Rozdział 6
Konsekwencje.
.
Psy wbiegły jako pierwsze do domu i Kate ostentacyjnie zatrzasnęła za sobą tylne drzwi.
Zupełnie nie zwracając na siedzące w kuchni dwie kobiety, weszła po schodach na piętro, mamrocząc do siebie po polsku.
Siedzące przy stole babka i wnuczka spojrzały najpierw za nią, a następnie na siebie, wyraźnie zaskoczone i zdezorientowane jej zachowaniem.
- A ją co ugryzło? - niemal parsknęła Miriam.
- Może psy znowu ją zdenerwowały - zasugerowała Milly.
Chwile później dobiegł ich odgłos kolejnych zatrzaskiwanych drzwi.
Starsza kobieta chrząknęła tylko pod nosem, lekko rozbawiona i wróciła do obierania owoców ze stojącego obok kosza. Nadciągała jesień, więc nadszedł czas na przygotowywanie domowych specjałów na zimę. Tych samych, które jej wnuczka uwielbiała jeść… lecz nie znosiła przyrządzać.
- Zobaczę co się stało - dodała po chwili dziewczyna i odłożyła owoc oraz nóż, wstając od stołu.
- Jasne - mruknęła Miriam. - Po prostu powiedz, że znudziło ci się już obieranie pallai - dodała z nuta ironii, zerkając na nią.
Młodsza kobieta zatrzymała się zrezygnowana i westchnęła ciężko.
- Przestaniesz? - rzuciła nieco poirytowana. - Przecież powiedziała, że ci pomogę… Chce tylko sprawdzić co się stało.
- A od kiedy to tak się martwisz o nią? - powiedziała nieco złośliwie babka. - Jeszcze kilka godzin temu byłaś w stanie własnoręcznie ją udusić, że ignoruje twoje ostrzeżenia o Wraith.
- To było kilka godzin temu - odparła i ruszyła szybko po schodach, aby nie przeciągać sprzeczki z babką.
Starsza kobieta parsknęła pod nosem, wyraźnie rozbawiona.
- Ach ci młodzi. Zmieniają zdanie jak wiatr zawieje - zachichotała pod nosem.
Milly zatrzymała się na końcu korytarza i zastukała w drzwi.
- Kate, wszystko w porządku? - spytała.
- Nie - warknęła z pokoju Harrigan. - Jak było widać na załączonym obrazku.
- Mogę wejść? - dodała, lecz nikt jej nie odpowiedział.
Ktoś jednak podszedł do drzwi i otworzył je.
- Nie, nie chce o tym rozmawiać, żeby poczuć się lepiej - mruknęła. - Wybacz, ale nie przywykłam do babskich zwierzeń… Poza tym to nic takiego - skłamała. - Psy mnie zirytowały… Dwie godziny szukałam ich po lesie.
To była pierwsza rzecz jaka przyszła jej do głowy. Szczególnie, że już chyba połowa miasteczka widziała jak posłuszne są jej laupus - czyli niemal w ogóle - i jak ugania się za nimi po okolicy. Dlatego też uznała, że będzie to najlepsze wytłumaczenie dla jej zachowania.
Dziewczyna spojrzała na zwierzęta w głąb pokoju. Leżały przy łóżku, zadowolone. Uśmiechnęła się lekko, rozbawiona.
- Tak też myślałam - powiedziała. - Zresztą, przynajmniej na chwile mogłam się wyrwać ze szponów Miriam - zażartowała szeptem. - O kilku godzin obieramy pallai - dodała, krzywiąc się niechętnie.
- Pallai?
- Taki owoc. Babka robi z nich konfitury i soki na zimę. Mają sporo witamin.
- Moja babcia też robiła takie specyfiki - powiedziała Harrigan z nutą nostalgii.
- …Zmarła? - spytała ostrożnie dziewczyna.
