Rozdział 12
Niespodziewani goście.
Był już późny wieczór, kiedy wrota na Vallen zaczęły się aktywować, by po chwili wyrzucić z siebie strumień energii. A kiedy ten uspokoił się, przybierając kształt wodnej tafli, z wnętrza wyłonili się dwaj uzbrojeni żołnierze, mierząc przed siebie ze swoich karabinów.
Rozejrzeli się szybko po polanie i przycupnęli po bokach DHD, podczas gdy kolejne osoby przechodziły przez metalowy okrąg.
- Czy to naprawdę konieczne, majorze Lorne? - spytała rudowłosa kobieta w średnim wieku, a potem zerknęła za siebie. Wrota właśnie zamknęły się za nimi. - To spokojni ludzie.
- Możliwe… Ale nigdy nie wiadomo kiedy natkniemy się na Wraith - odparł mężczyzna i sięgnął do kieszeni kamizelki po detektor życia, aby zerknąć na mały ekran. - Okolica jest czysta… Ruszamy - dodał.
Kobieta westchnęła ciężko i ruszyła za nimi.
Droga prowadziła najpierw przez sporą polanę, a następnie szeroką, leśną drogą wśród wysokich drzew. Niemal tak wysokich jak sekwoje, pomyślał oficer, wciąż bacznie obserwując okolicę.
- Więc… czego właściwie tutaj szukamy, pani doktor? - spytał w końcu.
- Podobno tutejsi mieszkańcy stworzyli bardzo wydajną, a zarazem naturalną oczyszczalnię ścieków…
- Rewelacja - mruknął.
- A właśnie, że ma pan rację - skwitowała nieco urażona. - Jeśli to, co usłyszeliśmy od mieszkańców Katery…
- P7C-223?
- Wolę używać miejscowych nazw… Są łatwiejsze do zapamiętania - niemal mruknęła. - W każdym razie, jeśli to prawda, to może być to ważne odkrycie. Tutejsza oczyszczalnia to nie tylko rośliny, ale także żyjące z nimi w symbiozie bakterie, rozkładające zanieczyszczenia. To właśnie ta kombinacja tworzy niezwykle efektywny proces oczyszczania wody, który może być bardzo przydatny na Ziemi… A jej dodatkowym atutem jest podobno nieco cytrynowy zapach, który niweluje częściowo odór ścieków - dodała z zadowoleniem. - Może to nie jest tak ekscytujące, jak odnalezienie jakiegoś urządzenia Pradawnych, ale może się okazać równie przydatne dla przyszłości ludzkości, która zatruwa Ziemię w zastraszającym tempie.
- Tak, rozumiem sedno… - zaczął mężczyzna i nagle zatrzymał się.
Zaledwie kilka metrów przed nimi, na skrzyżowaniu dróg, od ziemi odbiła się jaskrawa piłeczka, by zniknąć za zaroślami po drugiej stronie… A zaraz za nią dwa psy rasy husky.
- Czy to był…? - zaczął z niedowierzaniem jeden z żołnierzy.
Nie dokończył jednak. Przerwał mu dziecięcy głos dobiegający gdzieś z boku.
- Tasha!... Shinuk!... Wracajcie tu! - zawołała dziewczynka, biegnąc za psami.
Tak samo jak grupka kolejnych dzieci. Każde z nich było innego wzrostu i prawdopodobnie w różnym wieku, stwierdzili przybysze.
Na samym końcu, zza drzew i krzewów, wyłoniła się młoda, rozbawiona kobieta. Miała na sobie długą do kolan tunikę z podwyższonym pasem i wąskie spodnie, a sięgające ramion, kręcone włosy, spięte były w luźny kok.
Zatrzymała się nagle na widok grupy, przyglądając im przez chwile uważnie.
Jedyna kobieta z całej piątki chrząknęła lekko i wystąpiła do przodu.
- Witaj. Jestem doktor Hanna Leszczyńska… A to moi koledzy - dodała, wskazując dłonią na mężczyzn i przedstawiając ich kolejno. - Chcielibyśmy porozmawiać z waszą Radą w sprawie waszego… systemu uzdatniania wody.
- Jesteście z Atlantydy? - spytała spokojnie.
Przybysze zerknęli najpierw szybko na siebie, zaskoczeni, a następnie ponownie na dziewczyną.
