Rozdział 19
Sprzymierzeniec czy wróg? - cześć 1.
Wildmist wyłonił się z korytarza i zatrzymał przy oddziale żołnierzy, spoglądając na lądujący właśnie transportowiec. A kiedy tylko trap statku opadł w dół i z wnętrza wyłoniły się pierwsze postacie, napiął wszystkie mięśnie.
Nie był osobiście na mostku, kiedy Thunderstone zażądał natychmiastowego spotkania z Darkspace w sprawie ostatnich wydarzeń związanych z nowym Biegaczem, lecz wieści o wściekłości tego pierwszego szybko rozeszły się po hive. Tak samo jak informacje o tym, co ich nowa zwierzyna zrobiła ze ścigającymi ją Łowcami.
Wraith doskonale także wiedział dlaczego jego Dowódca wezwał go tutaj - był ostatnim, który rozmawiał z Lostpath, jedynym ocalałym spośród tych, których wysłano na Coryntis. A to oznaczało, że Thunderstone będzie chciał usłyszeć wprost od niego to, co Wachmaster przekazał już Darkspace.
Dodatkowym problemem okazały się plotki, jakie rozeszły się wśród Wraith jakby ich nowy Biegacz był zapowiedzianym przez Królową Destiny, jeszcze w czasach Wielkiej Wojny, Avatarem.
Gdyby te pogłoski okazały się bowiem prawdziwe, obaj Dowódcy musieliby się srogo tłumaczyć przed Szarą Radą. A tego nie chciał żadne z nich. Spotkanie z rozgniewanymi, dziewięcioma najstarszymi i prawdopodobnie najsilniejszymi umysłem Królowymi było ostatnią rzeczą jaką chciałby każdy Wraith…
Oficer przerwał swoje rozmyślania i skinął formalnie głową, przedstawiając się telepatycznie gościom, kiedy trójka Wraith zatrzymał się zaledwie metr przed nim.
Stojący na czele Thunderstone zmierzył go szybko nieprzyjemnym wzrokiem.
- A więc to ty jesteś Wildmist… Ten tchórz stracił już resztki honoru i wysłał ciebie, zamiast osobiście spojrzeć mi w oczy?
- Kogo nazywasz tchórzem? - warknął z tyłu gardłowy głos, zanim Wachmaster zdołał odpowiedzieć.
Cała czwórka spojrzała w kierunku korytarza, z którego wyłonił się właśnie Dowódca Fireflash.
Darkspace uśmiechnął się złośliwie.
- Myślisz, że zapomniałem już w jaki sposób próbowałeś zdetronizować Wildfire? - parsknął nieco pogardliwym tonem.
- Ośmieszył mnie…
- A ty nie miałeś nawet odwagi wyzwać go na uczciwy pojedynek, chociaż wasze szanse na zwycięstwo były wyrównane - przerwał mu z powagą. - Zamiast tego posunąłeś się do uwłaczającego podstępu… Zupełnie jak ludzie… Tamtego dnia straciłeś w oczach wielu z nas - dodał, tym razem z wyraźna pogardą w głosie i takim samym wyrazem twarzy.
- Więc dlaczego przyjąłeś moją propozycję? - spytał, stając tuż przed nim.
Oficer uśmiechnął się lekko.
- Tylko dlatego, że była bardzo kusząca - niemal wysyczał przez zęby, patrząc swojemu rywalowi twardo w oczy. - Ale najwyraźniej to był błąd… Zapytam więc tylko raz: wiedziałeś do czego zdolna jest ta samica?
- Nie - odparł stanowczo Darkspace. - Próbując uciec z celi i z hive używała tylko telepatii… o czym od razu ci wspomniałem… Ale może porozmawiajmy o tym gdzie indziej… - zaczął, gestem ręki wskazując korytarz.
- Nie mam na to czasu - burknął znowu oficer i spojrzał na Wildmist. - Słyszałeś pogłosko jakoby ta samica była Avatarem?
- Tak, sir.
