Rozdział 10

Wizje…?

.

"…Oślepiający błysk zniknął i wokół nastała ciemność…

Otworzył powoli oczy.

Leżał pośród niewysokiej trawy.

Była noc, lecz mimo to w oddali dostrzegł jakieś zabudowania, najwyżej piętrowej wysokości. A wszystko dzięki serii eksplozji, których blask rozjaśniał okolicę.

Podniósł się powoli, rozglądając wokół.

Daleko za nim rozciągał się gęsty, ciemny las, a w oddali majaczyły wysokie góry o pokrytych śniegiem szczytach.

Znał to miejsce.

Był na Vallen…

Jakieś kształty przemknęły szybko po nocnym niebie, kierując się nad budynki.

To one powodowały, że zabudowania pochłaniał ogień, ale dopiero po dłuższej chwili był w stanie usłyszeć jakiekolwiek dobiegające stamtąd dźwięki - chociaż nadal były jakby przytłumione i odległe. Ale jedne z nich słyszał dość wyraźnie: niski i świdrujący, niemal pisk…

Jakieś postacie biegły w jego kierunku przez trawę, trzymając w górze wycelowane w niego karabiny.

Krzyczeli coś, słyszał ich, ale nie był w stanie zrozumieć ani słowa. Wciąż czuł się zdezorientowany i oszołomiony.

Ludzie w ciemnych strojach zwolnili kroku, podchodząc teraz ostrożniej i jednocześnie zaczynając go otaczać powoli.

Kilka energetycznych pocisków nadleciało gdzieś z boku, trafiając w cel.

Ci, którzy do tej pory mierzyli z broni wprost w niego, odwrócili się teraz, rozpoczynając kontratak. Zanim jednak zdążyli zlokalizować tych, którzy ich zaatakowali, każdy z nich, jeden za drugim, został trafiony i powalony na ziemię.

Niestety jeden z owych pocisków trafił również w niego.

Upadł na trawę.

Czuł się jakby każdy mięsień jego ciała został porażony prądem.

Znów ktoś w czarnych strojach zbliżył się do niego, mierząc ze swojej broni.

Był wysoki i postawny, o długich, białych włosach tworzących na głowie szeroki pas i spiętych z tyłu głowy.

Ten ktoś pochylił się nad nim, przyglądając mu uważnie i jakby z niedowierzaniem.

Jego oczy zdawały się świecić delikatnie w ciemnościach nocy.

- Ja pierdole - zaklął gardłowy głos.

A potem znów zapadł mrok…"

.

…Wildfire otworzył oczy.

Znów był w swojej kwaterze, leżąc w łóżku.

Jago pokój także zupełnie pochłonął mrok.

To był dziwny sen, pomyślał. Ale wydawał się być bardzo realny, niczym wspomnienie… chociaż był pewien, że pomimo upływu dziesięciu tysięcy lat, nigdy nie był w takiej sytuacji.

Mimo to rozpoznał w owych ludziach żołnierzy Lantean, a w pochylającym się nad nim Wraith swojego dziadka.

Może to działo się zanim stracił pamięć w jednej z bitew na początku wojny, stwierdził.

Z tamtego zdarzenia pamięta tylko ból i skrawki obrazów.

Podobno leżał kilka dni pod gruzami, zanim go znaleziono, a jego stan był już wtedy krytyczny. Praktycznie był martwy i wielu Wraith musiało mu przekazać wtedy Dar Życia, aby go w ogóle uratować.

Czasami jednak miewał sny, podobne do tego, chociaż mniej wyraźne.

Dziwne sny, które mogły być rzeczywistymi wspomnieniami ukrytymi gdzieś głęboko w jego podświadomości…

A może wtedy także tylko zadziałała jego wyobraźnia, kiedy umysł próbował zapełnić czymś pustkę powstałą na wskutek amnezji, pomyślał.

