Rozdział 15

Tajemnice.

- Kolejna aktywacja z zewnątrz - poinformowała Amelia, kiedy wrota stojące w sali na Atlantydzie aktywowały się.

Chwile później wystrzeliły do przodu strumieniem energii, który jednak roztrzaskał się o energetyczną tarczę otaczającą urządzenie, przybierając kształt wodnej tafli. Zebrani w pomieszczeniu żołnierze przygotowali swoją broń.

- To kod pułkownika Shepparda - poinformowała kobieta z centrum kontroli.

- Opuście osłonę - polecił Woolsey i spojrzał na metalowy okrąg na końcu sali.

Mężczyzna, który jako pierwszy wyłonił się z tunelu, spojrzał nieco zaskoczony na zgromadzone w pomieszczeniu osoby. I to nie tyle na ochronę, co na grupę Lorne'a oraz kilku medyków, którzy kładli właśnie majora na samojezdnych noszach.

- Co się stało? - spytał zaniepokojony, kiedy kolejne osoby z jego oddziału wyłaniały się z wrót.

- Wraith... Wnioskuję, że u was także coś poszło nie tak, skoro jesteście przed czasem - zauważył dowódca stacji.

- Wraith - niemal mruknął John i dopiero wtedy spojrzał na swoich ludzi, a dokładniej na mężczyznę, który jako ostatni pojawił się w sali. - To jest Thanis... Biegacz... A w zasadzie już były Biegacz.

- Witamy na Atlantydzie - odparł Richard.

Przybysz skinął tylko lekko głową, podziwiając miejsce w którym się znalazł. Nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego. Nie był w stanie przyrównać tego miejsca do żadnego innego, jakie widział w całym swoim życiu. Żadna ludzka kultura w tej galaktyce, nawet te dawno zapomniane, nie stworzyła takiej architektury.

- Kate miała rację - powiedział w końcu. - To niesamowite miejsce.

- Kate? - powtórzył powoli Woolsey, spoglądając na pułkownika.

- To długa historia. I trochę... niezwykła - przyznał, jakby wahając się przed użyciem tego słowa.

- Ma pan na myśli Kate Harrigan?

- Tak... Skąd pan wie? - zdziwił się pułkownik.

Łysiejący mężczyzna wskazał na drugi oddział.

- Właśnie wrócili z miejsca zwanego Vallen...

- Stamtąd pochodzi Kate - wtrącił Thanis.

- Najwyraźniej pańska znajoma jest bardzo popularna. Szukali jej Wraith - odparł dowódca stacji.

Sheppard spojrzał szybko na pozostałych.

- To nie mogli być ci sami, których my spotkaliśmy. Walczyliśmy z nimi ponad godzinę, zanim udało nam się zabić ostatnich żołnierzy. Niestety ich oficer gdzieś zniknął... Skubaniec musiał się gdzieś ukryć.

- To byli Łowcy. Polowali na Thanisa i Kate - wyjaśniła Teyla.

- Dokładniej dopiero mieli zacząć polowanie - wtrącił spokojnie mężczyzna. - Jak już tłumaczyłem pana ludziom, tamta planeta jest rodzajem obozu treningowego dla przyszłych Biegaczy. Miałem przygotować Kate do tej roli.

- Wtedy pojawiliśmy się my i zrobiło się niezłe zamieszanie - dodał John. - Ta cała Kate zdobyła w jakiś sposób jeden z dartów pilnujący wrót. Drugiego zniszczyła, a trzeciego zestrzeliła.

- Na nasze szczęście, ponieważ Wraith usunęli kryształ kontrolny z DHD - rzucił McKay. - Bez tego myśliwca nadal byśmy tam tkwili.

- Mówiłem wam, że zrobiła to celowo, aby umożliwić nam ucieczkę z planety - powiedział spokojnie przybysz.

- Ta historia robi się coraz bardziej zawiła - niemal mruknął Woolsey.

- Dlaczego? - spytał Sheppard.

- Ponieważ mamy tajemniczą kobietę znikąd, która zostaje przypadkowo schwytana przez Wraith, podczas gdy Wraith z innego hive jej szukają. Co ciekawe ta kobieta najwyraźniej sporo wie o naszej ekspedycji, a nawet o Ziemi - wyjaśnił Woolsey.

