Rozdział 17
Kolejny świat - ten sam Wraith.
Wrota aktywowały się i samotny dart wyłonił się z ich wnętrza, by wznieść się zaraz ku górze.
Kate spojrzała w bok, przez powłokę kokpitu, na rozciągające się w dole widoki: zniszczone miasto, przypominające architekturą początki dwudziestego wieku na Ziemi.
Kolejna ludzka społeczność obrócona w perzynę na wskutek ataku Wraith.
Może to i lepiej, pomyślała. Przynajmniej nie ściągnie nikomu na głowę Łowców.
Obniżyła lot, szukając dogodnego miejsca na lądowanie. Po chwili jej wzrok przekłuł niewielki rynek pomiędzy kamienicami. Był wystarczająco duży, aby mogła spokojnie na nim wylądować, a jednocześnie kawałek od wrót tak, aby w razie czyjegoś przybycia miała czas na reakcję.
Młody Łowca, który podążał jej śladem od kilku dni, był uparty i obawiała się, że niebawem może odnaleźć jej nowa kryjówkę. Zastanawiała się tylko kiedy dołączą do niego koledzy, namierzając ją dzięki urządzeniu wszczepionemu pod jej skórę. W prawdzie po ucieczce z planety szkoleniowej starała się wyłączyć lokalizator podprzestrzenny w ten sam sposób, w jaki zrobiła to z Thanisem… niestety ból okazał się być zbyt silny i szybko przerywała proces. Przyczepione do jej rdzenia kręgowego urządzenie zdawało się rozprowadzać wytworzone przez nią ładunki elektryczne po całym systemie nerwowym.
A silniejszy ładunek mógł nie tyle pozbawić ją przytomności, co zatrzymać akcję serca. Dlatego też po kilku próbach przestała. Jedynym pocieszeniem okazał się fakt, że urządzenie zaczęło działać wadliwie, ograniczając zasięg działania, lub czasami nawet wyłączając się na jakiś czas. Bransoleta, którą zabrała tamtemu Łowcy, okazała się być naprawdę przydatnym instrumentem w tej kwestii.
Mimo to, wciąż działający lokalizator, uniemożliwiał jej powrót do Vallen. To byłoby zbyt niebezpieczne dla mieszkańców miasteczka. Wciąż zastanawiała się tylko, czy zdołali przekonać Vi, iż jej zniknięcie nie jest próbą uniknięcia wywiązania się z ich umowy.
Zaczynała coraz bardziej żałować, że nie powiedziała o tym Miriam lub Mili…
Osadziła myśliwiec na brukowanym placu i wyłączyła osłonę kokpitu. Podmuch zimnego wiatru uzmysłowił jej, że pochmurny dzień to nie tyle załamanie pogody, co raczej pora roku - późna jesień lub wczesna wiosna, stwierdziła. Albo nawet łagodna zima.
Trudno było jej to stwierdzić nie znając tutejszego klimatu.
Rozejrzała się uważnie wokół. Jednak poza murami kamienic, kilkoma drzewami i ławkami nie było tutaj niczego, co mogłoby się jej przydać. Sięgnęła więc po urządzenie zawierające adresy wrót i wyskoczyła z maszyny. Wymontowała je z deski rozdzielczej myśliwca już pierwszego dnia.
Kształtem i wielkością przypominało urządzenie do przechowywania danych, które pamiętała z filmu, a dodatkowo łatwo można było je podłączyć do bransolety lokalizującej Łowców, wiec za każdym razem, kiedy opuszczała myśliwiec, zabierała je ze sobą. Bez niego wybieranie adresów wrót byłoby nie tylko loterią gdzie prowadzi tunel, ale także żmudnym procesem, podczas którego próbowałaby wybrać spośród wielu permutacji w ogóle działający adres.
Opuszczając wąska uliczkę miedzy kamienicami, wyszła na szeroką aleję, którą widziała wcześniej z góry. W prawdzie prowadziła bezpośrednio w kierunku rozległego placu, na którym stały wrota, jednak to właśnie tutaj znajdowało się to, czego szukała - sklepy. W prawdzie nie spodziewała się znaleźć w nich żywności, to jednak warte były ryzyka chociażby ze względu na fakt, iż mogły się tam znajdować rzeczy przydatne w jej ekwipunku… na przykład ubrania, pomyślała, zatrzymując się przed jedną ze sklepowych witryn.
