Rozdział 5

Nie układaj się z Wraith.

.

"…Helikopter opadł na płytę lądowiska i pilot zaczął powoli wyłączać wszystkie systemy.

Kate ściągnęła słuchawki zakrywające jej uszy i wyszła z maszyny.

Dzień nad Groom Lake dobiegał powoli ku końcowi i słońce już w połowie skryło się za odległymi wzgórzami.

Kilku stojących do tej pory na obrzeżach lądowiska żołnierzy podeszło teraz bliżej i zasalutowało.

- Witamy ponownie, pułkowniku Harrigan - odezwał się jeden z nich.

Kobieta zerknęła na starszego, postawnego mężczyznę w mundurze stojącego obok niej.

John Harrigan był pierwszym synem Gerarda Harrigan i przyrodnim bratem jej ojca. Znacznie starszym od niego.

Jego matka zmarła podczas porodu i od początku zajmowała się nim pielęgniarka ze szpitala, Celine Lanesh - babka Kate.

Z czasem jednak pomiędzy dwójką samotnych ludzi pojawiło się uczucie i po kilku latach pobrali się.

A potem Celine urodziła syna, Markusa, który podobnie jak Kate od dziecka przejawiał znacznie większy poziom inteligencji niż jego rówieśnicy. Chociaż nie tak wysoki jak ona…

Nie, ona była jedyna w swoim rodzaju. I tak naprawdę nikt nie wiedział jak bardzo była wyjątkowa.

Ale to właśnie dlatego zaproponowano jej, aby pracowała z ojcem.

Rząd amerykański już od lat próbował namówić jej ojca do powrotu do kraju i podjęcie tam pracy.

Do tej pory Markus jednak wciąż odmawiał, głównie ze względu na rodzinę. Chciał, aby jego dzieci dorastały w kraju, który uważały za swój dom.

Ale odkąd oboje zaczęli coraz częściej wyjeżdżać na różne sympozja naukowe i świat powoli poznawał niezwykły talent Katherin, jej ojciec zdecydował się w końcu na wyjazd do stanów wraz z całą rodziną.

Teraz, prawie rok później, oboje, ojciec i córka, mieli zacząć pracę w owianej największą tajemnicą strefie 51 nad generatorem mostów międzywymiarowych.

Ktoś jeszcze zbliżał się do lądowiska, uśmiechając szeroko.

Markus Harrigan był nieco niższy niż jego brat i nie aż tak dobrze zbudowany jak on. Jego jasne, krótko ścięte włosy powiewały we wszystkich kierunkach na silnym wietrze wzbudzanym przez wciąż pracujące śmigła helikoptera.

Rozpostarł szerzej ramiona na widok córki i przytulił ją.

- Jak podróż? - spytał, kiedy ruszyli w kierunku zabudowań.

- Trochę trzęsło.

- Przyzwyczai się - stwierdził spokojnie John. - Dobrze sobie radzi z lataniem. Nie to co ty… Twój ojciec za pierwszym razem puścił pawia - parsknął.

Kobieta uśmiechnęła się szeroko, rozbawiona.

- Nie chwaliłeś się - zażartowała.

- Bo nie było czym - mruknął. - Zresztą wiesz, że mam lekką chorobę lokomocyjną.

- Lekką? - powtórzył rozbawiony pułkownik. - To cud, że możesz prowadzić samochód - dodał, nie zwracając uwagi na ponure spojrzenie młodszego brata.

- Nie nabijaj się z niego, wujku - zachichotała Kate, poklepując go po ramieniu. - Wiesz, że jest czuły na tym punkcie.

- Kiedy to jedna z niewielu rzeczy, z powodu których mogę z niego żartować - rzucił wesoło oficer. - Od dziecka był we wszystkim lepszy ode mnie. Nawet sprawnościowo. Ale to… - nie dokończył, uśmiechając się tylko szeroko do niej.

- Jest takie polskie powiedzenie - odciął Markus, kiedy wchodzili do hangaru - ten się śmieje, kto się śmieje ostatni - dokończył.

Pułkownik chciał już coś powiedzieć, kiedy z boku dobiegł go męski głos.

- O cholera!

Zatrzymali się gwałtownie.