- Nie. Po prostu przestała je robić. Teraz można wszystko kupić bez problemu - wyjaśniła i zerknęła w kierunku schodów. - Chodź, pomogę wam… Wyżyję się na owocach - zażartowała i ruszyła przodem w kierunku schodów.
Miriam zerknęła na nią, kiedy schodziła w dół.
- Przeszło ci? - spytała z nuta ironii, uśmiechając się kąśliwie kącikiem ust.
- Nie… ale podobno masz zajęcie na którym mogę wyładować swoja frustrację - odparła spokojnie, zatrzymując się przed stołem pełnym owoców.
Wzięła jeden z w dłoń. Kształtem przypominały gruszki. Były jednak czerwone… i równie kwaskowate, co granat, zauważyła, próbując jeden z nich.
Skrzywiła się.
- No cóż, potrzebny mi ktoś do wyciskania soku - stwierdziła starsza kobieta i spojrzała na stojące z boku drewniane urządzenie.
Kate podeszła bliżej, przyglądając mu się uważnie. Pojemnik zamykało płaskie wieko z wysoką rączką. Podniosła je i od razu pojęła zasadę działania urządzenia. Wkładając owoce do środka, zgniatało się je, naciskając na rączkę, co powodowało przesuwanie się wygniatacza w kierunku dna z drobnym sitem. Stamtąd sok skapywał niżej.
Jakże proste i zarazem pomysłowe, pomyślała.
- Szkoda, że to nie jest większe - wymamrotała. - Chętnie wycisnęłabym w tym coś innego.
Miriam prychnęła lekko pod nosem.
- Nieładnie jest znęcać się nad zwierzątkami - oznajmiła. - Nawet jak są czasami nieznośne.
- Uwierz mi, że to zwierzątko w pełni zasługuje, aby się nad nim poznęcać - stwierdziła Kate, wrzucając obrane owoce do środka i jednym mocnym ruchem zgniotła je.
Starsza kobieta spojrzała na nią.
- Czy my mówimy o tym samym? - zapytała, już z większą powagą.
Instynkt podpowiadał jej bowiem, że oby dwie mówią o zupełnie różnych rzeczach. Ale Harrigan spojrzała na nią tylko i uśmiechnęła się szeroko, po czym zaczęła wyciskać pierwszą partię soku.
- Kate? Co się stało w lesie? - dodała po chwili, nieco zaniepokojona. - Dlaczego nie było cię tak długo?
- Już mówiłam Milly, że psy nawiały i musiałam ich szukać - odparła obojętnie, zajęta wyciskarką.
- Psy? - mruknęła pod nosem Miriam, ale nie powiedziała już nic więcej.
Przez chwile przyglądała się jeszcze młodszej kobiecie, po czym wróciła do obierania owoców. W prawdzie znała Harrigan krótko, ale zdążyła już zauważyć, że niezbyt chętnie dzieli się z innymi czymś co ją trapi. Tak jak teraz, próbując zając umysł czymś innym.
A Miriam nie chciała naciskać. Zbyt dobrze poznała ludzka naturę i wiedziała, że zazwyczaj to nic nie daje. Wręcz przeciwnie. Osoby, takie jak Kate, jeszcze bardziej zamykały się wtedy w sobie, ukrywając swoje prawdziwe emocje za różnymi fasadami.
Pozornie miało je to chronić przed zranieniem przez innych, lecz w rzeczywistości coraz bardziej odcinali się od ludzi. A w przypadku tej młodej kobiety jej murem obronnym był ten pewien nonszalancki sposób zachowania.
Niestety Miriam Lafernan miała teraz złe przeczucia. Postanowiła jednak zaczekać. Może jutro będzie lepszy dzień do rozmów… kiedy kobieta ochłonie, uznała.
Chociaż w tej chwili nie sprawiała wrażenia, aby miało to szybko nastąpić, ponownie wkładając sporo energii w wyciskanie owoców, pomyślała, zerkając na nią z ukosa.
