł ludzką samicę i towarzyszące jej zwierzęta już wcześniej, ale dopiero teraz ona zauważyła jego. I dopiero teraz, w świetle dnia, on mógł przyjrzeć się jej dokładniej.
Nie wyglądała szczególnie specjalnie, uznał. Od, po prostu zwykła, ludzka istota: średniego wzrostu, zgrabna brunetka. Tak naprawdę, jedyne co ja odróżniało od mieszkańców Vallen, to jej strój: dosyć dobrze przylegająca do jej ciała bluza o krótkich rękawach i z dziwnym czerwonym emblematem oraz równie wąskie spodnie i sięgające nieco ponad kostkę, sznurowane buty.
No i oczywiście dwójka towarzyszących jej laupus.
Ale teraz, kiedy na nią patrzył z drugiego brzegu leśnego kanionu, ponowne miał wrażenie, jakby już kiedyś ją spotkał…
I nagle Dowódca drgnął, wyrwany ze swoich rozmyślań, zdając sobie sprawę, że ludzka samica przygląda mu się z tym samym zainteresowaniem, co on jej.
Kate ruszyła w końcu dalej, powolnym krokiem… by nagle uświadomić sobie, że za kilkadziesiąt metrów obie strony kanionu powinny się połączyć... jak mówiła jej Miriam.
Chwyciła szybko psy i przypięła je do smyczy. Miała cichą nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale gdyby jednak ich drogi przecięły się, ten przerośnięty karaluch był jeszcze w stanie spłoszyć jej psy, pomyślała i wyprostowała się, chcąc ruszać dalej, gdy nagle kątem oka dostrzegła, że Wraith zniknął. Rozejrzała się pospiesznie, zaniepokojona, ale nigdzie nie mogła go dostrzec.
Z jednej strony dobrze, uznała, ale z drugiej zaniepokoiło ją to. Teraz w każdej chwili może pojawić się na jej drodze z tą swoją ssawką na dłoni - skrzywiła się niechętnie na samą myśl o tym… i nagle poczuła mocne szarpnięcie - zniecierpliwione psy postanowiły ruszyć dalej, ciągnąc ją za sobą.
Obserwując uważnie kątem oka okolice, przyspieszyła kroku.
Tutejsza roślinność zadziwiająco przypominała tą, jaką znała z Ziemi. To niesamowite, że w dwóch odległych galaktykach rozwinęła się tak podobna flora, pomyślała. Wysokie, niczym sekwoje drzewa i mchy pokrywające ziemię. A może to za sprawą Lantean, którzy sprowadzili tu ze sobą próbki ziemskich roślin i rozprzestrzenili je po całej galaktyce?
Tak, to byłoby bardziej logiczne wyjaśnienie, uznała i zatrzymała się przed miejscem, w którym oba brzegi kanionu łączyły się, zwieńczone wysoką skałą.
Rozejrzała się uważnie wokół, ale na szczęście Wraith zniknął bez śladu.
Odetchnęła z ulgą.
Pochyliła się nad psami, aby je odpiąć… i wtedy kątem oka dostrzegła coś czarnego z boku. Wyprostował się gwałtownie i niemal odskoczyła do tyłu na widok Wraith.
- Jezus Maria, chcesz żebym dostała zawału? - wytknęła mu, trzymając mocno oba psy, które niemal wyrywały się, aby go powitać.
Dowódca przyglądał się im przez chwilę.
Większego poznał już wczoraj. Drugi, cały biały, musiał być jego towarzyszką, o której wspominała wczoraj kobieta.
Uśmiechnął się kącikiem ust.
- Nie jesteś stąd? - spytał gardłowym głos.
Kate wzdrygnęła się w pierwszej chwili, ale zaraz potem uśmiechnęła z lekką ironią.
- A co, znasz wszystkich ludzi z osady? - zażartowała, próbując się odprężyć, chociaż spotkanie twarzą w twarz z Wraith zdecydowanie nie sprzyjało takiemu stanowi. - A może nadajecie im numery?... Dzisiaj na obiad poproszę w zestawie czwórkę i osiemdziesiąt dwa.
Wildfire nie odpowiedział od razu, chociaż jej koncepcja nawet rozbawiło go w pierwszej chwili, lecz
bardzo starał się tego nie okazywać.
Nie mógł przecież pozwolić sobie na utratę strategicznej przewagi.