- Próbowaliśmy popytać o nią na Vallen - wtrącił ciemnoskóry porucznik z oddziału Lorne'a - ale mieszkańcy nie byli zbyt chętnie do rozmów. Namawialiśmy jedną osobę z osady, aby przyszła z nami na Atlantydę, ale odmówiła.

- Oddział majora Lorne'a wrócił chwilę przed wami... Jak już wspomniałem, na Vallen przybyli Wraith, szukając owej Kate. Niestety nie znaleźli jej tam. Udało im się natomiast schwytać doktor Leszczyńską i majora Lorne'a... - przerwał na moment i zerknął na żołnierza. - Ale z jakiegoś powodu zabrali jedynie ją. Major został tylko ogłuszony i pozostawiony.

- Słyszałem jak kilku mieszkańców rozmawiało między sobą, że Wraith udali się na Żniwa do osady znajdującej się na wyspie oddalonej o kilkaset kilometrów od Vallen - dodał porucznik. - Chyba sami nie rozumieli dlaczego ich oszczędzono. Szczególnie, że podobno ich populacja jest znacznie liczniejsza.

Cała grupa spojrzała wyczekująco na Thanisa.

- Obawiam się, że na ten temat wiem tyle co i wy - odparł mężczyzna. - Kate wspomniała tylko gdzie mieszka i gdzie ją schwytano. O was dowiedziałem się od niej dopiero w chwili, kiedy przybyliście na tamtą planetę... Nie wyjawiła mi jednak skąd tyle o was wie... Ale jedno mogę wam powiedzieć: dzisiejszej nocy zrozumiałem, że nie jest to zwykły człowiek.

- To znaczy? - zapytał Richard.

Sheppard i jego ludzie spojrzeli szybko na siebie nawzajem.

- Thanis twierdzi, że potrafi wytworzyć ładunek elektryczny - odparła Teyla. - Podobno właśnie w ten sposób wyłączyła jego lokalizator.

- Sądzę, że w ten sam sposób powaliła Wraith, który mnie zaatakował - dodał Rodney. - Zaszła go od tyłu i wtedy zobaczyłem po obu stronach jego głowy właśnie coś jak małe wyładowania elektryczne. Od razu padł na ziemię. Wyłączenie lokalizatora wymaga jednak zdecydowanie większego ładunku, co sugeruje, że potrafi kontrolować jego natężenie.

Tym razem to Woolsey i porucznik spojrzeli na siebie szybko.

- Co? - zainteresował się John.

- Ludzie z Vallen określają ją mianem: Avatar - wyjaśnił dowódca stacji.

Cała czwórka spojrzała na niego zaskoczona.

- Sugeruje pan, że to ascendent? - zapytał w końcu McKay.

- Kimkolwiek jest, jedno jest pewne: jej wiedza o nas w połączeniu z zainteresowaniem jej osobą przez Wraith, mogą nam przysporzyć problemów - powiedział niezbyt chętnie.

.

.

Wrota aktywowały się, po czym wypluły z siebie strumień energii, który chwilę później cofnął się i utworzył wewnątrz urządzenia półprzeźroczystą, lekko falującą strukturę.

Siedzący na pobliskim głazie Wildmist patrzył jak z tunelu wyłania się ostry kształt myśliwca, który zatrzymał się tuż obok niego.

Osłona kokpitu opadła, ukazując pilota: jego ucznia.

Starszy Wraith nie musiał nawet nic mówić. Już po samej minie młody oficer wiedział, że jest wściekły... na niego i zapewne z powodu przegranej potyczki z New Lantean. Wyskoczył więc szybko z kokpitu i skinął formalnie głową.

- Sir...

- Zamilcz - warknął, stając tuż przed nim. - Czy ty wiesz, co Darkspace z nami zrobi, kiedy dowie się, że zgubiliśmy jego nową zabawkę?

- Znajdę ją, sir... Przysięgam...

