Rozdział 9

I tak zostałam Biegaczem

.

Młody mężczyzna przeszedł przez wrota i zatrzymał się, spoglądają w jasne słońce unoszące się wysoko na błękitnym niebie.

Dom… słodki dom, pomyślał, zamykając na chwile oczy i wciągając w nozdrza powietrze.

Nigdy nie przypuszczał, że któregoś dnia tak bardzo ucieszy się na widok tego miejsca. Że zatęskni za nim. Zawsze miał w planach wyrwać się z tego zapyziałego miasteczka… chociaż sam nie miał za bardzo pomysły, gdzie mógłby się udać. W każdym razie gdziekolwiek, byleby z dala stąd. A teraz… Teraz, po tych wszystkich przygodach, był szczęśliwy, że znów tutaj jest.

Jeszcze raz nabrał w płuca porządny haust powietrza i ruszył truchtem przez las, w stronę Vallen.

Przed wejściem do miasteczka jak zwykle bawiły się dzieciak, wspinając i ganiając się po ruinach starego domu oraz resztkach dawnego muru. Któreś z nich dostrzegło z góry zbliżającego się człowieka i zaalarmowało resztę grupy. Przerwali zabawę, aby przyjrzeć się temu, który nadchodził, aż w końcu któreś z nich zawołało głośno:

- To Kaleb!... Kaleb wrócił! - krzyknął jakiś chłopiec i szybko pobiegł do miasteczka.

Pozostałe dzieciaki podbiegły natomiast do niego, otaczając go niczym chmara natrętnych owadów. Ale tym razem nie odganiał ich, jak zazwyczaj, kiedy wracali z polowania lub z dłuższej wyprawy na inne planety. Tym razem naprawdę cieszył się widokiem ich twarzy… A nawet z całego gradobicia pytań, którymi zaczęły go zasypywać.

A potem na ulicy zaczęli pojawiać się ludzie, wychodząc z domów lub zmierzając od strony głównego placu. Niektórzy pytali co się stało, skąd to poruszenie, inni od razu spoglądali w stronę bramy miasteczka. Jednak każdy z nich z równie wielką ulgą i radością witał przybysza, formując wokół młodzieńca coraz to większe zbiegowisko.

Cześć z nich zaczęła witać go bardziej lub mniej wylewnie, inni jedynie stali, komentując między sobą jego cudowne ocalenie.

- Kaleb?! - odezwał się gdzieś z tyłu kobiecy głos i poprzez tłum ludzi zaczęła przedzierać się jego właścicielka. - Kaleb?! - powtórzyła.

- Mamo? - odpowiedział i naprężył się, aby zobaczyć z której strony nadchodzi, po czym sam ruszył jej naprzeciw.

Średniego wzrostu, nieco tęższa kobieta, o długich, kruczoczarnych włosach spiętych z tyłu głowy i niebieskich oczach, zatrzymała się nagle na widok syna. Przez chwilę wpatrywali się w siebie, nie mogąc wyrazić słowami swojego szczęścia, a potem po policzkach kobiety spłynęły łzy.

- Synku - wyszeptała.

Podskoczył do niej i przytulił mocno. Tak, jakby spotkali się po bardzo długiej rozłące.

- Przodkowie wysłuchali mych modłów i zwrócili mi cię - wyszlochała.

- Właściwie to tylko jeden z nich - odparł nieco żartobliwie, a jednocześnie z nutą smutku, znów zaczynając zastanawiać się jaki los spotkał młoda kobietę, dzięki której on odzyskał wolność.

Ktoś jeszcze zaczął przedzierać się przez tłum, z stanowczym: "Przepuście mnie" i w końcu spomiędzy zebranych wyłoniła się drobna sylwetka Milly.

- Kaleb - rzuciła z szerokim uśmiechem, ale zaraz potem rozejrzała się. - A gdzie Kate? - spytała.

W jej oczach młody mężczyzna dostrzegł błaganie, aby jego odpowiedź była pomyślna. Ale on nie mógł tego zrobić. Stanął tylko przed nią z powagą, po czym pokręcił ze smutkiem głową.

- Przykro mi… ale schwytali ją… Próbowaliśmy uciekać kilka razy. W końcu się udało. Kate zabrała jeden z ich myśliwców - wyjaśnił. - Nie wiem co działo się potem, ale na pewno nas ścigali… Zostawiła mnie na brzegu rzeki, wśród głazów. Ukryłem się tam. Widziałem jak myśliwce Wraith lecą za nią… Uszkodzili jej maszynę… Rozbiła się w dolinie… Ale widziałem, że wyciągali ją z wraku, a potem jeden z myśliwców zabrał ją - dodał z nadzieją. - Jeśli przeżyła, może znowu uda się jej uciec…

- Nikt jeszcze nie uciekł Wraith… - zaczął jeden ze starszych mężczyzn.

