Rozdział 18

Łowcy i zwierzyna - część 2.

Znów źle oceniła sytuację.

Do tej pory sądziła, że ciągła ucieczka przed Lostpath była trudna - myliła się.

To był dopiero przedsmak prawdziwego życia Biegacza.

Tak samo jak ucieczka z planety, na której pozostawiła młodego Wraith ukrytego we wnęce pod schodami…

Przedostanie się przez budynki bliżej placu, na którym stały wrota, było w prawdzie dobrym pomysłem, jednak nie na długo.

Początkowo Łowcy wydawali się być zdezorientowani faktem, iż według odczytów z urządzeń namierzających ich zdobycz znajdowała się blisko… a mimo to nie widzieli jej. Szybko jednak zorientowali się dlaczego i kilku z nich rozpoczęło pościg po wnętrzach kamienic, podczas gdy pozostali ruszyli uliczkami, by odciąć jej drogę na zewnątrz.

Dwóch pierwszych udało się jej szybko ogłuszyć - znikając im z pola widzenia za rogiem, wbiegła na schody i zanim ci zrozumieli co się stało, Harrigan skierowała na nich z góry swoje elektryczny wyładowania. Padli natychmiast nieprzytomni na ziemię, a ona ruszyła dalej… niestety tylko po to, aby w uliczce wpaść na kolejnego Wraith.

W zasadzie pamięta tylko, jak wybiegała z kamienicy i nagle coś uderzyło w nią, rzucając na przeciwległa ścianę. Osunęła się na ziemię obolała i nieco oszołomiona, by kątem oka dostrzec zbliżające się czarne buty. Spojrzała wyżej, ale zanim zdążyła zareagować, Łowca złapał ją za gardło i bez wysiłku podniósł do góry. Był wyższy od niej. Zawisła tuż nad brukowana nawierzchnią, chwytając jego ramię w niezgrabnej próbie uwolnienia się z uścisku.

Łowca uśmiechnął się szyderczo… a potem nagle otworzył szeroko oczy z zaskoczenia, kiedy całe jego ciało przeszyły elektryczne wyładowania. Niemal ryknął gardłowo z bólu i odruchowo puścił swoja zdobyć. Kate upadła, by zaraz potem wytworzyła kolejna serię wyładowań. Tym razem znacznie silniejszą, która ogłuszyła napastnika. Tej runął bezwładnie na ziemię. Nie zastanawiając się, ruszyła biegiem dalej, chociaż jej ciało wciąż odczuwało skutki nie tylko uderzenia, ale także jej własnych ładunków elektrycznych. W tamtej chwili nie miała jednak wyjścia. Ten sposób był najszybszy i najbardziej pewny, aby uwolnić się z uścisku Wraith.

Niestety, kiedy wybiegła z ostatniego budynku, stało się oczywiste, że nie ma już dokąd uciec. Przed nią rozciągał się już tylko spory, brukowany plac, a na nim niewielka fontanna i gwiezdne wrota.

Cofnęła się szybko i przylgnęła do ściany, nasłuchując odległych wciąż jeszcze odgłosów zbliżających się szybko kroków - zarówno tych w korytarzu jak i tych rozchodzących się echem po wąskich uliczkach. A ponad tym wszystkich rozbrzmiewał dźwięk silników darta.

Oddychając szybko, zasapana, rozejrzała się nerwowo wokół, stojąc pod kolumnadą i wyczekując pojawienia się Łowców. Próbowała szybko wymyślić jakiś plan, jednak Wraith było zbyt wielu, a przed nią rozciągała się już tylko otwarta przestrzeń. Poza tym jedyną bronią jaką posiadała, były jej zdolności, stwierdzał z nuta pesymizmu… i nagle doznała olśnienia.

W prawdzie nigdy tego nie próbowała, ale gdyby udało się jej skumulować wystarczająco dużo energii, aby wytworzyć silne wyładowania elektryczne, mogłaby jednocześnie skierować je na wszystkich Łowców. A być może nawet na krążący w górze myśliwiec, uznała. Musiała tylko znaleźć dogodne miejsce, w które mogłaby zwabić cały ten pościg, pomyślała i wtedy jej wzrok zatrzymał się na niewielkiej fontannie znajdującej się w połowie drogi do wrót.