Dwa długie i cienkie przewody zakończone metalowymi szpikulcami, mknęły właśnie w ich stronę. Jeden z nich przeleciał tuż obok młodej kobiety… lecz drugi wbił się w jej ramię…

A potem poczuła jak jej ciało przeszywa silny ból.

Nogi ugięły się pod nią, a świat wokół zawirował.

Upadłaby na ziemię, gdyby wuj nie podtrzymał jej w porę.

- Poruczniku Wellington!

Usłyszała jeszcze, jak oficer warknął wściekle.

A potem zaczął zapadać mrok…

Chociaż wciąż miała wrażenie, że czuje ten ból…"

.

…Ten sam, który teraz ponownie przeszywał jej ciało.

W zasadzie w tej chwili był jedyną rzeczą jaką czuła. Bolało ją dosłownie wszystko.

Teraz już wiedziała jak czuł się Kaleb, pomyślała, otwierając powoli oczy. Świat wciąż był zamglony, ale powoli zaczynała odróżniać kontury i kształty.

I nagle otworzyła szeroko oczy.

Wraith! - przypomniała i poderwał się...

Znów zawirowało jej głowie w głowie, a ciało przeszył ból. Jęknął i rozejrzał się szybko.

Była w jaskini.

Podłużne, pełne najróżniejszych urządzeń pomieszczenie, oświetlały ciemnożółte lampy z kilku organicznych kolumn stanowiących jednocześnie konstrukcję nośną kamiennych ścian. Między nimi, na licznych pułkach ułożone były niewielkie przyrządy i naczynia.

Usiadła na twardym, gładkim blacie zakończonym od strony głowy czymś, co przypominało jej kształtem pulpit sterowania Wraith. Zakończony był niekształtną kulą podtrzymywaną przed dwa płaskie, szerokie wsporniki. Od dołu z wnętrza kuli wydostawało się lekko pulsujące, pomarańczowe światło. Możliwe, że był to rodzaj urządzenia monitorującego funkcje życiowe, stwierdziła i stanęła powoli na nogach.

Kilka metrów dalej, z boku, znajdowało się przejście do kolejnego pomieszczenia. Jednak w tej chwili jej uwagę skupił ekran, na którym widniał zarys ludzkiej postaci. Nie potrafiła jednak przeczytać napisów, które tam się znajdowały. Nie znała ani języka Wraith ani Lantean.

- Wreszcie wstałaś - odezwał się niespodziewanie gardłowy, męski głos.

Znów podskoczyła, wystraszona i spojrzała w kierunku przejścia. Stojący tam Wraith przyglądał się jej uważnie.

Zmarszczyła brwi.

- Użyłeś mojego tasera - wytknęła mu.

- Tak… Przydatne urządzenie - przyznał.

- To była zagrywka nie fair… - powiedziała, wciąż zła.

Ale on uśmiechnął się tylko złośliwie i podszedł, stając tuż przed nią.

Przez chwilę ponownie przyglądał się kobiecie, po czym przysunął swoją twarz do jej.

Odchyliła się nieco do tyłu, zdezorientowana jego zachowaniem. Nie wiedziała czego może się po nim spodziewać. Mogłaby spróbować użyć telepatii, ale zapewne zaraz odkryłby jej zamiary, uznała.

- Yyy, ograniczasz moją przestrzeń… - mruknęła z nieśmiałym uśmiechem.

- Kim jesteś? - zapytał spokojnie Wildfire. - Zrobiłem kilka testów i skan. Nie jesteś Lanteanką. Tego jestem pewien. Twoje DNA jest typowo ludzkie… Z kilkoma drobnymi różnicami… Jednak poziom aktywności twojego mózgu sięga prawie 40 procent. To znacznie więcej niż u Lantean… Więcej nawet niż u Wraith... Dlatego powtórzę moje pytanie: kim jesteś i skąd przybywasz?

Zapadła cisza.

A więc to by było na tyle, jeśli chodzi o jej piękną przykrywkę z Coruscant, pomyślała z niechęcią i skrzywiła się, wzdychając ciężko.

- Podobno macie telepatyczne zdolności, więc czemu sam nie sprawdzisz? - rzuciła z nutą ironii, nastawiając się całkowicie na…Teletubisiach.

Wraith przyglądał się jej przez moment uważnie… tylko po to, aby zobaczyć w jej umyśle dziwaczne, podrygujące istoty.