Ale to, o czym śnił, wydawało mu się być takie realne. Zbyt realne, aby być jedynie zwykłym snem. Wytworem jego wyobraźni.

Więc może wcale nie utracił wszystkich wspomnień, jak sądził do tej pory, tylko z biegiem lat spychał je coraz głębiej w mroki podświadomości.

Ale teraz, kiedy zaczął myśleć o tamtych odległych czasach, pod wpływem Stardusta i jego opowieści o Avatars, jego podświadomość zaczęła się powoli budzić z długiego snu.

Więc może gdzieś w jego umyśle jest więcej takich wspomnień, które aż do tej pory pozostawały w uśpieniu…

Wziął głębszy wdech i spojrzał na śpiącą obok, na wznak, ludzką samicę.

Jej nagie ciało tylko częściowo zasłaniał koc, a długie, kruczoczarne włosy spływały na plecy.

Czasami przychodziła do niego sama. A czasami to on wzywał ją.

Nigdy jednak oficjalnie nie została jego Aliqtar - Osobistym Czcicielem.

Miał ku temu swoje powody, a ona przystała na jego warunki.

Mimo to pozwoliło jej to osiągnąć bardzo wysoką pozycję wśród innych Czcicieli na hive.

Dowódca wyszedł spod swojego koca i przeszedł do łazienki, aby ubrać uniform, po czym opuścił kwaterę.

Wraith nie potrzebowali tyle snu, co ludzie. Nieraz wystarczało im jedynie kilka godzin drzemki, aby odzyskać pełnię sił.

Poza tym teraz, kiedy jego myśli wciąż krążyły wokół tego dziwnego snu i tak nie mógłby ponownie zasnąć.

.


.

Kate wstała w końcu i weszła do jaskini, rozglądając się wokół.

Przez ostanie pół godziny siedziała na skraju urwiska, wpatrując się gdzieś w dal.

Najpierw rozmyślała o przeszłości… o Ziemi. Ale szybko doszła do wniosku, że teraz powinna skupić się na swojej obecnej sytuacji. Obmyśleć jakiś plan.

Wątpiła, aby wyłączenie nadajnika podprzestrzennego za pomocą jej elektrycznych wyładowań przyniosło pożądany efekt na stałe: gubiąc sygnał, Wraith zaprzestaliby polowania na nią. Zapewne maja inne metody odnajdowania Biegaczy, wypracowane przez tysiąclecia. Dlatego też nie może od razu wrócić na Vallen. Musi odczekać jakiś czas i upewnić się, że nie sprowadzi Wraith prosto do miasteczka.

Poza tym miała jeszcze jeden problem: umowa z Vi.

Termin, jaki jej dał, mijał za trzy dni i jeśli nie stawi się na miejsce… wolała nie myśleć co może zrobić.

Chociaż z drugiej strony wydawał się być rozsądny, pomyślała. Jeśli nawet przyleci do Vallen, ludzie powiedzą mu co się stało. Że została zabrana przez inny hive podczas żniw…

Tylko czy to powstrzyma go przed tym, by nie wysłać swoich żołnierzy na żniwa?

Czy ta wiadomość wystarczy, aby wciąż dotrzymał swojej części umowy?

Trudno było jej to stwierdzić. To nie był już film, tylko rzeczywistość. Nie mogła swobodnie rzucać hipotezami, opierając się na domysłach fanów serialu i szafować życiem tysięcy ludzi.

Tylko jak znaleźć jednego konkretnego Wraith wśród tysięcy innych?

Nie wiedziała nawet jak się nazywa.

Ani nawet gdzie zacząć pytać…

Zatrzymała się tuż za wejściem do jaskini, przyglądając jak Thanis dokłada drewna do ognia. Zdążył już nawet przygotować sobie posłanie z dużych liści i nazbierać jakieś owoce.

Harrigan usiadła na jednym z głazów.