Nie zastanawiając się dłużej, zerwała się z miejsca, biegnąc co sił w tamtym kierunku… tak samo zresztą jak kilku Wraith, którzy właśnie wybiegli z dwóch różnych uliczek, a zaraz potem ci, którzy ścigali ją korytarzami kamienic.

Dobiegając do fontanny, skryła się za nią szybko, kończąc magazynowanie energii, które rozpoczęła już po drodze. Bladoniebieskie kule szybko rozrosły się w jej dłoniach. Nigdy wcześniej nie tworzyła ich tak dużych i szybko zdała sobie sprawę, że utrzymanie tej ilości energii w tym stanie wymaga sporo więcej wysiłku i skupienia niż zazwyczaj.

Szybko zerknęła przez ramię w kierunku Łowców. Właśnie dobiegli do fontanny, zwalniając i zaczynając podchodzić do swojej zwierzyny z dwóch stron. Kate przymknęła na moment oczy, wzięła głęboki wdech i nagle odwróciła się, wstając jednocześnie, by wyrzucić przed siebie nieco rozpostarte ramiona. Kule energii błyskawicznie przeobraziły się w elektryczne wyładowania, które niczym błyskawice pomknęły wprost ku grupie Wraith.

Siła uderzenia wyrzuciła wszystkich w górę, a ładunki przeszyły ich ciała. Upadli dopiero kilkanaście metrów dalej, a do nozdrzy kobiety wdarł się swąd przypalonych ciał, z których unosiły się niewielkie chmury dymu.

Podobnie zresztą jak z jednego z myśliwców, który przelatując w tym właśnie czasie ponad obława, przyciągnął jedno z potężnych wyładowań. Uszkodzona maszyna chwiejnie pomknęła dalej.

Harrigan opadła na ziemię. Czuła się otępiała, a świat wokół zdawał się wirować. Próbowała się skupić, jednak na niewiele to pomogło. Nie zwróciła nawet zbytniej uwagi na huk eksplozji, kiedy uszkodzona maszyna zderzyła się z budynkami na drugim końcu placu.

Coś mokrego spłynęło na jej usta. Dotknęła ich palcami, by sprawdzić co to takiego - to była jej własna krew spływająca z nosa.

- Cholera - wymamrotała po polsku i oparła głowę na ramionach ułożonych na murku fontanny.

Siedziała tak długie minuty, wciąż czując się jak po wielkim wysiłku fizycznym. Walące mocno serce powoli wracało do normy, lecz krew w jej głowie wciąż pulsowała, powodując zawroty i ból.

W końcu wstała jednak i wciąż jeszcze nieco oszołomiona, ruszyła w kierunku wrót. Bała się, że mogą przybyć kolejni Łowcy, lub któryś z tych tutaj zdoła się zregenerować. A wtedy mogła by nie być w stanie bronić się już więcej. Z trudem utrzymywała się na nogach, a co dopiero gdyby ponownie miała wytworzyć elektryczne wyładowania.

Sięgnęła więc tylko szybko po urządzenie z myśliwca Wraith ze spisem światów i wybrała adres.

.

.

"…Chłopiec poruszał płynnie długim kijem, zadając nim prowizoryczne ciosy w różnych kierunkach. Ćwiczył pilnie co, czego do tej pory się nauczył.

Plaża była zupełnie pusta i z dala od zabudowań. Delikatny powiew morskiej bryzy potargał ponownie sięgające ramion białe włosy spięte częściowo z tyłu głowy. Ale on nie zwracał na to uwagi. Musiał dużo ćwiczyć, aby pewnego dnia stać się równie dobrym Blade jak jego ojciec. To było jego postanowienie.

Niedawno skończył dziesięć lat i był wystarczająco duży, aby obrać sobie kierunek… Szczególnie, że nauki ścisłe nie były jego mocną stroną.

Ktoś zatrzymał się za nim, rzucając długi cień. Chłopiec zatrzymał się i spojrzał za siebie. Wysoki Wraith w czarnym płaszczu przyglądał mu się uważnie. Jego białe włosy spięte w cienkie dredy, związane były z tyłu rzemieniem, sięgając pasa. Prawa stronę jego twarzy zdobił niewielki, tatuaż przywodzący nieco na myśl oko.

- A ty wciąż ćwiczysz - rzucił lekko rozbawiony.

- Muszę, jeśli chcę być tak dobry jak mój ojciec - oznajmił.