Ale myśli młodszej kobiety już dawno zaczęły błądzić zupełnie gdzie indziej, nie mając związku z Dowódcą Wraith. Wręcz przeciwnie. Wykonując swoją pracę niemal jak automat, powróciła wspomnieniami do dzieciństwa. Do jednych z wakacji, które zazwyczaj spędzała u babci ze strony matki.
Uwielbiała ten okres roku, pełen beztroski i zwykłych dziecięcych spraw. Z dala od codziennych trosk i zmagań z rzeczywistością.
A rzeczywistość nie była zbyt przyjemna. Wciąż musiała mieć się na baczności, aby przypadkiem nie zdradzić się ze swoimi zdolnościami. Wystarczyło, że i tak wszyscy już wiedzieli, iż jest niezwykle bystra i w szkole przydzielono jej indywidualny tok nauczania.
Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że jej możliwości są znacznie większe… i to nie tylko te umysłowe. Ale zdradzenie tego równałoby się z natychmiastowym umieszczeniem jej w jakimś instytucie badawczym, gdzie zapewne przeprowadzano by na niej liczne eksperymenty. Niczym na szczurze laboratoryjnym.
Dlatego też na co dzień Kate Harrigan wkładała sporo wysiłku w to, aby ukrywać swój prawdziwy potencjał.
Ale przyjeżdżając do babci, mogła w pełni przestać się oto martwić.
Tam była tylko dzieckiem. I nikt niczego więcej od niej nie wymagał…
.
"…Ośmioletnia dziewczynka siedziała na łóżku, przeglądając grubą książkę i bazgrząc jednocześnie coś w zeszycie. Nie były to jednak notatki z tego, co przeczytała, a niezgrabne rysunki, bardziej szkice, bliżej nieokreślonej konstrukcji.
Promienie słońca wpadały do niewielkiego pokoju przez spore okno, a z zewnątrz dobiegały odgłosy bawiących się dzieci. Ale dziewczynka ignorowała je zupełnie, skupiona na wypełniającej książkę treści.
- Kasia, weź brata na spacer - odezwał się po polsku, z innego pomieszczenia, kobiecy głos i po chwili w progu pokoju pojawiła się jego właścicielka. - Słyszysz co do ciebie mówię? - spytała, nieco poirytowana brakiem reakcji ze strony córki.
- Ale ja czytam - jęknęła, zła.
- Poczytasz później… Patrz jaka ładna pogoda - dodała kobieta, gestem ręki wskazując w kierunku okna.
- Dlaczego ja muszę z nim iść? - fuknęła, z irytacją zamykając książkę. - To twoje dziecko.
- Nie bądź bezczelna! - skarciła ją stanowczo matka.
- Ale to niesprawiedliwe - rzuciła, wstając z łóżka. - Jak chce się pobawić z koleżankami, to każesz mi z nim iść… Jak czytam, też każesz mi z nim iść! - dodała, wyraźnie zła i ostentacyjnie wyszła z pokoju, by przejść w kierunku drzwi wejściowych do mieszkaniach, gdzie zostawiła swoje buty.
- Korona z głowy ci nie spadnie, jak weźmiesz brata na spacer - warknęła za nią kobieta.
- Jasne - mruknęła. - Jestem u babci, to każą mi pilnować Izy. Jestem w domu, to każesz mi pilnować Tomka… Znaleźli sobie darmową niańkę - wymamrotała pod nosem.
- Jeszcze słowo, a nie wyjdziesz nigdzie przez najbliższy miesiąc!...
- Czy ten spacer nie może poczekać? - wtrącił spokojnie łamaną polszczyzną mężczyzna, stając w drzwiach większego z dwóch pokoi mieszkania.
- Stajesz po jej stronie? - spytała lekko oburzona kobieta. - Nie ma nic do roboty. Może go zabrać na spacer.
- Akurat w tej kwestii musze przyznać jej rację… Po pierwsze czytała, a ty jej przerwałaś i każesz iść z małym na spacer… Też zauważyłem, że cokolwiek zaczyna robić, wysyłasz ją z małym na spacer…
- Jest wystarczająco duża, aby chociaż trochę zająć się bratem - fuknęła na niego kobieta.