- To jak to było? Z Biegacza przebranżowiłeś się na… czciciela Wraith? - spytała w końcu z nuta ironii.

- Przebranżowiłeś? - powtórzył, spoglądając na nią.

Wyraz jego twarzy wyraźnie sugerował, że nie zrozumiał znaczenia tego słowa.

- Zmieniłeś stałe zajęcie - wyjaśniła.

- Nie - niemal mruknął i wrócił do swojego zajęcia, zaczynając kroić jeden z owoców. - Otrzymałem kuszącą propozycję: jeśli dobrze cię wyszkolę i Dowódca będzie zadowolony z Łowów, darują mi wolność…

Kate parsknęła.

- I ty im wierzysz?

Thanis spojrzał na nią niezbyt przyjemnie.

- A ty na moim miejscu nie zaryzykowałabyś? - zapytał oschle. - Nie mam nic do stracenia… Mam prawie pięćdziesiąt lat. Biegaczem jestem od pięciu. Jeśli nawet nie dotrzymają słowa, to moja sytuacja i tak nie ulegnie zmianie… A tak… zawsze mogę mieć nadzieję - dodał już spokojniej.

Kobieta przyglądała mu się przez chwilę.

Nie lubiła tego robić, ale musiała się upewnić, czy mężczyzna mówi prawdę… czy tylko jest to częścią

gry.

Przeskanowała więc jego umysł.

Tylko w ten sposób mogła mieć pewność, że mówi prawdę. Nie mogła ryzykować, że odkryje przed nim swoje tajemnice, a chwilę później zjawią się tutaj Łowcy Wraith, aby zmierzyć się z nią.

Na jej szczęście umysł mężczyzny stał przed nią otworem niczym otwarta księga, w której mogła czytać bez najmniejszego wysiłku… A to sprawiło, że zobaczyła więcej niż planowała.

Rozmowa o powodzie, dla którego oboje znaleźli się w tym miejscu mimowolnie przywołała w umyśle Thanisa wspomnienia o żniwach Wraith na jego planecie… i o tym, jak został Biegaczem.

Prawdopodobnie wiele z tych historii było do siebie podobnych, pomyślała kobieta.

Wojsko próbowało bronić cywili, lecz i tak ponieśli sromotną klęskę. Kilku z nich zostało schwytano, a tych, którzy stawiali największy opór, postanowiono użyć w roli zwierzyny łownej.

Tak jak było to w przypadku mężczyzny, niegdyś dumnego oficera w swojej armii, a teraz…

- …Słyszałam opowieści o Biegaczu, któremu udało się wyłączyć nadajnik - odezwała się w końcu.

Thanis podniósł nieco wzrok znad swojego posiłku.

- Tak, z Satedy - niemal mruknął i podał jej kawałek kory, na której ułożył owoce. - Wraith nazywają go Hardplayer, ponieważ pokonał samego Lorda Wraith… Wyjątkowo nieprzyjemne indywiduum. Nie chciałabyś go spotkać - wyjaśnił, a ona udała, że nie wie o kim mówi. - W każdym bądź razie jest jeden problem: Satedanin miał pomoc New Lanteans… Słyszałaś o nich? - spytał nagle.

- Tak… Obiło mi się o uszy - zażartowała.

- No a ja nie widzą w okolicy żadnego - dokończył. - Nawet nie wiem gdzie ich szukać… Poza tym chodzą słuchy, że odeszli, jak kiedyś Przodkowie, pozostawiając nas na pastę Wraith - mruknął.

- A ja słyszałam, że wciąż się tu gdzieś pałętają…

Mężczyzna parsknął lekko.

- Pobożne życzenia - stwierdził. - Ludzie musza w coś wierzyć, aby nie stracić resztek nadziei.

- Na mojej planecie jest takie powiedzenie: nadzieja umiera ostatnia.

Thanis spojrzał na nią, lecz nic skomentował jej słów, odkładając jedynie swoje prowizoryczne naczynie na bok.

