Rozdział 8
Ucieczki…
.
- Wiesz chociaż gdzie idziemy? - spytał w końcu drwiąco Kaleb, kiedy mijali kolejne pomieszczenia.
- Chyba tam? - Kate wskazała kierunek.
- Skąd wiesz?
- Tak przypuszczam - burknęła. - Idę na wyczucie.
- Świetnie… - mruknął. - Będziemy tak błądzić godzinami.
- Masz lepszy pomysł? - rzuciła poirytowana. - Nie widzę tutaj nigdzie planu hive, aby zobaczyć, gdzie akurat jesteśmy - odcięła.
Młody mężczyzna wzruszył tylko ramionami.
Błąkali się już tak kilkanaście minut i chociaż jak dotąd na szczęście nie natrafili na żadnego Wraith, to i tak pozostawał drugi problem: kwestia dotarcia do doku myśliwców… co nie było takie proste w tej plątaninie korytarzy i pomieszczeń, z których przynajmniej połowa była ślepym zaułkiem. Poza tym, jak zauważył Kaleb, nie mieli pojęcia, gdzie dokładnie są… i gdzie jest hangar. Równie dobrze mogli właśnie iść w kierunku silników lub co gorsza mostka hive.
Gdyby wiedziała, że utknie w świecie stargate, nauczyłaby się na pamięć planu hiveships, pomyślała rozgoryczona, zerkając w głąb kolejnego mijanego korytarza… i nagle zatrzymała się, odchylając do tyłu. Jej oczom ukazał się widok pomieszczenia, którego cały czas szukali - hangaru.
Uśmiechnęła się szeroko, zadowolona.
- Eureka - rzuciła tryumfalnie i zawróciła, przyspieszając kroku.
- Co? - zawołał za nią Kaleb.
- Znalazłam hangar - odparła z głębi korytarza.
Mężczyzna dogonił ją szybko, lecz zanim zdążyli przejść cały korytarz, na jego końcu pokazało się kilku zamaskowanych żołnierzy trzymających swoje karabiny ogłuszające i tarasujących im przejście.
Para uciekinierów zatrzymała się gwałtownie i cofnęła o krok, chcąc zawrócić, jednak i ta droga została zablokowana.
Tym razem przez oficera Wraith w asyście dwóch żołnierzy.
- Cholera - mruknęła Harrigan.
Strzał w plecy z ogłuszaczy powalił ją ponownie na ziemię… lecz tym razem miała wrażenie, że zdołała jeszcze zobaczyć, jak Wraith podchodzi do nich, zanim zupełnie straciła przytomność.
"Mamy ostatnią dwójkę, sir" - rzekł telepatycznie młody oficer do swojego przełożonego. - "Prawie dotarli do doku myśliwców".
"Zabierzcie ich do kokonów" - odparł mu Wildmist. - "Pozostali ludzie twierdzą, że to ona otworzyła cele".
"W jaki sposób?" - zdziwił się Lostpath.
"Nie wiem… Może ma geny Wraith i nauczyła się to wykorzystywać… Natknąłem się już na takich ludzi…"
"Geny Wraith?" - powtórzył jeszcze bardziej zaskoczony słowami starszego oficera.
"Kilkaset lat temu jeden z naszych naukowców próbował polepszyć efektywność żerowania na ludziach poprzez dodanie do ich genotypu naszych genów" - wyjaśnił mu przełożony. - "Niestety robił to bez zgody Rady, więc kiedy wyszło to na jaw, jego badania zostały natychmiast przerwane… Zresztą i tak poniósł porażkę, gdyż ludzie ci wariowali z czasem… Potem kazano zniszczyć osadę, w której mieszkali, ale z czasem okazało się, że część z obiektów przeżyła i rozpierzchła się po galaktyce. Od tamtej pory czasami natykamy się na ich potomków… Niektórzy wykorzystują swój dar do wyczuwania naszej obecności i ostrzegają innych".
"Rozumiem, sir" - odparł i spojrzał na żołnierzy.
- Umieśćcie ich w kokonach - rozkazał na głos i odwróciwszy się na pięcie, ruszył z powrotem.
.
.
Zaczynało świtać, kiedy Milly zatrzymała się przed miasteczkiem na Feros.
Była zziębnięta i zmęczona.