- Czy relacje tego młodzika mogą to potwierdzić?
- …Nie wiem, sir… Jak już zaraportowałem, Lostpath powiedział, że ta samica potrafi wytwarzać ładunki elektryczne i że jego zdaniem tak właśnie pokonała naszych na Coryntis… Osobiście tego nie widział, ponieważ go ogłuszyła. Ale kiedy dotarł w pobliże wrót, obrażenia na ciałach i wciąż wyczuwalny swąd spalenizny na to właśnie wskazywały.
- Zastanawiające, że pozostawiła przy życiu właśnie jego, który jako pierwszy ruszył za nią w pościg jeszcze na planecie szkoleniowej - warknął.
- Powiedział, że chciała od niego informacji… i zmusiła go do ich wyjawienia siłą umysłu… - przerwał na moment i zerknął na swojego Dowódcę. - …Powiedział, że nigdy wcześniej nie spotkał się z tak silnym umysłem. Bez większego problemu zmusiła go do wyjawienia tego, co chciała wiedzieć…
- A może po prostu to on jest słaby - parsknął.
- Lostpath jest młody, sir, to prawda - przyznał Wildmist. - Ale to jeden z moich najlepszych uczniów. Bez
problemu szybko nauczył się dowodzić sporym oddziałem żołnierzy… Z całym szacunkiem, ale na pewno nie powiedział bym o nim, że jego umysł jest słaby… Wręcz przeciwnie - dodał ostrożnie.
Zbyt dobrze znał reputacje Thunderstone, aby niepotrzebnie go rozgniewać i tym samym ryzykować konfrontacje z nim.
Wraith warknął wściekle na te słowa i znów spojrzał na Darkspace.
- Moi ludzie ścigali tą samicę przez kilka światów, zanim dołączył do nich wasz oddział i obie grupy ruszyły wspólnie na Ideros - wysyczał, wyraźnie wściekły. - Straciła wcześniej swoje zapasy i broń. Była ścigana przez całą noc podczas burzy, a mimo to z pośród szesnastu naszych najlepszych Łowców przeżyło tylko pięciu… Jakim cudem?! - niemal wrzasnął. Jego twarz i oczy aż kipiały od gniewu. - Nie wierzę w bajki o Avatars i udowodnię, że to tylko zwykły śmiertelnik… Problem w tym, że powinna być już dawno martwa, a mimo to wychodzi cało z każdej opresji… Nasuwa się więc pytanie: kto pomaga jaj w eliminowaniu naszych?
- Sugerujesz, że to Lostpath? - teraz to Darkspace warknął, zły.
- To logiczny wniosek… Tylko on przetrwał każde spotkanie z nią…
- Nie widzę powodu, dla którego miałby to robić - przerwał mu ostro.
- Jest młody i niedoświadczony - odparł spokojnym tonem Thunderstone, jakby rozmawiali o czymś mało istotnym. - A ona jest całkiem ładna jak na ludzką samicę - zasugerował z kąśliwym uśmieszkiem. - W przeciwnym razie dlaczego miałby zignorować twój rozkaz powrotu na hive?… Ja nazwał bym to zdradą. A za zdradę jest tylko jedna kara: ŚMIERĆ - wysyczał.
Na te słowa Wildmist zacisnął mocno zęby, a dłonie w pieści.
Jakkolwiek lekkomyślny bywał czasami jego młody uczeń, to z cała pewnością nie był zdrajcą, pomyślał z irytacją i spojrzał na swego Dowódcę. Ten jednak wydawał się wahać… i bardziej wierzyć we słowa Thunderstone, niż w lojalność jednego ze swoich podwładnych, który służył mu wiernie od ponad stu lat.
I chociaż słowa Wraith wydawały się być sensowne, to jednak w tym jednym, krótkim momencie Watchmaster poczuł zawód, nie mogąc zrozumieć dlaczego Darkspace bardziej ufa swojemu dawnemu rywalowi, niż słowom swojego oficera, który poprzysiągł schwytać tą samicę właśnie dla niego - jako dowód swojego oddania i rekompensaty za wypuszczenie jej z planety szkoleniowej.
