Rozdział 14
Rekompensata.
Mili zatrzymała się i spojrzała powoli w górę. Bardziej jednak sprawiała wrażenie, jakby starała się nasłuchiwać, niż próbowała dostrzec coś pomiędzy gęstymi konarami wysokich drzew.
Stała tak przez dłuższą chwile, skupiając się, aż nagle zbladła i zesztywniała. To, co wyczuła sprawiło, że przeszył ją zimny dreszcz.
- Wraith - szepnęła z przerażeniem sama do siebie i zerwała się z miejsca, ruszając w drogę powrotną do Vallen.
Dwa psy natychmiast pobiegły za nią, szybko wyprzedzając ją na szerokiej, leśnej drodze.
Dziewczyna nie miała ochoty wcześniej wyjść z nimi na długi spacer, ale i tak była już wystarczająco daleko od miasteczka, aby móc nie zdążyć w porę ostrzec mieszkańców. Miała jednak nadzieję, że może ktoś inny także wyczuje Wraith. Poza nią jeszcze dwie osoby z jej rodziny posiadały takie zdolności... niestety znacznie słabsze niż ona. Dlatego też istniało spore ryzyko, że odkryją atak, kiedy wróg będzie już zbyt blisko aby uciec.
Biegła więc co tchu z nadzieją, że w porę dotrze do miasteczka.
.
.
Major Lorne zatrzymał się na skraju sporego rozlewiska porośniętego wysoką trawą. Mocniejszy podmuch wiatru zakołysał cienkimi łodygami i na chwilę w całej okolicy słuchać było cichy, jakby metaliczny szelest, a powietrze wypełniło się delikatnie cytrynowym zapachem.
Był późny ranek, a mimo to doktor Hanna Leszczyńska najwyraźniej spędziła już w tym miejscu sporo czasu, stwierdził, przeglądając się rozłożonemu na ziemi sprzętowi. Liczne fiolki wypełniały płynne próbki, a przeźroczyste woreczki egzemplarze okolicznych roślin. Z boku stała natomiast niewielka pułapka na owady, w której roiło się już od złapanych w nią egzemplarzy.
Podszedł bliżej, przyglądając się im przez chwilę.
Coś zaszeleściło za jego plecami. Odwrócił się natychmiast. Spomiędzy sitowia wyłoniła się znajoma kobieca postać odziana w specjalne, gumowe spodnia z butami, pozwalające jej brodzić w mokradłach.
- Proszę mi powiedzieć, że nie wchodziła pani do tego - rzucił z lekkim obrzydzeniem, patrzący na nią.
- A jak inaczej mam zdobyć próbki do analizy? - spytała, nieco rozbawiona.
- Przecież to... ekskrementy - odparł, tym razem już zdecydowanie zdegustowany.
- Jak widać czasami nauka wymaga sporego poświęcenia - parsknęła, chowając kolejne próbki do swojej walizki. - Poza tym ten zbiornik to ostatnia faza oczyszczania.
- Ale wchodziła pani do każdego - mruknął niechętnie.
- Nie było nawet tak źle... Czuje pan ten cytrynowy zapach? - zapytała.
- Tak...
- Im bardziej zanieczyszczona jest woda tym jest on mocniejszy, więc przynajmniej w miarę neutralizuje nieprzyjemny zapach - wyjaśniła, zaczynając ściągać swoja odzież ochronną. - Dowiedział się pan czegoś więcej?
- Tak i nie - przyznał niechętnie. - Miejscowi ludzie są bardzo mili, ale chyba mają jakiś afront do wojskowych - zauważył. - Szczególnie w przypadku tego konkretnego tematu... Ale za to dzieciaki okazały się być bardziej rozmowne.
- Wypytywał pan dzieci? - spytała z lekkim niedowierzaniem, zamykając swoje walizki.
- Przy moich siostrzeńcach nauczyłem się, że wbrew pozorom dzieci to dobre źródło informacji. Szczególnie te młodsze... Moja babka mawiała: dziecko zawsze prawdę ci powie.
- Tak wiem. Dzieci mojej siostry miały ten sam odruch, kiedy było młodsze. Zawsze opowiadały mi wszystko co się działo... jak na spowiedzi - przyznała nieco rozbawiona kobieta, chwytając jedną z walizek.
Mężczyzna zabrał drugą, większa i oboje ruszyli wolnym krokiem w kierunku miasteczka.