Całą noc spędziły ukryte w niewielkiej jaskini w lesie, nasłuchując z trwogą dobiegających z oddali
odgłosów… odgłosów wydawanych przez myśliwce Wraith i krzyków ludzi.
Teraz jednak wszędzie wokół panowała grobowa cisza, jakby cała okolica wciąż była pogrążona we śnie.
Spojrzała na budynki.
Stały nietknięte. Wraith rzadko używali broni z myśliwców podczas Żniw. To mogłoby zabić lub zranić zbyt wielu ludzi. A ci, w obecnych czasach, byli dla nich bardzo cenni.
Milly zerknęła na stojącą obok niej Oolę, po czym wzięła głęboki wdech i ostrożnie ruszyła dalej jedną z wąskich, brukowanych uliczek. Pozostałe dziewczyny ruszyły za nią, pomagając Pilar iść.
Już stąd mogły dostrzec główny plac, na którym leżały powywracane stoły i krzesła oraz rozrzucona żywność. Część lampionów wciąż wisiała na swoich miejscach, tląc się jeszcze bladym światłem. Inne zostały zniszczone podczas ucieczki ludzi i chyba tylko cudem żaden z częściowo drewnianych budynków nie zajął się ogniem z lampionów, pomyślała dziewczyna.
Ktoś jeszcze pojawił się w bocznej uliczce, kiedy dotarły do ryneczku.
W pierwszej chwili obie grupki zamarły w bezruchu, ale zaraz potem na ich twarzach pojawił się wyraz wielkiej ulgi i uśmiechy.
- Pilar! - zawołał jako pierwszy Lenar i podbiegł do kulejącej dziewczyny, by pochwycić ją w ramiona i przytulić mocno. - Bałem się, że Wraith was zabrali - niemal wyszeptał.
- Wróciliśmy do jaskini, ale was już tam nie było - dodał Keynos.
- Wyszłyśmy, kiedy tylko odgłosy myśliwców ucichły - wyjaśniła Oola. - Uznałyśmy, że tak będzie bezpieczniej. Zmienić kryjówkę… szczególnie, że wcześniej zamaskowani żołnierze kręcili się niebezpiecznie blisko jaskini.
- Dobrze zrobiłyście - przyznał.
- A gdzie Kate i Kaleb? - spytała nagle Milly, spoglądając poza młodych mężczyzn, zdając sobie sprawę z braku tej dwójki.
Ale trójka młodych mężczyzn zerknęła tylko szybko na siebie, a potem spojrzeli z powagą na dziewczyny.
- Keynos? - ponaglała go.
- Tak mi przykro, Milly… - powiedział ze smutkiem.
Młoda kobieta pokręciła tylko głową, nie chcąc przyjąć do wiadomości tego, co sugerował jej przyjaciel.
- Nie. To niemożliwe… Kate nie pozwoliłaby się złapać - zaprotestowała. - Zna różne sztuczki… Mylicie się. Na pewno uciekła i skryła się gdzieś.
- Nie - dodał ze smutkiem najmłodszy z nich, jasnowłosy Malik. - Wraith schwytali ich oboje… Sami widzieliśmy…
- I nic nie zrobiliście? - rzuciła z wyrzutem dziewczyna, spoglądając na nich nieprzyjemnie.
- Byliśmy za daleko - dodał Lenar. - Rozproszyliśmy się… Poza tym co niby mieli byśmy zrobić? Widziałem jak Kate używa tych swoich sztuczek, a mimo to Wraith i tak ją szybko schwytali… Nie mielibyśmy żadnych szans z nimi.
- Skąd wiesz, skoro nawet nie próbowaliście - warknęła, podchodząc do niego blisko, wciąż z tym samym ponurym spojrzeniem.
- Milly… jak możesz? - upomniała ją Pilar. - Dobrze wiesz, że nikt z nas nie miałby szans w walce z Wraith. Są silniejsi i szybsi… A jeśli Kate jest wysłannikiem Avatars, to na pewno ochronią ją i Kaleba…
- Zrozum wreszcie, że ona nie jest żadnym wysłannikiem Avatars - przerwała jej. - To tylko człowiek… jak ty czy ja… Po prostu zna kilka sztuczek. To wszystko… A teraz jest w rękach Wraith. I kiedy dowiedzą się co ona potrafi… - przerwała na moment. - Wole nawet nie myśleć co jej zrobią, aby dowiedzieć się jak ona to robi - dodała już spokojniej, z nutą smutku, po czym odwróciła się i powoli ruszyła w kierunku głównej bramy do miasta.