Zajrzała ostrożnie do pomieszczenia. Było tylko częściowo splądrowane i na licznych półkach wciąż leżały różne rzeczy. Przechodząc obok długiej lady, przeciągnęła po niej palcem. Warstwa kurzu nie była grupa, a zatem to miejsce zostało zniszczone stosunkowo niedawno, co znacznie zwiększało jej szansę na znalezienie przydatnych przedmiotów. A może nawet żywności, uznała. Na tym etapie rozwoju mieszkańcy ten planety powinni być zdolni do wytwarzania zakonserwowanej żywności, pomyślała, przyglądając się temu, co znajdowało się na półkach.
Koszule, swetry, spodnie… a nawet coś co wyglądało na bieliznę. Wystarczyło tylko wyprać.
Po raz pierwszy od kilku dni natrafiła na coś naprawdę przydatnego. Poprzednie planety wydawały się być opustoszałe, a te, na których natrafiła na ludzkie osady, wolała od razu opuścić. Nie chciała ściągać tam Łowców nie wiedząc kiedy pojawi się ich więcej.
Rozejrzała się uważniej po pomieszczeniu, by wreszcie znaleźć to czego szukała: worek, do którego mogła spakować potrzebne rzeczy. Ku jej zadowoleniu był to najwyraźniej rodzaj plecaka, gdyż posiadał pojedynczy, skórzany pasek, który mogła swobodnie przewiesić przez ramię. Włożyła więc do niego odzież i wyszła. Musiała jeszcze znaleźć pożywienie i broń.
Szczególnie pożywienie, gdyż to, co znajdowała do tej pory, z ledwością jej wystarczało. Owoce były smaczne, ale nie dostarczały wystarczającej ilości energii. W prawdzie bulwy, które znalazła na poprzedniej planecie, były smaczne, ale dopiero po upieczeniu w ognisku. Na szczęście udało się jej tam także złowić dwie ryby, więc był to pierwszy porządny posiłek jaki zjadła, odkąd opuściła planetę szkoleniową. A to tylko dlatego, że użyła swoich zdolności telekinetycznych, wyrzucając w ten sposób zwierzęta na brzeg.
Po raz pierwszy w życiu musiała przyznać, że myliła się: jej zdolności okazały się być bardzo przydatne. Gdyby nie one, przypuszczalnie byłaby już martwa… lub w najlepszym przypadku ledwo żywa.
Z drugiej strony, gdyby nie te umiejętności, nie pozwalałaby sobie także na ryzyko, które do tej pory podejmowała, stwierdziła, wędrując chodnikiem i zaglądając do kolejnego sklepu. A mimo to w tej chwili naprawdę cieszyła się z ich posiadania. Dawały jej znacznie większą nadzieję na wyjście z tej opresji w jednym kawałku, pomyślała i nagle zatrzymała się.
W końcu natknąć się na to, czego szukała: żywność. A przynajmniej taka miała nadzieję, kiedy zobaczyła w kolejnym pomieszczeniu porozrzucane pudełka różnej wielkości oraz coś, co wyglądało na puszki. Przykucnęła i podniosła jedną z nich. Zniszczona naklejka wskazywała na zawartość: rodzaj fasoli, uznała, przyglądając się obrazkowi.
Niestety, w przeciwieństwie do puszek, pudełka okazały się być bezużyteczne. To, co się w nich wcześniej znajdowało, zdążyło już spleśnieć.
Rozejrzała się bacznie wokół. Ktoś najwyraźniej splądrował to miejsce dosyć dokładnie, jednak wciąż pozostało tam jeszcze sporo rzeczy. A ona miała nadzieje, że będą zdatne do spożycia.
Weszła głębiej do sklepu. Gdzieś w kącie leżał rozerwany worek, z którego wysypały się jakieś nasiona. Przyjrzała się im uważniej. Przypominały ziarenka ryżu, chociaż były trzykrotnie większe. Zgarnęła je więc z powrotem do worka i włożyła całość do kolejnego, pustego, po czym ruszyła dalej.
Ale sklep skończył się, nie oferując jej niczego poza kilkoma puszkami fasoli i workiem ryżu - chociaż w obecnej sytuacji było to dla niej jak błogosławieństwo. Te niewielkie zapasy spokojnie wystarczą jej na kilka dni, uznała. Może nawet na tydzień, jeśli nie będzie traciła zbyt wiele energii i mądrze nimi zagospodaruje. A także urozmaici dietę owocami i rybami.
