Rozdział 11
Powracająca przeszłość.
Myśliwiec osiadł na jednej z platform i osłona jego kokpitu dezaktywowała się, ukazując pilota. Wraith wyskoczył zwinnie z wnętrza maszyny.
Był wysoki i dobrze zbudowany, a przez środek jego głowy biegł pióropusz krótko ściętych włosów, zakończonych licznymi, cienkimi dredami sięgającymi niemal pasa. Pozostała cześć włosów była bardzo krótko przycięta, tworząc z jednej strony wzór, który wraz z tatuażem na twarzy, stanowił spójną całość. Także jego mundur był dość nietypowy - jego dolna cześć odsłaniała bowiem z przodu czarne, skórzane spodnie i wysokie do połowy łydki buty, zapinane na kilka srebrzystych klamer.
Przybysz ruszył szerokim pomostem w kierunku najbliższego transportera.
Urządzenie znajdowało się we wnętrzu jednej z potężnych, organicznych kolumn biegnących gdzieś z dołu i wznoszących się przez kilkanaście poziomów ku górze. To właśnie one stanowiły jeden z główny element wspornych dla konstrukcji hangaru i licznych pomostów.
Wiązka jasnego światła przeniosła go we wskazane telepatycznie miejsce. A tam ruszył długim korytarzem, aby zatrzymać się w końcu przed drzwiami.
Podwójne skrzydło rozsunęło się na boki, ukazując wielkie pomieszczenie - maszynownię, w której znajdował się główny generator hive. Potężne urządzenie zwisało z wysokiego stropu, wsparte na masywnym stelażu, podtrzymywane dodatkowo od dołu wspornikami. Jedna wzrok Wraith utknął na postaci stojącej przy jednym z paneli kontrolnych, znajdujących się nieco bliżej wejścia niż reaktor hipernapędu.
- Znów wprowadzasz jakieś ulepszenia? - zapytał z daleka, podchodząc do oficera.
Stardust spojrzał na niego, wyraźnie zaskoczony, odrywając się od pracy.
- Obawiam się, że Nebula mogłaby nie przetrwać wdrożenia moich pomysłów - zażartował. - Nie. Tylko kalibruje systemy. Tutaj wciąż coś się psuje - dodał, wracając do swojego zajęcia.
- Dlatego zawsze wolałem życie na planecie - odparł Stroke. - Latanie po galaktyce jest fajne… dopóki większości czasu nie zaczynasz poświęcać na naprawy statku - parsknął. - Ale ty zawsze lubiłeś… grzebanie w trzewiach hive.
- Kiedyś było to łatwiejsze… W pełni organiczna technologia wymaga znacznie większej uwagi… Ale chyba nie dlatego tutaj jesteś, żeby porozmawiać o technologicznych problemach? - zauważył z lekkim rozbawieniem, spoglądając znów na niego, z uniesioną brwią.
- Nie, to prawda… Ale chyba wolno mi odwiedzić syna? - spytał podchwytliwie.
- Kiedy tylko chcesz… Chociaż ty nie opuszczasz Nomatros bez powodu.
- Techniczni zrobili się ruchliwi po ostatnich działaniach New Lanteans, więc sprawdzaliśmy z Trackerem i Raptorem co porabiają.
- Tak, wiem. Whiteraven wspomniała o tym… Podobno Mid tworzy nowy rodzaj żołnierzy, używając nanotechnologii Szarych Ludzi - zainteresował się.
- Tak - niemal mruknął Stroke. - Natknęliśmy się na nich… Są znacznie sprawniejsi od naszych… Jeśli uda się jej uruchomić jedną z placówek do klonowania… będziemy mieli problem.
- Naprawdę sądzisz, że Mid jest w stanie wypowiedzieć nam wojnę?
- Niestety tak… Chociaż na razie działa bardzo ostrożnie. Zbiera siły. Szczególnie, że Radzie udało się w końcu ponownie zjednoczyć Wraith, przez te kilka miesięcy spokoju z New Lanteans… A przynajmniej większość z nas - przyznał. - Sądzimy jednak, że nawet w nowej koalicji Mid ma swoich cichych popleczników.
- Kolejna Wojna Domowa doprowadzi tylko do naszej zagłady - powiedział niechętnie Stardust.
- Rada jest tego świadoma. Dlatego nie prowokujemy Midsummer… I dlatego też wieści, które przyniosłeś, dają nam nadzieję, że do tego nie dojdzie.
- Wątpię, aby Midsummer wystraszyła się pogłoski o pojawieniu się Avatara - parsknął oficer.