- Gdzie idziesz? - zawołała za nią Oola.
- Wracam do domu - mruknęła.
- Zostańmy i pomóżmy im chociaż trochę…
- A widzisz tutaj kogoś?! - rzuciła z lekką irytacją, odwracając się do nich. - Wszyscy wciąż się ukrywają i zapewne minie sporo czasu zanim wyjdą… A ja jestem zziębnięta i zmęczona - dodała nieco zrezygnowana i ruszyła dalej.
- Milly ma rację. Wracajmy do Vallen… Odpoczniemy i wrócimy później z innymi na Feros, aby pomóc w porządkach - przyznał spokojnie Keynos i ruszył za dziewczyną.
Pozostali spojrzeli tylko na siebie nawzajem i po chwili podążyli powoli za dwójką przyjaciół.
.
.
Kolejne przebudzenie było chyba jeszcze bardziej bolesne od pierwszego, stwierdziła Harrigan, otwierając powoli oczy. Tyle tylko, że tym razem stała, zauważyła po chwili, kiedy obraz powoli zaczynał nabierać ostrości.
Kokon. Była w kokonie.
Cholera… Jak ma się z tego wydostać?... pomyślała, krzywiąc się.
Poruszyła się.
Coś pętało jej ciało.
Domyślała się co to było - organiczne "pnącza", które nieraz widziała na filmie. Ale za to, jak zauważył w jednym z odcinków McKay, było jej ciepło.
Poruszyła głową na tyle, na ile mogłaby się rozejrzeć.
Korytarz był pusty.
Próbowała zlokalizować Kaleba, ale w głowie wciąż jej szumiało, a w uszach dzwoniło od efektu postrzału z ogłuszacza.
No i jeszcze to wszechogarniające mrowienie w mięśniach. Ledwo czuła własne ciało.
Zamknęła oczy i skupiła się na chwilę.
Może przepływ energii przez jej ciało pomoże jej szybciej odzyskać czucie i świadomość, pomyślała. W końcu, skoro to pomagało innym, powinno także i jej.
Przyjemna fala ciepła ogarnęła całe jej ciało, szybko niwelując odrętwienie ciała i ból głowy. Wciąż jednak miała ograniczone pole ruchu, upakowana ciasno w kokonie niczym niemowlę w beciku, parsknęła sama do siebie i ponownie skupiła myśli na młodym mężczyźnie.
Był obok.
Przynajmniej jedna dobra wiadomość, pomyślała.
Teraz tylko musiała się uwolnić... aby uwolnić jego.
Niestety wiercenie się nie pomagało w rozluźnieniu więzów.
Tak samo jak krótkie elektryczne wyładowania, których działanie chyba bardziej odczuła ona sama, niż kokon, zauważyła niezadowolona.
W tej chwili przydałby się akurat Ronon ze swoim zapasem ostrych narzędzi, uznała z lekkim rozbawieniem… i nagle przypomniała sobie o szpilach, którymi Miriam upięła jej włosy.
Niestety ręce miała skrepowane pnączami oplatającymi całe jej ciało.
Skupiła się na szpilach, aby siła umysłu wysunąć je z włosów.
To zaskakujące, pomyślała, że odkąd przybyła do tego świata, częściej używała swoich zdolności niż kiedykolwiek przedtem.
Na szczęście telekineza była pierwszą z jej umiejętności, która odkryła, więc miała już znaczną wprawę w jej używaniu.
Cztery szpile bez problemu wbiły się w skóropodobną osłonę kokonu, z której wystawała tylko jej twarz.
Powtórzyła to kilkanaście razy, dziurawiąc w ten sposób płachtę w linii prostej.
Szpile nie były ostre, jednak wystarczająco mocne, aby teraz Harrigan mogła przy ich użyciu powoli rozpruć kokon, przesuwając je w dół. A podziurawienie osłony pomagało jej w tym, osłabiając całą strukturę.
Ale niestety skórzana płachta także była bardziej wytrzymała niż sądziła.
No cóż, inaczej bez problemu każdy wydostałby się z takiego kokonu, stwierdziła. Dlatego też cały proces wymagał od niej sporego nakładu energii, aby siłą woli "naciskać" na szpile.