- No właśnie. A dzieciaki, które towarzyszyły nam wczoraj w drodze do miasteczka, są bardzo gadatliwe... Dzięki temu chyba już wiem o co chodzi z tą całą Kate... Nie znam się na naukach ścisłych, ale z ich opowieści wywnioskowałem, że może pochodzić z innego wymiaru.
- Jak to? - zdziwiła się.
- Podobno ona i kilka innych osób przybyło tutaj w silnym rozbłysku światła... w niewielkim budynku, które
nazywali laboratorium. Mieli urządzenie, które podłączyli do wrót i w ten sposób budynek wraz z pozostałymi osobami zniknął tak, jak się pojawił.
- A dlaczego ona została?
- Dzieciaki nie wiedziały tego dokładnie, więc podpytałem Mili... Kiedy zauważyła, że sporo już wiem, wyjaśniła mi ktoś musiał sterować całym procesem spod wrót z powodu jakichś zakłóceń.
- Więc jest naukowcem. Fizykiem.
- Myślę nawet, że może być kimś jak doktor McKay... Podobno pomagała w usprawnieniu kilku tutejszych systemów, jak irygacja czy kanalizacja. A nawet w zbudowaniu niewielkiej elektrowni wodnej... Niestety miejscowi nie dokończyli jej budowy. Zebrali potrzebne elementy, ale nie wiedzą co z nimi zrobić dalej.
- Ponieważ Wraith zabrali Kate podczas żniw - dokończyła kobieta.
- Dokładnie... Ale domyślam się, że to właśnie z powodu jej wiedzy i okoliczności w jakich tu przybyła, miejscowi uznali ją za jednego z Pradawnych...
Chciał jeszcze coś dodać, kiedy nagle przerwał mu sygnał z jego krótkofalówki. Włączył ją i przysunął nieco bliżej ust.
- Tak?
- Majorze, mamy problem - odezwał się z urządzenia męski głos. - Właśnie przybyli Wraith. I to sporo.
- Właśnie widzę - mruknął, spoglądając w dal.
Na błękitnym niebie pojawiło się liczne kształty, które szybko zbliżały się do zabudowań. Chwile później oboje usłyszeli także znajomy, przenikliwy dźwięk silników. Eskadra dartów przypominała chmarę owadów, na końcu której było coś znacznie większego od nich: transportowiec.
- Nie ujawniajcie swojej pozycji - rozkazał major, stawiając swoja walizkę na ziemi. - Postaramy się jak najszybciej dotrzeć do wrót - dodał, zabierając walizkę od kobiety, po czym szturchnął ja, aby biegła szybko przez rozległą łąkę.
- Za późno, sir... Właśnie zablokowali wrota - poinformował go podwładny.
Lorne zwolnił, spoglądając w dal, gdzie ponad wysokimi drzewami pojawił się właśnie słup światła zdający się sięgać nieba.
- Ukryjcie się i czekajcie na dalsze instrukcje - dodał szybko i pociągnął kobietę ze sobą.
Chciał ukryć się w pobliskim lesie. Tam powinni mieć większe szanse na przeżycie, kiedy Wraith rozpoczną żniwa, pomyślał. Jednak zdążyli przebiec zaledwie połowę drogi, kiedy ponad łąką pojawiły się dwa myśliwce.
- Szybciej! - ponaglił ją. - Cokolwiek się zdarzy, nie zatrzymuj się... I nie biegnij w linii prostej! Klucz! Będzie im trudniej cię namierzyć! - dodał i zatrzymał się, aby wystrzelić do jednej z maszyn.
W całej okolicy rozległ się dźwięk wystrzałów z pistoletu maszynowego. Major zdawał sobie sprawę, że niekoniecznie musi to spowodować uszkodzenie maszyny, ale może przynajmniej odciągnie uwagę pilotów od kobiety. Niestety pomylił się.
Podczas gdy on ponownie strzelał do jednego z myśliwców, drugi zawrócił w poszukiwaniu kobiety. Lorne skupił więc teraz swoja uwagę na nim. Tym razem jego działanie okazało się bardziej skutecznie. Szybka, ciągła seria kilkuset pocisków sprawiła, że część z nich przebiło jedno ze skrzydeł maszyny, kiedy ta przelatywała wystarczająco blisko, powodując drobne iskrzenia. Niestety było to za mało, aby całkowicie unieruchomić darta. Ten jedynie wzbił się wyżej, aby zawrócić i przyszykować się do kolejnego nalotu.
