Rozdział 16

Planowanie.

Antuaneth zatrzymała się przed drzwiami kwatery Dowódcy hive i wstukała na panelu kontrolnym kod pozwalający jej wejść do środka o każdej porze.

To był jej przywilej. W prawdzie nigdy nie została oficjalnie uznana za jego Aliqtar, ale mimo to cieszyła się pełnymi prawami Osobistego Czciciela Dowódcy i miała swobodny dostęp do jego kwatery.

Drzwi rozsunęły się przed nią, odsłaniając pogrążone w półmroku pomieszczenie. Wchodząc do środka, nie dostrzegła tam jednak nikogo. Jej uwagę przykuła natomiast niebiesko-fioletowa, delikatnie przeźroczysta membrana rozciągnięta pomiędzy nieregularnym szkieletem zagradzającym przejście z pokoju do łazienki. Ponownie dotknęła panelu w ścianie i przesłona błyskawicznie wycofała się.

Do jej uszu natychmiast dobiegł dźwięk wody tryskającej z prysznica na podłogę. Uśmiechnęła się lekko i weszła do środka. W bocznej wnęce stał wysoki Wraith, opierając się rękoma o ścianę, a po jego nagim ciele ozdobionym tatuażami spływały strugi wody.

Podeszła do niego, by delikatnie musnąć dłonią jego plecy. Drgnął, wyraźnie wyrwany z rozmyślań i zerknął na nią.

- Czego chcesz? - zapytał oschle.

- Wydajesz się być spięty - powiedziała i musnęła ustami jego ramię. - Pomogę ci się odprężyć - dodała, zerkając na niego uwodzicielskim wzrokiem.

- Odejdź… Nie potrzebuję cię - odparł tym samym tonem co wcześniej.

- Jesteś pewny, mój Dowódco?...

- Ogłuchłaś nagle?! - warknął groźnie, odwracając się do niej ze wściekłością. - Powiedziałem odejdź, człowieku!

Kobieta cofnęła się, wystraszona i jednocześnie zdezorientowana. Jeszcze nigdy wcześniej nie zachował się tak wobec niej. Do tej pory jej uwodzicielskie sztuczki zawsze skutkowały, a ona była w stanie ostudzić jego gniew. Sprawić, aby skierował go w innym kierunku. Lecz najwyraźniej tym razem stało się coś, co wyjątkowo wytrąciło go z równowagi, uznała.

Już od powrotu ze Żniw na Vallen widziała, że jest wściekły. Na tyle, aby być nieprzyjemnym nawet dla swojego wuja, co niezmiernie rzadko mu się zdarzało, pomyślała. Dlatego też przyszła dopiero teraz. Chciała aby trochę ochłonął. Znała go na tyle dobrze, aby wiedzieć, że w pewnych sytuacjach należy pozostawić go w spokoju, zanim się nie uspokoi. Chociaż zazwyczaj był opanowany, to jednak bywały sytuacje, kiedy pozwalał sobie na upust swojemu gniewowi.

Tak jak najwyraźniej zrobił to tym razem, pomyślała i tylko skinęła posłusznie głową, po czym wyszła, pozostawiając go samego.

Wildfire warknął pod nosem, niezadowolony i wrócił pod strumień wody wydobywający się z ozdoby umieszczonej tuż pod sufitem wnęki. Znów oparł dłonie o ścianę, pozwalając aby woda spływała po jego ciele. Pojawienie się Aneth wyrwało go z rozmyślań nie tyle na temat Vallen, czy też komplikacji w jego planach co do udoskonalenia hive, a spowodowanych zniknięciem Harrigan… co bardziej o niej samej.

Od ich ostatniego, bezpośredniego spotkania minęły w prawdzie aż dwa tygodnie, ale wciąż z jakiegoś powodu nie potrafił wyzbyć się myśli o niej, zaprzątających nieustannie jego umysł… i rozpraszających go. Wciąż też pamiętał jej zapach, z niezrozumiałych dla niego przyczyn inny od ludzkiego zapachu, jaki znał. Stonowany i jednocześnie przyjemny dla jego wyostrzonego zmysłu powonienia, bardziej przypominał mu zapach samic Wraith niż ludzi, stwierdził z zaskoczeniem.