Dziewczyna z Vallen wspominała o różnych urządzeniach, jakie miała kobieta, w tym ów paralizator do obrony. Musiał zatem założyć, że mogła go mieć teraz przy sobie i w razie konieczności użyć.
Jak również, że także dla niego działanie urządzenia mogłoby okazać się zgubne.
I chociaż z reguły Wraith byli szybsi od ludzi, to jednak wystarczyłaby chwila rozproszenia jego uwagi, aby kobieta mogła go zaskoczyć.
- Nie… Ale każdy tutejszy mieszkaniec byłby już daleko stąd, na twoim miejscu - powiedział, spoglądając na nią groźnie.
- Aaa… No tak, fakt. Powinnam była uciec z krzykiem… - przyznała, jakby zdając sobie sprawę ze swojego błędu i nagle uśmiechnęła się szeroko, ukazując swoje białe zęby. - Wybacz, mój błąd… No to ja już sobie pójdę, w takim razie… Miło było poznać… - dodała, chcąc zawrócić, jednak on szybko zastąpił jej drogę.
- Z której planety jesteś? - spytał podejrzliwie, podchodząc bliżej.
Już wcześniej zauważył niesamowicie niebieski kolor jej oczu, lecz dopiero teraz mógł się im przyjrzeć dokładniej… i zauważyć dodatkową, lekko żółtą barwę promieniście rozchodzącą się wokół źrenicy.
- Nie sądzę abyś ją znał - machnęła ręką, próbując jakoś wybrnąć z tej sytuacji. - Wiesz, to trochę zadupie, na obrzeżach galaktyki, z dala od szlaków handlowych... Mało kto nas odwiedza...
- Jak się nazywa? - warknął groźnie, zaczynając z wolna ją okrążać, przyglądając się kobiecie bardzo uważnie.
- Yyy, Coruscant - rzuciła szybko pierwsza nazwę planety, która przyszła jej do głowy.
Wraith zmarszczył nieco brwi, zastanawiając się przez chwilę.
- Mówiłam ci, że raczej jej nie znasz - dodała szybko. - Prawdę mówiąc, to nigdy wcześniej nie widziałam Wraith na żywo… znaczy się z bliska - poprawiła się natychmiast, wiedząc, że jej zachowanie musi być dziwne dla niego, jak na człowieka. - W zasadzie, to znamy was tylko z legend...
- Wasze legendy chyba mało wam mówią o nas, skoro wciąż tutaj stoisz - syknął, zbliżając swoja twarz do jej.
Był znacznie wyższy od kobiety, więc musiał się pochylić.
Harrigan uśmiechnął się tak szeroko, jak tylko mogła, odchylając lekko do tyłu.
- Wiem, wiem, żywicie się ludźmi… a z jedzeniem się nie dyskutuje - zażartowała. - Tyle, że to ty zacząłeś tę rozmowę - przypomniała mu.
Dowódca Wraith ponownie warknął, pokazując ostre, rekinie zęby.
I wtedy uratowały ją psy - znudzone staniem w miejscu, zaczęły się kręcić i jęczeć.
Wraith spojrzał na nie, jakby z lekką rezerwą, nie będąc pewnym ich zachowania.
W prawdzie do tej pory nie przejawiały żadnych oznak agresji, jednak to wciąż były laupus, pomyślał. A dobrze wytresowane laupus potrafią zaatakować w mgnieniu oka na znak człowieka… Przekonał się o tym osobiście dawno temu, przypomniał sobie niechętnie tamto zdarzenie.
- Twoja planeta musi być bardzo zapomniana, gdyż te zwierzęta rzadko są trzymane przez ludzi.
- To… jakby inna odmiana laupus… psy - wyjaśniła. - Zazwyczaj są trzymane do ochrony i towarzystwa... Chociaż ta odmiana jest akurat bardziej do towarzystwa - dodała, chociaż sama nie wiedziała, dlaczego mówi mu to wszystko.
Może odruchowo, tak jak zawsze robiła to na Ziemi, w przypadku ludzi niepewnych co do reakcji psów. Więc teraz, widząc zaniepokojenie na twarzy Wraith na widok kręcących się niespokojnie zwierząt, zrobiła to samo…
Chociaż było to nierozsądne z jej strony, pomyślała zaraz, gdyż właśnie zwiększyła jego przewagę w przypadku, gdyby próbował ją zaatakować.
Dowódca wyraźnie rozluźnił się na jej słowa, teraz już spokojnie przyglądając się psom, które oczywiście były szczęśliwe, że ktoś zwrócił na nieuwagę. Po chwili wyciągnął rękę, a one jeszcze bardziej zaczął machać ogonami.