Wreszcie jej prowizoryczne ostrza dotarły do końca i Kata poruszyła się, by wypaść z kokonu przez powstałą szramę. Upadła głucho na podłogę i jęknęła.
Część pnączy wciąż krępowało jej ciało, więc nie była w stanie rękoma zamortyzować upadku.
Ale teraz bez większego problemu mogła się z nich wydostać.
Wciąż uwięziony w sąsiednim kokonie młody mężczyzna otworzył gwałtownie oczy.
- Kate? - niemal szepnął.
- Ciii… - rzuciła, przykładając palec do ust i rozglądając się szybko po korytarzu.
Bała się, że hałas może ściągnąć uwagę strażników.
Na szczęście korytarz wciąż pozostawał pusty.
Podniosła się więc szybko z podłogi… i zadrżała lekko z zimna.
Tutaj nie było już tak przyjemnie ciepło, jak wewnątrz kokonu.
Nie miała jednak czasu na takie głupstwa.
Podeszła do kokonu Kaleba i zaczęła go rozdzierać skórzaną płachtę. Teraz, mając wolne ręce, sama mogła to zrobić.
W końcu także i on był wolny.
- Co teraz? - szepnął, także lekko drżąc z zimna.
- Wracamy do planu A - rzuciła z uśmiechem i poklepawszy go po ramieniu, ruszyła korytarzem.
- Czyli? - spytał, doganiając ją.
- Musimy dostać się do hangaru i gwizdnąć jeden z myśliwców - przypomniała mu.
- Zwariowałaś?...
- Tylko w ten sposób się stąd wydostaniemy - przerwała mu spokojnie, chociaż stanowczo. - Albo to, albo użyjemy wrót na pokładzie hive… Nie ma innej opcji…
- Więc użyjmy wrót - stwierdził, kiedy zatrzymali się.
Harrigan ostrożnie rozejrzała się po następnym korytarzu, do którego dotarli.
- W tym planie jest niestety mały szkopuł. Aby użyć wrót, musielibyśmy czekać aż hive znajdzie się na orbicie planety, której wrota znajdują się na powierzchni… Dlatego osobiście wolę użyć darta. Nie musimy się martwić, gdzie są wrota.
- Nie sądzisz, że Wraith będą pilnować hangaru, skoro już raz nas tam przyłapali? - zauważył.
Harrigan spojrzała na niego, unosząc nieco brew. Kolejna słuszna uwaga z jego strony… Może rzeczywiście nie jest taki bezmózgowcem, za jakiego go brała, pomyślała.
- Biorę to pod uwagę - przyznała. - Mam jednak nadzieję, że skoro nie kwapili się postawić straży przy kokonach, to także nie będą zbyt mocno pilnować hangaru.
- To jest twój plan? - parsknął. - Ułożony z domysłów i… pobożnych życzeń?
Tym razem spojrzała na niego ponuro.
- A masz lepszy? - odcięła.
Młody mężczyzna naburmuszył się nieco.
- Nie - mruknął niechętnie.
- Tak też myślałam… Ale jeśli ci się nie podoba mój plan, to możesz tutaj zostać… Aż cię znajdą i któryś z nich urządzi sobie na tobie wyżerkę - teraz ona zadrwiła.
Kaleb nie odpowiedział. Wymamrotał tylko coś pod nosem i resztę drogi do hangaru przeszli w milczeniu.
Na szczęście tym razem znalezienie odpowiedniej drogi zajęło kobiecie znacznie mniej czasu niż poprzednio.
Opuszczając pomieszczenia z kokonami, zauważyła, że znajdują się one blisko cel, w których zamknięto ich poprzednio.
A to znacznie ułatwiło jej zadanie ponownego dotarcia do hangaru.
Jednak tym razem wybrała inne wejście.
Nie prowadził do niego żaden korytarz, więc w razie potrzeby będą mieli większe pole manewru do ucieczki.
Było także otwarte, ukazując wielkie pomieszczenie poprzecinane na kilku poziomach pomostami, przy których dokowały myśliwce.
Zajrzała ostrożnie do środka, upewniając się, że nie mam w pobliżu żadnego Wraith, który mógłby do nich strzelić znienacka, po czym zakradła się szybko do najbliższej maszyny.