W tym samym czasie drugi z myśliwców zbliżył się niebezpiecznie do majora i zanim ten ponownie otworzył ogień, wiązka światła zdematerializowała go z łąki.
Doktor Leszczyńska obejrzała się za siebie w tym samym momencie, słysząc w pobliżu silniki maszyny Wraith i z przerażeniem otworzyła szeroko oczy, patrząc jak wiązka zgarnia żołnierza. Chciała przyspieszyć, ale ta chwila rozkojarzenia kosztowała ją utratę równowagi. Upadła ciężko na ziemie, niknąc wśród wysokich trwa i polnych kwiatów. Niestety nie wystarczająco wysokich, aby były w stanie ukryć ją przed pilotami myśliwców i zanim ponownie zerwała się do ucieczki, wiązka światła zabrała także i ją.
Potem obie maszyny zwróciły w kierunku miasteczka, gdzie na centralnym placu zebrano już sporą część mieszkańców. Kilkudziesięciu żołnierzy wymierzyło do nich ze swoich karabinów ogłuszających, oddzielając ludzi od nadchodzących właśnie oficerów Wraith.
Idący na czele Wildfire uważnie obserwował to zgromadzenie oraz kolejne spędzane na plac osoby.
Początkowo żaden z żołnierzy nie zameldował o znalezieniu osoby, której szukał. Nie znaleziono jej ani w domu, który sprawdzono jako pierwszy, ani nigdzie indziej w miasteczku. Już to zirytowało go zanim jeszcze transportowiec osiadł na ziemi. Ale kiedy jeden z pilotów zaraportował mu o schwytaniu dwójki ludzi uciekających do lasu, resztki jego cierpliwości wyczerpały się zupełnie.
Był wściekły, sądząc, że ludzka samica próbuje go oszukać. Czyżby zapomniała co grodzi tym ludziom, jeśli ona nie dotrzyma umowy? A może ich los jednak nie obchodzi jej aż tak bardzo i teraz dba tylko o własną skórę, pomyślał. Skoro tak, zaraz pożałuje swojego zachowania, a on nie tylko zyska jej wiedzę i umiejętnościach, ale także zapełni spichlerz swojego hive... mieszkańcami Vallen, pomyślał wściekły i zatrzymał się zaledwie kilka metrów przed tłumem ludzi.
Jedna z maszyn zawisła właśnie ponad placem, a z jej spodu wystrzeliła wiązka światła, materializując dwójkę ludzi: leżącą na ziemi kobietę i stojącego mężczyznę, który natychmiast upadł bezwładnie. Kilku żołnierzy natychmiast otoczyło ich na wypadek, gdyby ogłuszenie nie podziałało na schwytanych zbyt długo.
Wildfire w pierwszej chwili z satysfakcją przyglądał się zmaterializowanym ludziom. Jakież jednak było jego zaskoczenie, które zaraz potem przerodziło się ponownie w irytację, kiedy zdał sobie sprawę iż żadne z nich nie jest osobą, której szukał.
Dowódca warknął wściekle i podszedł bliżej schwytanych, przyglądając im się przez moment bacznie. Rozpoznał mundury, które nosili. Obecnie w tej galaktyce nie byłoby chyba Wraith, który nie znałby tych uniformów. Potem znów warknął tylko pod nosem i odwróciwszy się na pięcie, podszedł bliżej mieszkańców Vallen.
- Kto z was jest przywódcą tej osady? - zapytał gniewnym tonem.
Na moment zapadła cisza, a potem jeden z mężczyzn daleko w tyle niepewnie powoli rękę.
- Ja! - odpowiedział mu z tłumu Kaylon Andarias i ruszył powoli do przodu. - Jestem burmistrzem Vallen.
- Szukam ludzkiej samicy, która niedawno przybyła do was - oznajmił Wraith. - Kate Harrigan.
Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony i jednocześnie wystraszony, zatrzymując się zaledwie kilka metrów od oficera. Zastanawiał się skąd Wraith może wiedzieć o Avatarze. Czyżby wśród nich był ich szpieg? Nieraz słyszał opowieści o czcicielach Wraith, którzy wysyłani są na ludzkie światy w celu infiltracji miejscowych społeczeństw. Ale przecież poza Harrigan i jej przyjaciółmi nie było tutaj nikogo nowego w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Tym bardziej mężczyzna nie rozumiał skąd wiedza tego zielonego monstrum.