- To prawda… Ale może skupi jej uwagę na czymś innym, niż gromadzenie wojsk.
- Lub przyspieszy to działanie - zauważył. - Wiesz, że nie zgadza się ze stanowiskiem Rady. To dlatego jej poczynania doprowadziły do wybuchu Wojny Domowej.
- Oby nie tym razem - mruknął Stroke. - Inaczej może być trudno doprowadzić PLAN do końca.
- To dlatego tutaj jesteś? Rada boi się, że sobie nie poradzę?
- Nie w tym rzecz… ale ruchy Technicznych stworzyły dodatkowe zagrożenie, więc chciałem cię o tym uprzedzić… I przy okazji wypytać Wildfire o sytuację.
- Hmmm… rozumiem… Chociaż wątpię czy powie ci coś więcej niż mnie - westchnął ciężko. - Bardzo sceptycznie podchodzi do informacji, że to Avatar.
- Jak większość… Szczerze powiedziawszy wątpię aby ktoś spoza Najstarszych uwierzył w tą historię. Dla Młodszych, Avatars to bardziej opowieści dla dzieci… ale dla nas to istoty z krwi i kości, które żyły wśród nas przez prawie tysiąc lat… Dlatego też nie dziwi mnie jego reakcja - dodał spokojnie Stroke.
- Ja natomiast miałem nadzieję, że moje opowieści o Patrii chociaż trochę przekonają go do tego, że to jednak prawda - przyznał z nuta rozczarowania Stardust.
Starszy Wraith uśmiechnął się kącikiem ust.
- Uwierz mi, że tak jest. Nie okazuje tego… jak zwykle zresztą… ale ma więcej wątpliwości co do swoich przekonań niż sądzisz - odparł tajemniczo i poklepał syna lekko po plecach. - Wypytam go i spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej… A potem porozmawiamy o Technicznych - rzucił beztrosko i ruszył w stronę drzwi.
- Życzę powodzenia! - zawołał za nim oficer, z lekkim rozbawieniem.
Ale Wraith uśmiechnął się tylko pod nosem i wyszedł na korytarz, aby tą samą drogą wrócić do transportera. Jednak tym razem urządzenie przeniosło go w pobliże mostka.
Ponownie podwójne skrzydło drzwi rozsunęło się przed nim, lecz tym razem ukazując znacznie mniejsze pomieszczenie, wypełnione po bokach ekranami i panelami kontrolnymi.
Rozejrzał się szybko, zatrzymując spojrzenie na jednym z oficerów.
Dowódca hive niemal znieruchomiał na widok przybysza.
- Dziadku… - powiedział zaskoczony Wildfire. - Nie sądziłem, że to ty…
- Przejdźmy się - odparł spokojnie Stroke, gestem głowy wskazując drzwi, po czym wyszedł na korytarz.
Dowódca zerknął tylko na swojego Drugiego Oficera, po czym również wyszedł.
- Coś się stało? - zapytał, nieco zaniepokojony, kiedy drzwi zamknęły się za nim.
- Dlaczego tak myślisz? - zapytał starszy Wraith, ruszając powoli korytarzem z rękoma splecionymi za plecami.
- Ponieważ opuszczasz Nomatros tylko w wyjątkowych sytuacjach.
- Chyba jestem bardzo przewidywalny niż sądziłem - parsknął. - Twój wuj powiedział dokładnie to samo… Techniczni znowu nieco się ożywili… ale to temat na późniejszą rozmowę - dodał. - Powiedz mi lepiej jak się miewa mój ulubiony wnuk? - zażartował ponownie.
- Dobrze… Nie narzekam… Ale nie dlatego wyciągnąłeś mnie z mostka, prawda? - zauważył z nuta ironii, zerkając na niego kątem oka. - Słyszałeś o raporcie Stardusta z Vallen.
- Chyba rzeczywiście jestem strasznie przewidywalny.
- Po prostu dobrze cię znam - przyznał z lekkim uśmiechem Wildfire. - Doskonale wiedziałem, że wzmianka o Avatarze przyciągnie twoja uwagę… Zresztą nie tylko twoją… Stardust uważa, że wyśmiewam się z jego teorii, prawda? - zapytał spokojnie.
- No cóż, nigdy nie wierzyłeś w nasze opowieści… A przynajmniej nie, odkąd podrosłeś.