- Poinformuj naszych ludzi, że Lostpath ma być sprowadzony na hive… Żywy… Osobiście chce się z nim rozmówić - rozkazał w końcu. - Gdyby jednak stawiał opór, ma być potraktowany jak zdrajca - dodał.
Wildmist nie protestował. Doskonale wiedział, że w tej chwili nie ma to najmniejszego sensu, a wręcz mogłoby sprowadzić na niego gniew jego Dowódcy. Postanowił więc zaczekać, aż Darkspace ochłonie… a Thunderstone odleci na swój statek.
- Tak… sir - wysyczał przez zaciśnięte zęby i odwrócił się szybko, aby wyjść.
.
.
"…Kate podniosła się, wściekła z kanapy.
- I nic z tym nie zrobią?! A gdzie wasze słynne hasło, że nie zostawiacie swoich?! - niemal wrzasnęła, gestykulując.
- Kochanie, uspokój się… - próbowała ją udobruchać ciotka, gładząc dłonią jej rękę.
Spojrzała ostro w jej stronę. Ponad czterdziestoletnia kobieta o ognistych włosach i szarych oczach aż wzdrygnęła się na widok nieprzyjemnego wzroku bratanicy jej męża.
- Uspokoić się? - spytała ironicznie. - Twój syn walczył za ten kraj, a teraz, kiedy zaginał na terenie wroga, wasz kraj ma go głęboko w dupie!
- Dobrze wiesz jak wygląda sytuacja w tamtym rejonie - powiedział wuj, próbując zachować spokój. - Nie porzucili ich. Po prostu chwilowo muszą zawiesić poszukiwania…
- Tłumacz to sobie tak dalej, a może w końcu w to uwierzysz - przerwała mu niemal z pogardą. - Tak samo jak uwierzyłeś, że nie da się odnaleźć zabójców mojej rodziny - dodała i zanim mężczyzna zdołał cokolwiek powiedzieć, ruszyła przez salon w kierunku tarasu.
- Kate, skarbie… - zawołała za nią z troską Lineth, wstając.
- Zostaw ją - mruknął John. - Niech ochłonie…
Nie słuchała dalej. Nie miała ochoty.
Zeszła z tarasu i otworzyła furtkę wysokiego płotu ze sztachet ułożonych w szachownicę. Miało to uniemożliwić dwójce psów swobodne opuszczanie terenu wokół domu. Teraz jednak, kiedy młoda kobieta ruszyła kamiennymi schodkami w kierunku plaży, husky bez problemu mogły podążyć za nią.
Była wściekła, że jej wuj tak łatwo pozwolił się zbyć wojsku i to nie tylko w przypadku swojego przyrodniego brata, ale nawet w sprawie rodzonego syna. Praktycznie przyjął do wiadomości, że Conor nie żyje... chociaż według ostatnich doniesień istniały naprawdę spore szanse na odnalezienie go.
A mimo to z niezrozumiałych dla niej powodów pułkownik John Harrigan zaniechał prób wykorzystania swojego stanowiska i znajomości, aby przyspieszyć próby sprowadzenia syna do kraju… zanim naprawdę będzie za późno.
Zatrzymała się nad brzegiem oceanu i zacisnęła dłonie w pieści, pozwalając elektrycznym wyładowaniom
tworzyć się wokół nich. A kiedy te nabrały na sile, nagle wyprostowała palce i liczne pioruny uderzyły w piach. Utrzymywała je przez dobrych kilkanaście sekund, próbując w ten sposób rozładować narastający gniew i frustrację.
Robiła tak od dziecka, odkąd nauczyła się wytwarzać i kontrolować energetyczne ładunki. Zamiast krzyczeć ze złości, używała swoich zdolności do rozładowania napięcia. A mimo to tym razem także na niewiele to się zdało. Chociaż ciało odczuło zmęczenie wysiłkiem, to jednak ona wciąż czuła się zupełnie bezradna i opuszczona. Tak, jak po śmierci swoich rodziców i brata.