- Mój syn uciekł… I stoi tu teraz przed tobą - zaprotestowała kobieta.

- Tylko dzięki Kate - przerwał im. - Potrafi otwierać ich cele myślami… Wydostała się z kokonu… Jeśli ktokolwiek ma szansę na ucieczkę, to na pewno ona - oznajmił i spojrzał pocieszająco na Milly, uśmiechając się łagodnie. - Ona wróci… Jestem tego pewien. Widziałem co potrafi.

.


.

Już dawno przestała liczyć, ile dni minęło od jej przybycia do tego wymiaru.

Może dlatego, że nie była pewna, ile czasu spędziła poza Vallen, próbując uciec z tego przeklętego hive. A może dlatego, że po prostu nie miało to już sensu… Liczenie, ile dni dzieli ją od domu.

W każdym razie, kiedy w końcu odzyskała przytomność, przysłano po nią oficera w asyście kilku żołnierzy. Przyglądał się jej uważnie przez chwile z szyderczym uśmieszkiem na twarzy. Chyba nawet próbował skanować jej umysł, stwierdziła, ale była jeszcze zbyt otępiała po tym wszystkim i najwyraźniej zrezygnował, nie mogąc dowiedzieć się niczego sensownego.

Rozpoznała go. Był to ten sam oficer, który ogłuszył ją w lesie na Feros. I ten sam, którego widziała nad sobą na planecie, na której pozostawiła Kaleba.

Kaleb, przypomniała sobie nagle. Miała nadzieję, że unikną schwytania i dotarł do wrót.

Przynajmniej on jeden, pomyślała ironicznie… i nagle dostrzegła jakieś niewielkie urządzenie w dłoni oficera. Rozerwał nieco kokon na wysokości jej głowy i przyłożył urządzenie do jej karku. Poczuła ukłucie, a chwile później całe jej ciało zaczęło drętwieć. Musieli podać jej jakiś narkotyk, stwierdziła, gdyż świat wokół niej jeszcze bardziej zawirował.

Może bali się, że znowu będzie próbowała uciekać, parsknęła w myślach.

Jeden z żołnierzy rozdarł kokon, a dwaj inni pochwycili ją za ramiona i zaciągnęli przed oblicze Dowódcy.

Był podobnego wzrostu i postury co Vi, Wraith z Vallen, pomyślała… Zaczynała żałować, że nie od razu przyjęła jego "propozycję". Przynajmniej nie próbował jej zabić.

Ten tutaj miał równie długie włosy co on, chociaż spięte w dredy i związane niedbale w kok. Jego brodę zrobiła krótka szczecina. Nie zauważyła jednak żadnego tatuażu. Może ich nie miał, uznała, a może po prostu nie są widoczne.

Silnie zarysowana szczęka i łuki brwiowe sprawiały, że wyglądał niemal równie groźnie co Lord Wraith z serialu.

Stał przed sporym stołem, uśmiechając się z zadowoleniem.

Kobieta od razu rozpoznała co to za miejsce. Pamiętała je z filmu. W podobnej sali podwładni Borysa, jak fani nazwali tą postać, przygotowywali Ronona do ponownej roli Biegacza.

- Mój nowy nabytek - wysyczał z satysfakcją przez zęby, wsuwając palec pod jej brodę i unosząc głowę. - Taka krucha, a przysporzyła nam tyle problemów… Lubię ludzkie samice z charakterem, ale obawiam się, że w twoim przypadku byłoby to zbyt kłopotliwe… A szkoda. Piękny z ciebie okaz.

Harrigan nie odpowiedziała.

Posłała mu jedynie pogardliwe i jednocześnie zdegustowane spojrzenie. Zresztą jej uwagę przyciągnęła kolejna postać, która właśnie wyłoniła się z boku, z głębokiego cienia.

Ten Wraith był nieco niższy i dość dobrze zbudowany. Jego długie za ramiona włos także spięte były w dredy i przewiązane rzemieniem. Obejmowały jednak tylko górną część jego głowy. Reszta była wygolona i ozdobiona tatuażami spływającymi na szyję i niżej.