- Dobry wojownik wie także kiedy należy odpoczywać.

Chłopiec spuścił na moment wzrok.

- Ale ja muszę… Nie chcę, żeby Królowa był mną rozczarowana i gniewała się na ojca - powiedział niechętnie.

- A powiedziała coś takiego?

- Nie, ale… Kilka dni temu była zła na innego oficera, że jego syn to nieudacznik…

- Ah, rozumiem.

- Dlatego właśnie muszę dużo ćwiczyć - wyjaśnił. - To moje postanowienie.

- A lubisz to? - zainteresował się Wraith.

Chłopiec wzruszył obojętnie ramionami.

- Nie wiem - niemal mruknął. - Chyba tak.

- Może więc najpierw powinieneś znaleźć to co naprawdę lubisz? Odnaleźć własną ścieżkę, a nie kierować się tym, czego oczekują od ciebie inni… Dopiero wtedy będziesz w tym naprawdę dobry.

- To dlatego zostałeś Vocatorem, wujku? Bo lubisz nadawać imiona?

Starszy Wraith uśmiechnął się, rozbawiony.

- Nie zupełnie… To mój dodatkowy dar… Na co dzień jestem Nawigatorem.

Dziesięciolatek spojrzał wprost na niego, jakby zastanawiając się nad czymś przez moment.

- Ale jako Vocator też wskazujesz kierunek - zauważył. - Odkrywasz przyszłość każdego dziecka.

- Po części to prawda - przyznał.

- A jaki jest mój kierunek? - zainteresował się.

- Twój kierunek?... Zanim go odnajdziesz, kilka razy zabłądzisz na ścieżkach życia… Ale kiedy pewnego dnia sytuacja wyda ci się beznadziejna, w końcu trafisz na prawidłową drogę… Pomoże ci w tym światło, które napotkasz - oznajmił tajemniczo i położył dłoń na jego policzku. - Pamiętaj wtedy: idź za światłem, zaufaj mu… Ono cię poprowadzi.

- Nie rozumiem, wujku - niemal jęknął. - Jakie światło?

- To samo, które od początku nad nami czuwa… Światło Avatara"

.

Lostpath otworzył gwałtownie oczy, które zalśniły lekko w ciemnym pomieszczeniu.

Rozejrzał się szybko i próbował wstać, jednak schowek okazał się zbyt niski. Uderzył głową o sufit i jęknął. Niewielka szpara pozwoliła mu jednak zlokalizować wyjście. Pchnął ściankę, lecz coś blokowało drzwiczki na zewnątrz. Uderzył więc w nie bokiem ciała. Do jego uszu dobiegł odgłos przesuwającej z oporem po podłodze skrzyni. Ale mimo wszystko przyniosło to pożądany efekt: drzwiczki otworzyły się nieco. Powtórzył czynność, tym razem z większą siłą i w końcu wygrzebał się z wnęki.

A potem zaczął nasłuchiwać… bezskutecznie. Wokół panowała martwa cisza.

Ruszył więc w kierunku wrót. Najwyraźniej Łowcy opuścili już ta planetę, pomyślał. Jakież jednak było jego zaskoczenie, kiedy docierając do placu dostrzegł unoszący się ku niebu dym z roztrzaskanego na budynku myśliwca, a na ziemi leżące ciała.

Zatrzymał się nad nimi, przyglądając się uważnie. Każdy z Wraith miał wypaloną na piersi sporą ranę, a w pobliżu wciąż unosił się lekki swąd przypalonych ciał. Cokolwiek się tutaj stało, musiało rozegrać się stosunkowo niedawno, uznał i spojrzał w kierunku wrót.

- Kim ty jesteś, człowieku? - mruknął sam do siebie i ruszył dalej, aby opuścić ta planetę.

.

.

Wrota w sali na Atlantydzie aktywowały się i zebrane w centrum kontroli osoby oczekiwały tego, co miało nastąpić później.

- Odbieram transmisję audio-video, sir - powiedziała Amelia, spoglądając na Woolseya.

- Przełącz na ekran - poprosił mężczyzna i odwrócił się w stronę monitora.

Urządzenie zamigotało, a ich oczom ukazała się znajoma twarz.

- Zebrałem interesujące was informacje - oznajmił spokojnie Wraith, stojąc na pokładzie swojego statku.