Utrzymywanie ich w miejscu stało się dla Kate trudniejsze.
- Czy mógłbyś? - mruknęła. - Jeśli je puszczę, zaczną na ciebie skakać… Niestety trudno je oduczyć tego sposobu okazywania radości na czyjś widok.
Ale on nie zareagował... więc Harrigan zmarszczyła czoło, zniesmaczona i nagle puściła szelki.
Wraith aż odskoczył do tyłu, gdy oba psy prawie wystrzeliły z miejsca, a następnie zaczęły się łasić do niego, podskakując i jęcząc z radości.
Warknął, starając się je odstraszyć… Ale one spojrzał tylko na niego na chwilę, zaskoczone wydanym
przez niego dźwiękiem, a potem ponownie zaczęły kręcić się wokół niego.
Kate uśmiechnęła się pod nosem, złośliwie. To był zabawny widok, pomyślała. Wraith nie wiedział, jak poradzić sobie z ta podwójną, kudłatą dawką radości klejącą się do niego.
- Ostrzegałam - parsknęła.
Spojrzał na nią wściekle.
- Spokojnie... Jeśli je zignorujesz, przestaną się tobą interesować - rzuciła niedbale i ruszyła powoli dalej, by dopiero po chwili zagwizdać na palcach.
Psy popatrzyły za nią, przez chwilę jakby zastanawiając się czy iść, czy zostać z nowym, potencjalnym
kompanem do zabaw. Ale kiedy Wraith warknął ponownie, tym razem głośniej i groźniej, nieco je przestraszył i od razu pobiegły za kobietą.
- Co? Wielki, paskudny robal was nastraszył?… Dobrze wam tak, mali zdrajcy - rzuciła po polsku i podrapała je po głowach, kiedy zaczęły szturchać jej dłonie nosami. - Tak, tak, wiem. Wstrętny, przerośnięty karaluch - dodała i spojrzała w miejsce, w którym stał. Lecz jego już tam nie było. Rozejrzała się wokół. - Albo on się teleportuje… albo jest tu jakieś ukryte wejście do jaskini, jak w filmie - mruknął, zerkając na sporą skalną ścianę z boku, po czym ruszyła dalej.
.
.
Wildfire posadził swój myśliwiec na jednej z platform w głównym hangarze, ale nie od razu opuścił
jego wnętrze. Jego umysł wciąż zaprzątała myśl o ludzkiej samicy i jej powiązaniach z tajemniczymi odczytami energii na Vallen.
Znał legendę ludzi zamieszkujących tą planetę, mówiącą o przybyciu wysłannika Avatars.
A mimo to wciąż odrzucał od siebie myśl, że może to być prawdą.
I myśl, że to właśnie kobieta, którą widział, może być owym zapowiedzianym tysiące lat temu wysłannikiem Avatars.
Oznaczałoby to bowiem, że sama jest jednym z nich… A on osobiście wolałby, aby tak nie było. Wolałby, aby była tylko zwykłym śmiertelnikiem… który na dodatek prawdopodobnie mógłby rozwiązać jego problem z brakiem Hivehealera, o ile mieszkańcy Vallen mieli rację co do jej umiejętności i wiedzy na temat różnych urządzeń.
Odkąd bowiem Techniczni oddzielili się od reszty Wraith podczas Wojny Domowej, niemal na każdy hive brakowało na stałe kogoś, kto byłby w stanie go naprawiać.
W prawdzie z mniej skomplikowanymi usterkami jakoś radzili sobie na bieżąco, jednak poważniejsze naprawy wymagały odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, których na razie nie posiadał żaden z jego podwładnych. Takie szkolenie wymagało bowiem czasu.
A kobieta z Vallen wydawała się być zapoznana z zaawansowaną technologią. W końcu, w rozmowie z dziewczyną, wspomniała o generatorze, który przeniósł ją na inna planetę. A zatem w grę wchodziła nie tylko zaawansowana technologia, ale również matematyka i fizyka, w tym na poziomie kwantowym. Najwyraźniej również użyła wrót, aby jakoś odwrócić ten proces i odesłać z powrotem cały budynek, po którym w pobliżu osady nie było nawet śladu.
A skoro więc potrafi to, będzie również w stanie przyswoić sobie wiedzę o technologii Wraith i samego hiveship, uznał. Być może uda mu się nawet przekonać wuja, aby wdrożył ją w te zagadnienia. Ze wszystkich Wraith, którym ufał, w tej kwestii był on najbardziej kompetentna osobą…
Pogrążony w swoich rozmyślaniach, nawet nie zauważył, kiedy z korytarza wyłonił się inny Wraith.