- Prześpij się - powiedział, gestem głowy wskazując posłanie. - Z samego rana zaczynasz trening.

- Super - rzuciła z ironią i wstała. - Już nie mogę się doczekać.

- Kiedy Wraith zaczną swoje Łowy, będziesz dziękować Przodkom, że miałaś ku temu okazję - oznajmił oschle. - Wysłali nas tutaj tylko dlatego, że jesteś kobietą, więc zapewne nie potrafisz walczyć. Jeśli więc chcesz jeszcze nieco pożyć, lepiej zacznij myśleć o treningu poważnie, zamiast liczyć na cudowne ocalenie przez New Lanteans… Cuda się nie zdarzają.

- Czasami się zdarzają - odpowiedziała, uśmiechając się tajemniczo kącikiem ust, po czym zamknęła oczy zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Słyszała jednak jak westchnął ciężko, a potem wyszedł z jaskini.

Znów uśmiechnęła się lekko, tym razem sama do siebie.

.


.

"…Ciepły wiatr poruszył jej włosami, kiedy wystawiała twarz ku słońcu.

Dzień był przyjemny i spokojny, a w powietrzu unosił się przyjemny, lekko słodki zapach… chociaż nie potrafiła określić co to było.

W końcu otworzyła oczy.

Stała na ścieżce wijącej się wokół niewielkiego wzniesienia, porośniętego równymi rzędami drzewek i dywanem zielono-purpurowej trawy.

W oddali wznosiło się jakieś miasteczko otoczone murem, porośniętym gdzieniegdzie przez pnącza.

Widok przypominał jej toskańskie winnice… tyle, że zamiast krzewów winorośli wszędzie rosły niskie drzewka pomarańczowe - a przynajmniej ten owoc jej przypominały.

To od nich musiał pochodzić ten słodki zapach, który czuła, uznała.

- Masz, spróbuj… Są bardzo słodkie - odezwał się nagle z boku męski głos.

Spojrzała w tamtą stronę.

To był Thanis, ubrany w lekki, jasno-brązowy strój, odpowiedni do tutejszego ciepłego klimatu. W wyciągniętej dłoni trzymał pomarańczę.

Wzięła ją z lekkim uśmiechem i zaczęła obierać ze skórki.

- W tym roku zbiory będą wyjątkowo obfite. Lato jest słoneczne, a deszcze częste - powiedział, stając obok niej i także spoglądając w dal, na miasteczko. - To zabawne, ale kiedyś nigdy bym nawet nie

przypuszczał, że pewnego dnia zostanę hodowcą pomarańczy.

- Lepsze to niż bycie Biegaczem - zażartowała.

- Tak, to fakt - parsknął lekko. - Miałem dużo szczęścia…

- Ale nie na długo - wtrącił niespodziewanie inny, bardziej gardłowy głos.

Oboje odwrócili się, by zobaczyć przed sobą dwóch Wraith. Tych samych, których Harrigan spotkała podczas wszczepiania jej nadajnika podprzestrzennego.

A potem niższy z nich uniósł nagle swoją dłoń, by z impetem przyłożyć ją do piersi Thanisa.

Kate z przerażeniem patrzyła, jak twarz mężczyzny zaczyna pokrywać się głębokimi zmarszczkami i starzeć w zastraszającym tempie.

I wtedy poczuła czyjąś dłoń na swojej piersi.

Odwróciła gwałtownie głowę, by zobaczyć twarz drugiego Dowódcy szczerzącego do niej ostre zęby w szerokim uśmiechu satysfakcji.

Chwyciła jego rękę, próbując go powstrzymać, ale zamiast tego poczuła jedynie jak zaczyna jej brakować tchu…"

.

…Harrigan otworzyła gwałtownie oczy, chwyciła rękę mężczyzny i równie gwałtownym ruchem uderzyła go drugą w klatkę piersiową, pozbawiając na moment tchu.