Ale dlaczego, skoro w jej DNA nie wykrył żadnych genów Wraith?

Czy mogło to być spowodowane jej stopniem rozwoju, czy tez był to zwykły przypadek?

Tak czy owak myśli o niej wciąż powracały… chociaż za każdym razem usilnie starał się je odganiać od siebie.

Pamiętał nawet jej łagodny uśmiech, chociaż widział go jedynie z daleka, kiedy przypadkiem natknął się na nią na łące, po ich ostatnim spotkaniu. Nie widziała go jednak. Obserwował ją z ukrycia, patrząc jak rozmawia ze swoja przyjaciółką i bawi się z psami.

W tamtej chwili wydawała się być zupełnie inną osobą, zupełnie pozbawioną swojej ironii, pomyślał wtedy. Spokojną, wręcz łagodną. Śmiejącą się bez krzty złośliwości, jak zwykły człowiek.

I ku swojemu zaskoczeniu zaczął się zastanawiać czy w jego obecności także mogłaby się tak zachowywać. Kiedyś, pewnego dnia. Kiedy przywyknie do jego obecności…

A potem szybko odsunął od siebie te myśli, poirytowany faktem, że w ogóle się nad tym zastanawiał… Tak samo jak teraz był zły, że te wspomnienia znów całkowicie zaprzątały jego umysł.

Wspomnienia o tamtych rozważaniach… jak i wspomnienie jej twarzy i uśmiechu.

Jako Dowódca hive nie może sobie bowiem pozwolić na takie rozkojarzenie. To mogłoby mieć negatywny wpływ na jego zdolność oceny sytuacji i tym samym tragiczne konsekwencje dla całego statku.

Ale być może wynikało to z presji. Miał bowiem niewiele czasu na to, aby znaleźli Harrigan zanim zrobi to Darkspace i jego ludzi, pomyślał. A stawka była wysoka. Ten idiota przypuszczalnie nawet nie ma pojęcia na kogo poluje, stwierdził… i uśmiechnął się z satysfakcją na myśl o tym, jak ta ludzka samica potraktuje Łowców, używając swoich zdolności.

.

.

Drzwi prowadzące na mostek rozsunęły się przed Darkspace i Wraith wkroczył dumnie do pomieszczenia. Szybkie skinienie głowa wystarczyło jednemu z jego oficerów, aby ten przywrócił łączność z hive, który ich wywoływał. Na organicznym ekranie pojawiła się znajoma twarz - Thunderstone.

- Myślałeś, że się nie dowiem? - warknął od razu wyraźnie wściekły. - Natychmiast odwołaj swoich ludzi, albo załatwimy to w inny sposób.

- Nie wiem o czym mówisz…

- Nie szydź ze mnie, Darkspace - przerwał mu, nie zmieniając tonu głosu. - Mam zdecydowanie więcej cierpliwości, niż Fireball, ale nie jestem idiotą… Rozpocząłeś Łowy za moimi plecami.

- Zapewniam cię, że to nieporozumienie… Samica była szkolona na Biegacza, kiedy pojawili się New Lantean i pomogli jej uciec - wyjaśnił, również nieco poirytowany. - Zabrali także mojego najlepszego trenera… Wiem, że się rozdzielili, dlatego jeden z moich oficerów ruszył w pościg, aby sprowadzić samicę… Chyba nie sądzisz, że ja jestem aż tak głupi, aby ryzykować konflikt z tobą? - zapytał, już spokojniejszym tonem.

- Oby… Dla twojego własnego dobra - wycedził przez ostre zęby Thunderstone. - Czy jej nadajnik podprzestrzenny wciąż działa?

- Tak…

- Odwołaj więc swojego człowieka. Nie musi jej sprowadzać… To będzie dodatkowe wyzwanie - dodał z wyraźna satysfakcją.

- W istocie, to ciekawy pomysł - przyznał.