- Uważasz, że to zabawne? - spytał i przysunął się bliżej. - A wiesz co dla mnie będzie zabawne? Patrzeć jak moi żołnierze zbierają obfite Żniwa w pobliskiej osadzie.

- A ty co, Dowódca hive?

Ten uśmiechnął się szyderczo, ukazując swoje ostre zęby.

Kate pochmurniała natychmiast.

- Kurwa… Pierdolony karaluch - mruknęła pod nosem po polsku, po czym westchnęła ciężko. - A zresztą… co mam do stracenia - dodała i spojrzała wprost na niego. - Pochodzę z Ziemi... Ale z równoległego świata… - zaczęła niechętnie, zerkając na niego wyczekująco, ale on po prostu nadal wyprostował się w nią, wyraźnie zainteresowany i splótł ramiona na piersi.

- Kontynuuj.

- Przeprowadzaliśmy eksperyment z generatorem mostów międzywymiarowych... Niestety coś poszło nie tak i wylądowałam z nimi na łące obok Vallen - wskazała kciukiem na psy. - A niestety bez generatora… no cóż, utknęłam na tym zadupiu - rozpostarła ramiona.

A potem spojrzała na Wraith, czekając na jego reakcję.

Nie była pewna, czy uwierzy w jej opowieść, która nawet dla niej wydawała się być bardziej fikcją niż nauką. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt w jakim świecie się znalazła.

A jednak stała tu, przed przedstawicielem rasy z serialu telewizyjnego, czekając na to co on teraz powie.

Ale Dowódca po prostu przyglądał się jej dziwnie.

- Kiedy to było? - zapytał w końcu spokojnie. - Kiedy tu przybyłaś?

- Jakieś pięć dni temu... chyba… Powoli tracę już rachubę czasu - mruknęła.

W prawdzie mieszkańcy Vallen znali pojęcie tygodnia, ale nie była teraz pewna czy Wraith używają tej samej miary czasu co ludzie.

Wildfire zmarszczył nieco czoło.

- Wtedy wykryliśmy dziwny skok energii na tej planecie - powiedział, chociaż bardziej jakby sam do siebie, niż wyjaśniając jej. A potem znów spojrzał na nią uważnie, uśmiechając się kącikiem ust w niepokojący dla niej sposób. - Więc jesteś naukowcem z równoległego świata... A umiejętności, o których mówiła tamta dziewczyna z Vallen? - zapytał z wyraźnym zainteresowaniem i jednocześnie oczekiwaniem na jej odpowiedź. - Obszar w twoim mózgu odpowiedzialny za telepatię jest równie rozwinięty jak u Wraith - dodał. - Ale wiem, że niektórzy Lanteanie posiadali różne umiejętności. Nie tylko zdolności telepatyczne… A wasze rasy są blisko spokrewnione.

Kate spojrzała na niego. Wolałaby nie wspominać o wszystkim, ale obawiała się, że Wraith będzie tak długo drążył temat, zanim nie uzyska satysfakcjonującej go odpowiedzi, pomyślała. I obawiała się, że będzie próbował sprawdzić na ile rozwinięte są jej umiejętności.

- Telepatia, telekineza - odparła po chwili i wyciągnęła nieco rękę.

Małe urządzenie z półki na ścianie wskoczyło do jej dłoni. Wraith obserwował to z wyraźnym zaintrygowaniem, zauważyła.

- To wszystko? - spytał podejrzliwie.

Spojrzała na niego zaskoczona.

Jego kocie oczy wciąż wpatrywały się w nią intensywnie. Pomimo, że z łatwością mogła blokować każda jego próbę dostania się do jej umysłu, to i tak wciąż czuła się, jakby cały czas skanował ją na wylot i znał wszystkie jej tajemnice.

Aż do tej pory starała się ignorować zagrożenie, jakie Wraith może dla niej stanowić… lecz teraz cała ta sytuacja przestawała być zabawna, pomyślała niechętnie i po chwili skinęła tylko głową z krótkim: "Yhym".

- Czy na pewno? - drążył temat.

- Tak - odparła, starając się, aby jej głos był jak najbardziej rozluźniony, chociaż sama wcale nie czuła się tak.

- Harrigan? - nalegał, wciąż wpatrując się w nią przenikliwie.