Zatrzymała się przed drzwiami na tyłach pomieszczenia i otworzyła je ostrożnie. Znajdował się tam rodzaj zaplecza, w tym spory magazynek pełen półek z zakonserwowana żywnością. Uśmiechnęła się szeroko na ten widok. Gdyby mogła tutaj pozostać dłużej, z pewnością nie umarłaby z głodu. Niestety wcześniej czy później Łowcy ponownie trafią na jej ślad, dlatego będzie musiała spakować do myśliwca tyle rzeczy ile tylko zdoła, stwierdziła i spojrzała przez szybę w kolejnych drzwiach. Tym razem prowadziły na zewnątrz budynku. Stanęła w progu.
Otoczony z każdej strony murami kamienic ganek wydawał się być na tyle duży, aby pomieścić myśliwiec Wraith… o ile zdoła nim wylądować pionowo bez uszkodzenia czegokolwiek, pomyślała z nuta pesymizmu. Nie była zbyt dobrym pilotem, a ten manewr z pewnością wymagał sporej precyzji.
Nie. Nie będzie ryzykowała, uznała. Wyląduje na ulicy i tam przeniesie zapasy. Tak będzie rozsądniej, dodała w myślach i ruszyła z powrotem przez sklep. Po drodze, z drugiej strony ulicy, widziała jakieś narzędzia w jednej ze sklepowych witryn. Może znajdzie tam także coś, co posłuży jej za broń.
Pistolet ogłuszający był w prawdzie przydatny, ale będzie także potrzebowała czegoś ostrego. Tak na wszelki wypadek. Nie miała pewności jak długo potrwa jeszcze ta cała gonitwa po planetach… i przede wszystkim jak długo jej myśliwiec będzie przydatny. Musiała więc zgromadzić już teraz, kiedy miała ku temu okazję, jak najwięcej przydatnych rzeczy.
Większość przedmiotów z sklepie z narzędziami przypominała jej te, jakich używano na Ziemi w przydomowych ogródkach. W końcu jednak znalazła coś, co z pewnością wyglądało jak noże… chociaż niekoniecznie musiały służyć do obrony.
Zabrała kilka z nich, różnej wielkości i już chciała opuścić pomieszczenie, kiedy na tyłach rozległ się brzdęk metalu upadającego na kamienna posadzkę sklepu. Znieruchomiała. Nie widziała tutaj żadnych stworzeń, które mogłyby niechcący zrzucić coś z półek.
Sięgnęła po swój pistolet i najciszej jak potrafiła ruszyła ostrożnie w kierunku zaplecza.
Znów zamarła w bezruchu, kiedy wahadłowe drzwi drgnęły i skryła się za najbliższym regałem. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Początkowo nie była w stanie zobaczyć kto to, ale po chwili intruz wszedł w zasięg jej pola widzenia - to było dziecko. Dziewczynka miała nie więcej niż dziesięć lat i ubrana była w lekko podniszczone już rzeczy.
Jej uwagę szybko przykuł worek, który Harrigan pozostawiła na podłodze, szukając broni. Dziewczynka zajrzała z zainteresowaniem do środka.
- Zostaw. To nie twoje - odezwał się nagle ponury, kobiecy głos.
Dziecko aż podskoczyło i podniosła go raptownie, spoglądając z przerażeniem na wyłaniającą się z cienia kobietę… mierzącą do niej z broni.
- Jesteś sama? - spytała Kate, bacznie obserwując kątem oka zarówno wejście, jak i tylne drzwi.
Dziewczynka nie zdążyła jednak odpowiedzieć. Uprzedził ją głos dobiegający z zaplecza:
- Tara?... Ile razy ci mówiłem, żebyś się nie oddalała - powiedział chłopak, wchodząc do pomieszczenia, by zatrzymać się zaraz za progiem na widok broni.
Podniósł szybko ręce, zerkając jednocześnie na siostrę, równie wystraszona co on.
Miał może z szesnaście lat, stwierdziła Kate, przyglądając mu się bacznie. I równie podniszczoną odzież.
- Proszę. My nic nie mamy - powiedział po chwili, wciąż zerkając na dziewczynkę.