- Wreszcie - odezwał się z tyłu Sheppard. - Co tak długo?

- Musiałem zasięgnąć informacji w kilku źródłach - odparł. - I tak, jak przypuszczałem: sprawa jest skomplikowana…

- Tak, wiemy. Wraith który trzyma naszego naukowca nie przepada za tym, który poluje na Harrigan… Powiedz nam coś czego nie wiemy. Na przykład jak odzyskać doktor Lecyńską?

- Leszczyńską - poprawił go cicho z tyłu Zelenka.

Pułkownik spojrzał na niego.

- Czy wszyscy w waszym rejonie Europy muszą mieć takie skomplikowane nazwiska? - spytał i zanim naukowiec zdążył mu odpowiedzieć, oficer znów spojrzał na Todda. - No więc?

- Sprawa jest o tyle skomplikowana, że w Łowach biorą udział dwa hive - wyjaśnił, wciąż ze stoickim spokojem Starburst. - Ale jeśli zdołacie schwytać tą samicę przed nimi, pomogę wam w wymianie jej na waszego naukowca, a tym samym w uniknięciu niepotrzebnych… komplikacji… Domyślam się, że doktor McKay zdołał już namierzyć nadajnik Biegacza?

- Tak - przyznał John. - Nurtuje mnie natomiast inna kwestia: co ty na tym zyskasz? Znając cię, nie odezwałby się, gdybyś nie miał w tym żadnego interesu.

- Powiedzmy, że wciąż dostrzegam pewne pozytywne strony współpracy z wami. A skoro jesteście już zamieszani w tą sprawę, to wcześniej czy później nasze drogi i tak by się znów skrzyżowały… Poza tym ciekawi mnie dlaczego wszyscy tak bardzo interesują się tą samicą.

- …Sporo wie o Atlantydzie. Chcemy wiedzieć na ile jej wiedza może nam zagrażać - odpadł oficer.

Na twarzy jego rozmówcy pojawił się lekki, szyderczy uśmieszek.

- I zapewne wasze zainteresowanie jej osobą nie ma nic wspólnego z pogłoskami, że jest Avatarem… ascendentą, jak wy to nazywacie? - spytał ironicznie Dowódca.

- Najwyraźniej ci, którzy na nią polują albo nie słyszeli tych pogłosek, albo w nie nie wierzą - odciął tym samym tonem John.

- Nie wszyscy wśród Wraith wierzą w proroctwa mówiące o powrocie Avatars - rzekł znów spokojnym tonem Todd. - Szczególnie ci urodzeni na długo po Wielkiej Wojnie… Dla nich są to bardziej… hmm… bajki dla dzieci.

- Wolę nawet nie wiedzieć jak w waszym wydaniu wyglądają bajki dla dzieci - zadrwił ponownie mężczyzna.

Dowódca uśmiechnął się lekko, pobłażliwie.

- Jak zwykle wiesz lepiej, John Sheppard - odparł z przekąsem, co wywołało na ludzkich twarzach wyraźne zaskoczenie. - Ale wracając do tematu: znajdźcie tą samicę, a z pewnością uda się wam ją wymienić na

waszego naukowca. Wraith, który jej poszukuje, jest rozsądny. Z pewnością przystanie na taki układ. Wasz naukowiec nie ma dla niego żadnej wartości… w przeciwieństwie do samicy Biegacza - dodał i rozłączył się, zanim ktokolwiek z zebranych zdążył zadać mu pytanie.

Przez dłuższą chwilę w centrum dowodzenia na Atlantydzie panowała grobowa cisza.

- Chyba nie pozostawimy tej kobiety w rękach Wraith? - spytała w końcu Teyla. - To nawet nie jej świat.

- Tak, wiem Teylo - odparł spokojnie Woolsey. - Problem w tym, że na razie nie mamy planu jak uwolnić je obie.

- Todd wspomniał, że Vallen należy do terytorium królowej, której miejsce zajęłam. Jako jego nowa królowa, m nakazać tamtemu Dowódcy oddać doktor Leszczyńską i Kate Harrigan.

- To jest jakiś plan - przyznał John. - Ale na razie spróbujmy załatwić to inaczej. Bez konieczności kolejnej operacji by zmienić cię we Wraith… Zobaczymy jak Todd to rozegra.

.

.