Nienawidziła, kiedy tak robił. To było dla niej jak tortury... A ona była słaba, pomyślała niechętnie, czując jak z każdą chwilą jej stanowczość i opór maleją pod naciskiem spojrzenia tych złotych oczu.

Z ludźmi nigdy nie miała problemu, by kłamać im w żywe oczy... Poza Loganem. On był jak ten Wraith, który teraz mierzył ją przenikliwym spojrzeniem… jakby wszystko już wiedział, tylko czekał aż ona ulegnie i sama mu to powie, stwierdziła.

Było w nim coś, co sprawiało, że czuła się jak mała dziewczynka na przesłuchaniu.

Westchnął znowu ciężko i wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia, poddając się.

- No dobra - mruknęła. - Potrafię także kumulować energię i używać jej do różnych rzeczy - dodała, otwierając dłoń.

Oczy Wraith rozszerzyły się niemal maksymalnie, kiedy zaskoczony przyglądał się, jak nad jej dłonią

powstaje wpierw mała, bladoniebieska iskra, by następnie powoli rozszerzyć się do rozmiarów niewielkiej kuli. Podszedł bliżej, cały czas wpatrując się z niedowierzaniem w zjawisko. Smugi energii w sferze wirowały w kilku kierunkach naraz.

- Mogę skupić energię z otoczenia - wyjaśniła i kiedy wyprostowała palce, kula zniknęła - i za jej pomocą leczyć. Ale najpierw muszę ją… wchłonąć, aby stała się przyswajalna dla innych. Dopiero

wtedy mogę ją komuś przekazać… Chociaż te kule mogą być także używane jako pociski.

- Jaką mają moc? - zainteresował się.

- Nie wiem. Nigdy nie próbowałam robić tego na szerszą skalę, więc nie wiem jak wiele energii jestem w stanie kontrolować… To wymaga sporego skupienia… Poza tym, w moim świecie, takie eksperymenty mogłyby oznaczać dla mnie kłopotami, więc unikałam ich jak tylko mogłam.

Wraith zamilkł.

Kate spojrzała na niego. Wyglądał jakby nad czymś się zastanawiał. Zapewne już planuje, jak wykorzystać ten fenomen do swoich celów, pomyślała podejrzliwie.

Jednak wbrew jej opinii myśli Wildfire wirowały wokół zupełnie innego tematu… wokół opowieści o Avatars.

Istoty energetyczne zdecydowanie potrafiłyby kontrolować energie, stwierdził. Ale ona jest cielesna. Tego był pewien. Potwierdziły to wszystkie badania, jakie zdążył przeprowadzić, kiedy była nieprzytomna.

Z drugiej strony, zgodnie z podaniami, Avatars przyjmowali postać istot z którymi się kontaktowali, przypomniał sobie. Być może stawali się zatem wtedy ponownie cieleśni, aby nie wzbudzać podejrzeń… także i ona, uznał. A to, co potrafiła, było przejawem tego kim rzeczywiście jest - istotą zdolną w każdej chwili do ponownej ascendencji.

Tak, to miałoby sens, pomyślał. Nie mogła przyjąć postaci samicy Wraith, gdyż ze względu na ich niewielka ilość w stosunku do samców, od razu wzbudziłaby podejrzenia. Przyjęła więc postać ludzkiej samicy… A jej historia o podróży międzywymiarowej… no cóż, stwierdził, w pewnym sensie jest prawdziwa. Avatars jako istoty energetyczne, żyją przecież w innej fazie tej samej przestrzeni, która zamieszkują istoty cielesne.

A zatem Stardust miał rację - może być Avatarem…

Co za szkoda, pomyślał. Wiele by dał, aby tak nie było…

Spojrzał na nią, marszcząc nieco czoło.

- Tylko ty trafiłaś do tego świata? - zapytał nagle. - Mówiłaś, że pracowałaś z kimś nad generatorem.

Na te słowa kobieta wyraźnie spoważniała… a nawet zdawało mu się, że posmutniała.

- Z tego co wiem trafiłam tutaj tylko ja - powiedziała z tą sama powagą przemieszana ze smutkiem, które widniały na jej twarzy

- Z tego co wiesz?

- Znaleziono tylko mnie i psy.