Jednak jego rozmówca uśmiechnął się tylko kąśliwie i ekran zgasł.

Dowódca spojrzał na swojego Pierwszego Oficera.

- Odwołaj Lostpath - syknął, wciąż wyraźnie zły.

- Tak, sir - skinął posłusznie głową i zawahał się na moment. - Sir? Czy nasza współpraca z Thunderstone jest naprawdę konieczna? Mamy wystarczająco bogate Żerowiska.

- W dzisiejszych czasach do przetrwania trzeba czegoś więcej niż tylko dobrych Żerowisk. Wszyscy tworzą sojusze. Pojedynczy, niezrzeszony hive, jak nasz, ma marne szanse - wyjaśnił, po czym opuścił mostek.

Nie tylko jego oficerowie mieli wątpliwości co do połączenia sił z Thunderstone… Ale jako Dowódca nie miał większego wyboru.

Mało który sojusz przyjąłby hive pełen Łowców.

A on już dawno odwykł od przyjmowania rozkazów.

.

.

Kobieta zamrugała i jęknęła cicho.

Z trudem otworzyła oczy. Powieki zdawały się być ociężałe, a na dodatek całe jej ciało przeszywał ten nieprzyjemny ból.

Rozejrzała się. Leżała na twardym materacu drewnianego łóżka, a wokół panował półmrok, rozjaśniany jedynie przez punktowe światła umieszczone wysoko nad nią.

Usiadła powoli i oparła na dłoniach.

I wtedy nagle przypomniała sobie co się stało. Miasteczko i dart.

Rozejrzała się gwałtownie wokół, zatrzymując wzrok na postaci stojącej na drugim końcu pokoju. Niemal wstrzymała oddech, a całe jej ciało przeszył zimny dreszcz, kiedy uświadomiła sobie, że jest to żołnierz Wraith. Ale on nawet nie zareagował na jej ruchy. Po prostu stał tam, w swojej masce, pilnując pojedynczego skrzydła drzwi i trzymając w dłoniach karabin ogłuszający.

Hanna czuła jak serce coraz to mocniej kołacze jej w piersi, a oczami wyobraźni widziała już, jak żołnierz posila się nią… Ale wbrew jej wszelkim obawom on nadal nawet nie drgnął. Niczym angielski gwardzista przed pałacem królewskim, pomyślała. Nie rozumiała tylko dlaczego… I dlaczego jest w tym pokoju zamiast w celi?

Znowu rozejrzała się po pomieszczeniu. Miało prostokątny kształt - około pięć metrów długości i niecałe trzy metry szerokości, stwierdziła. Jednak poza łóżkiem, ustawionym wzdłuż krótszej ściany, nie dostrzegła tam niczego innego.

Podkuliła więc nogi, oplatając je ramionami i czekała… Chociaż zupełnie nie miała pojęcia czego może się

spodziewać. Jeszcze nikt do tej pory nie obudził się na statku Wraith w jednej a ich kajut. Wszystkich zamykano w celach. Dlaczego więc tym razem stało się inaczej?

Co powiedział tamten Wraith?… Aby nauczyła go swojego języka?

Dziwne, pomyślała. Po co Wraith znajomość obcego języka z odległej planety?

To zupełnie nie miało sensu, stwierdziła… i nagle znów zamarła w bezruchu.

Drzwi do pomieszczenia otworzyły się, wpuszczając z korytarza nieco jaśniejszą smugę światła, a wraz z nią kolejnego Wraith. Żołnierz cofnął się na bok, pozwalając oficerowi przejść.

Był wysoki, dobrze zbudowany - chociaż nie aż tak przesadnie jak dron, uznała - a jego długie do pasa, białe włosy wyraźnie kontrastowały z czarnym płaszczem nawet w tym świetle. Zatrzymał się w połowie pokoju, przeglądając się uważnie kobiecie. Jego wzrok był przenikliwy, jakby samym spojrzeniem był w stanie odgadnąć jej najgłębiej skrywane sekrety, pomyślała… i znów poczuła ten chłodny dreszcz przenikający jej ciało.