- Przecież się nim zajmuje…Chociażby w nocy, wstając do niego, kiedy płacze, bo my nie słyszymy, chociaż mały leży tuż obok w łóżeczku… To chyba o czymś świadczy, prawda? - skwitował, wciąż łagodnym tonem głosu. - Zabierasz jej ostatnio każdą jej wolną chwilę. To dziecko. Powinna się bawić i zajmować swoimi sprawami, a nie wciąż niańczyć rodzeństwo czy kuzynostwo.
- Ja też się zajmowała i jakoś żyję - fuknęła ponownie kobieta.
- To nie znaczy, że musisz powielać te błędy…
- Błędy?! - przerwała mu gniewnie. - To teraz jestem złą matką?!
- Nie to miałem na myśli… - próbował usprawiedliwić się mężczyzna.
- Czy zamiast się kłócić, możecie mi znieść wózek, czy mam to zrobić sama? - przerwała im dziewczynka, zanim kobieta zdążyła zaooponować na słowa męża.
- Nie trzeba. Sama z nim pójdę na spacer… W końcu to moje dziecko - wytknęła jej matka. - Idź czytać te swoje książki, skoro je cenisz bardziej niż własnego bra…
Kobieta nie dokończyła, widząc wściekłość w oczach dziewczynki, kiedy zaciskała ze złości małe pięści i usta. Ale to nie ten widok był powodem, dla którego zamilkła, lecz znajdujące się w pobliżu dziecka rzeczy, które właśnie zaczęły drżeć i podskakiwać.
- Kate, przestań… słyszysz?... Kate! - upomniał ją stanowczo po angielsku ojciec.
Rozluźniła się i spojrzała na niego, jakby nieco zaskoczona.
- Weź brata i zaczekaj na zewnątrz. Zaraz zniosę ci wózek - dodał, już spokojnie z lekkim uśmiechem.
Nie odpowiedziała.
Chwyciła tylko półtorarocznego chłopczyka za rączkę i wyszła z nim na klatkę schodową.
Dopiero wtedy mężczyzna spojrzał na swoja żonę. Była niemal blada ze strachu.
- Widziałeś to? - wydusiła w końcu z siebie i spojrzała prosto w jego oczy. - Musimy coś z tym zrobić… zanim ona komuś zrobi krzywdę.
- Niby co chcesz zrobić? Oddać ją do jakiegoś zakładu?
Kobieta spojrzała na niego surowo.
- Oszalałeś? Jak możesz tak mówić? Przecież to dziecko.
- Więc zacznij ją tak traktować - skarcił ją. - Reaguje tak tylko w gniewie… Kiedyś nie przeszkadzały ci jej zdolności i potrafiłaś ją w porę utemperować, ale odkąd urodził się Tomek, przestałaś się nią zajmować… Albo traktujesz jak służącą… Książkę, którą czyta, ja rozumiałem dopiero w szkole średniej. A ona już teraz bez problemu rozwiązuje zawarte w niej zadania.
- No właśnie. To geniusz… I jest o wiele dojrzalsza i samodzielniejsza, niż jej rówieśnicy. W wieku Tomka też była już o wiele bardziej samodzielna, a on jest jak każde inne dziecko i potrzebuje znacznie więcej uwagi…
- Kasia też wciąż jest dzieckiem… I także wciąż potrzebuje uwagi matki - przerwał jej zanim zdążyła
odpowiedzieć. - Wiem, że obie jesteście podrażnione z powodu przeprowadzki… ale to ty jesteś dorosła, a nie ona. Więc nie wymagaj od niej zachowania, jak od dorosłej osoby - dodał i wyszedł z mieszkania.
Siedząca na zewnątrz na schodach dziewczynka, spojrzała na niego, trzymając brata na kolanach.
- Wiesz, że tutaj wszystko słychać? - spytała po angielsku, jakby z lekkim rozbawieniem.