Jego płaszcz także był inny. Prosty, bez zbędnych ozdobników, odsłaniający z przodu spodnie.

Podszedł bliżej przyglądając się jej uważnie.

- Jesteś pewien, że chcesz z niej zrobić biegacza? - zapytał. - Szkoda jej.

Darkspace uśmiechnął się złośliwie kącikiem ust.

- Myślisz, że nie wiem dlaczego ją chcesz? - parsknął. - Wszyscy już plotkują o twoim spotkaniu z Protheu… A ta ludzka samica… - spojrzał na kobietę i znów uniósł palcem wyżej jej głowę - jest do niej bardzo podobna.

Thunderstone nie odpowiedział od razu, wciąż przyglądając się badawczo więźniowi.

- Nie interesują mnie plotki - odparł wreszcie spokojnie. - Ale to prawda, jest bardzo podobna… I jeśli uważasz, że nie da się jej ujarzmić… - dodał z przekąsem.

- Zapomnij - niemal burknął. - Dawno już nie mieliśmy samicy Biegacza. A ta wydaje się mieć talent do ucieczek… Mój Watchmaster ma nawet teorię w jaki sposób to robi - dodał, a jego gość uniósł nieco brew z zainteresowanie. - Geny Wraith… Uważa, że jest jak samica z Athos, która kilka lat temu próbowała połączyć się z nami telepatycznie… Dlatego tak ławo uciekła… A to czyni z niej jeszcze bardziej interesujący okaz.

- W takim razie zapowiadają się wyjątkowo intrygujące Łowy - przyznał Thunderstone.

- Taak - odparł z satysfakcją Dowódca. - Ale… jeśli przeżyje lub jeśli wy ją schwytacie… zastanowię się nad odstąpieniem ci jej - dodał, spoglądając na niego szelmowsko.

- W zamian za co?

- Myślę, że jest warta kilka sztuk dobrej żywności - powiedział.

- Zastanowię się nad tym - skwitował Wraith z lekkim uśmiechem i znów zmierzył kobietę badawczym spojrzeniem.

- Przygotujcie ją - rzucił oschle pierwszy Wraith, po czym wyszedł z pomieszczenia, a zaraz za nim jego gość.

Dwóch żołnierzy bez problemu położyło Harrigan na stole, po czym odsłonili częściowo jej plecy, rozdzierając nieco ubranie.

Zobaczyła tylko jak ktoś podchodzi do niej z długim szpikulcem… a potem znów poczuła ból.

Narkotyk działał, ale tylko częściowo. Wolała jednak nie myśleć jak silne byłoby to odczucie, gdyby nie on. A mimo to i tak straciła w końcu przytomność. Chociaż sama nie była pewna czy był to wynik reakcji na ból, czy ogólnego wyczerpania organizmu.

.


.

Zaczynała się już przyzwyczajać do bólu, który towarzyszył jej przebudzeniom. Odnosiła nawet wrażenie, że za każdym razem jest on mniejszy, jakby jej ciało coraz lepiej znosiło wszystkie te postrzały z ogłuszacza Wraith.

Leżała jednak długo na podłodze, aż w końcu ktoś trącił ją nogą.

Spojrzał niemrawo w tym kierunku.

Pod ścianą siedział lekko szpakowaty mężczyzna około czterdziestki, nawet dobrze zbudowany i ubrany w skórzany strój: spodnie i kamizelkę, pod którą nosił koszulę.

- Pierwszy raz widzę kobietę Biegacza - powiedział.

Ale ona nie miała siły, aby mu odpowiedzieć. Prawdę powiedziawszy nawet nie miała na to ochoty.

- Musisz być dobra, skoro postawili przed celą podwojoną straż - kontynuował, gestem głowy wskazując na wartowników. - Ile razy zdołałaś stąd uciec?

Kate wciąż nie odpowiadała. Pokazał mu jednak trzy palce. Ten uśmiechnął się.

- Z celi?

- A co, zbierasz statystyki ucieczek? - parsknęła szeptem.

- Och, wybacz moją ciekawość - rzucił drwiąco, ale kiedy młoda kobieta nie zareagowała, spoważniał i podsunął jej płaski, metalowy talerz. - Zjedz coś, jeśli chcesz mieć siłę do dalszej ucieczki - dodał z nuta ironii.

- Nie chcę. Brzuch mnie boli - mruknęła.

- To tylko z powodu ich broni ogłuszającej.

- Raczej z powodu tego, co mi wstrzyknęli jako środek paraliżujący - powiedziała.