Rozpoznała go od razu. Był to ten sam Wraith, którego spotkała w Vallen. Dowódca.

Podniosła się powoli z łóżka. Uznała, że tak będzie lepiej. Nie chciała go drażnić. Chciała się tylko stąd wydostać i wrócić na Atlantydę.

- Jak się nazywasz, człowieku? - zapytał ostro gardłowy głos.

- …Hanna… Hanna Leszczyńska - odparła, wystraszona. Jej cichy głos zaskoczył nawet ją samą. - Czego chcecie ode mnie? - spytała, już nieco głośniej. - Nie jestem nikim ważnym…

- Od jutra zaczniesz uczyć mnie twojego języka - przerwał jej oschle, podchodząc bliżej. - Masz na to dwa tygodnie. Jeśli się wywiążesz… będziesz mogła wrócić do swoich.

- Dwa tygodnie?... To niemożliwe. To trudny język. Ma wiele zależności…

- Więc się postaraj - przerwał jej stanowczo, wyraźnie poirytowany. - Pamiętaj, że mogę nakarmić ciebie… lub nakarmić się tobą - wysyczał przez zęby. - To jest twój pokój. Możesz poruszać się po hive, ale zawsze będziesz pilnowana - kątem oka zerknął na żołnierza. - Czy to zrozumiałe?

Odwiedzając różne światy liczyła się z ryzykiem spotkania z Wraith… ale jak do tej pory, szczęśliwym trafem, jakoś udawało się jej tego uniknąć. Aż do teraz... A ten Wraith przyprawiał ją o gęsią skórkę. I to nie tylko dlatego, że w każdej chwili mógł wyssać z niej całe życie, ale bardziej z powodu jego spojrzenia… zimnego i przenikliwego. Ponadto jego wzrost potęgował w niej uczucie maleńkości, kiedy górował nad nią niczym wielki, zimny głaz.

- …Tak - niemal jęknęła potulnie.

- To dobrze - odparł tym samym tonem co dotychczas, po czym spojrzał w stronę drzwi do pokoju.

Pojedyncze skrzydło ponownie się otworzyło, wpuszczając do środka kolejna osobą. Lecz tym razem była to ludzka kobieta w średnim wieku, o szczupłej sylwetce i jasno-brązowej karnacji. Jej głowę spowijały drobne, mocno skręcone loki sięgające ramion, które utrzymywała w ładzie dzięki opasce. Ubrana była w jasnoniebieską tunikę z krótkimi rękawami i wąskie spodnie.

- To jest Uala. Będzie twoim opiekunem. Jeśli spróbujesz jakichś sztuczek, ona za to odpowie - powiedział z szyderczym uśmieszkiem na ustach. - Innymi słowy, jej życie leży w twoich rękach… Hana - dodał, przysuwając swoją twarz bliżej jej.

Kobieta otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia i nieco spanikowana jego bliskością, a potem zerknęła na Czcicielkę. Ta stała spokojnie, jakby nie reagując zupełnie na słowa Wraith. Zapewne nawet nie mogłaby sobie na to pozwolić, pomyślała z goryczą Hanna.

- Nie możesz… Nie możesz karać jej za moje przewinienia - próbowała zaprotestować, jednak jej głos niemal załamał się.

Była zbyt wystraszona, aby reagować bardziej zdecydowanie.

- Ależ mogę - odparł szyderczo i ruszył w kierunku drzwi. - Mój statek i moje zasady… Pamiętaj o tym… człowieku - dodał nieco pogardliwym tonem i wyszedł na korytarz, a żołnierz za nim.

Leszczyńska spoglądała za nimi, a kiedy drzwi zamknęły się, jej wzrok spoczął na Uali.

Ta uśmiechnęła się tylko i podeszła bliżej.

- Dowódca polecił mi wyszukanie dla ciebie rzeczy, których będziesz potrzebowała - powiedziała uprzejmie miłym, melodyjnym głosem. - Czy masz jakieś szczególne życzenia?

- Nie - niemal szepnęła, zrezygnowana. - Co on ze mną zrobi? - spytała.