- Nigdy nie powiedziałem, że w nie wierze nie wierzę. Po prosto traktuje je tylko jako… historyczne wzmianki. Ale dla mnie to tylko suche fakty. Nie mają dla mnie tego sentymentalnego znaczenia, co dla was. Wy żyliście w tamtych czasach i pamiętacie je… Ja niczego nie pamiętam, więc dla mnie to tylko… opowieści.
- Rozumiem… - odparł z lekkim uśmiechem Stroke. - Czasami zapominam, że z powodu wypadku nie masz zupełnie żadnych wspomnień z dzieciństwa.
Na chwilę zapadła między nimi cisza.
- …Ale czasami miewam dziwne sny - zaczął w końcu niepewnie Wildfire, a starszy Wraith spojrzał na niego z zainteresowaniem. - I mam wrażenie, że są one czymś więcej niż tylko snami. Że to wspomnienia… A raczej ich namiastka…
- Śni ci się coś konkretnego? - zapytał Stroke.
- …Nie sądzę… To różne miejsca, których nie rozpoznaję, chociaż widziałem chyba większość zamieszkałych planet w tej galaktyce… Czasami także postacie, których twarze i głosy są niewyraźne.
- Więc może to jednak jest strzępek wspomnień… Mówiłeś o tym ze Stardustem?
- Nie… Zacząłby mnie wypytywać o szczegóły i analizować wszystko… Wolałem tego uniknąć. Szczególnie, że to się zdarza raz na jakiś czas.
- Rozumiem… A dlaczego wspominasz teraz o tym? Mnie? - spytał podchwytliwie, zerkając na niego.
Młodszy Wraith wzruszył lekko ramionami.
- Ty nie drążysz tematu, jak Stardust. Poza tym zawsze byłeś bardziej… stonowany, w rozmowach o czasach sprzed wojny, niż on…
- Może dlatego, że twój wuj zawsze czuł się winny z powodu tego, co się wtedy stało. Dlatego tak ekscytował się każdą twoją wzmianką o wspomnieniach i próbował je przywołać ponownie.
- Była wojna. Żadne miejsce na hive nie było bezpieczne podczas bitwy.
- To nie zmienia faktu, że bardzo przejął się rolą twojego opiekuna.
- Z tego samego powodu ja wolałem nic mu nie mówić. Nie chciałem mu robić nadzeii, że jednak coś pamiętam… Nikomu z was.
- A zatem ten sen musiał być szczególny… skoro o nim wspominasz - zauważył.
Dowódca spojrzał na niego lekko zaskoczony i jednocześnie nieco zmieszany.
- Chyba śnił mi się Avatar - niemal mruknął.
- Hmmm… A może to tylko twoja wyobraźnia?… W związku z ostatnim zamieszaniem na Vallen - Stroke znów spytał podchwytliwie.
- Wolałbym… Ale nie sądzę. Był jak te poprzednie sny. Niósł ze sobą bardzo realne odczucia.
Starszy Wraith zatrzymał się nagle.
- Pokaż mi - powiedział.
Wildfire bez słowa pozwolił mu zajrzeć do swego umysłu, przywołując tamten sen. A kiedy jego dziadek skończył, zdawał się zastanawiać przez chwilę.
- Pamiętam to - odparł w końcu. - Często włóczyłeś się nocami po hive. Miałeś koszmary i nie chciałeś spać, żeby nie wróciły… Ale tamtej nocy rozmawiałeś z Pierwszym Ojcem, a nie z Avatarem. Musiałeś wyciągnąć z kontekstu tą rozmowę.
- Ale miał zielone oczy - wtrącił oficer. - Widziałem je dokładnie.
Stroke uśmiechnął się lekko.
- Tak, to prawda - przyznał spokojnie. - Jego oczy były zielone… Tak samo jak oczy Nightstorm czy jej wnuczki… Taki mały żart natury - dodał z szerszym uśmiechem. - Poza tym ty także urodziłeś się z zielonymi oczyma. Dlatego nadano ci Voca po Pierwszym Ojcu… Zresztą, zawsze śmialiśmy się, że jesteś jego wierną kopią. Od dziecka byłeś równie uparty i dumny jak on.
- Tak, wiem. Stardust często to powtarzał - niemal mruknął.
- To ci przeszkadza?
- Nie. Bynajmniej. Wręcz przeciwnie… Ale…
- Ale co?
- …Sądziłem, że ten sen pomoże mi nieco rozwiać moje wątpliwości. Co do Avatara - wyjaśnił.
Starszy Wraith znów uśmiechnął się łagodnie i położył dłoń na ramieniu wnuka.