Wraith delikatnie pokiwał głową, domyślając się po jej minie, że nie jest to temat, który chce poruszać. A to oznaczało, że ten ktoś był jej bliski… i to bardzo.

- Ale w czasie awarii generatora nie byłaś sama - próbował wyciągnąć z niej tą informację.

- Nie - rzuciła, wzdychając ciężko. Ta rozmowa zaczynała ją drażnić. - Pomagał mi mój mąż - dodała, chcąc jak najszybciej zakończyć to przesłuchanie… chociaż właściwie nie wiedziała dlaczego powiedziała mu o tym. - I uprzedzając twoje kolejne pytanie: nie mam pojęcia, gdzie może być. Mógł zostać tam, zginąć lub równie dobrze trafić do zupełnie innego świata… Nie mam pojęcia. Bez generatora i przeanalizowania odczytów z niego pozostały mi tylko domysły.

Dowódca zdawał się nie zareagować na jej słowa, przyglądając się jej uważnie przez chwilę.

- A twoja praca? - zapytał zaciekawiony. - Czym dokładnie się zajmowałaś? Poza generatorem.

- Różne rzeczy - powiedziała od niechcenia. - Mam fakultety z różnych dziedzin… Ale moją specjalizacją jest inżynieria, ostatnio w połączeniu z fizyką. Głównie kwantową z racji generatora…

- I przybyłaś do świata, w którym nie możesz korzystać z tej wiedzy - rzekł. - Co za marnotrawstwo potencjału.

- Nie narzekam... zazwyczaj - rzuciła. - Wreszcie mam porządne wakacje - dodała ironicznie. - A poza tym mieszkańcy Vallen wciąż wynajdują mi jakieś zajęcia w osadzie…

- Zauważyłem - mruknął.

Kate uśmiechnęła się szeroko.

- Spokojnie. To tylko niewielkie zmiany - zapewniła go szybko. - Wiem, że rozwalacie wszystko powyżej pewnego poziomu technologii, aby nikt nie skopał wam tyłków...

Wraith warknął lekko pod nosem, a ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

Westchnął głębiej.

- I w twoim świecie nie ma Wraith? - zmienił temat. - Wspomniałaś o legendach o nas.

- Aaa… to - mruknęła. - Wiesz, to trochę… skomplikowane.

- Ja cały czas słucham.

- No tak… - mruknęła i westchnęła ciężko. - Jakby to wyjaśnić, żeby nie zabrzmiało dziwniej niż do tej pory? - zaczęła się zastanawiać co powiedzieć. - Te legendy to... Widzisz, historia każdego ze światów równoległych jest nieco inna…

- Tak, wiem o tym - przerwał jej nieco oschle.

Spojrzała na niego szybko, nieco zakłopotana, co nawet nieco zaskoczyło Wildfire. Chociaż w pewnych

momentach zdawała się go traktować protekcjonalnie, to jednak teraz odniósł wrażenie, że jej reakcja była prawdziwa, stwierdził.

- No tak, racja. Zapewne posiadasz sporą wiedzę… W końcu jesteś bardzo stary… - wymamrotała i nagle zdała sobie sprawę, że wypowiedziała to na głos. Natychmiast spojrzała na niego, uśmiechając szeroko z niewinną miną. - To znaczy, chciałam powiedzieć… bardzo doświadczony… - dodała, ale on tylko wciąż wpatrywał się w nią tym przenikliwym wzrokiem. - A więc wracając do tematu… w moim świecie mamy taką teorię, że im dalej oddalone są od siebie dwa wymiary, tym bardziej różni się ich historia… No a w moim wymiarze… nigdy nie było Lantean i Wraith… Z tego co wiem - mruknęła na koniec.

- Więc skąd o nas tyle wiesz? - spytał nieco podejrzliwie, coraz bardziej rozbawiony jej próbą wyjaśnienia mu całej sytuacji. - Od ludzi z Vallen?

- Niedokładnie… z filmu - rzuciła niepewnie, spoglądając na niego z zabawnym wyrazem twarzy, czekając na jego reakcję.

- Z filmu? - powtórzył. - Co to jest?

- Zapis obrazu i dźwięku - wyjaśniła.

- Ah… zapis wizualny - powiedział. - A skąd macie ten… film?

Kobieta uśmiechnęła się szeroko.

Tłumaczenie mu tego wszystkiego robiło cię coraz dziwniejsze… i kłopotliwe, pomyślała.