Ale tym razem nie mogła liczyć na wsparcie kuzyna w trudnych chwilach. Ponieważ tym razem to właśnie on był tym, którego opłakiwała: jedną z naprawdę nielicznych osób, przy których nie musiała ukrywać tego, co potrafi, a wręcz przeciwnie. To właśnie Conor i jej ojciec najbardziej namawiali ją i wspierali, aby ćwiczyła kontrolę nad swoimi zdolnościami.
A teraz… Teraz pozostała zupełnie sama ze swoim bólem i smutkiem, które starał się ukoić jedynie szum oceanu…"
.
…Obudziło ją namolne bzyczenie.
W pierwszej chwili machnęła tylko od niechcenia ręką, jak w przypadku natrętnego komara lub muchy, ale kiedy bzyczenie nie ustawało, wreszcie otworzyła powoli oczy, poirytowana. Zamrugała kilka razy, aby nieco zamglony obraz nabrał wyrazistości… i nagle zamarła. Zaledwie pół metra ponad nią unosiła się gigantyczna ważka, zdając się przyglądać jej uważnie swoimi wyłupiastymi oczyma.
Miała około metra długości, a jej podwójne skrzydła i korpus połyskiwały delikatnie w promieniach porannego słońca, mieniąc się wszystkimi barwami tęczy niczym opal.
Kate odruchowo wytworzyła wokół jednej z dłoni niewielkie, elektryczne wyładowania - tak na wszelki wypadek. W jej umyśle od razu bowiem pojawiło się wspomnienie niebezpiecznych owadów, które w filmie napotkała drużyna SG-1 i w tym momencie nie była pewna czy to stworzenie będzie chciało zaatakować, czy też po chwili po prostu odleci.
Nie miała także już sił, aby próbować wniknąć do umysłu owada. Potworny ból głowy spowodowany najprawdopodobniej głodem, utrudniał jej skupienie się.
Jednak jakby w odpowiedzi na jej obawy, ważka po chwili oddaliła się spokojnie, by dołączyć do pozostałych owadów.
Kobieta podniosła się nieco, spoglądając z mieszanymi uczuciami na chmarę przelatującą właśnie ponad rozległym lasem porastającym podnóże wysokiego wulkanu. Dopiero wtedy zrozumiała, że owo brzęczenie, to nie tylko efekt trzepotania podwójnych skrzydeł tego jednego stworzenia, lecz całego ich stada.
Był to piękny, chociaż jednocześnie nieco niepokojący widok.
Zsunęła się więc ostrożnie ze swojego legowiska, by zarzucić łuk na ramię i powoli zejść z drzewa. Wolała nie ryzykować bliższego spotkania z tymi owadami i zniknąć z ich pola widzenia, dopóki nie wykazują zainteresowania jej osobą. Nie mogła być pewna czy aby na pewno nie są niebezpieczne.
Zeskakując na ziemię, rozejrzała się szybko wokół w poszukiwaniu innego, ewentualnego zagrożenia, po czym zatrzymała wzrok na odległej, niewielkiej polanie i wrotach. Ku jej uldze nie dostrzegła tam Łowców.
Skupiła się na chwilę, próbując poprzez ból głowy wyczuć umysłem obecność Wraith. Nauczyła się tego w ostatnim czasie: odróżniania swego rodzaju energii, jaką wytwarzały różne stworzenia. A energia ludzi i Wraith różniła się od siebie w takim samym stopniu, jak od energii zwierząt.
Poszukiwania zakończyły się jednak fiaskiem… chociaż nie była w stanie stwierdzić czy było to spowodowane bólem głowy, czy tez po prostu nikogo tutaj nie było.