- Po-szcze-gól-ne - poprawiła go spokojnie Hanna, ale najwyraźniej Wraith nie docenił jej dobrych intencji, po raz kolejny tego wieczoru wydając z siebie ostrzegawcze warknięcie i nieco obnażając ostre zęby.

W pierwszej chwili kobieta ponownie wzdrygał się, lecz zaraz potem uświadomiła sobie swoją własną reakcję i opanowała strach. Zmarszczyła nieco brwi w wyrazie dezaprobaty dla jego zachowania i podparła się w pasie.

- Ostrzegałam, że to trudny język i to nie tylko w wymowie - oburzyła się lekko. - I tak jestem zaskoczona, że po tak krótkim czasie aż tyle rozumiesz. Ale zrozumienie języka, a w miarę płynne posługiwanie się nim, to dwie różne sprawy.

Przez moment Dowódca przyglądał się jej uważnie, a potem na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek, który zupełnie zdezorientował kobietę.

- A jednak masz w sobie trochę iskry - powiedział z nuta ironii i podniósł się z ławki. - Na dzisiaj wystarczy. Możesz wracać do swoich zajęć - dodał, ruszając w kierunku drzwi.

Pomieszczenie, w którym się znajdowali, było niewielkie, lecz wystarczające na ich potrzeby. Poza dwiema dwuosobowymi ławkami wykonanymi z tego samego organicznego tworzywa, co tron królowej Wraith, znajdował się tam jedynie spory ekran i jego panel kontrolny. Na prośbę kobiety zamontowano jednak także rodzaj tablicy, na której mogła pisać kredą słowa.

- Czyli do umierania z nudów - mruknęła pond nosem po polsku i nagle zdała sobie sprawę, że wypowiedziała te słowa na głos.

Co gorsze, Wraith na tyle zapoznał się z jej językiem, że na pewno zrozumiał jej słowa, pomyślała z przerażeniem, otwierając szerzej oczy. Zesztywniała cała na moment, po czym wystraszona, powoli odwróciła głowę w kierunku drzwi, by natychmiast napotkać to przeszywające spojrzenie Dowódcy.

- W takim razie znajdę ci jakieś zajecie, człowieku - powiedział po chwili zupełnie spokojnym tonem, co ponownie zaskoczyło Hannę.

Spodziewała się po nim raczej jakiejś gwałtowniejszej reakcji, oburzenia, lecz na pewno nie stoickiego stwierdzenia.

- Czym zajmowałaś się wśród swoich?

- …Moja główna specjalizacja to mikrobiologia - wyjaśniła z lekkim wahaniem. - Ale znam się także całkiem dobrze na botanice i entomologii. Właściwie tym ostatnio się zajmowałam na tutejszych planetach: badałam zależności między owadami lub mikroorganizmami a roślinami… Ale wy nie zajmujecie się tutaj takimi sprawami, prawda? - spytała na koniec, zdając sobie sprawę, że jej kwalifikacje najprawdopodobniej są tutaj zupełnie zbędne.

- Chodź ze mną - powiedział, wciąż spokojnym głosem Wildfire i wyszedł na korytarz.

Znów nieco zaskoczona kobieta ruszyła za nim po krótkiej chwili dezorientacji. Musiała niemal truchtać, aby dotrzymać mu kroku. Był wysoki, mierzył prawie dwa metry, stwierdziła już podczas ich pierwszego spotkania, więc stawiał zbyt duże kroki, aby Hanna była w stanie spokojnie za nim iść.

Pobliski transporter przeniósł ich w inny rejon hive. Chociaż kobieta zwiedzała statek od wielu dni, nigdy wcześniej nie widziała tego sektora, stwierdziła. Już po opuszczeniu pomieszczenia windy teleportującej było widać znaczną różnicę. Tutaj światło było nieco jaśniejsze, a powietrze wilgotniejsze. Jednak to, co zdecydowanie odróżniało to miejsce od innych, to olbrzymi, wielopoziomowy hangar wypełniony roślinami porastającymi ściany i wielkie kolumny. Pomiędzy nimi rozciągnięte zostały pomosty, umożliwiające krzątającym się tam ludziom dotarcie do każdego zakamarka.

Hanna z niedowierzaniem przyglądała się temu miejscu. Nie sądziła, że na hive mogą być ogrody… w tym przypadku wiszące. Chociaż zastanawiało ja skąd Czciciele mają świeże owoce i warzywa. Uznała jednak, iż zapewne z planet należących do terytorium tego statku.