Stardust był nieco niższy od swego siostrzeńca, ale o podobnej budowie ciała.
Jego gładkie, jedwabiste włosy sięgające ramion, tylko po bokach upięte były w dwa cienkie warkoczyki.
Jednak podobnie jak w przypadku Wildfire jego lewe oko również zdobi wymyślny tatuaż.
Należał do Najstarszych Wraith, urodzonych na długo przed Wielką Wojną. I poza dziadkiem Dowódcy był jedyną rodziną, jaka mu pozostała.
Kiedyś sam był Hivemasterem, Dowódcą Nebuli, ale pod koniec wojny przekazał tą funkcję swojemu siostrzeńcowi i wrócił do tego, czym zajmował się kiedyś: do naprawiania statków. Wolał to o wiele bardziej niż dowodzenie hive. Mniej kłopotów i mniej stresów, jak powtarzał.
Zresztą po wojnie z Lanteanami i tak nastał czas, aby ustąpić wreszcie miejsca młodszemu pokoleniu.
Pozwolić im się wykazać… I pozwolić im stworzyć nowy świat, w którym żyli przez kolejne dziesięć tysięcy lat.
Bo ich świat, świat Najstarszych, przepadł wraz z nastaniem wojny. I wraz ze zniszczeniem Patrii - ich
rodzimej planety.
- Nad czym tak dumasz? - spytał z lekkim przekąsem.
Młodszy Wraith drgnął, wyrwany ze swoich rozmyślań.
- Nad niczym szczególnym - mruknął i podniósł się, by wyskoczyć z myśliwca.
- Hmm, doprawdy? Wyglądało, jakby coś cię poważnie trapiło - zauważył. - Czyżby miało to związek z dziwnymi odczytami energii na Vallen? - zapytał, nie zmieniając tonu.
- Sharpwind ci powiedział? - mruknął nieco niezadowolony.
- Jest bardzo… podekscytowany swoim małym odkryciem - odparł z nuta ironii. - A więc jak tam śledztwo? - dopytywał się, wciąż z wyraźnym rozbawieniem. - A może bardziej zajęty byłeś ganianiem za miejscowymi futrzakami? - parsknął, zerkając na dolną cześć jego płaszcza, na której widać było pełno jasnej sierści.
Wildfire także spojrzał w dół i skrzywił usta, niezadowolony.
- Nie - burknął. - To sierść laupus…
- Laupus? - powtórzył z niepokojem Stardust.
- Tak… Ale spokojnie. Te były bardzo… towarzyskie - dodał z przekąsem.
- To znaczy? - zainteresował się Pierwszy Oficer.
- Bez jakichkolwiek oporów podchodziły do każdego… Według ludzkiej samicy, do której należą, ta konkretna odmiana była hodowana dla towarzystwa… I rzeczywiście zupełnie nie przejawiały jakiejkolwiek agresji, wręcz domagając się uwagi.
Starszy Wraith przyglądał mu się uważnie cały czas i na koniec zmarszczył lekko czoło.
- Rozmawiałeś z nią? - zainteresował się jeszcze bardziej.
- Trochę… Jest jak jej zwierzęta: zupełnie nie przejęła się faktem, że natknęła się na Wraith. A wręcz przeciwnie, powiedział bym nawet, że wydawała się być tym… zaintrygowana - uznał. - Podobno na jej planecie od bardzo dawna nie widziano Wraith i istniejemy tylko w ich legendach… Najciekawsze jednak jest, że odczyty energii, które wykrył Sharpwind, najprawdopodobniej mają związek z jej pojawieniem się na Vallen… Słyszałem jej rozmowę z miejscową samicą. Z ich słów wynika, że skok energii nastąpił, kiedy przybyła na Vallen na wskutek awarii jakiegoś urządzenia w czasie eksperymentu, który przeprowadzała w swoim świecie… Lecz teraz nie może wrócić - dodał. - Niestety nie wiem jeszcze, dlaczego…
- Brzmi to… niebywale - przyznał Stardust. - Nie sądziłem, że w galaktyce przetrwała jeszcze jakaś wysoko rozwinięta ludzka społeczność… Chociaż z drugiej strony z doświadczenia wiem, że co kilka tysięcy lat natykamy się na taką... Widzę, że zaintrygowała cię ta sprawa - zauważył nagle.