- Niestety Dowódca nie wtajemniczył mnie w powody, dla których tutaj jesteś. Ale jeśli będziesz wypełniać jego polecenia, nic ci się nie stanie - zapewniła. - Chodź. Zaprowadzę cię do naszej jadalni. Zapewne jesteś głodna - dodała i podeszła do drzwi, aby je otworzyć dzięki panelowi kontrolnemu.

Hanna zawahała się w pierwszej chwili, ale zaraz potem podążyła za swoja opiekunką.

- Mam nauczyć go mojego języka… W dwa tygodnie - oznajmiła, lekko zrezygnowana, kiedy obie ruszyły

długim korytarzem wzdłuż którego usytuowanych było kilkanaście drzwi takich, jakie prowadziły do jej pokoju. - To niemożliwe. Mój język jest trudny.

- Wraith uczą się znacznie szybciej niż ludzie - wyjaśniła spokojnie Uala. - Jestem pewna, że podołasz temu zadaniu… Nasz Dowódca jest srogi, ale dotrzymuje danego słowa.

- Obyś miała rację - jęknęła. - Co to za miejsce? - zainteresowała się.

- Jeden z segmentów z kwaterami Czcicieli… Moja kwatera jest tuż obok twojej, gdybyś czegoś potrzebowała - poinformowała niezmiennie uprzejmym głosem. - Później pokażę ci gdzie możesz się umyć. Mamy wiele różnych olejków do kąpieli, jeśli lubisz.

Kobieta chciała jeszcze o coś spytać, kiedy drzwi z podwójnymi skrzydłami rozsunęły się i obie weszły do dużego pomieszczenia pełnego stołów, krzeseł i ławek. Najwyraźniej była to pora posiłków, gdyż niemal wszystkie miejsca były zajęte.

Uala skierowała się ku odległej części jadalni, gdzie zza długiej lady kilkoro osób wydawało właśnie posiłki.

- Macie tutaj dzieci ? - spytała z niedowierzaniem, kiedy trójka pięciolatków przebiegła tuż obok.

- Tak. Ogółem dziesięcioro… Czasami Wraith pozwalają na to, chociaż zazwyczaj Czciciele, którzy chcą mieć potomstwo, odsyłani są na planety do naszych osad.

- Ilu was tutaj jest? - spytała w końcu.

- Kilkaset… Ale nie pamiętam dokładnej liczby - odparła i podała jej miskę z posiłkiem.

Hanna zerknęła do środka. Konsystencja i wyglądem przypominało jej to leczo.

.

.

Rodney McKay wszedł do laboratorium i zatrzymując się przed biurkiem przyjaciela, zaczął wpatrywać się w niego wyczekująco.

Carson spojrzał na niego powoli zza laptopa.

- Tak, Rodney? - zapytał w końcu lekarz.

- Co znaleźliście?

- Od kiedy tak interesują cię wyniki badań medycznych? - odparł nieco rozbawiony Szkot.

- Jenn wspomniała, ze porównywaliście wyniki badań DNA tej kobiety z moimi, kiedy byłem… super Rodneyem.

- Więc zapewne wiesz już wszystko, a przez ostatnie pół godziny nie odkryłem niczego nowego w tej kwestii… Bardzo interesujące są natomiast wynika badań tego Wraith nad hoffańską zarazą…

- Tak, tak. To zapewne bardzo interesujące - przerwał mu, zniecierpliwiony. - Czyli ta kobieta także jest… super geniuszem? Z różnymi mocami?

- Tak, Rodney. Powinna być jak ty, kiedy zacząłeś przejawiać różne zdolności PSI.

Mężczyzna uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem.

- Mieszkańcy tej osady… - pstryknął palcami, nie potrafiąc przypomnieć sobie nazwy.

- Vallen…

- Mniejsza o to… wspominali, że potrafi wytwarzać ładunki elektryczne i kumulować energię w formie kuli. Dlatego nazywali ją tym…

- Avatarem…

- No właśnie. Sądzą, że jest jednym z Pradawnych…

- Tak, wiem Rodney. Także o tym słyszałem - przypomniał mu Beckett, ale naukowiec zignorował zupełnie jego uwagę.