- Dlaczego tak uważasz? - spytała ostrożnie kobieta.
- Poznaję jego - wskazała ręką na majora.
- Mnie?... Spotkaliśmy się już? - zdziwił się Lorne.
- Nie… Widziałam cię na obrazku - wyjaśniła najspokojniej w świecie Mili. - Do miasta musicie iść w tamtym kierunku - dodała, wskazując im drogę.
Chciała jeszcze coś dodać, kiedy nagle nadbiegły dwa psy, a za nimi grupka dzieci. Młoda kobieta pochwyciła natychmiast oba stworzenia za szelki i zapięła je na podwójną smycz.
- Mam was, kudłate paskudy… Koniec harców. Wracamy do domu… - nie dokończyła.
Oba husky pociągnęły ja nagle w kierunku przybyszy, merdając wesoło ogonami.
- Hej! - rzuciła oburzona Mili. - Wyrwiecie mi ręce.
Dzieciaki zachichotały.
- Kate mówiła, że one zawsze muszą się z każdym przywitać - rzuciła najstarsza z dziewczynek i spojrzała na grupę dorosłych. - Nie bójcie się. Te laupus nic wam nie zrobią. Są bardzo przyjacielskie.
- Tak, wiem - odparł jeden z żołnierzy i przykucnął aby potarmosić psy. - Miałem takiego kiedyś… Wyjątkowy cwaniak.
- To podobno typowe dla tej rasy psów - niemal mruknęła Mili. - Przynajmniej te dwa na pewno takie są… I w ogóle się nie słuchają - dodała, bardziej pod adresem stworzeń niż dla informacji ludzi.
- To husky - oznajmił z dumą mały chłopiec. - I pochodzą z mroźnej krainy Saberi. Dlatego mają taką grubą sierść.
- Syberii - poprawiła go najstarsza dziewczynka.
- No przecież mówię - rzucił, nieco urażony. - A w zimie będą ciągnęły sanki, bo one to lubią… Kate obiecała, że będą nas wozić.
Przybysze znów spojrzeli zaskoczeni na młoda kobietę, nie mogąc zrozumieć skąd mieszkańcy Pegaza wiedzą te rzeczy… I skąd w ogóle mają te psy.
Odkąd przybyli do tej galaktyki ponad pięć lat temu, nigdy nie napotkali osady, w której trzymano by psy. Lub podobne zwierzęta. Słyszeli jedynie opowieści o zwierzętach zwanych laupus, o których wspomniała najstarsza dziewczynka, a które podobno przypominały wilka. Nigdy jednak ich nie widzieli.
Ale te dwa stworzenia… to z cała pewnością były psy. Husky.
Pytanie tylko skąd wzięły się w odległej galaktyce.
- O ile wróci - mruknął najstarszy z chłopców.
Mili spojrzała na niego ponuro.
- Oczywiście, że wróci - oznajmiał stanowczo. - Nawet nie waż się myśleć inaczej.
- Ojciec mówi, że nikt nie wraca od Wraith.
- Kaleb wrócił - odparła z nuta ironii najstarsza dziewczynka.
- Ale sam przyznał, że Kate mu w tym pomogła - odciął. - Ale Wraith znowu ją schwytali…
- A ona znowu im ucieknie - skwitowała młoda kobieta.
- To dlaczego nie wraca? Minęły już cztery dni od powrotu Kaleba.
- Nie wiem… Może czeka na lepszą okazję…
- Kogoś z was zabrali Wraith? - spytała nagle spokojnie rudowłosa kobieta, przerywając sprzeczkę.
Grupka dzieciaków i towarzysząca im dziewczyna spojrzeli na przybyszy z Atlantydy.
- Tak… Kilka dni temu, na innej planecie były żniwa - powiedziała jakby z niechęcią Mili. - Większość z nas uciekła, ale dwójka została zabrana. Wrócił tylko mój przyjaciel… ale przyjaciółka wciąż gdzieś tam jest - dodała ze smutkiem.
- Przykro mi.
- Ona wróci… Jeśli ktokolwiek ma szansę uciec od Wraith, to na pewno ona.
- Dlaczego tak uważasz? - zdziwił się Lorne.
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Pomimo opowieści, jakie słyszała o New Lantean od Kate, nie była pewna czy może im zaufać.
- Bo ona jest Avatarem - rzuciła za nią wesoło jedna z mniejszych dziewczynek.