- Nikt nie każe ci wierzyć, że to Avatar… Nawet Rada kazała uważnie obserwować sytuację. To prawda, że kiedy odchodzili, zapowiedzieli swój powrót i jego okoliczności… Ale minęło dziesięć tysięcy lat i nawet niektórzy z Najstarszych zaczęli powątpiewać czy kiedykolwiek to nastąpi.
- A ty?
- Ja?... Ja byłabym bardzo zadowolony z tego faktu, ponieważ wciąż tęsknie za starym życiem na Patrii. A powrót Avatars oznacza dla mnie powrót do tamtego życia… Chociaż wiem, że to na dobre podzieliłoby Wraith, ponieważ Młodsi preferują obecny stan rzeczy… A to ułatwia drogę do władzy takim osobą jak chociażby Midsummer, która od dawna neguje poczynania Rady.
- Kolejna Wojna Domowa.
- Tym razem byłaby to ostatnia wojna… Ostateczna… I obawiam się, że niewielu by ja przetrwało. Nawet z popleczników Midsummer. Do tej pory większość z nas starała się unikać walki. Ale tym razem otwarta wojna byłaby nieunikniona i doprowadziłaby tylko do zagłady Wraith… A przynajmniej więszkości. Co zapewne bardzo ucieszyłoby New Lanteans, jak podczas poprzedniej Wojny Domowej - dodał, nieco bardziej humorystycznie.
.
.
"…To był bezchmurny, letni dzień.
Słońce świeciło mocno na błękitnym niebie.
Rozejrzała się powoli w okół, nieco oszołomiona.
W uszach wciąż słyszała ten dziwny pisk, a świat wokół niej wydawał się być jakby nierealny.
Tak naprawdę nawet nie wiedziała co dokładnie się stało. Po prostu nagle, jadąca z nadprzeciwka cysterna zaczęła szaleć po jezdni biegnącej przez wysoki most, by w końcu zderzyć się z pierwszym samochodem i zepchnąć go w dół. A potem znalazła się na ziemi, turlając się po niej, by zatrzymać się niebezpiecznie blisko krawędzi mostu. Uszkodzona barierka, przez zwisającą teraz w połowie z mostu ciężarówkę, nie powtrzymała by jej teraz przed upadkiem z wysokości do płynącej w dole rwącej rzeki.
- Conor? - spytała.
- Tutaj - odezwał się ponownie głos.
Spojrzała w dół. Wysoki, średniej budowy młody mężczyzna spoglądał na nią swoimi szarymi oczyma, trzymając się uporczywie uszkodzonej barierki.
Natychmiast położyła się na ziemi i wyciągnęła do niego rękę.
- Złap mnie!
- Nie utrzymasz mnie - odparł z łagodnym uśmiechem.
- Nie filozofuj teraz, tylko łap mnie za rękę - niemal warknęła.
Nie odpowiedział. Zamachnął się tylko, aby lepiej móc uczepić się jej ramienia.
W pierwszej chwili poczuła jego ciężar i zsunęła się kawałek w dół. Zaraz potem skupiła się jednak na tyle, na ile pozwalał jej na to przeszywający głowę ból i ten nieprzyjemny dźwięk.
Normalnie bez problemu byłaby w stanie utrzymać go samą siłą myśli. Już nieraz to trenowali, tak samo jak inne jej zdolności… oczywiście w tajemnicy przed wszystkimi. Nawet jej rodziną. Ale teraz te dwa czynniki skutecznie utrudniały jej tą czynność.
W końcu jednak zdołała wciągnąć go na tyle, aby samodzielnie mógł wspiąć się do góry. Potem oboje siedzieli przez chwilę na krawędzi mostu, oddychając ciężko.
W końcu Conor spojrzał na nią i uśmiechnął się łagodnie… a potem szare oczy spojrzał na nią jeszcze raz... tym razem z troską i współczuciem.
- Przykro mi z powodu twojej rodziny - powiedział.
Harrigan także spoważniała, ale nie odpowiedziała. Zerknęła tylko w dół, gdzie ciężarówka zepchnęła samochód z jej rodzicami i bratem.
Pamiętała to jak przez mgłę, kiedy Conor starał się utrzymać na drodze ich samochód, a potem nakazał jej wyskoczyć. Nie wiedziała nawet kiedy i jak on wyskoczył, zanim ich samochód runął w dół.
Miała tylko nadzieję, że może jej rodzina straciła przytomność na wskutek zderzenia, zanim wpadli do rzeki. To byłaby o wiele łagodniejsza śmierć niż utonięcie, pomyślała.