Przerwał swoje rozmyślania, a całe jego ciało zesztywniało, kiedy Dowódca ruszył powoli w jego stronę, zakładając ręce za plecami. Andarias przełknął głośno ślinę, czując jak jego serce bije coraz mocniej, a żołądek podchodzi do gardła. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na szyderczym uśmieszku, który pojawił się na ustach Wraith.
- Gdzie ona jest? - wysyczał Wildfire, przysuwając swoja twarz do jego.
Chociaż mężczyzna uchodził za wysokiego wśród swoich, to jednak teraz i tak musiał podnieść wzrok do góry, aby spojrzeć ze strachem w żółte oczy górującego nad nim Wraith. Miał wrażenie, że przenika go nimi na wylot i zagląda nawet do wewnątrz jego duszy. A potem przypomniał sobie jak Kate wspominała iż Wraith maja zdolności czytania w myślach innych. Że dzięki temu zapewne wiedzą kiedy ktoś kłamie.
- Nie... nie ma jej tutaj... panie - odparł Kaylon, zająknąwszy się nieco. - Zabrano ją.
- Kto i gdzie? - warknął, żądając wyjaśnień.
Mężczyzna znów przełknął głośno ślinę.
- Podczas waszych Żniw, panie... Na Feros...
Przerwał, kiedy Wraith zawarczał groźnie, ukazując swoje ostre, białe zęby. A potem odwrócił się tylko na pięcie i ruszył w kierunku pozostałych dwóch oficerów.
- Uzupełnijcie zapasy przed odlotem - fuknął, mijając ich i skierował się wprost ku bramie prowadzącej do miasta oraz stojącemu za nią transportowcowi.
Stardust zerknął na stojącego obok niego Taskmastera i podszedł szybko do swojego siostrzeńca.
- Obiecałeś oszczędzić tych ludzi... To nie ich wina, że ta samica została zabrana podczas Żniw na innej planecie...
- Nie ma jej, więc umowa przestaje obowiązywać - burknął.
- A jeśli żyje i zdoła wrócić? - zasugerował Pierwszy Oficer. - To nie jest zwykły człowiek... Istnieje spora szansa, że wciąż żyje.
Wildfire zatrzymał się i spojrzał na niego gniewnie.
- A Feros jest pod kontrola Darkspace...
- Który lubi wyzwania... Co jeśli odkrył jej zdolności zrobił z niej Biegacza?
- Jeśli nawet, to i tak długo nie pożyje.
- Jesteś tego pewien?... Jak powiedziałem, to nie jest zwykły człowiek. Z jej zdolnościami zapewne potrafi o siebie zadbać i nie tak łatwo będzie ja upolować. A to daje nam szanse na odnalezienie jej przed Darkspace i jego ludźmi.
- Mówisz to, bo masz takie przeczucie... czy dlatego, że jesteś tego pewien? - spytał podejrzliwie.
- Jedno i drugie... Zaufaj mi: ona wyjdzie z tego cało.
Wildfire przyglądał się przez chwilę wujowi bacznie, jakby nie tylko analizował jego słowa, ale także starał
się zajrzeć do jego umysłu, by potwierdzić to, co właśnie usłyszał... lub znaleźć odpowiedź dlaczego Stardust jest aż tak pewny swoich słów.
- Jeśli nawet masz rację, to i tak musimy uzupełnić zapasy - burknął.
- Czyli i tak nie miąłeś zamiaru dotrzymać słowa? - spytał srogim tonem. - Nawet gdyby ona tutaj była?
- Nie... Myślałem o osadzie na sąsiedniej wyspie - przyznał nieco niechętnie.
- Więc?... Myślisz, że ona zechce nadal współpracować, kiedy zabierzemy tych ludzi? - upomniał go.
Wildfire zerknął katem oka na zgromadzenie, a potem, westchnął ciężko, widząc wymowne spojrzenie wuja.
- W porządku. Uzupełnimy zapasy na wyspie...
Przerwał. Ich uwagę przyciągnęła schwytana kobieta, która właśnie zaczęła odzyskiwać przytomność.
Doktor Leszczyńska otworzyła wpierw powoli oczy, a potem jęknęła cicho, czując ból w każdej części ciała, kiedy próbowała usiąść. Wciąż nieco oszołomiona, podparła głowę dłonią.
- Moja głowa - jęknęła pod nosem po polsku.