- Widzisz… u nas część tych… zapisów wizualnych, została wymyślona i stworzona dla rozrywki. W tym film, w którym mowa jest o Lanteanach i Wraith…

Znów przerwała, po raz kolejny wyczekując na jego reakcję. A on ponownie zdawał się w skupieniu analizować jej słowa.

- Twierdzisz, że w twoim świecie moja rzeczywistość to tylko… zmyśloną historia?

- Dokładnie - przytaknęła. - Co oznacza, że nasze światy leżą od siebie bardzo, bardzo daleko.

Wildfire spojrzał na nią jeszcze bardziej podejrzanie niż w chwili, gdy próbowała zataić przed nim informację o swoich zdolnościach.

Westchnęła zrezygnowana, kręcąc głową.

- Słuchaj, wiem, że to brzmi bardzo… bardzo dziwnie - przyznała - ale to prawda… Poczekaj… - rzuciła nagle, unosząc palec i zaczęła rozglądać się za swoim plecakiem.

Leżał na podłodze, tuż przy stole. Przykucnęła i otworzyła go, gmerając w nim przez chwilę, po czym wyciągnęła z niego niewielki tablet.

- Mam nadzieję, że się nie rozwalił… - wymamrotała, włączając go. - O! Jest! - dodała z zadowoleniem i podeszła do Wraith, otwierając jeden z folderów. - Mam tutaj kilka zdjęć z planu filmowego, jak kręcili pierwszą wersję "Stargate Atlantis" - oznajmiła i stanęła obok niego, aby pokazać mu kolejno zdjęcia, przesuwając palcem po ekranie. - Później zrobili remake, ale ja i tak wole pierwotną wersję… Widzisz, to wszystko aktorzy… Nawet facet, który gra Todda… - wskazała palcem jedno ze zdjęć.

Dowódca wziął od niej urządzenie, przyglądając się uważnie obrazom.

Miał coraz to większy mętlik w głowie. Z jednej strony wciąż pamiętał opowieści Najstarszych o umiejętnościach Avatars, a z drugiej… sam już nie wiedział, czy to tylko on chciał w to wierzyć, czy też rzeczywiście jej historia jednak jest prawdziwa, pomyślał.

Obrazy, które pokazała mu Harrigan. Odczyty energii, które zaobserwował Sharpwind. Nawet opowieść o międzywymiarowej podróży, to wszystko razem miało jednak sens, stwierdził.

Przecież już nawet Lanteanie pracowali nad generatorem mostów międzywymiarowych, lecz ich urządzenie było wadliwe, doprowadzając do zagłady Dorandian.

A co, jeśli tym ludziom się to udało? - pomyślał.

Przecież kobieta sama powiedziała, że jej pojawienie się tutaj było przypadkiem. Wynikiem błędu.

W prawdzie sprawy techniczne nie były jego domeną, jednak na tyle orientował się w nich, aby wiedzieć, że cała ta historia nie jest tak nieprawdopodobna, na jaką wygląda. Z naukowego punktu widzenia Wildfire miał teraz podstawy twierdzić, że takie zajście jest jak najbardziej możliwe.

- Jak dobrze znasz ten… film? - zainteresował się nagle, oddając jej tablet.

Kate spojrzała na niego, zaskoczona tym pytaniem.

- Całkiem dobrze... Ale uprzedzając twoje następne pytanie: pierwsza wersja filmu skończyła się w momencie, kiedy Atlantyda wróciła na Ziemię… Potem zaprzestali kręcić kolejne części… A remake jeszcze nie doszedł do tego momentu, także nie wiem, co działo się później… A od mieszkańców Vallen słyszałam, że Atlantyda wróciła już jakiś czas temu - odparła zapobiegawczo.

- Tak, to prawda - przyznał i przechylił nieco głowę. - Może i w twoim świecie nasza rzeczywistość to

tylko fikcja… Ale twoja wiedza naukowa na pewno nią nie jest - dodał z nieco szyderczym uśmieszkiem.

Kobieta cofnęła się natychmiast o krok, zdezorientowana sposobem w jaki na nią patrzył.

- Yyyy… Co masz na myśli? - spytała niepewnie, mając nadzieję, że jego odpowiedź będzie inna niż jej podejrzenia. - Chcesz żebym pracowała dla ciebie?