Nie zastanawiając się dłużej, ruszyła przed siebie, oddalając się od wrót. Musiała znaleźć słodką wodę i coś do jedzenia, zanim kompletnie opadnie z sił. Sen pozwolił jej w prawdzie chwilowo zregenerować się do pewnego stopnia, lecz dokuczliwy głód mógł szybko zniwelować ten efekt.
Schodząc z drzewa, kątem oka dostrzegła w oddali niewielką rzekę, dlatego też miała nadzieję, że być może znajdzie tam także coś do jedzenia. Ryba byłaby idealna, pomyślała, ale teraz nie wzgardziłaby jakiekolwiek innym stworzeniem zadającym się do konsumpcji. Rozpalenie ognia, na którym mogłaby upiec swój posiłek, nie stanowiło bowiem żadnego problemu. Wystarczyły wyschnięte rośliny i kilka elektrycznych wyładowań. W ostatnim czasie osiągnęła w tym niemal perfekcje.
Migocząca w promieniach słońca woda była już widoczna z daleka poprzez wielkie, drzewiaste paprocie.
Tutejsze runo leśne było delikatne i niskie, pozwalając ogarnąć wzrokiem spory obszar. Oczywiście był także i minus tego stanu rzeczy: ona także była doskonale widoczna z daleka.
Wynurzając się ostrożnie z lasu na otwartą przestrzeń brzegu rzeki, podeszła powoli do wody. Jej szum był
kojący, nawet teraz, kiedy jej głowę przeszywał wzmagający się ból. Jeszcze raz rozejrzała się wokół, po czym przykucnęła i nabrała dłonią wodę. Była przyjemnie chłodna. A kiedy spróbowała odrobinę, okazała się równie orzeźwiająca.
Zagarnęła dłońmi większą ilość, łapczywie gasząc pragnienie. Odwodnienie organizmu następuje zaledwie w ciągu paru dni, czyli znacznie szybciej, niż utrata tkanki tłuszczowej, którą organizm spala w przypadku braku pożywienia. A teraz miała wody pod dostatkiem. Nawet na tyle, aby zmyć z siebie bród.
Coś zaszeleściło wśród kępy wysokich paproci w lesie po drugiej stronie brzegu i spomiędzy drzew wyłoniła się wysoka, smukła postać. Harrigan zamarła na jej widok.
Młoda kobieta i ciemnej karnacji i kruczoczarnych włosach spiętych w liczne, cienkie warkoczyki ozdobione koralikami, przyglądała się jej uważnie swoimi skośnymi oczyma. Wydawała się być zupełnie spokojna i nie zaniepokojona obecnością intruza, trzymając w dłoni długą włócznię. Jej strój stanowił kawałek
zielonkawego materiału zakrywający piersi i zawiązany na karku, a od szerokiej opaski na biodrach zwisały dwie płachty tworzące rodzaj spódnicy sięgającej kolan. Stopy chroniły natomiast sandały wykonane z licznych rzemieni przewiązanych w kostce.
Kate podniosła się powoli, nie chcąc prowokować kobiety gwałtownymi ruchami. Znów przez dłuższą chwilę obie spoglądały na siebie, po czym nieznajoma uśmiechnęła się lekko i gestem dłoni zaprosiła przybysza, by ruszył za nią, wchodząc ponownie do lasu.
Harrigan zawahała się w pierwszej chwili, obawiając się iż dłuższy pobyt tutaj może sprowadzić na ten świat Łowców. Jednak powtarzające się co chwilę odgłosy dochodzące z jej brzucha i uczucie ssania w żołądku sprawiły, że mimo wszystko postanowiła skorzystać z zaproszenia. Nawet gdyby tylko miała zabrać trochę jedzenia i odejść stąd zanim Wraith odkryją gdzie tym razem się udała.
.
.
Właz transportowca opadł w dół, pozwalając jego pasażerom wyjść na zewnątrz.
Stojący na platformie Dowódca Nebuli splótł ramiona na piersi, z nieukrywaną satysfakcją przyglądając się jednemu z dwóch zbliżających się Wraith.
- Wreszcie wypełzłeś z lanteańskiej nory? - rzucił szyderczo.