Kobieta jeszcze przez chwilę trzymała broń, po czym opuściła powoli i wsunęła ją za pasek. Chłopak odetchnął z wyraźna ulgą, a jego siostra podbiegła do niego.
Harrigan bez słowa wzięła swoją torbę i wyjrzała na zewnątrz, rozglądając się uważnie. Skoro tych dwoje tutaj jest, w pobliżu może być ich więcej, stwierdziła.
- Jesteś z klanu znad rzeki? - spytał nagle chłopak.
Spojrzała na niego ponuro.
- Jesteś dorosła.
- No i?
- Tylko w tym klanie są dorośli.
- Wiec może powinniście się do nich przyłączyć - mruknęła jakby od niechcenia, znów rozglądając się po okolicy.
- Oni są źli - wtrąciła dziewczynka. - Kradną nam jedzenie.
- Typowo ludzka mentalność - wymamrotała zdegustowana. - Zamiast połączyć siły, to jeszcze się mordują nawzajem - dodała i nagle spojrzała na nich ponownie. - Ten magazyn z żywnością kilka sklepów dalej jest wasz?
- Tak… Zbieraliśmy te rzeczy przez ostatnie kilka dni - wyjaśnił chłopak. - Klan znad rzeki nie przychodzi już do miasta. Chyba uznali, że już nic tutaj nie ma.
- Albo stwierdzili, że przebywanie zbyt blisko wrót może być niebezpieczne - odparła.
- Wrót?
- Bramy Przodków… Czy jak to tutaj nazywacie… Dawno temu zaatakowali was Wraith? - spytała z ciekawości.
- Na początku lata… Nie jesteś stąd, prawda? - zdziwił się.
- Nie… Jestem Biegaczem.
- Kto to? - rzuciła Tara.
Kobieta spojrzała na nią.
- Znasz zabawę w chowanego? Kilka osób się ukrywa a jedna ich szuka?
- Tak…
- To właśnie robię? Ja się ukrywam, a Wraith próbują mnie znaleźć.
- Dlaczego?
- Polują na nią - wtrącił chłopak. - Jak tata w lesie na zwierzynę.
- Ale dlaczego?
- Bo uważają to za fajna zabawę - mruknęła. - Tak jak ludzie polowanie na zwierzęta - dodała ponurym tonem i wyszła na zewnątrz, by skierować się w stronę placu, na którym pozostawiła myśliwiec.
Rodzeństwo spojrzało na siebie, po czym pobiegło za kobietą.
- Zaczekaj! - zawołał chłopak. - Nie idź tam. Widzieliśmy niedaleko maszynę Wraith… Dlatego się schowaliśmy.
- Jest moja.
- Potrafisz nią latać? - spytał zaskoczony i jednocześnie z entuzjazmem w głosie. - Ukradłaś maszynę Wraith?... Dlatego cię ścigają?
- Nie. Zabrałam ją, ponieważ na mnie polowali.
- Przechytrzyłaś ich - dodał zadowolony.
- Chwilowo. Ale obawiam się, że prędzej czy później i tak mnie znajdą.
- Możesz zostać tutaj - wtrąciła dziewczynka. - Mamy wiele kryjówek.
- To nie pomoże.
- Dlaczego?
Harrigan przewróciła oczyma, lekko poirytowana tym całym… przesłuchaniem.
- Ponieważ wszczepili mi pod skórę urządzenie, które pomaga im mnie znaleźć.
- A nie możesz go wyjąc? Widziałam kiedyś, jak wyciągali naszemu sąsiadowi robaka spod skóry. Tata mówił, że to dlatego, że pan Ilamin chodził po bagnach, a tam jest pełno paskudnych robali.
- Tego urządzenia nie da się tak łatwo wyciągnąć.
- Dlaczego?
Kate warknęła cicho pod nosem.
- Ponieważ jest zbyt głęboko.
- A próbowałaś?
- Tak - fuknęła.
Na chwilę zapadła cisza, kiedy skręcili w uliczke prowadzącą na plac, gdzie kobieta pozostawiła swój myśliwiec.
- Jak się nazywasz? - spytała znowu po chwili dziewczynka.
- Kate.
- Hmm, ładnie - stwierdziła mała. - Ja jestem Tara a to mój brat, Helios… Gdzie mieszkałaś wcześniej?
- Na bardzo odległej planecie.
- Ją także zniszczyli Wraith?