- Ponieważ podsunęło mi to myśl, aby wyszkolić tą samicę na Hivehealera - rzucił tryumfalnie Wildfire i ruszył przodem.
- Człowieka? - zawołał z niedowierzaniem Stardust i szybko dogonił siostrzeńca.
- To cię szokuje? - niemal zdziwił się Dowódca. - Zawsze miałeś bardzo… otwarte podejście do takich kwestii… Poza tym i tak wykorzystujemy ludzi do napraw na hive.
- To prawda, ale z reguły są to drobne naprawy… Mnie natomiast bardziej zaskakuje fakt, że to ty bierzesz pod uwagę takie rozwiązanie… Na dodatek mówimy tu teraz o zupełnie obcym człowieku.
- Sam ostatnio powtarzasz, że w obecnej sytuacji trzeba być bardziej elastycznym, niż kiedykolwiek wcześniej - skwitował.
- To nie jest elastyczność, tylko totalna rewolucja… Od zakończenia Wielkiej Wojny żaden człowiek nie objął stanowiska Hivehealera.
Dowódca zatrzymał się gwałtownie.
- Potrzebuję na tym stanowisku kogoś na stałe - rzucił, podnosząc nieco ton głosu, jednak zaraz potem uspokoił się. - Nebula doznała sporych uszkodzeń podczas ostatniego starcia z Technicznymi i następnym razem może tego nie wytrzymać. A twoje wizyty serwisowe raz na kilka miesięcy to dla nas za mało… Jeśli jednak masz w zamian inną propozycję, to chętnie wysłucham.
- Każdy boryka się z tym problemem, odkąd Techniczni się odłączyli…
- I każdy czeka na cud, że wrócą, zamiast przejąć inicjatywę - powiedział. - Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z tego jak wielkim ryzykiem jest powierzać cały statek zupełnie obcemu człowiekowi?... Ja po prostu nie mam wyboru i muszę zaryzykować. A ona najwyraźniej zna się na zaawansowanej technologii i jest wyjątkowo inteligentna, jak na człowieka. Byłoby zatem głupotą z mojej strony, aby w naszej sytuacji odrzucić taką okazję tylko dlatego, że nie jest Wraith… Pozostaje tylko kwestia jak przekonać ją do współpracy? - rzuci i ruszył dalej, w kierunku transportera. - Może uda mi się wykorzystać jej ciekawość - dodał i obaj oficerowie weszli na platformę, by wiązka mogła przenieść
ich w inne miejsce na statku.
- Chyba naprawdę poważnie rozważasz ten pomysł - stwierdził Stardust. - Skąd jednak pewność, że się zgodzi? - zapytał, kiedy ruszyli dalej i nagle zmienił temat.
- Jest ciekawska, a ktoś z jej wiedzą szybko zacznie nudzić się na Vallen - stwierdził. - Jest tam niespełna kilka dni, a już zaczęła modernizować osadę… Sam widziałem. Poobserwowałem ją trochę... Dlatego uważam, że propozycja naprawy hive będzie dla niej kusząca.
- Powiedzmy, że masz rację… Ale co potem, kiedy już naprawi hive? Chcesz ją tutaj trzymać wiecznie? To nie jest Czciciel i w końcu zacznie się buntować. To leży w ludzkiej naturze.
- Zdaję sobie z tego sprawę… Przydzielę jej do pomocy Rainsong, a on nauczy się od niej, ile tylko zdoła i z czasem ją zastąpi. Jest pojętny i szybko się uczy. Zawsze chętnie ci pomaga - zauważył.
- A co z samicą? Po tym czasie jej wiedza o hiveship będzie zbyt duża, aby od tak wróciła do swoich... Będzie stanowić dla nas zagrożenie…
- Nie wiem co potem - przerwał mu nieco poirytowany Wildfire, zatrzymując się przed mostkiem. - O
to zacznę się martwić później… Myślałem natomiast, że kto jak kto, ale ty poprzesz mój pomysł… i nauczysz tą samicę wszystkiego, co potrzebne - wytknął mu z wyrzutem.
- Ależ popieram twój pomysł - zapewnił spokojnie Stardust. - Uważam, że jest bardzo odważny… Po prostu nie wiem, czy w tej całej… ekscytacji, wziąłeś pod uwagę wszystkie konsekwencje, jakie niesie ze sobą to przedsięwzięcie.
- Myślę nad tym nieustannie od wczoraj.