- Dowódco? - odezwał się z boku gardłowy głos.

Wraith, który zatrzymał się przed nimi, był nieco niższy od swego przełożonego, lecz wciąż znacznie wyższy od drobnej kobiety. Jego spięte częściowo z tyłu głowy włosy sięgały zaledwie ramion, a brodę zdobiła mała szczecina. Ku lekkiemu zaskoczeniu kobiety na jego twarzy nie było ani jednego, nawet drobnego tatuażu, tak popularnego wśród innych Wraith na tym statku, zauważyła.

- To jest Hana - poinformował oficer. - Twierdzi, że specjalizuje się w mikrobiologii, ale zna się także na roślinach i owadach... Być może okaże się zatem przydatna tutaj… I nie umrze z nudów, zanim nie dokończy swojego głównego zadania - dodał z szyderczym uśmieszkiem, spoglądając wymownie na naukowca.

Ta zarumieniła się, zawstydzona, odprowadzając go wzrokiem, kiedy wracał do transportera. A potem spojrzała na mierzącego ją wzrokiem Wraith. Jego wyraz twarzy zdecydowanie podpowiadał jej, iż nie jest zadowolony z nowego pomocnika.

- Czym dokładnie zajmowałaś się w mieście Lantean? - spytał wyniośle.

- Przez ostatnie miesiące byłam w grupie badającej zależności pomiędzy owadami a roślinami na kilku tutejszych planetach - wyjaśniła pokornie. - Na Vallen miałam natomiast zbadać tamtejszą oczyszczalnię ścieków. Wykorzystywanych w niej mikroorganizmów i roślin…

- Bardzo dobrze… Może jednak okażesz się bardziej przydatna niż sądziłem - przerwał jej tym samym tonem co poprzednio. - Chodź za mną - dodał, ruszając w kierunku jednego z pomostów.

Kobieta podążyła za nim posłusznie. Z jednej stroni nie chciała drażnić żadnego z Wraith, jednak z drugiej, jako naukowiec, była bardzo ciekawa tego miejsca.

.

.

Kolejny świat i kolejna ucieczka.

Już nawet nie była w stanie zliczyć ile miejsce odwiedziła.

Planety o bujnych lasach, pokryte mokradłami i te, na których okolice wrót opanowała pustynia. Planety zamieszkane przez liczne, nieraz zupełnie odmienne od ziemskich, zwierzęta i takie, które zdawały się być zupełnie ich pozbawione. Planety z ludzkimi osadami i takie, których krajobraz przypominał postapokaliptyczne wizje.

Na jednej z takich właśnie planet Harrigan przez chwilę przyglądała się zniszczeniom, zastanawiając czy nie są one pozostałością po bombardowaniach Asuran. Zniszczenia wysokich budynków idealnie pasowały bowiem do scen, które pamiętała z filmu.

Szybko jednak wybrała kolejny adres na DHD. Była głodna i zmęczona, na poprzedniej planecie straciła niemal cały swój zapas pożywienia, uciekając przed Wraith, a nad zniszczone miasto nadciągała właśnie potężna burza, która mogła okazać się zbyt groźna.

Niestety zmiana planety na niewiele się zdała. Zanim bowiem zdążyła dokończyć posiłek z resztek swoich zapasów, pojawili się Łowcy. Tym razem w znacznie liczniejszej grupie niż dotychczas - prawdopodobnie pochodzili z obu hive, uznała, obserwując ich zza gęstych paproci o wielkich liściach.

I chociaż zdążyła zaobserwować iż kilkukrotna próby wyłączenia wszczepionego nadajnika jej pod skórę podprzestrzennego spowodowały pewne jego uszkodzenie, a tym samym zakłócenia w nadawanym sygnale, to mimo wszystko ta obława okazała się niemal tragiczna dla niej w skutkach.

Wielogodzinny pościg niemal kompletnie ją wyczerpał, zarówno fizycznie jak i psychicznie, pomimo iż starała się ograniczać tworzenie elektrycznych ładunków do szybkich, precyzyjnych ataków. Zanim jednak zdołała chociażby trochę zregenerować siły, pojawiali się kolejni Wraith. I tak przez całe popołudnie, aż wreszcie nastał zmrok.