To wystarczyło, aby dać jej moment przewagi, dzięki czemu mogła powalić go na ziemię, na plecy…

A potem zastygła nad nim w bezruchu, z uniesioną pięścią, wokół której pojawiły się elektryczne wyładowania, gotowa, aby uderzyć.

Mężczyzna patrzył na nią zupełnie zdezorientowany… tak samo zresztą jak ona.

- To tylko ja - powiedział w końcu spokojnym tonem głosu.

- Przepraszam - niemal mruknęła i usiadła obok, przecierając zaspaną twarz dłońmi. - Miałam… mały koszmar - dodała, z potem spojrzała w kierunku wyjścia z jaskini. Na zewnątrz panowała noc. - Coś się stało? - spytała.

- Nie… Chciałem zrobić ci mały trening w nocy… ale teraz zaczynam się zastanawiać czy w ogóle go potrzebujesz - dodał z nutą podejrzliwości.

Spojrzała na niego, marszcząc nieco brwi z wyrazem zapytania na twarzy.

- To, co właśnie zrobiłaś… Przeszłaś wojskowe szkolenie, prawda?

Nie odpowiedziała. Nie od razu. Najpierw sięgnęła po kawałek owocu i przeżuła go.

- Mój wuj jest wojskowym. Trochę mnie przeszkolił… - odparła niemal obojętnym tonem. - Stwierdził, że pewnego dnia może mi się przydać… A poza tym uważał, że na świecie jest na tyle zwyrodnialców, że każda dziewczyna powinna umieć się bronić.

W jej głosie mężczyzna wyczuł nutę nostalgii.

Przyglądając się jej uważnie, zaczął się zastanawiać kim naprawdę jest jego podopieczna… Czy tylko prostą kobietą z jednego z wielu miasteczek, jakich pełno w tej galaktyce?…

Czy też może kimś innym… o czyjej prawdziwej tożsamości Wraith nie mają bladego pojęcia.

Ale teraz zaczynał rozumieć jakim sposobem udało się jej tyle razu uciec.

Uśmiechnął się nieco.

- Najwyraźniej nie zapomniałaś jego nauk. To dobrze… dla ciebie - przyznał. - Masz szansę dłużej pożyć… Ale i tak nie powinnaś przeceniać swoich możliwości. Jak już wspomniałem, Wraith są szybsi i silniejsi.

- Nie przeceniam - odparła, znów spoglądając na niego.

- To dobrze… Ale mimo to chodź - dodał i klepnął ja lekko w udo. - Może zdołam nauczyć cię jeszcze kilku sztuczek - zażartował nieco, wstając, po czym wyszedł z jaskini.

Harrigan westchnęła ciężko i ruszyła za nim niezbyt chętnie.

- Koniecznie w środku nocy? - wymamrotała.

- Noc może być twoim sprzymierzeńcem bardziej niż sądzisz - powiedział.

- Jakbym słyszała wuja - znowu mruknęła.

Mężczyzna uśmiechnął się, lekko rozbawiony.

W pewnym sensie był to dla niego komplement. Najwyraźniej bowiem kobieta całkiem dobrze przyswoiła sobie i zapamiętała nauki swego wuja, a zatem istnieje spora szansa, że i jego rady potraktuje poważnie.

A przynajmniej miał taką nadzieję.

Szkoda byłoby, aby ten cały czas, jaki miał poświęcić na jej szkolenie, poszedł na marne, a Łowcy pojmali ją przy pierwszej próbie.

Poza tym odbiłoby się to również negatywnie na nim, pomyślał. Wraith uznaliby bowiem, że źle przygotował do Łowów ich nową zwierzynę, lub nie przyłożył się do szkolenia kobiety.

A to mogłoby kosztować go nawet życie.

Wraith nie wybaczają błędów.

A na pewno nie robią tego Łowcy.