Wskoczyła do kokpitu, a Kaleb objął wartę, rozglądając się nerwowo wokół.
- I co? - zapytał po chwili.
- Właśnie próbuję to ogarnąć - burknęła.
- To ogarniaj to szybciej.
- Byłoby łatwiej, gdybyś mnie ciągle nie strofował - warknęła. - Nie znam języka Wraith. Wiem tylko, że jest podobny do języka Lantean, a z tym miałam do czynienia tylko raz, kiedy Miriam pokazywała mi stare księgi zapisane w lanteańskim języku.
- Świetnie - mruknął. - Zginiemy tutaj.
Kobieta nie odpowiedziała. Warknęła tylko poirytowana pod nosem, próbując skupić się na panelu kontrolnym myśliwca.
Kaleb spojrzał na nią lekko zaskoczony.
Dźwięk, który właśnie z siebie wydała, do złudzenia przypominał mu warczenie Wraith, zauważył. Postanowił nie komentować tego jednak.
Im szybciej Harrigan rozgryzie jak ta maszyna działa, tym szybciej się stąd wydostana, pomyślał.
A jeśli jakikolwiek człowiek jest w stanie pilotować ten przeklęty myśliwiec, to tylko ona. W końcu używa tych samych zdolności umysłu co Wraith, więc powinno się jej to udać… a przynajmniej miał taką nadzieję.
Ponownie rozejrzał się nerwowo wokół.
Hangar był wielki. Nie tylko wszerz, ale także w pionie. Nigdy wcześniej nie widział tak olbrzymiej konstrukcji. A przecież był to tylko niewielki fragment całego statku.
Do tej pory słyszał tylko opowieści o hive Wraith… ale jak każdy człowiek w tej galaktyce zawsze miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał oglądać go od środka.
A teraz był tutaj. Stał na czatach, wypatrując zamaskowanych żołnierzy lub oficerów, podczas gdy kobieta siedziała w maszynie próbując dowiedzieć się jak działa, aby odlecieć nią stąd.
Gdziekolwiek, byleby jak najdalej od tego przeklętego miejsca, pomyślał.
- Chyba mam - rzuciła w końcu i uśmiechnęła się lekko z zadowoleniem.
Kaleb spojrzał na nią.
- Jesteś pewna?... - zaczął, ale ona rzuciła mu ponure spojrzenie.
- Dowiem się po drodze… Lecisz czy nie?
- Wolę to, niż pewną śmierć tutaj.
- OK… Wpakuje cię do bufora…
- Do czego?
- Zgarnę cię wiązką, której używają Wraith do łapania ludzi - wyjaśniła. - Kokpit pilota jest przystosowany tylko dla jednej osoby.
- W porządku - mruknął niezbyt zadowolony.
- Nie bój się. Wiem jak wyłączyć ogłuszanie po materializacji… Chyba - dodała.
- Skąd?
- Z umysłu żołnierzy… Bardzo łatwo się do nich dostać.
- Dziwadło jesteś, wiesz - mruknął i tym razem to on posłał jej ponure spojrzenie.
- Ale to właśnie dzięki moim dziwactwom wydostaniemy się stąd - skwitowała i uśmiechnęła się do niego szeroko, po czym chwyciła za drążek steru.
Myśliwiec uniósł się nieco do góry.
- No dobra: komu w drogę, temu czas - wymamrotała do siebie po polsku i zanim młody mężczyzna zdążył zapytać co powiedziała, pokrywa kokpitu zasłoniła Harrigan.
Maszyna uniosła się jeszcze wyżej, a potem zobaczył tylko otaczający go promień wiązki zgarniającej.
Harrigan uśmiechnęła się ponownie do siebie z zadowoleniem i powoli ruszyła w kierunku wylotu z hangaru.
Wbrew temu, co pokazywali w filmie, pokrywa kokpitu pozwalała jej wyraźnie dostrzec to, co znajdowało się na zewnątrz.
Tylko przednia część, znajdująca się nad panelem kontrolnym, było nieco bardziej przymglona, wyświetlając całe mnóstwo napisów.
Ale ona skupiła swoją uwagę na hangarze, wypatrując ewentualnych kłopotów w postaci strzelających żołnierzy… lub co gorsza innych myśliwców.