- Wiedziałam o tym dniu odkąd pamiętam... - niemal wyszeptała w końcu. - Ale zawsze miałam nadzieję, że kiedy wyjedziemy do stanów, to się nie stanie...
Z jej oczu płynęły łzy.
Gdzieś w oddali słychać było syreny policji i strażaków.
- Ale gdybyś w porę nie wyskoczyła… i nie pomogła mi, my także bylibyśmy teraz martwi - zauważył.
Spojrzała na niego poprzez łzy i uśmiechnęła się łagodnie... chociaż był to bardziej wymoszony niż szczery uśmiech.
I nagle po całej okolicy rozległ się ogłuszający dźwięk wybuchu, kiedy cysterna stanęła w ogniu.
Oboje skulili się instynktownie.
A potem zapadła ciemności i cisza..."
.
…Otworzyła gwałtownie oczy i usiadła, rozglądając się wokół.
Znów była w jaskini, na obcej planecie, rozświetlanej jedynie przez blask wielkiego księżyca unoszącego się na firmamencie nocnego nieba.
Jej oddech powoli zwalniał, kiedy starała się uspokoić kołatające serce.
Spojrzała w bok. Thanis spał na swoim posłaniu… a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Pięć lat jako Biegacz nauczyło go spać z jednym okiem otwartym, jak sam zażartował.
Kate wstała powoli i wyszła na zewnątrz, zatrzymując się na skalnej półce. Noc na tym świecie była naprawdę piękna, pomyślała, spoglądając na gęstwinę drzew spomiędzy których połyskiwały lekko fluorescencyjne porosty. Na horyzoncie wciąż widać było gazowego giganta, a niebo iskrzyło się od gwiazd.
Wszędzie wokół panował błogi spokój.
Nabrał w płuca haust orzeźwiającego, nocnego powietrza. Być może jest to jedna z ostatnich takich chwil, pomyślała. Spokojnych chwil, zanim za kilka dni rozpocznie swoją "karierę Biegacza" pomyślała z ironią, uśmiechając się pod nosem… a potem spoważniała. Do jej umysłu ponownie napłynęły myśli z tamtych wydarzeń.
Wtedy także obudziła się w środku nocy… ale w szpitalu.
Czuła się jeszcze bardziej zagubiona i samotna, niż w obecnej sytuacji…
.
"…Rozejrzała się po ciemnym pokoju, by dostrzec postać leżącą w fotelu.
Podeszła powoli bliżej, chociaż od razu rozpoznała go po sylwetce.
Uśmiechnęła się łagodnie i okryła go kocem, który niemal sunął się już na ziemię.
Zazwyczaj porucznik Logan Conway sprawiał wrażenie niezwykle pewnego siebie i niemal wyniosłego względem innych. Być może wojskowa dyscyplina wpoiła mu takie zachowanie, pomyślała już dawno. Ale w takich chwilach jak ta, lub kiedy byli zupełnie sami, okazywał swoją drugą twarz - zdecydowanie bardziej ludzką… łagodna.
A teraz, kiedy będzie potrzebowała go najbardziej, jest przy niej, pomyślała. Chociaż powinien być zupełnie gdzie indziej, przypomniała sobie. W odległym zakątku świata, na misji o której nawet nie powinna wiedzieć.
Mężczyzna drgnął i otworzył gwałtownie oczy, chwytając ją za dłoń. Przez moment przyglądał się jej uważnie, a potem wyraz jego twarzy złagodniał.
- To tylko ja - szepnęła.
- Obudziłaś się - odparł, jakby lekko zaskoczony.
- To takie dziwne? - parsknęła lekko.
- Spałaś dwa dni - wyjaśnił, podciągnąć się nieco do góry w fotelu. - Miałaś poważny wstrząs mózgu.
- A ty powinieneś być gdzie indziej - zauważyła i usiadła na jego nogach, aby go pocałować.
- Odwołali misję - wyjaśnił, kiedy w końcu odsunęła swoją twarz od jego. - Twój wój przyjechał po mnie na lotnisko i powiedział co się stało, więc od razu przyjechałem tutaj… Ale za tydzień wracamy.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jesteś tutaj - szepnęła i znów pocałowała go, tym razem namiętniej niż poprzednio.
A potem zsunęła się nieco niżej, aby położyć głowę na jego ramieniu.
Przytulił ją mocniej do siebie i pocałował delikatnie w głowę.
Poczuła się znów bezpieczna i spokojna w jego ramionach.
Szybko zasnęła…"