- Zastanawiam się czy to możliwe, skoro pochodzi z tak odmiennego od naszego wymiaru.

- Trudno powiedzieć. Dopiero zaczęliśmy analizować zebrane przez tego Wraith dane. Program właśnie porównuje je dokładniej z wynikami twoich badań po tym, jak zostałeś poddany działaniu maszyny do ascendenci, a także z próbkami DNA Pradawnych, jakie posiadamy - poinformował go spokojnie. - Ponad to, po informacjach uzyskanych od mężczyzny, któremu Kate pomogła uciec z hive, zleciliśmy komputerowi dodatkową analizę próbki jej DNA pod kątem podobieństwo fragmentów jej DNA do DNA Wraith, jakie wykryliśmy u Teyli…

- Spodziewasz się znaleźć w jej DNA fragmenty DNA Wraith? - spytał z lekkim powątpiewaniem.

- Kaleb wspomniał, że potrafiła otworzyć cele na hive siła umysłu i pilotować darta - przypomniał mu. - Jak

słusznie zauważyła Teyla, do tej pory sądziliśmy że potrzebny jest do tego Wraith odpowiednik genu ATA Pradawnych. Stąd moja sugestia, aby przeanalizować DNA Kate właśnie pod tym kątem.

- Tak, rozumiem. Jest tylko jeden, mały problem: pamiętaj, że w jej świecie Wraith to tylko fikcja. Podkreślam tutaj słowo: TYLKO… Widocznie na tym poziomie rozwoju możliwe jest obejście problemu z genem ATA. Szczególnie, że ten cały… Jak mu tam?

- Kaleb…

- Właśnie… sam powiedział, że początkowo Kate miała spore problemy z otworzeniem celi i… dostrojenie się jakoby do częstotliwości działania ich urządzeń zajęło jej trochę czasu.

- Tak, przyznaję, że to także jest możliwe - odparł spokojnie Szkot. - Mimo wszystko nie zaszkodzi sprawdzić, skoro i tak przeprowadzamy szczegółową analizę jej DNA… Słyszałem natomiast, że podobno Ziemia jest bardzo zaintrygowana informacjami na temat Kate.

- Delikatnie powiedziane… Woolsey właśnie skończył z nimi rozmawiać i jak ujął to Sheppard: podjarali się jak małe dziecko na myśl o górze cukierków - niemal parsknął McKay.

- No cóż, nie często mamy możliwość kontaktu z osobami z innego wymiaru. Tym bardziej naukowcami z rozległą wiedzą.

- Obawiam się jednak, aby ich zainteresowanie osobą Harrigan nie miało na celu zamknięcie jej w strefie 51 i zmuszeniem do współpracy - odparł pesymistycznie. - A może nawet przeprowadzaniu na niej kolejnych testów innych niż tylko analizy próbek DNA.

- Nie sądzę, Rodney, aby posunęli się do tego…

- Czyżby? Nie pamiętasz już raportu Carter na temat jej… wycieczki do innego wymiaru? Także zmusili ją aby dla nich pracowała - rzucił z nutą ironii. - A po doświadczeniach z naszego miesięcznego pobytu na Ziemi, wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby z nią postąpiono tak samo… Przypominam ci co chcieli zrobić z Toddem.

- To trochę inna sytuacja. Jest przedstawicielem wrogiej rasy…

- A Harrigan zmutowanym człowiekiem z innego wymiaru… Nikt nie będzie się domagał jej uwolnienia, ponieważ nikt nawet nie będzie wiedział, że istnieje.

- Woolsey myśli podobnie - odezwał się niespodziewanie kolejny męski głos i obaj naukowcy spojrzeli na zbliżającego się do nich pułkownika. - Obawia się, że IOA będzie chciało położyć na niej swoje zachłanne macki… Nawet za plecami SGC - dodał John.

- Mogą tak? - zdziwił się Carson.

- Według Woolseya tak. Pamiętaj doktorku, że bardzo dobrze zna ich metody działania. W końcu kiedyś był jednym z nich.