- Podają go każdemu przed wszczepieniem lokalizatora. Może boją się, że ktoś nie wytrzyma bólu… Chociaż środek nie uśmierza go całkowicie - zaśmiał się. - Skoro nie chcesz jeść, to przynajmniej prześpij się. Zjesz później… Potem możesz nie mieć zbyt wielu okazji na dobry sen - parsknął.

Kobieta znów nie odpowiedziała. Męczyła ją ta rozmowa… a raczej monolog. Podsunęła więc rękę pod głowę, zwinęła się w kłębek i zamknęła oczy.

Sen przyszedł szybko…

.

…Podobno spała cały dzień, jak poinformował ją później mężczyzna.

Celi wciąż strzegło czterech zamaskowanych żołnierzy, a co kilka godzin pojawiał się oficer, sprawdzając osobiście co się dzieje.

Kiedy się obudziła, żywność i woda czekały. Lub po prostu nie zabrano tego, co wczoraj podsuwał jej mężczyzna, pomyślała ironicznie.

Mimo to zjadła bez większego oporu. Ból brzucha minął, zastąpiony teraz przez uczucie głodu. Zresztą jej współwięzień miał racje, nie powinna wybrzydzać, jeśli chce przeżyć. A ona miała zamiar przeżyć.

W końcu przyszło dwóch oficerów.

Znów ci sami, których spotkała w lesie na Feros, zauważyła.

Kusiło ją, aby zerknąć do ich umysłów. Aby spróbować dowiedzieć się czegoś… ale bała się, że wciąż jest za słaba. Że wyczują ją i odkryją, iż ucieczki to nie jedyny jej talent. Nie wychylała się więc, obserwując jedynie bacznie.

Zamiast tego wycofała się tylko pod ścianę, udając przynajmniej odrobinę strachu… chociaż tak naprawdę miała ochotę go usmażyć jak frytkę.

Starszy z Wraith przyglądał się jej przez chwile uważnie poprzez organiczne kraty.

- Ci, z którymi uciekłaś za pierwszym razem mówili, że to ty otwarłaś celę… Jak to zrobiłaś? - zapytał w końcu wyniośle.

- Nie wiem - skłamała, wzruszając ramionami. - Po prostu myślałam o tym… i się otworzyła.

Wydawał się być zadowolony z odpowiedzi, uśmiechając kącikiem ust.

- W ten sam sposób pilotowałaś myśliwiec?

- Tak jakby… Chciałam, żeby odleciał… i poleciał… Nie znam się na tym… Pierwszy raz widziałam tą maszynę z tak bliska - dodała i w zasadzie tym razem nie skłamała, prychnęła lekko w myślach.

Czuła natomiast, że oficer znów próbuje ją skanować. Przywołała więc szybko uczucie zawirowania w głowie. Tak, jakby narkotyk wciąż jeszcze działał, uniemożliwiając mu zajrzenie do jej umysłu.

Nigdy nawet by nie przypuszczała, że tak prosta sztuczka może okazać się tak skuteczna.

Wraith syknął cicho pod nosem i skinął głową w kierunku żołnierzy.

Ci podeszli do krat celi, otwierając je i wycelowali broń w kobietę.

- Nie strzelaj - zawołała prosząco, zasłaniając się rękoma.

A potem zerknęła na nich ostrożnie.

Oficer znów uśmiechnął się lekko z zadowoleniem.

- Jeśli nie będziesz uciekać… na razie - rzucił szyderczo.

Przytaknęła tylko głową. Nie miała zamiaru uciekać teraz. Nie jest głupia, aby rzucać się na uzbrojonych żołnierzy, pomyślała ironicznie. Skoro chcą, aby była biegaczem, poczeka aż odstawia ją na jakąś planetę, usmaży ten przeklęty nadajnik podprzestrzenny i dopiero wtedy ucieknie.

Tak. To był prosty i dobry plan, uznała.

Żołnierze opuścili broń i cofnęli się nieco, pozwalając jej przejść. Oficer i jego podwładny ruszyli przodem.

- Damy ci kilka dni do wdrożenia - oznajmił starszy oficer, opuszczając sektor pomieszczeń więziennych i wychodząc na jeden z główniejszych korytarzy. - Dowódca nie lubi szybkich Łowów... I ma nadzieję, że go nie zawiedziesz - dodał ironicznie, zerkając na nią przez ramię. - Thanis pomoże ci się przygotować… Sam był Biegaczem przez ponad pięć lat, więc udzieli ci kilku wskazówek.