Na szczęście przelot przez hangar okazał się przebiec bez jakichkolwiek komplikacji i zakłóceń… przynajmniej ze strony Wraith, gdyż kobieta kilka razy o mały włos uniknęła utraty kontroli nad maszyną, która zachwiała się lekko w powietrzu.
Wylatując z hive przez ogromny korytarz poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej, a oddech nieco przyspieszył.
Po raz pierwszy w życiu znalazła się w otwartej przestrzeni kosmicznej i przez jej umysł przemknęło setki myśli o możliwych usterkach, jakie mogłyby się właśnie teraz przytrafić… z wyłączeniem osłony kokpitu włącznie.
Szybko odsunęła je jednak od siebie, próbując się uspokoić i skupiając całą swoją uwagę na locie myśliwcem.
W odpowiedzi na jej myśli, na holograficznym ekranie pojawił się właśnie komputerowy obraz przedstawiający najbliższą okolicę.
Niemal jak w skoczku Lantean, stwierdziła.
Hive znajdował się na wysokiej orbicie jakiejś planety. Nie miała jednak pojęcia czy jest to nadal Feros, czy też jakaś inna planeta.
Mogła ją jedynie obserwować z kokpitu - niebiesko-zielony glob otulony białymi chmurami.
To gdzieś tam, na jego powierzchni znajdowały się wrota, jak poinformował ją pokładowy komputer.
Musiała się tylko do nich dostać…
Coś zamigotało na pulpicie, wyrywając ją z rozmyślań.
Spojrzała gwałtownie na małe światełko.
To nie wróżyło nic dobrego, uznała i próbowała zignorować wciąż pulsujący element pulpitu... ale ten nie przestawał migotać.
Wreszcie dotknęła przycisk.
- ...Wróć do hangaru. Nie masz uprawnień do lotu… - powiedział gardłowy głos.
Kate zaklęła pod nosem i wyłączyła szybko komunikator.
Maszyna przechyliła się gwałtownie na bok, nurkując w kierunku górnych warstw atmosfery.
Chwilę później na holograficznym ekranie pojawiła się kolejna informacja, a wraz z nią kilkanaście małych kropek - pościg, który za nią wysłano.
Przyspieszyła jeszcze bardziej, zmuszając silniki darta do pracy na pełnych obrotach.
Zbyt ostry kąt lotu spowodował, że w całym kokpicie rozległ się ostrzegawczy alarm.
Uniosła więc bardziej dziób maszyny, trzymając mocno stery, aby nie stracić kontroli nad myśliwcem. Nigdy wcześniej nie latała w ten sposób w rzeczywistości. Tych kilka prób w symulatorze lotów, w dodatku zupełnie inna maszyną, zdecydowanie nie przygotował jej do ucieczki myśliwcem Wraith.
Ostry dziób darta otoczyła ognista powłoka, kiedy zaczął przebijać się przez atmosferę planety.
Serce i oddech kobiety znowu przyspieszyły.
Takie loty znała tylko czysto teoretycznie. Nie ćwiczyła ich nawet w symulatorze. A myśliwcem z bazy wojskowej jej wuja latała co najwyżej na pułapie około 10 tysięcy metrów, czyli podobnie jak każdy pasażerski samolot.
Ale to… To było zupełnie coś innego.
Ogień otaczający przód maszyny zaczął zanikać powoli i w końcu zanikł całkowicie, a ona znalazła się ponad białymi chmurami, poprzez które mogła dostrzec rozciągający się w dole ląd.
Obraz na ekranie wskazał jej miejsce, w którym znajdowały się wrota.
To na pewno nie była Feros, zauważyła. Teren był górzysty.
A więc hive musiał opuścić już orbitę planety, na której odbyły się Żniwa i udać się zupełnie gdzie indziej.
Może to i lepiej, pomyślała. Przynajmniej Wraith nie będą próbowali mścić się na mieszkańcach miasteczka z jej ucieczkę.
Obraz na ekranie zmienił się ponownie, tym razem ukazując kilkanaście kropek zbliżających się do
samotnej kropki… którą była ona, zauważyła, krzywiąc się nieco.
Pościg był już blisko. Zbyt blisko, aby zdołała w porę dotrzeć do wrót.
Miała więc tylko nadzieję, że przynajmniej uda się jej pozostawić gdzieś po drodze Kaleba.
Jeszcze raz pomyślała o mapie terenu, której komputerowy schemat pojawił się na osłonie kokpitu.