- Oby... Inaczej będziemy pierwszymi w historii Biegaczami-Wraith - wysyczał ponownie starszy oficer i podszedł do DHD. - Otwieraj - fuknął.

Lostpath bez słowa wskoczył do myśliwca i wystukał adres na panelu kontrolnym.

Metalowy okrąg ponownie zaczął się aktywować.

- Ona nie była z Fallen, sir - powiedział do swego przełożonego, a ten spojrzał na niego. - Myślę, że może być jednym z New Lantean lub ich sojusznikiem. Zna naszą technologię. Bez problemu pilotowała myśliwiec i wybierała adresy wrót. Zgubiłem ją, ponieważ wybrała planetę z wrotami na orbicie… Zabrałem myśliwiec z naszej bazy na Kessel, ale nie znalazłem jej. Musiała polecieć już dalej… Sir, myślę że może właśnie dlatego New Lantean tutaj przybyli. Może jej szukali - zasugerował.

Wildmist nie odpowiedział od razu, jakby zastanawiając się nad czymś.

- Ja w pierwszej chwili sądziłem, że może to być Czciciel - odparł w końcu. - Ale przyznaję, że twoja teoria może być trafniejsza - przerwał na moment. Tunel właśnie się ustabilizował, więc oficer ruszył w jego stronę. - Na razie ją znajdź, zanim Darkspace się dowie. Później będziemy się martwić o resztę - dodał i wszedł w horyzont zdarzeń.

Młody oficer patrzyła, jak jego przełożony znika wewnątrz energetycznego tworu, a kiedy wrota zgasły, ponownie wybrał adres.

Złapanie tej ludzkiej samicy będzie jego ostatnią szansą na zmycie z siebie hańby.

.

.

Było wczesne popołudnie, kiedy drużyny pułkownika Shepparda i majora Lorne'a dotarły do głównej bramy Vallen.

Z zewnątrz miasteczko przypominało jedno ze starych, europejskich miast otoczonych wysokim murem. Zresztą, tutejsze zabudowania i brukowane uliczki, także idealnie pasowały do scenerii takich miejsc. Nawet stroje mieszkańców podkreślały ten że klimat.

Na widok przybyszy znajdujące się akurat najbliżej bramy osoby wycofały się w głąb głównej ulicy, z trwogą przyglądając się uzbrojonemu oddziałowi.

- Ratusz jest przy głównym placu - poinformował major i ruszył przodem.

- Chyba niezbyt cieszy ich nasze przybycie - zauważył kąśliwie Sheppard.

- Wczoraj cudem uniknęli Żniw Wraith - odparła spokojnie Teyla.

- My nie jesteśmy Wraith.

- Ale jesteśmy tymi, którzy prowokują Wraith… Już zapomniałeś jak nazywano nas na Otores? Coraz więcej społeczności w tej galaktyce uważa że jesteśmy jak magnez na Wraith…

- Teyla Emmagan? - przerwał jej kobiecy głos.

Cała grupa zatrzymała się, spoglądając w prawo, gdzie przed jednym z domów stała starsza kobieta w długiej, bordowej tunice i wąskich spodniach.

Mieszkanka Vallen była szczupła i średniego wzrostu. Jej długie włosy zdobiły pasemka siwizny, lekko wyróżniające się na tle ciemnoblond koloru. Spięte niezdarnie z tyłu głowy, otulały twarz o śniadej karnacji, chociaż pokryta już sporą kolekcją zmarszczek, wciąż wydawała się być łagodna i pogodna, a w dużych, zielonych oczy wciąż płonął żar.

Ruszyła powoli w kierunku przybyszy, przyglądając się im bacznie.

- Córka Tagan Emmagan z Athos?

- …Tak - odpowiedziała po krótkiej chwili, nieco zaskoczona.

- Jesteś podobna do matki - rzekła Miriam z lekkim uśmiechem. - Poznałam ją wiele lat temu, kiedy byłaś jeszcze bardzo mała - dodała, zatrzymując się przed nimi. - Jestem Miriam Lafernan - przedstawiła się i przerwała na moment, spoglądając wprost na majora. - Jeśli szukacie informacji o waszej przyjaciółce, to marnujecie czas. Wraith nie pokazali się już tutaj więcej.