- Avatarem? - powtórzyła z zainteresowaniem kobieta. - Przepraszam, ale nie znam tego określenia. Co to znaczy?
.
.
Ktoś potrząsnął nią lekko, próbując wybudzić ze snu.
Zareagowała dopiero za drugim razem, otwierając nieco jedno oko. Poprzez mgłę rozmazanego obrazu zobaczyła znajomą sylwetkę.
- Kate? Wstawaj, szybko - ponaglał półszeptem Thanis. - Ktoś przeszedł przez wrota.
Kobieta mruknęła głośno, z wyraźnym niezadowoleniem, chcąc spać dalej.
- No to co. Ich problem - wymamrotała.
- Wyglądają jak New Lantean o których wspominałaś - poinformował.
Znów westchnęła ciężko i otworzyła oczy, po czym podniosła się ospale.
- Jesteś pewny?
- No cóż… Ich mundury wyglądają tak, jak opisywałaś - odparł i złapał ja za ramię. - Chodź i zobacz sama.
Harrigan skrzywiła nieco usta, ruszając powoli za mężczyzną, wciąż rozespana.
- Że też musieli się przywlec akurat z samego rana - wymamrotała pod nosem, niezadowolona.
- Co mówisz?
- Nic ważnego… mamroczę sobie - odparła, wychodząc z jaskini.
Niebo nad nimi wciąż było jeszcze bardziej granatowe niż niebieskie, kiedy pierwsze promienie słońca ledwie przebijały się zza odległych gór na horyzoncie. A mimo to nadchodzący świt tworzył już przepiękną paletę barw, od granatu, poprzez fiolety, do coraz to jaśniejszych barw.
Już dawno nie widziała tak pięknego wschodu słońca, pomyślała, gdy nagle mężczyzna ponownie pociągnął ją za sobą w kierunku ścieżki.
Zerknęła jeszcze w kierunku rozległej doliny w dole, gdzie na otwartej przestrzeni stały gwiezdne wrota, po czym weszła pomiędzy drzewa.
- Dlaczego tak ci się spieszy? - mruknęła. - Przecież oni i tak stąd nie odejdą. Mówiłam ci, że Wraith zabrali sterownik wrót - przypomniała mu.
To było zaraz następnego dnia, kiedy poinformował ją iż ta planeta jest rodzajem obozu treningowego dla nowych Biegaczy… I że można się z niej wydostać tylko dzięki myśliwcom Wraith. Kate od razu zrozumiała, że musieli odłączyć sterownik wrót… ale nie spodziewała się, że został zabrany. To było frustrujące odkrycie po ponad pół godzinie grzebania w trzewiach DHD, nie mając pojęcia czego się właściwie szuka.
- Ale powiedziałaś, że potrafią usuwać lub wyłączać urządzenia naprowadzające…
- To i tak nie pomoże nam się stąd wydostać bez sterownika... - zaczęła i nagle doznała olśnienia. - Chyba, że… - pstryknęła palcami.
- Co takiego? - zainteresował się, zatrzymując i odwracając do niej przodem.
- Jeżeli nie wrócą do bazy w wyznaczonym czasie lub nie skontaktują się, ich ludzie nawiążą kontakt z planetą, próbując ich wywołać przez radio… urządzenie komunikacyjne - wyjaśniła. - Wtedy powiedzą im w czym rzecz i tamci przyślą tutaj sterownik.
Thanis uśmiechnął się nieco szelmowsko.
- Dlatego zawsze lubiłem pracować z naukowcami takimi jak ty - powiedział. - W razie problemów zawsze mieli jakiś pomysł w zanadrzu… Chodź. Pospieszmy się, zanim na dobre znikną w lesie - dodał i ruszył przodem z wyraźnym entuzjazmem.
Droga do doliny prowadziła wpierw wąską ścieżką wijącą się po zboczu niewielkiej góry, porośniętej gęstym lasem, a następnie wśród leśnej gęstwiny.
Odciśnięte w ziemi ślady kopyt świadczyły o tym, że nie tylko oni uczęszczali tą drogą.
Kiedy dotarli w końcu do polany, na której stały wrota, czteroosobowa drużyna wciąż tam była, siedząc na potężnym pniu powalonego drzewa.
Thanis złapał Kate za rękę i pociągnął za sobą z wysokie paprocie, zmuszając ją, aby przykucnęła.