- Nie.
- Naszych rodziców zabrali Wraith podczas ataku. Jak prawie wszystkich dorosłych. Zostawili tylko dzieci… Masz dzieci?
- Nie - niemal warknęła, z trudem powstrzymując swoja irytację jej ciągłymi pytaniami.
- Dlaczego?
- Ponieważ zadają mnóstwo głupich pytań… tak jak ty - fuknęła.
- Tara, przestań - skarcił ją półszeptem brat.
- No co? Ja tylko... - zaczęła nieco urażona dziewczynka, ale nie zdążyła dokończyć, wpadając na kobietę.
Rodzeństwo spojrzało zaskoczone na Harrigan.
- Czy wcześniej tez stały tutaj dwie maszyny Wraith? - spytała nagle.
- Nie. Tylko jedna - odparł chłopak i zerknął ponad nią na plac.
Na przeciwległym jego końcu zobaczył to, co tak zaniepokoiła ich nową znajomą: dwie latające maszyny, jedna obok drugiej. Obie były puste.
- Schowajcie się gdzieś i bądźcie cicho - poleciła szeptem, jakby nawet jej głos miał zdradzić ich obecność, badając jednocześnie uważnie wzrokiem cała okolicę.
Wciąż stali w uliczce prowadzącej na plac, więc istniała spora szansa, że pilot drugiego myśliwca jeszcze ich nie zauważył… a przynajmniej dzieciaków, pomyślała, gdyż ją Łowca mógł już dawno zlokalizować na swoim urządzeniu.
Tylko dlaczego nie słyszała dźwięku silnika? Czyżby istniał jednak jakiś sposób na jego wyciszenie i bezgłośne latanie myśliwcem Wraith?
Rodzeństwo otworzyło najbliższe drzwi, kryjąc się wewnątrz budynku. Harrigan odłożyła natomiast swój pakunek i ostrożnie wyszła na plac. Chciała sprawdzić czy Wraith jest gdzieś w pobliżu i czy zdoła dotrzeć do myśliwca zanim on odkryje jej obecność. Nie uszła jednak daleko, kiedy zza jednej z ozdobnych kolumn stojącej po prawej strony kamienicy, wystrzelił energetyczny pocisk. A za nim kolejny.
Kate skuliła się, by uniknąć trafienia i ruszyła biegiem w uliczkę z prawej. W tej chwili znajdowała się bliżej niej, niż ta, z której przyszła. Kątem oka dostrzegła jednak jeszcze Wraith, który ruszył za nią w pościg - jej nieustępliwy cień, podążający za nią od samego początku.
Po kilku metrach ponownie skręciła w prawo, w jeszcze węższą uliczkę, by zatrzymać się tuż za rogiem i przylgnąć do ściany. Miała nadzieję, że jej prześladowca nie spojrzy na urządzenie tropiące, aby to zauważyć. A jeśli nawet, to i tak planowała od razu ogłuszyć go elektrycznymi wyładowaniami, które właśnie zaczęła tworzyć wokół swoich dłoni. Nie miała najmniejszej ochoty tracić niepotrzebnie czasu i sił na gonitwę z Wraith po tutejszych uliczkach.
Odgłos zbliżających się pospiesznie kroków był coraz to bliżej, lecz po chwili nagle zwolnił.
Losthpat podniósł wyżej swój pistolet, zerkając szybko na urządzenie na jego przedramieniu i uśmiechnął się złośliwie. Niewielka kropka na ekranie znajdowała się tuż za rogiem. Ludzka samica jest najwyraźniej bardzo naiwna, jeśli sądzi, że zdoła go zaskoczyć i pokonać w walce wręcz, pomyślał z ironią.
I wtedy coś nagle błysnęło na wysokości jego pasa, a jego ciało oplotła sieć elektrycznych wyładowań, powodując niekontrolowane konwulsje. Pistolet wypadł z jego bezwładnej dłoni i upadł na brukowaną ziemię, podobnie jak chwilę później on sam. Przenikliwy, nieprzyjemny ból przeszywający jego ciało powodował, że nie był w stanie kontrolować własnych ruchów, które wykonywał teraz w bardzo niezdarny sposób.
Nie miał pojęcia czego użyła ta ludzka samica, ale z pewnością nie był to pistolet ogłuszający. Zbyt dobrze
znał jego działanie i z pewnością nie spowodowałby u niego takiego stanu po jednym strzale, jak te elektryczne wyładowania.