- Właściwie to przyszliśmy zapytać o Kate Harrigan - wyjaśnił oficer i zerknął na stojących w pobliżu mieszkańców osady. - Chociaż obawiam się, że teraz tym bardziej nie będziecie chcieli o niej rozmawiać.

- Dlaczego ona tak was interesuje? Nie jest jedna z was.

- Ale wiele o nas wie. A moi przyjaciele spotkali ją… to znaczy prawie… Trafili na planetę, na której Wraith przygotowują Biegaczy do ich roli. Natknęli się tam na człowieka, który zna Kate… Szkolił ją na Biegacza, Miriam.

Kobieta nie odpowiedziała od razu, jakby zastanawiając się nad czymś przez moment.

- Zapraszam do mnie - powiedziała, gestem ręki wskazując swój dom. - Tam porozmawiamy o tym w spokoju - dodała i ruszyła przodem.

Przybysze ruszyli za nią, zerkając na wciąż obserwujących ich z uwagą mieszkańców Vallen. Niektórzy z nich szeptali coś między sobą, ale nikt nie podszedł bliżej.

Miriam weszła do kuchni i wskazała na krzesła wokół stołu, po czym sama usiadła na jednym z nich.

- Zastanawiało nas dlatego Dowódca Wraith był taki wściekły na wieść o zabraniu Kate podczas Żniw na Feros - powiedziała w końcu. - A także czego mogą od niej chcieć i skąd o niej wiedzą. I wtedy przypomniałam sobie, że już kiedyś widziałam ich Dowódcę. Miałam wtedy jakieś dwanaście lat… Spotkałam go w lesie. Zignorował mnie, ponieważ byłam dzieckiem. Pamiętam, że skręcił za skałę i dosłownie zniknął… Kate wspominała, że Wraith mają technologię maskującą.

- Tak. Nazywamy to hologramami - wtrącił McKay. - Już kiedyś spotkaliśmy się z tą technologią. Hologram wyglądał jak lita skała i maskował wejście do laboratorium… - pstryknął palcami. - Może ten Wraith też tutaj takie ma - zasugerował, spoglądając na pozostałych.

- Doktor McKay, prawda? - spytała kobieta, a naukowiec spojrzał na nią zaskoczony. - Kate wspominała o panu. Podobno jest pan bardzo utalentowanym naukowcem… Myślę, że mielibyście wiele wspólnych tematów. Tutaj nikt nawet w części nie rozumiał tego, o czym ona mówiła - przypomniała sobie z lekkim rozbawieniem, ale zaraz potem jakby posmutniała.

- Jest naukowcem? - spytał Rodney.

- Tak. Zna się na wielu rzeczach… Pomagała nam w modernizacji osady. Oczywiście na tyle, aby nie zaniepokoiło to Wraith. Niszczą ludzkie społeczności, które mogą im zagrażać.

- Tak, wiemy o tym… Czy wiecie skąd pochodzi Kate? - zapytał. - Może udałoby się nam znaleźć jej ludzi, a oni mogliby pomóc w jej poszukiwaniach…

- Miejsce, z którego pochodzi Kate, znajduje się bardzo daleko stąd i nie można się tam dostać… Przynajmniej nie na razie. Potrzebne jest do tego specjalne urządzenie, które jej koledzy zabrali ze sobą, wracając tam.

- Było ich więcej?

- Tak… Poza Kate była jeszcze czwórka. Ale tylko ona została. Musiała, aby pozostali mogli wrócić do domu.

- W takim razie może moglibyśmy jej w tym pomóc… W naszym mieście mamy bardzo zaawansowana technologię.

- Ona także się nad tym zastanawiała - przyznała Miriam. - Opowiadała nam o waszym wspaniałym mieście. I że kiedyś zamieszkiwali je Przodkowie.

- Właśnie… Skoro o tym mowa, to my właściwie w tej sprawie - wtrącił John. - Podobno wasza nowa przyjaciółka bardzo wiele wie o nas. A my jesteśmy bardzo ciekawi skąd… Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale osoba spoza Atlantydy z taką wiedzą to dla nas spore zagrożenie.