Mężczyzna uśmiechnął się szerzej.
- A może po prostu ty masz super słuch? - zażartował, chwytając stojący pod ścianą dziecięcy wózek spacerowy.
- Nie. To drzwi są cienkie - stwierdziła spokojnie i ruszyła za nim powoli, wciąż trzymając brata za rączkę, kiedy niezgrabnie pokonywał każdy następny schód…"
.
.
Poranne promienie słońca wpadające przez okno jej pokoju, zbudziły ją ze snu.
Zmarszczyła czoło i zasłoniła dłonią oczy, mrużąc je. Chciała obrócić się na bok… i wtedy jęknęła z bólu. To zapewne efekt po wczorajszej zabawie z ręczna wyciskarką soków, stwierdziła i powoli wygrzebała się z łóżka.
- To będzie ciężki dzień - wymamrotała do siebie po polsku i podniosła się ociężale, aby przeszukać drewnianą szafę, w której znajdowały się jej ubrania.
Czekał ją dzień pełen pracy przy modernizacji osady, a ona czuła się jak staruszka.
Wyżywanie się na owocach nie było dobrym pomysłem, pomyślała i nagle przypomniała sobie znowu o umowie z Wraith. Nie spała pół nocy, zastanawiając się jak z niej wybrnąć bez szwanku dla siebie i mieszkańców Vallen… ale pomimo całego swego geniuszu nie była w stanie wymyślić niczego sensownego. Każdy scenariusz kończył się niezbyt optymistycznie.
Nie mogła także pracować dla Wraith.
Nie żeby miała coś przeciwko temu, to mogłoby być nawet ciekawe doświadczenie, stwierdziła, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, czego ten Wraith będzie oczekiwał od niej: usprawnień na jego hive tak, aby mógł zdobyć przewagę nad innymi, włącznie z ludźmi z Atlantydy.
Być może będzie nawet oczekiwał, że rozpracuje jakieś lanteańskie urządzenia, które mógłby wykorzystać na swoją korzyść. A znając Wraith to nie wróżyło nic dobrego.
Gdyby to był Todd, przynajmniej teoretycznie mogłaby wiedzieć, czego się po nim spodziewać. Ale ten Wraith był jej zupełnie obcy, pomyślała i wyszła na brukową uliczkę miasteczka.
Ciepłe promienie słońca otuliły całe jej ciało przyjemnym ciepłem. Przez chwilę stała z zamkniętymi oczami, kapiąc się w nich, po czym już weselsza, ruszyła w kierunku głównego placu. To tam stał budynek, który uznała za miejski ratusz… chociaż mieszkańcy Vallen nie znali tego określenia, jak ją poinformowano, nazywając go Domem Rady.
Zebrane tam osoby przyglądały się jej zaskoczone, kiedy grzebała w mapach, planach i sporządzonych przez nią wcześniej szkicach. Zauważyła to dopiero, chcą wyjść z archiwum.
- Co? - rzuciła.
- Nic takiego… Zastanawiamy się tylko skąd u ciebie taki nagły zapał do pracy - odparł spokojnie Kaylon Andarias z lekkim uśmiechem rozbawienia.
- Podobno mamy sporo pracy przed zimą, więc wypadałoby w końcu zacząć, prawda? - rzekła beztrosko i wyszła z budynku.
Miejsce ich bazy stanowiła stara, murowana stodoła, skrzętnie wysprzątana i zaopatrzona w potrzebny robotnikom sprzęt. Zebrani w niej mężczyźni również spojrzeli na nią, zaskoczeni jej niezapowiedzianym przybyciem, ale nic nie powiedzieli. Nie dała im na to czasu, z progu zaczynając wypytywać o postęp prac i najbliższe plany.
Tak minął cały dzień, z krótką przerwą na spacer z psami i ciepły posiłek.