Nawet po najgorszym kacu nie odczuwała takiego bólu, jak teraz, pomyślała... i nagle znieruchomiała, przypominając sobie okoliczności, które spowodowały ten ból. Podniosła wzrok, rozglądając się z przerażeniem wokół. Ze wszystkich stron otaczali ją zamaskowani żołnierze, mierząc do niej ze swoich karabinów.
A potem pojawili się dwaj kolejni Wraith. Oficerowie, przyglądając się jej uważnie. Starała się nie okazywać strachu, wstając powoli na nogi, lecz ten był silniejszy. I chociaż za każdym razem, kiedy decydowała się wyjść w teren, była świadoma ryzyka możliwości takiego spotkania, to jednak przez ostatnie pół roku odkąd rozpoczęła prace na Atlantydzie nic takiego się nie wydarzyło.
Najwyraźniej jednak tym razem szczęście ja opuściło, pomyślała z goryczą, z trudem przełykając ślinę.
Jeden z oficerów przyglądał się jej szczególnie uważnie, mierząc ją wzrokiem od stóp do głowy i w końcu podszedł bliżej. Oficer zatrzymał się na moment, kiedy leżący na ziemi mężczyzna jęknął, również zaczynając się powoli wybudzać. Zanim jednak zdołał ocknąć się całkowicie, Wraith sięgnął po swój pistolet i wystrzelił do niego. Energetyczny pocisk oplótł ciało Lorne'a, który ponownie rozłożył się bezwładnie na brukowanej ziemi.
Wildfire schował broń i znów skupił swoją uwagę na zalęknionej ludzkiej samicy, stając przed nią.
Był podobnego wzrostu, co Harrigan, a jej długie, rude, zmierzwione nieco włosy, otaczały trójkątna twarz o jasnej karnacji. Spoglądała na niego błękitnymi oczyma, lecz w przeciwieństwie do tamtej samicy w oczach tego człowieka widział strach.
- Język, którego użyłaś - wycedził przez zęby. - Jak dobrze się nim posługujesz?
- Polski? - spytała zlęknionym, lecz jednocześnie zaskoczonym tonem. - To mój ojczysty język.
- Bardzo dobrze - odparł z wyraźną satysfakcją, uśmiechając się kąśliwie kącikiem ust, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. - Zabierzcie ją - rozkazał po drodze żołnierzom.
- Nie, proszę... - cofnęła się, kiedy dwóch zamaskowanych Wraith ruszyło w jej stronę, ale i tak nie miała dokąd uciec. Żołnierze otaczali ją z każdej strony. - Nie posiadam żadnych ważnych informacji, które mogłyby was zainteresować. Jestem tylko mikrobiologiem... - dodała, kiedy złapali ją za ramiona i poprowadzili za swoim dowódcom.
Ten zatrzymał się i spojrzał na nią z szyderczym uśmiechem. Wildfire postanowił wykorzystać pojawienie się tutaj tej ludzkiej samicy. Będzie jego tymczasową rekompensatą zanim odnajdą Harrigan.
- Nie interesują mnie twoje informacje, człowieku - odparł gardłowym głosem. - Nauczysz mnie swojego języka... albo jeden z moich żołnierzy posili się twoim przyjacielem - wysyczał z satysfakcją, po ponownie sięgnął po swój pistolet i wystrzelił.
Energetyczny pocisk oplótł także i jej ciało. Kobieta osunęłaby się bezwładnie na ziemię, gdyby nie dwaj trzymający ja za ramiona żołnierze.
- A co z nim, sir? - zapytał Taskmaster, gestem głowy wskazując majora, kiedy Dowódca ruszył dalej.
- Zostaw go. Ich żołnierze sprawiają zawsze zbyt wiele problemów - niemal mruknął. - Przygotuj myśliwce do Żniw na wyspie. Musimy uzupełnić zapasy przed odlotem - dodał.
Oficer skinął tylko głową i spojrzał na oddział żołnierzy wciąż otaczający nieprzytomnego Lorne'a. Ci ruszyli za trójką oficerów, podczas gdy pozostali wciąż celowali ze swoich karabinów do zebranych na placu mieszkańców. Trwało to tak długo, dopóki pierwsza grupa bezpiecznie nie opuściła miasteczka, by wsiąść na pokład transportowca.