- Bystry człowiek - podsumował krótko, ukazując swoje ostre zęby w uśmiechu satysfakcji.

Kate skrzywiła usta w grymasie niezadowolenia, westchnęłam i nagle spojrzała na niego.

- Dlaczego chcesz, żeby człowiek naprawiał twój statek? Nie macie własnych mechaników? - zdziwiła się.

- Mieliśmy… - przyznał, wyraźnie niechętnie. - Ale utworzyli własną grupę, podczas Wojny Domowej.

- No tak, to musiało być jak wetknięcie kija w mrowisko, kiedy Sheppard beztrosko wybudził was wszystkich - rzuciła, z lekkim rozbawieniem i zaraz dodała z uśmiechem: - To ile płacisz?

Wraith natychmiast spoważniał i spojrzał na nią ponuro, znów przysuwając swoją twarz bliżej jej.

- Twoją nagrodą będzie twoje życie... człowieku - syknął.

- To nie zapłata, tylko szantaż - odcięła spokojnie.

Tym razem to Wildfire wydał się nieco zaskoczony powrotem jej beztroskiego zachowania.

- To odpowiednia motywacja - odparł spokojnie.

Harrigan zastanawiała się przez moment.

- A czy mogę to jeszcze przemyśleć? - spytała z wahaniem.

W pierwszej chwili Dowódca chciał warknąć na nią za jej impertynenckie zachowanie, ale zaraz potem zrezygnował i uśmiechnął się kącikiem ust.

- Oczywiście… Masz czas do wieczora. Wtedy wracam na hive - skwitował spokojnie. - I albo wracasz ze mną… albo rozpoczniemy Żniwa na tej planecie.

Zdążył już zauważyć, że w rozmowie z tym człowiekiem najlepiej zachowywać spokój, wręcz beztroskę podobną do jej zachowania.

Kobieta spojrzała na niego, zaskoczona.

- To wciąż szantaż, nie wybór.

- Lubisz ludzi z tej osady, prawda? - zapytał.

- Niektórych… Dlaczego?

- A zatem masz wybór… Twoim wyborem jest albo naprawiać mój hive… albo być odpowiedzialnym za śmierć tych ludzi - odparł nonszalancko. - Tak się składa, że to jedno z naszych żerowisk, a ty zapewne wiesz, że żerowiska Wraith bardzo się skurczyły w ostatnich latach. Natomiast liczebność tutejszej populacji ostatnimi czasy znacznie wzrosła… Czy zatem będzie dla ciebie bardziej odpowiednią motywacją, jeśli wydam rozkaz do Żniw w Vallen?

- Rozkaz? - powtórzyła. - No tak… zapomniałam, że jesteś Dowódcą hive - wymamrotała niechętnie i skrzywiła się ponownie.

To był zdecydowanie zły interes, pomyślała zrezygnowana, ale w tej chwili nie miała pojęcia jak z niego wybrnąć. Wizja życia na hiveship jakoś nie przemawiała do niej... No, może gdybym nie ci wszyscy Wraith na pokładzie, dodała w myślach…

- Nie zostawię psów - rzuciła nagle, zaczynając rozglądać się zanim.

Cofnęła się, aby zerknąć do sąsiedniego pomieszczenia.

Było mniejsze, bardziej okrągłe, ale również pełne sprzętu. Pośrodku stał stół z czymś, co przypominało jej mikroskop… a pod stołem leżały oba futra, w najlepsze drzemiąc sobie na podłodze.

Podparła się w pasie.

- Mali, kudłaci zdrajcy - warknęła po polsku. - Nawet się nie ruszycie z dupskiem.

I nagle zdała sobie sprawę, że Wraith stoi tuż za nią.

Splatając ręce za plecami, Wildfire uśmiechnął się złośliwie.

- Wygląda na to, że nie będą miały nic przeciwko temu, aby tu pozostać - stwierdził z ironią, lekko rozbawiony ich kompletną ignorancją na słowa kobiety.

Tym razem to Harrigan posłała mu krótkie, ponure spojrzenie.

- Twoja przyjaciółka może się nimi zająć - ciągnął. - Najwyraźniej są dla ciebie ważne, a więc będą dodatkowym zabezpieczenie dla naszej… umowy - powiedział, wciąż spokojny.