A potem kolejny i jeszcze jeden, spędzony na planowaniu, nadzorowaniu, pomaganiu z lżejszych pracach… i próbach nie zabicia kilku osób. Kate z rozbawieniem szybko jednak zauważyła, że w zaprowadzaniu porządku między skłóconymi pracownikami zdecydowanie bardziej pomagało krzyczenie na nich, niż spokojna próba perswazji. W końcu wystarczyło nawet, że tylko spojrzała na któregoś nieprzyjemnie, a ten od razu zaniechał jakichkolwiek prób wykłócania się. A kiedy mężczyzna ochłonął, spokojnie pytała go o jego zdanie - tak, aby nikt nie poczuł się urażony.
I tak każdego dnia, więc wracając wieczorem do domu, była już zbyt zmęczona, aby głębiej zastanawiać się nad umowa z Wraith. Szczególnie, że tutejsza doba miała trzydzieści godzin. A czas nieubłaganie mijał. Szybciej niż by chciała. Minęły już pełne trzy dni od tamtego felernego spotkania w lesie, a czwarty właśnie zbliżał się ku końcowi, kiedy Kate zatrzymała się na chwilę po drodze, przyglądając bawiącym się w pobliżu dzieciom. Były pełne życia i radości… zupełnie nieświadome tego, jaki los może je niebawem spotkać, jeśli ona nie dotrzyma warunków umowy, pomyślała.
Jedno życie za tysiące. Kalkulacja wydawała się być taka prosta.
Problem w tym, że było to jej życie, w którym nie przewidywała dożywotniego zatrudnienia na hiveship.
Miała przecież zamiar wrócić do domu. Do swojego świata.
Nieco przygnębiona, ruszyła dalej, w kierunku domu Miriam.
Kobieta czekała już na nią z kolacją. Ciepły, smaczny posiłek po całym dniu pracy.
Położyła swoje rzeczy na komodzie stojącej obok wejścia i usiadła ciężko na krześle, podpierając głowę rękoma.
- Ciężki dzień? - spytała starsza kobieta, siadając po przeciwnej stronie.
- Nie. Nawet nie - mruknęła. - Po prostu jestem zmęczona… Wciąż nie mogę się przestawić na wasz czas.
- Znam kilka planet, gdzie od jesieni dni są bardzo krótkie… Moja dobra znajoma mieszkała na jednej z takich. Nazywa się Athos… Planeta, oczywiście - wyjaśniła zaraz z lekkim rozbawieniem Miriam i zamyśliła się na moment. - Niestety wiele lat temu Wraith zabrali ją podczas żniw - dodała ze smutkiem. - Miała męża i czteroletnią córkę… Śliczna dziewczynka. Wesoła i bardzo bystra… Teraz jest już dorosłą kobietą i może ma własne dzieci - powiedziała i zmarszczyła nieco czoło. - Słyszałam pogłoski, że przyłączyła się do New Lanteans - dodała nagle.
Dopiero wtedy Harrigan tak naprawdę zainteresowała się opowieścią starszej kobiety, zatrzymując łyżkę z gulaszem w połowie drogi do ust.
- Teyla Emmagan? - spytała z lekkim niedowierzaniem.
- Znasz ją? - zdziwiła się Miriam.
- To jedna z postaci z filmu - wyjaśniła spokojnie Kate i wróciła do jedzenia. - Ma dar jak Milly.
- Tak, wiem. Wyczuwa Wraith.
Młodsza kobieta uśmiechnęła się, nieco rozbawiona.
- Świat jest mały - prychnęła pod nosem.
- Chyba nie rozumiem, co masz na myśli.
- To takie powiedzenie. Oznacza, że czasami w najmniej oczekiwanych okolicznościach spotykasz kogoś kto zna tą sama osobę co ty - odparła. - Tak jak w tym przypadku. Nigdy bym nie pomyślała, że znałaś matkę Teyli… którą ja znam z filmu.
- Tak, rzeczywiście - przyznała z lekkim uśmiechem Miriam. - To naprawdę zaskakujący zbieg okoliczności.