Ktoś stanął nad nim, a potem przykucnął tuż obok niego.
Spojrzał w górę. Młoda, ludzka samica o długich, ciemnobrązowych włosach związanych niezgrabnie z tyłu głowy, przyglądała mu się uważnie przez chwilę. Jednak tym razem wyraz jej twarzy był łagodny, wręcz obojętny, bez krzty ironii, którą dostrzegał do tej pory. Po prostu patrzyła na niego bez jakichkolwiek emocji, jakby próbowała odgadnąć jego myśli.
- Jesteś strasznie uparty, wiesz o tym?... Lostpath…
Na dźwięk własnego imienia padającego z jej ust młody oficer otworzył szeroko oczy z niedowierzania.
- Czasami to zaleta… Ale czasami także wada - ciągnęła spokojnie. - Ponieważ może wpędzić cię w poważne tarapaty… To już kolejny świat na którym na siebie wpadamy… Nie znudziło ci się jeszcze?
- Przez ciebie… okryłem się hańbą… w oczach mojego Dowódcy - wysyczał z pewnym trudem.
Wciąż był cały odrętwiały, w tym i jego język.
- Nie trzeba było wymyślać głupich zabaw z polowaniem na mnie - skwitowała ironicznie i nagle zmrużyła oczy, wpatrując się w niego intensywniej. - Jesteś tutaj sam?
Wraith zmarszczył nieco czoło, spoglądając na nią z pewnym niedowierzaniem. Jej słowa dziwnie rozbrzmiały w jego głowie sprawiając, iż poczuł przymus odpowiedzenia jej na to pytanie.
- Czy jesteś tutaj sam, Wraith? - powtórzyła, a jej głos jeszcze intensywniej przeszył jego umysł.
Nie był pewien czy to efekt elektrycznych wyładowań, których skutki wciąż odczuwał, czy tez coś innego, ale nie był w stanie powstrzymać się od wypowiedzenia tego krótkiego słowa: "Tak".
Ale jeśli to nie efekt chwilowej dezorientacji, to co w takim razie, pomyślał. Przecież nie mogła używać tego samego telepatycznego przymusu, co Wraith. Była tylko człowiekiem…
Harrigan spojrzała nagle w głąb uliczki.
- Kazałam się wam ukryć - rzuciła oschle.
Dwójka rodzeństwa zwolniła, widząc jej niezadowolenie.
- Widziałem jak za tobą biegnie, więc uznałem, że go odciągasz i jest już bezpiecznie - powiedział Helios i podniósł nieco wyżej worek, który trzymał w ręce. - Znalazłem twoje rzeczy. Chciałem zanieść je do twojej latającej maszyny, kiedy cię zauważyliśmy… Zabijesz go? - spytał, gestem głowy wskazując na Wraith.
- Nie - niemal mruknęła, wciąż niezbyt zadowolona z ich obecności i podniosła się, aby zabrać od chłopca swój worek. - I wciąż nie jest tu bezpiecznie…
Jakby na potwierdzenie jej słów ponad budynkami rozległ się znajomy, nieco niski dźwięk, a po chwili na niebie pojawiły się równie znajomy kształt.
Kobieta warknęła cicho pod nosem i podniosła się, wciąż starając się śledzić wzrokiem myśliwiec, który właśnie zaczął nawracać… a potem nagle otworzył ogień.
Energetyczne pociski trafiły gdzieś w pobliski plac. Ponad budynkami rozległ się huk podwójnej eksplozji i chwile później ku niebu wzbiły się dwa gęste kłęby dymu.
- Ukryjcie się i nie wychodźcie aż do jutra - rzuciła i spojrzała surowo na rodzeństwo. - Zrozumiano?
- Tak - przytaknął wystraszony chłopak, po czym chwycił siostrę za ręke i pociągnął ją za sobą dalej w głąb uliczki.
Kate spoglądała za nimi, aż nie zniknęli wewnątrz jednego z budynków, po czym rzuciła wściekłe spojrzenie młodemu Wraith.
- Okłamałeś mnie - warknęła, wyraźnie zła, a wokół jej dłoni ponownie pojawiły się elektryczne wyładowania, by szybko nabrać na intensywności.