- Teraz już pan o nim tak nie myśli, pułkowniku? - zapytał lekarz nieco podchwytliwie.

- No cóż, wielokrotnie udowodnił już, że jest po naszej stronie, więc… jest już jednym z nas - skwitował najspokojniej w świecie.

- A co zamierza w związku z Kate? - zainteresował się Beckett. - Trudno będzie ja odnaleźć, skoro została Biegaczem, a na dodatek szukają jej Wraith... Nawet jeśli wykorzystamy do tego celu program Rodneya lokalizujący częstotliwości nadajników podprzestrzennych…

- Niekoniecznie - przerwał mu naukowiec, pstrykając palcami. - Mogę dopisać program, który wyodrębni nowe sygnatury i będzie je śledził.

- To możliwe? - zapytał z wyraźnym zaintrygowaniem John.

- Gdyby nie było, nie wspominałbym o tym.

- Więc zrób to - polecił. - A ja uruchomię dodatkowo nasze stare źródło informacji.

- To znaczy?

- Woolsey polecił odmrozić Todda, żeby popytał wśród swoich - wyjaśnił, ruszając w kierunku wyjścia z laboratorium.

- Nie wystarczy mój program?

- Im więcej mamy możliwości, tym szybciej znajdziemy ta kobietę - skwitował i zniknął za rogiem, kierując się do najbliższego transportera.

Drzwi niewielkiego pomieszczenia rozsunęły się przed nim, a kiedy wszedł do środka, wybrał na ekranie miejsce docelowe, gdzie natychmiast przeniosła go wiązka światła.

Ten sektor miasta był niemal opustoszały. Mało kto tutaj przychodził. Czasami tylko pojawiali się tutaj naukowcy lub technicy, przeprowadzający kolejne analizy systemów. I on… chociaż sam nie miał pojęcia dlaczego to robi.

Może dlatego, że w głębi duszy zastanawiał się czasami nad sensem dalszego trzymania Wraith w komorze kriogenicznej, skoro już od kilku dobrych miesięcy są w Pegazie. A tam, wśród swoich, mógłby być o wiele bardziej przydatny dla Atlantydy… szczególnie po ostatnich doniesieniach o ponownym zjednoczeniu się Wraith. A przynajmniej sporej części z nich.

Wciąż bowiem uważany był za jednego z Dowódców Sojuszu młodej Królowej, w której rolę wcieliła się kiedyś Teyla. A bez wsparcia Todda, ich wpływ na działania owego Sojuszu może okazać się niewielki. O ile w ogóle będą mieli jeszcze coś do powiedzenia po tak długim czasie, stwierdził i podniósł jeden z pistoletów ogłuszających Lantean, leżący na półce obok komory.

John dobrze pamiętał w jakim stanie był Wraith, kiedy umieszczali go w tej lodówce i wolał nie ryzykować, że rzuci się na niego zaraz po przebudzeniu.

- Odmrażaj go - odezwał się niespodziewanie za jego plecami Ronon. - Mam go na muszce.

Pułkownik spojrzał za siebie, aby zobaczyć Satedanina z uniesionym pistoletem.

- Najpierw przełącz na ogłuszanie - odparł z nuta ironii. - …Ronon?

Mężczyzna skrzywił się, niezadowolony i równie niechętnie wykonał jego polecenie.

- Tak lepiej. Pamiętaj, że potrzebny jest nam żywy - dodał i dotknął panelu kontrolnego komory kriogenicznej, uaktywniając proces wybudzania Wraith.

Delikatnie niebieska, przeźroczysta masa przypominająca bryłę lodu, zaczęła się cofać, odsłaniając coraz to większą cześć ciała Todda, aż w końcu zupełnie ustąpiła, uwalniając go ze swoich oków.

Dowódca mrugnął raz… a potem osunął się na podłogę, ledwie przytomny.

Sheppard i Dex stanęli nad nim, mierząc do niego ze swojej broni.

- Witaj z powrotem… śpiąca królewno - parsknął pułkownik.