- Co takiego? - spytała nagle wesoło Milly, wchodząc do kuchni wraz z psami tylnym korytarzem.
Musiała być z nimi na spacerze, pomyślała Harrigan.
- Że w filmie ze świata Kate była pewna młoda kobieta, której matkę znałam wiele lat temu - odparła jej babka. - Tagan Emmagan z Athos.
- Ta która też wyczuwała Wraith? - upewniła się dziewczyna.
- Tak. Ta sama.
- Rzeczywiście dziwne - stwierdziła Milly i usiadła przy stole.
- Umyj ręce zanim zaczniesz jeść - skarciła ją od razu babka. - Byłaś z psami na spacerze… Trzeba ci zawsze przypominać, jak dziecku?
- Oj, przecież nie są brudne… aż tak - zażartowała i podeszła do zlewu.
- A od czegoś umrzeć trzeba - parsknęła Kate.
- Kolejne z waszych powiedzeń? - spytała starsza kobieta.
- Coś w tym rodzaju… Ogólnie oznaczy to, że nie można się wszystkim przejmować, bo ostatecznie i tak nie mamy wpływu na to, jaki będzie nasz koniec.
- Lubię te wasze powiedzenia. Są bardzo… życiowe - stwierdziła beztrosko Milly, wracając do stołu.
- Na tym polega sens takich powiedzeń - odparła.
- My nie mamy ich zbyt wiele - oznajmiła i zabrała się za nalewanie gulaszu do miski. - Rozmawiałam dzisiaj z kilkoma dziewczynami… - dodała po chwili.
- Aż się boję zapytać o czym - parsknęła Harrigan pod nosem.
- O Święcie Żniw na Feros - dokończyła spokojnie dziewczyna. - Chcemy cię tam zabrać.
- Po co? - niemal mruknęła.
- Żebyś się trochę… zrelaksowała, jak ty to mawiasz - wyjaśniła. - Ostatnio sporo pracujesz i jesteś jakaś… spięta - zauważyła.
- Bo sporo pracuje i muszę się użerać z bandą kłótliwych facetów - burknęła.
- Właśnie dlatego pomyślałyśmy, że to dobry pomysł - dokończyła wesoło Milly.
- Nie mam czasu na takie bzdury.
- Przecież sama mówiłaś, że lubisz dobrą zabawę - wtrąciła z lekkim rozbawieniem Miriam. - Więc teraz masz ku temu okazję.
Młodsza kobieta spojrzała na nią krzywo.
- Określenie: "dobra zabawa", jest w tym przypadku względne - odparła.
- Niestety w tej galaktyce raczej nie uświadczysz rzeczy, do których przywykłaś w swoim świecie, więc musisz zadowolić się tym co mamy - oznajmiła spokojnie Miriam.
Kate już chciała rzucić kolejnym polskim powiedzeniem, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. Wyjaśnienie go mogłoby okazać się zbyt zawiłe - miało podtekst polityczny.
- Ostatecznie pozostaje ci przeprowadzić się na Atlantydę - zauważyła nieco złośliwie Milly.
Kate spojrzała na nią równie ponuro, jak wcześniej na jej babkę.
- Za dużo czasu ze mną spędzasz… Robisz się równie złośliwa, jak ja - zadrwiła nieco ponurym tonem.
- Sama mówiłaś mi ostatnio: kto z kim przystaje, takim się staje - odcięła beztrosko dziewczyna.
- Właśnie o tym mówię - mruknęła.
Milly uśmiechnęła się do niej szeroko.
- Czyli ustalone. Jutro po południu wyruszamy na Feros - rzuciła. - Znajdziemy ci jakieś ładne, kobiece wdzianko - dodała zadowolona.
Harrigan przewróciła oczyma na te słowa.
- O boże - jęknęła.
Zarówno babka jak i wnuczka zachichotały na jej reakcję. Doskonale wiedziały co ich gość sądzi o "kobiecych" strojach.