Wrota znajdowały się z niewielkiej dolinie, więc wystarczy, aby dotarła tylko w ich pobliże. Wtedy Kaleb będzie wiedział w którym kierunku ma iść - zobaczy wrota z góry, uznała i znowu przechyliła myśliwiec w bok, zaczynając nurkować ostrzej.
Pilotowanie darta szło jej coraz lepiej, zauważyła. Już bez większego problemu potrafiła wyczuć maszynę i kontrolować ją myślami… chociaż w tej sytuacji było to mało pocieszające.
Gęsty las porastający szarawe wzgórza rozpościerał się na przestrzeni co najmniej kilkudziesięciu kilometrów, stwierdziła, zerkając w dół przez pokrywę kokpitu.
Sensory nie wykryły także żadnych zabudowań czy oznak życia w postaci ludzi.
Tym lepiej, pomyślała. Nie ściągnie im przynajmniej na głowę eskadry myśliwców Wraith.
Kilka energetycznych pocisków, które przemknęły obok kokpitu uświadomiły jej, że pościg znajduje się już niebezpiecznie blisko.
Zerknęła przez ramię, aby dostrzec w oddali dwie pierwsze maszyny.
Zaklęła pod nosem i jeszcze bardziej obniżyła lot.
Las w dole był zbyt gęsty, aby mogła próbować lecieć pomiędzy drzewami, ale przecinająca go rzeka miała wystarczająco szeroki brzeg, by tam zmaterializować ładunek.
Znów obniżyła lot, mknąc szybko ponad wodną wstęgą.
Niestety to samo zrobiły ścigające ją dart, ponownie otwierając ogień. A unikanie strzałów z jednoczesną próbą pozostawienia na kamienistym brzegu Kaleba niezbyt szło ze sobą w parze.
Kolejny ostrzał, tym razem niebezpiecznie blisko, zmusił ją do szybkiego podjęcia decyzji.
Gdzieś z przodu dostrzegła zbiorowisko sporych głazów, w sam raz nadających się do ukrycia wśród nich młodego mężczyzny.
Ponownie obniżyła lot, gdy nagle maszyna zadrżała gwałtownie, a w całym kokpicie rozległ się dźwięk alarmu.
Jeden z energetycznych pocisków trafił w pobliże silnika, powodując, że ten wypluł z siebie gęstą chmurę dymu.
Teraz albo nigdy, pomyślała i wcisnęła jeden z przycisków na panelu kontrolnym.
Wiązka światła wystrzeliła z brzucha myśliwca, materializując młodego mężczyzny tuż przed jednym z wielkich głazów.
Kaleb wpadł na niego, jęknął i osunął się na ziemię.
Już chciał wyrzucić z siebie potok krytyki na temat umiejętności Harrigan, kiedy do jego uszu dobiegł znajomy dźwięk: myśliwce Wraith.
Jeszcze bardziej przylgnął do ziemi, mając nadzieję, że nikt go nie zauważy.
Maszyny przemknęły szybko tuż nad nim.
Wyjrzał ostrożnie zza głazu, patrząc jak pędzą za samotnym dartem ciągnącym za sobą welon gęstego dymu i lecącym w kierunku urwiska.
Dobrze wiedział kto jest jego pilotem.
I dobrze wiedział, że w tej sytuacji ten pilot nie ma szans na ucieczkę.
- Kate - szepnął smutno i oparł się o głaz.
To przez niego znalazła się w takiej sytuacji. To on nakłonił Milly, aby przekonała ją, by poszła z nimi na Feros. Myślał, że w ten sposób zdoła zbliżyć się do niej chociaż trochę. Że kobieta ujrzy go w innym świetle. Ze spojrzy na niego łaskawszym okiem.
A teraz… teraz była ścigana przez Wraith w uszkodzonej maszynie.
Możliwe nawet, że gdyby nie on, miałaby znacznie większe szanse na ucieczkę, pomyślał. Nie musiałaby martwić się o niego, ani o to gdzie go pozostawić. A wtedy mogłaby lepiej unikać ostrzału pościgu.
Jeszcze raz westchnął ciężko i spojrzał w bok, w kierunku gęstego lasu.