Teraz to Harrigan spojrzała za siebie… lekko zaskoczona.

Idący z tyłu mężczyzna uśmiechnął się lekko. Nawet nie zauważyła, kiedy do nich dołączył. Musiał opuścić celę dopiero za żołnierzami.

A więc to dlatego zamknięto ich razem, pomyślała. Aby wybadał ją i spróbował dowiedzieć się czegoś. Zapewne w jaki sposób uciekła i skąd pochodzi. Jak to dobrze, że nie miała ochoty na jakiekolwiek rozmowy.

Resztę drogi przebyli w milczeniu, docierając w końcu do hangaru. Tam polecono im ustawić się na jednym z licznych pomostów. Chwile później Kate usłyszała nadlatujący myśliwiec, a potem zobaczyła jak uaktywnia wiązkę zgarniającą.

Wzięła głębszy wdech.

Obaj oficerowie Wraith spoglądali spokojnie, jak promień dematerializuje dwójkę ludzi, a potem maszyna odlatuje w kierunku głównej bramy.

- Nie sądzę, aby długo pożyła - stwierdził w końcu Nearsun.

- Dlaczego tak uważasz? - spytał spokojnie Wildmist i odwróciwszy się, ruszył w drogę powrotną.

- Na pewno nie jest wojownikiem. Jest zbyt drobna… Bardziej pasuje na… Sam nie wiem… Może to włamywacz?

Starszy Wraith uśmiechnął się lekko kącikiem ust.

- Włamywacze są zwinni i szybcy… Dobry Biegacz to nie tyle dobry wojownik, co zwinny i pomysłowy… Taki jest w stanie dłużej unikać pościgu.

- Sądzi pan, że ma szanse?

- Jest w niej coś dziwnego… Zazwyczaj ludzie są przerażeni, lub próbują stawiać opór. Ona natomiast wydawała się być opanowana… Jakby badała sytuacje i kalkulowała… Ale o tym przekonamy się za kilka dni… Słyszałem jednak, że niektórzy już zaczynają robić zakłady - zerknął na swojego podwładnego.

- Tak, wiem - odparł niemal obojętnie. - Scornmoon wspominał o tym… Obstawiają która drużyna schwyta ją pierwsza… Podobno Thunderstone zaoferował sporą nagrodę swoim ludziom za jej schwytanie żywej, z powodu obietnicy Dowódcy.

- Tak, również o tym słyszałem - przyznał. - To będą interesujące łowy - dodał z nutą zadowolenia.

.


.

Myśliwiec zmaterializował ich na sporej, skalnej półce u wylotu jaskini.

Kate rozejrzała się wokół… i zaklęła pod nosem.

Jak okiem sięgnąć, całą okolicę porastał gęsty, tropikalny las na podobieństwo lasów Amazonii. Chociaż tutejsza roślinność zdawała się mieć nie tylko zielone, ale także lekko fioletowe zabarwienie.

Gdzieś w oddali wiła się szeroka rzeka przecinająca rozległą dolinę, w której stały wrota, a ponad gęstwiną drzew przelatywała właśnie spora grupa owado-podobnych stworzeń o długich, podwójnych ogonach i skrzydłach niczym u ważki.

Lecz to nie ten widok wywołał jej reakcję, a to, co zobaczyła na niebie: gazowego giganta i dwa z jego księżycy.

- Świetnie - wymamrotała. - Nie dość, że SGA, to jeszcze Predators.

- Nie rozumiem - powiedział mężczyzna.

- Nie ważne - burknęła i spojrzała na niego. - Podobno masz mnie nauczyć survivalu… A więc zaczynajmy… Mistrzu Thanis - rzuciła z nuta ironii.

Ale on nie odpowiedział od razu, przyglądając się jej przez chwile baczniej.

- Powinnaś najpierw nabrać nieco pokory… Lekcja numer jeden: nigdy nie lekceważ przeciwnika… Wraith są szybcy, zwinni i o wiele silniejsi niż ludzie… A to, co ci wszczepili, pozwoli im cię namierzyć w każdym zakątku galaktyki.

- To już wiem… Jak zatem brzmi lekcja numer dwa? - odparła spokojnie.

Thanis westchnął tylko i pokręcił z rezygnacją głową, po czym odwrócił się i wszedł do jaskini.

Dopiero wtedy Harrigan spoważniała i znów spojrzała w niebo.

Naprawdę zaczynała żałować, że od razu nie przyjęła "propozycji" tamtego Wraith z Vallen.