- Chyba czekają aż się rozjaśni - szepnęła.
- Możliwe… Znasz ich?
- W pewnym sensie - odparła. - Ten, który stoi, to Sheppard, ich dowódca. A ten z dredami to Ronon… z Satedy. Kobieta do Teyla z Athoz, a ostatni to McKay. Naukowiec.
- Sateda? - powtórzył. - To ten biegacz o którym wspomniałaś?
- Tak… Wiec uważaj, bo najpierw strzela, a potem zadaje pytania - zażartowała, zerkając na niego.
- Macie dziwne powiedzenia na twoim świecie - przyznał.
- W tym przypadku to czysta prawda - zachichotała i znowu spojrzała na ekipę. - I co teraz?
- Zaczekamy aż się rozjaśni.
- W razie kłopotów będzie łatwiej zwiewać? - parsknęła.
Rzucił jej krótkie, ponure spojrzenie.
- Można tak powiedzieć - mruknął.
- Wiem. Przepraszam. Dokonać strategicznego odwrotu - zażartowała ponownie, rozbawiona.
- Brzmi lepiej - przyznał, udając poważnego, chociaż mimo wszystko uśmiechnął się kącikiem ust.
Przez tych kilka ostatnich dni zdążył się już przyzwyczaić do sarkazmu kobiety. Jak i do faktu, że rzadko bywa poważna.
Chciał jeszcze coś powiedzieć, kiedy nagle jego uwagę przyciągnęły światła zapalające się szybko na metalowym okręgu - ktoś z zewnątrz aktywował wrota.
- Wraith? - szepnęła Kate.
- Możliwe. Chociaż powinni przybyć dopiero jutro.
- Może mają tu gdzieś urządzenie monitorujące aktywację wrót i sprawdzając kto przybył.
- Jeśli tak, to krzyżuje moje plany - mruknął i podniósł się, ruszając pochylony przez paprocie. - Chodź.
Kobieta westchnęła ciężko i podążyła za nim. Przedwczesna partyzantka niezbyt się jej uśmiechała… no ale
może Thanis ma racje i jest to ich jedyna okazja na wydostanie się nie tylko z tej planety, ale także z tej sytuacji.
Siedem szewronów na wrotach spowodowało właśnie ich aktywację i urządzenie wypluło z siebie nagle strumień wzburzonej energii, która następnie cofnęła się, tworząc wewnątrz okręgu coś na kształt tafli wody. Chwilę później z jej wnętrza wyłoniła się pierwsza maszyna, a zaraz za nią kolejne dwie.
Charakterystyczny dla myśliwców Wraith, nieco piskliwy dźwięk silnika rozległ się po całej okolicy.
Czteroosobowa drużyna z Atlantydy przywarła do ziemi, chowając się za powalonym drzewem.
Maszyny przeleciały nisko nad polaną, materializując w ich pobliżu spory oddział żołnierzy, po czym wzbiły się w niebo, aby zawrócić.
- Nie strzelajcie, dopóki nas nie zauważą - rozkazał Sheppard, rzucając Rononowi wymowne spojrzenie.
- Przecież nic nie robię - niemal warknął mężczyzna.
- Ale wiem, że chcesz…
Przerwał. Szczelina między gruntem a pniem pozwoliła mu właśnie dostrzec zbliżających się dwóch żołnierzy Wraith. John przygotował się do ewentualnego strzału, ale drony zatrzymały się po kilku krokach, rozglądając wokół.
- Sir, Biegacze są wciąż na planecie - odezwał się jeden z dwójki oficerów, których otaczali pozostali żołnierze. - Są w lesie… W tamtym kierunku - wskazał Lostpath.
- Więc to aktywacja z zewnątrz - warknął Wildmist.
- Może to tylko ludzie - uspokajał go podwładny. - Wraith dobrze wiedzą co to za planeta.
- Albo ktoś postanowił przyspieszyć Łowy - warknął ponownie starszy oficer. - Thanderstone nie mógł się już doczekać polowania na tą ludzką samicę - dodał i zerknął tylko na żołnierzy, którzy ruszyli przodem we wskazanym przez Lostpath kierunku.
Młody Wraith znów spojrzał na swoje urządzenie lokalizujące Biegaczy, przymocowane do przedramienia. Dwie kropki na niewielkim ekranie nie zmieniły zbytnio swojego położenia.