Tam będzie bezpieczniejszy niż tutaj, a zatem będzie miał większe szanse na dotarcie do wrót… które zapewne znajdują się w kierunku, w którym poleciały myśliwce, uznał i podniósł się, ruszając biegiem w stronę drzew…
Nieco wcześniej, kilka set metrów dalej, samotny dart przemknął nad wysokim wodospadem wpadającym wprost do długiej doliny i również opadł w dół.
Kate Harrigan z trudem opanowała maszynę, aby ta nie runęła na ziemię.
Strzał, który uszkodził silnik, był poważniejszy niż początkowo sądziła i teraz myśliwiec z ledwością utrzymywał się w powietrzu… w przeciwieństwie do tych, które ją ścigały.
Przemykając nad szeroką, o wiele płytszą niż na płaskowyżu rzeką, kobieta porzuciła ostatnią nadzieję na dotarcie do wrót, skupiając się teraz całkowicie na tym, aby wylądować w miarę w jednym kawałku. Komputer pokładowy nieubłaganie wyświetlał jej całą listę uszkodzonych systemów, bez których myśliwiec z każda kolejną chwilą stawał się coraz bardziej bezużyteczny.
Jedynym pocieszeniem dla niej był teraz płaski, trawiasty brzeg rzeki, o który właśnie zahaczył dart.
Mimo to lądowanie było twarde. Gwałtowne zderzenie z ziemia wstrząsnęło całą konstrukcją.
Kate wciąż jednak trzymała mocno za stery, starając się utrzymywać dziób jak najdłużej w powietrzu. To pozwoliło jej uniknąć wbicia się w grunt i koziołkowania… a w najgorszym wypadku rozsypania się myśliwca w drobny mak, z nią włącznie.
Pościg przeleciał nad nią i wzbił się z górę, aby po chwili zawrócić.
Jeden z pilotów z satysfakcją przyglądał się dużej bliźnie w ziemi, ciągnącej się przez dziesiątki metrów, na końcu której znajdował się wrak maszyny.
Teraz pojmanie uciekiniera będzie tylko kwestią formalną, pomyślał oficer.
Pokrywa kokpitu darta zamigotała i zupełnie zniknęła, odsłaniając leżącą w fotelu kobietę.
Niestety Wraith nie przewidzieli pasów bezpieczeństwa, więc podczas zderzenie z ziemią z impetem uderzyła o pulpit, a potem została niemal wgnieciona w fotel pilota.
Z jej ust i nosa sączyła się teraz krew. Czuła przeszywający ból w każdym kawałku ciała, z trudem skupiając myśli na gromadzeniu w dłoni energii, która miała jej pomóc w regeneracji odniesionych obrażeń.
Spojrzała w górę.
To był piękny, słoneczny dzień. Ponad nią rozpościerało się czyste, błękitne niebo, a słońce ogrzewało ją swoimi promieniami.
Gdzieś z oddali dobiegły ją odgłosy ptaków… a potem wszystko przesłonił jakiś cień.
Spojrzała w bok, na znajomy kształt ludzkiej sylwetki. Ale doskonale wiedziała, że to nie był człowiek.
Zamknęła szybko dłoń. Nie chciała, aby zobaczył gromadzoną się w niej energię.
Oficer zatrzymał się przy zniszczonym kokpicie myśliwca i uśmiechnął z zadowoleniem, przyglądając na ranną kobietę.
- Widzę, że lubisz uciekać… człowieku - wysyczał szyderczo Wraith. - W takim razie będziesz miała ku temu okazję - dodał i pochylił się nad nią. - Już dawno nie polowałem na ludzką samicę - dodał, po czym wyprostował się i zerknął na żołnierzy. - Zabierzcie ją i umieśćcie w kokonie - rozkazał, po czym odwróciwszy się na pięcie, ruszył w kierunku swojego myśliwca.
Żołnierze natychmiast wykonali jego polecenie i jeden z nich złapał Harrigan za rękę, aby wyciągnąć ją z kokpitu.
Jej ciało było w zasadzie bezwładne. Nie miała sił, aby próbować się bronić, więc żołnierz bez problemu wykonał rozkaz oficera, kładąc ją na ziemi.
Znów zobaczyła nad sobą błękitne niebo.
A potem do jej uszu dobiegł dźwięk startującego myśliwca.
Z trudem zerknęła za siebie, odchylając do tyłu głowę, aby zobaczyć zmierzającą w jej kierunku wiązkę światła.