Na ten widok Lostpath otworzył szeroko oczy z niedowierzania… i strachu. Teraz zrozumiał w jaki sposób ogłuszyła go ludzka samica. Teraz, jak i na tamtej planecie, kiedy nagle stracił przytomność. A to oznaczało, że była w stanie kontrolować natężenie tych wyładowań. Przez jego umysł przemknęła szybka wizja tego, co mogła z nim teraz zrobić za ich pomocą.
Pokręcił przecząco głowa na tyle energicznie, na ile był w stanie.
- Nie… Oni nie są z mojego hive - odpowiedział, wciąż jeszcze z pewnym trudem.
- Konkurencja? - niemal parsknęła.
- Mój Dowódca zaproponował im wspólne Łowy… na ciebie… Samica Biegacz to rzadkość…
- Czuje się prawie zaszczycona - zadrwiła i już chciała wystrzelić do niego elektryczne ładunki, kiedy nagle Wraith znów potrzasnął przecząco głową.
- Nie!… Zaczekaj - rzucił, uważnie obserwując każdy jej najmniejszy ruch. - Jeśli mnie znajdą, zabiją mnie.
- Przecież współpracujecie.
- Mój Dowódca kazał mi wracać… Ale ja nie posłuchałem… Chciałem cię złapać… dla niego… Miałby lepsze argumenty w negocjacjach… Nasze żerowiska są niemal wyczerpane, a ich nie.
- Ach rozumiem. Miałam być zapłatą za wasze żarcie? - zadrwiła.
- Tak.
- I to ma mnie powstrzymać przed ogłuszeniem cię? - parsknęła.
- Uwierz mi, że wolałabyś umrzeć niż dać się im schwytać żywcem.
Kate spojrzała na chwilę ponownie na wciąż unoszący się ku niebu dym, jakby zastanawiając się nad czymś, po czym przeniosła wzrok na Wraith i uśmiechnęła się lekko.
- Dzięki za informacje - powiedziała i nagle wyprostowała palce dłoni.
Energetyczne wyładowania pomknęły wprost ku młodemu oficerowi, znów powodując u niego konwulsje, a potem wszystko uspokoiło się.
Kobieta chwyciła lezący na ziemi worek, zakładając go sobie na ramię i już chciała ruszyć dalej, kiedy nagle zawahała się. Spojrzała na nieprzytomnego Wraith i wetchnęła ciężko, krzywiąc usta w grymasie niezadowolenia.
- Miękka jesteś, Harrigan… A to wszystko dlatego, że lubisz Wraith - zganiła samą siebie po polsku i chwyciła Lostpath za ramiona, ciągnąc go w kierunku najbliższych drzwi do kamienicy. - Ciężki jest, skubaniec - jęknęła po drodze.
Pomieszczenie było stosunkowo wąskie i podłużne, najwyraźniej stanowiąc klatkę schodową budynku, pomyślała, rozglądając się wokół, gdy nagle jej uwagę przykuły niewielkie drzwiczki zabarykadowane skrzynią. Odsunęła ją i otworzyła wnękę pod schodami. Była wystarczająca aby pomieścić nieprzytomnego Wraith. Wepchnęła go więc do środka z pewnym trudem i ponownie zasunęła drzwiczki skrzynią.
Niestety na zakurzonej podłodze pozostały ślady tej operacji.
Wyciągnęła nieco przed siebie rękę i po krótkiej chwili nad podłoga pojawiła się miniaturowa trąba powietrzna, zgarniająca za sobą cały pył.
Harrigan wycofała się z pomieszczenia, ostrożnie wyglądając na zewnątrz, w kierunku placu. Zacisnęła zęby, niezadowolona, widząc w oddali dwójkę Łowców. Tracąc czas na ukrycie Lostpath straciła cenne minuty na własna ucieczkę.
Nie mając innego wyboru, skryła się ponownie w klatce kamienicy. Na szczęście posiadała drugie wyjście, na niewielki placyk, ułatwiając jej ucieczkę.
Opuściła dłoń i w tej samej chwili wir zniknął a kurz opadł z powrotem na podłogę. Przebiegła przez pomieszczenie, pozostawiając za sobą ślady i wybiegła na ganek, by następnie wbiec do budynku naprzeciwko.
Jeśli ten był zbudowany na tej samej zasadzie, co poprzedni, powinna wydostać się z niego wprost na kolejna uliczkę.