- Chyba nie nas szukają - szepnął w końcu Rodney, patrząc za odchodzącymi Wraith.
- Mieli urządzenia lokalizujące, jakich używają łowcy - zauważyła Teyla.
- Tak, widziałem - mruknął Sheppard.
- Polują na kogoś? - spytał naukowiec.
- Jeśli tak, musimy ich powstrzymać - warknął Ronon, podnosząc się.
- Spokojnie, wielkoludzie - rzucił John, chwytając go za ramię i ciągnąc z powrotem na ziemię. - Zaczekaj chociaż aż wejdą do lasu - wyjaśnił spokojnie, widząc nieprzyjemne spojrzenie Satedanina. - Na otwartej przestrzeni wystrzelają nas jak kaczki - mruknął.
.
.
Kate złapała Thanisa za nadgarstek, zmuszając go do zatrzymania się.
Mężczyzna spojrzał na nią zaskoczony.
- Mogę wyłączyć twoje urządzenie namierzające - powiedziała z powagą, jakiej do tej pory mężczyzna nie zaobserwował u niej. Nawet gdy nie miała zbyt dobrego nastroju. - Ale to zapewne chwilowo pozbawi cię przytomności - dodała zaraz.
- …Nie rozumiem... Jak? - zdziwił się.
Uśmiechnęła się lekko kącikiem ust i podniosła dłoń, zginając nieco palce. Zaraz potem pomiędzy nimi pojawiły się niewielkie elektryczne wyładowania.
Mężczyzna cofnął się odruchowo, patrząc na to zjawisko z niedowierzaniem. A potem z tym samym wyrazem twarzy spojrzał na młoda kobietę… i zmarszczył brwi.
- Kim ty u diabła jesteś?
- To teraz nieistotne… Ważne, że kiedy wyłączę nadajnik, będziesz mógł wrócić z New Lanteans i zakończyć życie Biegacza.
- Jeśli przeżyją spotkanie z Wraith - mruknął pesymistycznie.
- Przeżyją… Mają w tym wprawę - odparła żartobliwie. - Poza tym mam pewien plan - dodała z beztroskim, typowym dla niej uśmiechem. - A więc?
- No cóż… chyba nie mam nic do stracenia - parsknął lekko.
- No cóż… - zaczęła powoli. - Ale może lepiej nie poruszajmy teraz tego tematu - dodała, ponownie z szerokim uśmiechem i wskazała na ziemię. - Usiądź. Przynajmniej nic sobie nie zrobisz, upadając. Ładunek rozejdzie się po układzie nerwowym, więc na pewno stracisz przytomność.
- Jak po ogłuszeniu z broni Wraith? - spytał.
- Dokładnie... W najgorszym wypadku może także spowodować zatrzymanie pracy serca, ale postaram się nie wytworzyć zbyt silnego ładunku... Jakby co, bez obaw, mam wprawę w reanimacji - zażartowała ponownie.
Thanis pokręcił lekko głową, wykonując jej polecenie.
- Czy ty w ogóle bywasz poważna? - zapytał, siadając na ziemi.
- Czasami - odparła nieco tajemniczo, przykucając za nim.
- Chciałbym to zobaczyć… - parsknął, ale nie zdążył dokończyć zdania.
Harrigan przysunęła dłoń, oplataną przez elektryczne wyładowania, do jego karku i całym ciałem mężczyzny wstrząsnęły lekkie konwulsje. A potem bezwładnie osunął się na ziemię. Odwróciła go szybko na plecy, aby sprawdzić czy ładunek nie był zbyt silny i nie zatrzymał pracy serca. Ale na szczęście Biegacz wciąż oddychał samodzielnie.
Uśmiechnęła się lekko pod nosem, wstając.
- Powodzenia - niemal szepnęła i ruszyła pospiesznie w kierunku wrót.
Miała nadzieję, że Łowcy podążą za sygnałem z jej nadajnika. A przynajmniej część z nich, co da drużynie Shepparda nieco większe szanse na pokonanie pozostałych Wraith.
Teraz musiała tylko wymyślić jak zdobyć dostęp do sterownika wrót, aby wydostać się z planety.
Zapewne darty posiadały odpowiednie urządzenie sterujące, pomyślała.
Problem w tym jak zdobyć taki myśliwiec… nie uszkadzając go.