- To dobrze… W takim razie mam nadzieję, że jesteś gotów na sprowadzenie tutaj kogoś, kto nie jest Czcicielem… Jak już wspomniałem, bunt leży w ludzkiej naturze.
- Od kiedy jesteś takim pesymistą?
- A od kiedy ty przestałeś kierować się logiką?
- Powiedzmy, że mam… przeczucie - rzucił, uśmiechając się lekko kącikiem ust. - Problemy mógłby sprawiać New Lanteans. Są nerwowi. Ale nie ktoś, kto w ogóle nie przejął się rozmową twarzą w twarz z Wraith.
- Obyś wiedział co robisz - rzekł ze spokojem starszy oficer, kładąc dłoń na ramieniu siostrzeńca.
- Ja również mam taką nadzieję - odparł Wildfire. - A zatem ustalone. Masz nowego ucznia, Kate Harrigan… Jest trochę pyskata, ale podobno lubisz wyzwania - zażartował.
Na jego słowa Stardust spoważniał nagle, marszcząc czoło.
- Jesteś pewny, że tak się nazywa?
- Tak… Mówiłem ci, że obserwowałem ją trochę w osadzie… Dlaczego pytasz? - zdziwił się.
- A czy przypadkiem nie jest średniego wzrostu, niebieskooka o ciemnych włosach… i mówi w dziwnym języku? - spytał ostrożnie starszy Wraith.
Jego słowa wyraźnie zaskoczyły Wildfire. Teraz to on zmarszczył nieco brwi.
- Tak… Skąd wiesz? - jego zaskoczenie rosło z każdą chwilą.
- A więc to jednak prawda - odparł, lecz bardziej do siebie niż jemu.
- Co jest prawdą? - spytał Dowódca, coraz bardziej zdezorientowany zachowaniem wuja.
- Później ci wyjaśnię… - rzucił i zawrócił do transportera. - Najpierw musze porozmawiać z Radą.
Ale Wildfire nie poddawał się tak łatwo. Nigdy tego nie robił. To była zarazem jego zaleta, jak i wada. Kiedy coś przykuło jego uwagę, tak długo drążył temat, aż uzyskał satysfakcjonujące go wyjaśnienie… Nawet jeśli popadał przez to w kłopoty.
Dlatego i tym razem nie miał zamiaru rezygnować, póki jego wuj nie wyjaśni mu jakim sposobem jest w stanie tak dobrze opisać tą ludzką samicę.
- Nie zbywaj mnie jak małe dziecko - niemal warknął, poirytowany i złapał go za ramię, zmuszając go do zatrzymania się. - Chce wiedzieć o co tu chodzi. Dlaczego to jest tak ważne, że musisz rozmawiać o tym z samą Radą?
Na twarzy Stardust rysował się stoicki spokój, kiedy spoglądał na swojego siostrzeńca.
A potem uśmiechnął się lekko kącikiem ust.
- Przecież znasz legendy o przybyciu Avatara… Powinieneś więc łatwo powiązać fakty - rzekł i wszedł do niewielkiego pomieszczenia transportera.
Wildfire podążył za nim i wiązka przeniosła ich na inny poziom hive, zanim Dowódca zdążył się odezwać.
- Sugerujesz, że te dziwne odczyty energii z Vallen i ta ludzka samica, to nic innego, jak tylko ziszczenie się tej… przepowiedni? - parsknął. - Że ona jest wysłannikiem Avatars?
Starszy Wraith zatrzymał się nagle i spojrzał z powaga na siostrzeńca.
- Tak… Tak właśnie sądzę… że kobieta, którą chcesz namówić do naprawy hive jest Avatarem zapowiedzianym w legendach… Odczyty energii i te dwa stworzenia, które opisałeś, bardzo dobrze oddają to, co zawierają ryciny z Vallen… A teraz wybacz, ale muszę porozmawiać z Radą - dodał i podszedł do drzwi prowadzących do jego kwatery.
Wildfire pozostał na korytarzu.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio widział swojego wuja tak przejętego czymś i tak poważnego.
Odkąd pamiętał był oazą spokoju. Zawsze pogodny, a nawet beztroski i lubiący żartować. Ale teraz Dowódca zobaczył zupełnie inną stronę jego natury. Tą, którą pamiętał jedynie z dzieciństwa, z początków Wielkiej Wojny, kiedy stary świat Najstarszych Wraith nagle się zawalił i zostali rzuceni w odmęty konfliktu, którego wcale nie chcieli.