Kobieta uśmiechnęła się lekko.

- Proszę się nie martwić, pułkowniku Sheppard. Jestem pewna, że Kate nie powie o was nikomu niepożądanemu - zapewniła go. - Jest w pełni świadoma jak niebezpieczna może być jej wiedza w niepowołanych rękach…

Przerwała. Ktoś wszedł do domu tylnym wejściem, a po chwili do kuchni wbiegły wesoło dwa psy. Na widok całej grupy gości, jeszcze szybciej zaczęły merdać ogonami, łasząc się do każdego.

- Babciu?! - odezwał się z głębi domu młody, kobiecy głos.

- Jestem w kuchni!

- Mówię ci, że ten Wraith ma laboratorium w lesie, o jakim opowiadała Kate! - zawołała Mili, zdejmując buty. - A ona o tym wiedziała!... Psy znowu zatrzymały się przy skale i drapały w nią pazurami. Tak jak wtedy, kiedy chcą, aby je wypuścić z domu… - dodała, wchodząc do pomieszczenia. Przerwała jednak, zatrzymując się gwałtownie na widok sporej grupy. - Co oni tutaj znowu robią?

- Spotkali Kate na innej planecie i chcieli czegoś więcej się o niej dowiedzieć - odparła jej babka.

Na te słowa dziewczyna otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia.

- Widzieliście Kate? Co z nią? Dlaczego nie wraca?...

- Ponieważ jest Biegaczem, Mili - wyjaśniła z nuta smutku starsza kobieta.

Tym razem jej wnuczka niemal zbladła, patrząc na zebranych z niedowierzaniem… i rezygnacją.

.

.

Rozmowa była długa i pełna niespodzianek.

Nikt z pośród przybyszy z Atlantydy nawet nie spodziewał się usłyszeć tego, co w końcu zdecydowały się im wyjawić dwie kobiety.

Do tej pory brali pod uwagę różne hipotezy na temat Kate Harrigan: że pochodzi z jednej z wysoko rozwiniętych społeczności ukrywających się przez Wraith, o których wspomniała im kiedy Elizabeth Weir; że być może jest kimś z Ziemi wysłanym do Pegaza na tajną misję. A nawet brali pod uwagę możliwość iż jest jednym ze Starożytnych lub ich potomkiem. Szczególnie po informacjach na temat jej niezwykłych zdolności… Ale żadne z nich nawet nie pomyślało o jeszcze jednym wariancie: o przybyszu z innego wymiaru.

A przecież mieli już styczność z takimi przypadkami.

Lecz to, co zaskoczyło ich najbardziej, dotyczyło źródła wiedzy Kate na temat ekspedycji z Atlantydy: telewizyjny serial opowiadający o ich przygodach.

Długotrwałą ciszę, która potem zapadła, przerwało dopiero pojawienie się burmistrza miasta. Starszy, chudy i siwiejący mężczyzna wydawał się być niezadowolony z obecności przybyszy, kiedy prosił Miriam aby porozmawiała z nim na zewnątrz.

Pozostawiona w kuchni grupa nie słyszała o czym rozmawiali - para stała zbyt daleko od domu. Jednak po wyrazie twarzy i gestach mężczyzny domyśleli się, że nie są już tutaj mile widziani. A mimo to zdawało się, że kobieta zdołała jakoś załagodzić sytuację i uspokoić burmistrza Vallen, który w końcu skinął tylko lekko głową i odszedł.

Miriam wróciła do domu za stoickim spokojem na twarzy, by wrócić do rozmowy z gośćmi…

Teraz, godzinę po zakończeniu spotkania, kiedy wędrowali leśną drogą w kierunku tajemniczej skały, wciąż analizowali w myślach i między sobą zdobyte informacje. I wciąż trudno było im w to wszystko uwierzyć.

Zaraz po rozmowie jednomyślnie uznali, iż zbadają miejsce o którym wspominały obie kobiety. Mieli zamiar dostać się do środka dzięki Teyli. Być może znajdą tam odpowiedź na niektóre nurtujące ich pytania.