- Nie o to mi chodziło, kiedy o nich mówiłam - burknęła.

- Wiem… - rzucił z szatańskim uśmieszkiem. - Spakuj swoje rzeczy. Jak mówiłem, wieczorem wracamy

na hive - dodał, już z większa powagą i wszedł do pokoju.

Dopiero wtedy psy wykazały odrobinę zainteresowania, otwierając oczy. Jednak cała ich reakcja na widok kobiety było krótkie machnięcie ogonami.

Harrigan posłała im ponure spojrzenie, ale zaraz potem spoważniała. Sytuacja w jakiej się znalazła z całą pewnością nie była zabawna, pomyślała.

Ale przecież z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. To tylko kwestia czasu aż coś wymyśli. Tylko tyle potrzebowała... Czas... Tak, a teraz ma go całe mnóstwo.

- Dwa tygodnie - rzuciła w końcu z powagą, a Dowódca spojrzał na nią pytająco. - Daj mi dwa tygodnie na dokończenie spraw tutaj… To tylko 14 dni. Pomogę im dokończyć to, co zaczęłam tu robić... Tylko

o tyle cię proszę.

Ale on milczał, wracając do swojej pracy.

- Nigdzie nie ucieknę - kontynuowała, stając przy stole. - Jeśli to zrobię, zniszczysz Vallen, a ja nie mam zamiaru mieć tych ludzi na sumieniu - zapewniła.

Wciąż nic, poza ciszą. Wraith wpatrywał się tylko w okulary mikroskopu… a ona wpatrywała się w niego… coraz bardziej zrezygnowana.

No cóż, pomyślała w końcu, stara się… negocjować z Wraith, parsknęła w duchu.

Co za głupi pomysł, stwierdziła na myśl o tym i odwróciła się, by wyjść z pomieszczenia.

To był ostatni desperacji pomysł jaki teraz przyszedł jej do głowy… ale i on zawiódł.

- Dziesięć - powiedział w końcu Dowódca.

Zatrzymała się, ale ona nawet nie spojrzał na nią, nie odrywając wzroku od tego, co oglądał pod mikroskopem.

- Masz dziesięć dni, aby zakończyć swoje sprawy tutaj - oznajmił - A wtedy będziesz miała do wyboru: albo ty… albo mieszkańcy Vallen.

- Zgoda - rzuciła bez namysłu i podeszła do niego, podając mu rękę z zadowoleniem.

Dopiero wtedy spojrzał na nią… ponuro, ignorując jednak jej ludzki gestu.

Kobieta opuściła więc dłoń i ponownie spoważniała.

Miała tydzień na znalezienie wyjścia z tej sytuacji tak, aby nikt nie ucierpiał, pomyślała...

To jest niemożliwe, dodała zaraz w myślach, zrezygnowana i już chciała odejść, kiedy jej uwagę przykuł obraz na jednym z ekranów stojących pod kamienna ścianą.

Przyglądała mu się uważnie przez chwilę.

- …A tak przy okazji, te nukleotydy w trzeciej linii powinny być linię niżej - odezwała się w końcu i wskazała na ekran. - W przeciwnym razie wszystko się rozpadnie.

Wildfire spojrzał na nią wyraźnie zaskoczony.

- Mój mąż miał specjalizację z neurogenetyki… Podłapałam co nieco - wyjaśniła, uśmiechając się nieco protekcjonalnie, po czym odwróciwszy na pięcie, wyszła z pomieszczenia.

Chciała jak najszybciej opuścić tą jaskinię.

Dźwigając plecak, zagwizdała na psy. Te podniosły się ospale z podłogi i poczłapały za nią.

- Możesz otworzyć wejście ?! - zawołała nagle z drugiego końca jaskini.

Spoglądający wciąż w kierunku sąsiedniego pomieszczenia Wraith uśmiechnął się złośliwie kącikiem ust i

wysłał telepatycznie odpowiednie polecenie do urządzenia sterującego hologramem.

Ten zniknął, ukazując znajdująca się na zewnątrz ścieżkę i gęsty las.

Kate z niewypowiedziana ulgą wyszła na zewnątrz, a psy spokojnie tuż za nią.

- Świetne - warknęła pod nosem po polsku. - Właśnie zawarłam pakt z diabłem.