Dopiero wtedy nadleciał jeden z myśliwców i wiązka światła zabrała pozostały oddział zamaskowanych żołnierzy Wraith. Pozostawieni w dole ludzie spoglądali za odlatująca maszyną, ze strachem oczekując kolejnych, które tym razem zabiorą także i ich. Lecz ku ich wielkiemu zaskoczeniu, a potem i wielkiej uldze, nic takiego się nie stało.
.
.
Dobiegając do osady Mili już z daleka uświadomiła sobie, że cały jej wysiłek poszedł na marne.
Na dużej polanie, przed główną bramą prowadzącą do miasteczka, stał już bowiem transportowiec Wraith otoczony z każdej strony przez liczny oddział zamaskowanych żołnierzy.
Zatrzymała się, przylegając do jednego z ostatnich drzew i przez dłuższą chwilę oddychała ciężko, zasapana. Nie miała już sił biec dalej. Zresztą, jeśli to zrobi z pewnością zostanie schwytana. Osunęła się więc na ziemię, z trwoga oczekując początku Żniw Wraith.
- Shin... Tasha! - zawołała i dwa psy, biegnące cały czas daleko przed nią, zatrzymały się w końcu i spojrzały za siebie.
Przez chwilę czekały czy człowiek ruszy dalej, lecz kiedy nic takiego nie nastąpiło, a dziewczyna powtórzyła wołanie, zawróciły i spokojnie podbiegły do niej, kładąc się tuż obok, zziajane.
Mili spojrzała na nie i uśmiechnęła się nieco.
- Chyba się spóźniliśmy - powiedziała przez łzy.
Coś zaszeleściło tuż za nią.
Zerwała się z miejsca gwałtownie, wystraszona, spodziewając się najgorszego, lecz zaraz potem rozluźniła mięśnie i odetchnęła z wyraźna ulgą na widok ludzi majora Lorne'a.
- Jesteś sama? - zapytał jeden z żołnierzy.
- ...Tak - przytaknęła skinieniem głowy. - Wyczułam Wraith, ale byłam zbyt daleko od Vallen - dodała ze łzami w oczach, a nogi same ugięły się pod nią.
Usiadła zrezygnowana na ziemi.
- Spokojnie. Chyba nie chodzi im o Żniwa - pocieszył ją inny mężczyzna i cała trójka przykucnęła wśród paproci.
Dziewczyna spojrzała na nich, zaskoczona.
- Jak to?
- Są tam od dłuższego czasu, ale jak dotąd myśliwce jedynie sprawdziły okolicę i zawróciły - odparł ciemnoskóry porucznik. - Wyglądało bardziej jakby czegoś szukali.
Mili otworzyła szerzej oczy.
- ...Kate - szepnęła. - Szukają Avatara - dodała i odwróciła się w kierunku miasteczka.
- Ale skąd mogliby o niej wiedzieć?
- Wraith mają swoich szpiegów. Ludzi, którzy ich czczą i służą im - powiedziała z wyraźną pogardą. - Kate wspominała o nich.
- Czy od jej przybycia był tutaj ktoś obcy? - spytał trzeci z żołnierzy.
- Nie... Ale mogli się o niej przypadkiem dowiedzieć na innej planecie, od kogoś z nas. Kilka razy wysyłaliśmy naszych na targowiska do innych światów.
- Tyle, że wasza przyjaciółka została schwytana podczas Żniw - mruknął porucznik.
Chciał jeszcze coś dodać, lecz ich uwagę przyciągnęła trójka oficerów w asyście żołnierzy, którzy właśnie opuścili miasteczko, wracając do transportowca.
Z tej odległości żadne z nich nie było tergo pewne, ale wydawało im się, że dwójka dron niesie ze sobą kogoś. Porucznik chwycił pospiesznie za mała lornetkę, aby to sprawdzić.
- To doktor Lecynska - syknął.
- Leszczyńska - poprawił go jego towarzysz.
- Mniejsza o to... - burknął, ponownie przyglądając się odległej grupie. - Nie widzę majora Lorne'a.
- Dlaczego zabrali ją? - zdziwiła się Mili. - Moi ludzie na pewno powiedzieli im o schwytaniu Kate.
- Nie mam pojęcia... Ale jest ich zbyt wielu, aby próbować ją teraz odbić - dodał niechętnie, wciąż obserwując przez lornetkę jak trójka oficerów Wraith i żołnierze jeden po drugim wchodzą do wnętrza statku.
W końcu maszyna zamknęła trap i uniosła się w powietrze, aby odlecieć, a chwilę później liczna eskadra myśliwców, które wróciły z patrolu po okolicy.