Ich przewodniczką została Mili w asyście dwóch psów, krzątających się pomiędzy członkami grupy. Jednak gdy tylko minęli ostatni zakręt, oba husky wyprzedziły wszystkich, ruszając szybko drogą.

Kiedy ludzie dotarli w końcu na miejsce, oba psy stały już przed skałą, merdając wesoło ogonami i pojękując w ten śmieszny sposób, charakterystyczny dla przedstawicieli ich rasy.

- Miałaś rację - stwierdził ciemnoskóry porucznik z oddziału majora. - Musiały tutaj już być… i to kilka razy. Doskonale znają drogę i wiedzą gdzie się zatrzymać.

- Raz zniknęły na parę godzin, kiedy jeszcze była Kate - powiedziała Mili, wpatrując się w lita skałę. - To było na dzień przed jej zabraniem… Nie przejęła się tym, ponieważ nie ma tutaj żadnej dzikiej zwierzyny, poza ptakami i drobnymi gryzoniami… Zresztą mruknęła coś, że wie gdzie poszły.

- Chcesz powiedzieć, że lubią tutaj przychodzić? - parsknął McKay.

- Husky są bardzo towarzyskie. Lubią każdego - odpadł porucznik. - Ale gdyby ten Wraith źle je traktował, nie zachowywałyby się w ten sposób - wskazał dłonią na psy. - Mój, na przykład, omijał szerokim łukiem sąsiada, który wrzeszczał na każdego, kto przechodził obok jego domu z psem.

- Poza murami Vallen żyje kobieta, która przegania zawsze dzieciaki przechodzące przez jej ogród... Psy już zaczynają jej unikać, ponieważ nas także pogoniła już kilka razy… A ma bardzo doniosły głos - zachichotała Mili.

- Ale za to trafił się wam pso-lubny Wraith - zadrwił Sheppard, badając skałę. - Teyla? Spróbujesz?

- Oczywiście - odparła spokojnie i także podeszła do kamiennej ściany.

Ta zafalowała delikatnie pod dotykiem jej dłoni i wtedy kobieta zrobiła krok na przód, przenikając przez holograficzna zaporę. Chwilę później skała zamigotała i zniknęła, ujawniając wnętrze jaskini.

Psy od razu wbiegły do środka bezpardonowo, jakby były tutaj stałymi bywalcami.

Grupa weszła za nimi ostrożnie.

Podłużne, pełne najróżniejszych urządzeń pomieszczenie, oświetlały ciemnożółte lampy z kilku organicznych kolumn stanowiących jednocześnie konstrukcję nośną kamiennych ścian. Miedzy nimi, na licznych pułkach, ułożone były niewielkie przyrządy i naczynia. Pośrodku stał rodzaj stołu o twardym, gładkim blacie zakończonym czymś, co przypominało kształtem pulpit sterowania Wraith.

- Lepiej wyposażone niż tamto - stwierdził w końcu McKay.

- Może powinniśmy sprowadzić tutaj doktora Becketa? - zasugerował Lorne. - Ma doświadczenie z laboratorium Wraith.

- Najpierw sprawdźmy co tutaj w ogóle jest - odparł Sheppard. - Może na początek uda nam się zgrać jakieś dane… Ze słów Mili wynika, że ten Wraith pojawia się tutaj dosyć często. Wolałbym nie ryzykować spotkania z nim - niemal mruknął, przechodząc dalej.

Niemal na końcu groty znajdowało się przejście do kolejnego pomieszczenia. Tam również ściany wypełniały półki z różnymi urządzeniami i naczyniami, a pośrodku stał stół i krzesło.

Jeden z psów wciąż obwąchiwał tutejsze zakamarki, podczas gdy druki najspokojniej w świecie rozłożył się pod stołem.

- Chyba czują się tutaj jak w domu - parsknął John.

- Trochę to… przerażające - odparł Ronon, krzywiąc nieco usta zdegustowany.

- Kate mówiła, że w jej kraju jest takie powiedzenie: jaki pan taki kram - wtrąciła spokojnie Mili. - Te psy idealnie do niej pasują. Cała trójka jest kompletnie bezstresowa.