Noc okazała się chłodna i deszczowa. Znad morza naciągnął sztorm, który trwał wiele godzin. Nawet napotkana po drodze osada okazała się bezużyteczna - dawno opustoszała i w połowie zniszczona nie oferowała niczego poza chwilowym schronieniem przed burzą… i nieco zniszczonym już łukiem.

Nigdy wcześniej nie posługiwała się tego typu bronią, ale w tej chwili była to je jedyna opcja na zwiększenie swoich szans na przetrwanie. Musiała więc szybko przyswoić sobie nowe umiejętności. Poza tym nie musiała przecież trafić od razu tak aby zabić, stwierdziła. Wystarczy, że zrani Łowców na tyle, by utrudnić im dalszy pościg. Niestety okazało się to trudniejsze, niż początkowo przypuszczała. Jej prześladowcy byli szybcy, zwinni i w pełni sił. Ona natomiast słabła coraz bardziej z każda kolejną godziną. Z każdą ucieczką czy próbą obrony. Była głodna, zziębnięta i zmęczona.

W końcu, wczesnym rankiem, resztką sił wyeliminowała ostatnią dwójkę jednym, silnym ładunkiem elektrycznym i na kilkanaście długich minut zwaliła się na ziemię, oddychając ciężko. Musiała odpocząć, chociażby na chwilę, chociaż zdawała sobie sprawę, że jeśli w tym czasie napotkałaby kolejnych Łowców, zdecydowanie byłby to koniec jej "kariery" Biegacza.

Spojrzała na metaliczny okrąg znajdujący się kilkanaście metrów od niej. Podczas ucieczki oddaliła się na tyle daleko, iż obie grupy Wraith puściły się za nią w pościg. Widocznie uznali iż tym razem, przy takiej liczebności, ich ofiara nie wymknie się im już… pomimo ciągłych zakłóceń w odbieraniu sygnału z nadajnika.

W końcu podniosła się powoli, podpierając na starym łuku i powoli poczłapała w stronę wrót.

Jej ubranie było podniszczone i brudne od przedzierania się przez zarośla oraz zupełnie przemoknięte od deszczu. Ale teraz nie miało to najmniejszego znaczenia. Marzyła tylko, aby po drugiej stronie znaleźć chwilę wytchnienia, by mogła przespać chociażby kilka godzin i zjeść coś. Cokolwiek.

Opierając się na DHD, resztką sił wybrała adres, a kiedy tylko wrota aktywowały się, przeszła na drugą stronę, powłócząc nogami.

Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, chowając się za koronami wysokich i grubych drzewiastych paproci. Zatrzymała się na chwile, pozwalając ostatnim promieniom otulić jej umorusana twarz. Były przyjemnie ciepłe. Tutejszy klimat wydawał się być bardzo przyjazny, a noc zapowiadała się ciepła… A przynajmniej taką miała nadzieję. Musiała tylko znaleźć jakąś kryjówkę.

Rozejrzała się wokół, ale jak okiem sięgnąć dno lasu porastała jedynie drobna trawa o rdzawo-zielonym kolorze i posrebrzane mchy. Nie dostrzegła także żadnego powalonego drzewa. Nie mając innego wyboru, ruszyła więc przed siebie w poszukiwaniu jakiejkolwiek kryjówki. Nie chciała jednak zbyt daleko odchodzić od wrót. Musiała pozostać w ich pobliżu, aby w razie potrzeby móc się do nich szybko dostać. Krążyła więc wokół, szukając jakiegokolwiek miejsca, w którym mogłaby się schronić, aż wreszcie nastała noc.

Zrezygnowana, postanowiła wdrapać się na jedno z drzew. Gruby, postrzępiony pień znacznie ułatwił jej wspinaczkę, a rozłożysty wierzchołek, tworzący z liści płytki lej, który okazał się wystarczająco duży i miękki, aby mogła się tam położyć.

Wysoko ponad nią, na nocnym niebie migotały miliony drobnych światełek towarzyszących odległej, zielonkawo-niebieskiej mgławicy. Widok ten był przepiękny, ale ona nie miała już sił, aby się nim nacieszyć. Nawet odległe odgłosy zwierząt nie były w stanie powstrzymać jej przed zaśnięciem.

Wyczerpanie całonocną ucieczką i walką zwyciężyło nad czujnością i zanim się zorientowała, zasnęła.