- Wildfire, proszę… - zaczął spokojnie Bullseye.
- Obiecałem ci tylko, że go wysłucham... I że go nie zabiję. Nic więcej - odparł ironicznie.
- A ja jestem ci za to wdzięczny - Pierwszy Oficer skinął nieco głową. - Szczególnie za obietnicę nie zabicia go - dodał z lekkim uśmiechem.
- Robię to tylko ze względu na naszą przyjaźń - powiedział, rzucając drugiemu Wraith pogardliwe spojrzenie.
- Tak, wiem.
- Wciąż masz mi za złe to, co stało się z Solarwind, chociaż wiedziałeś, że pomaga Midsummer w jej knowaniach przeciwko Radzie. Ale to właśnie dzięki Steelflower Rada nie straciła naszej floty na rzecz tej zdrajczyni - odciął złośliwie Starburst. - A może bardziej ubolewasz nad utratą swojej pozycji w Sojuszu niż nad śmiercią Primary? - zadrwił.
Na te słowa oficer zawarczał wściekle i ruszył na niego. Zanim jednak zdążył wykonać pełny krok, Bullseye zatarasował mu drogę własnym ciałem, powstrzymując go od ataku.
- Uspokójcie się!... Obaj - warknął, spoglądając nieprzyjemnie przez ramię na swego przyjaciela i zarazem Dowódcę. - To nie pora na wasze spory. Przybyliśmy tutaj w innym celu - skarcił ich obu i spojrzał wprost na Wildfire. - Rozumiem twoje rozgoryczenie spowodowane śmiercią Solarwind. Jednak faktem jest, że wszystko to było zgodne z literą naszego prawa - odparł, już spokojniej. - Jeśli jednak tak bardzo pragniecie walki, to zróbcie to także zgodnie z naszym prawem… Ale teraz zajmijmy się bieżącymi problemami...
Wildfire nie odpowiedział od razu, wciąż patrząc nieustępliwie na Dowódcę Unbroken. Byli praktycznie tego samego wzrostu, więc ich spojrzenia bez problemu napotkały się.
A potem znów warknął ostrzegawczo i wycofał się nieco do tyłu.
- Ludzka samica, której szukasz… Sadzimy, że New Lantean są w stanie ją namierzyć i to zanim zrobią to Łowcy - powiedział Bullseye.
- W zamian chcą odzyskać swojego naukowca, którego pojmałeś na Vallen - dodał, już spokojnie Starburst.
Starszy Wraith znów uśmiechnął się do niego nieco protekcjonalnie, splatając ramiona na piersi.
- Macie mnie za głupca? Skoro wiedzą już o tej samicy, to wiedzą także co potrafi… Nie sądzicie chyba, że tak po prostu wymienią ją na jedną z nich.
- Taki jest układ…
Wildfire niemal parsknął śmiechem.
- Więc jesteś większym głupcem, niż sądziłem… Najwyraźniej zbyt częste wizyty u New Lanteans pozbawiły cię zdrowego rozsądku i instynktu Wraith.
Tym razem to młodszy Dowódca warknął ostrzegawczo i chociaż jego przeciwnik ponownie posłał mu szyderczy uśmieszek, tym razem opanował się i uspokoił.
- Chodzą słuchy, że ta samica może być Avatarem… - zaczął, na co Wildfire znów uśmiechnął się złośliwie.
- Tak, wiem… To sprawka Stardusta i Stroke. To ich teoria.
- Ale ty tak nie uważasz? - wtrącił spokojnie Bullseye. - Jako jedyny z nią rozmawiałeś i widziałeś co potrafi…
- Znajomość kilku sztuczek nie czyni z niej od razu Avatara - przerwał mu Dowódca, jakby wręcz nieco rozbawiony, co zdziwiło dwójkę jego gości. - To zwykły człowiek. Badałem jej DNA. Po prostu z jakiegoś powodu nastąpiła u niej mutacja, czyniąc ją… powiedzmy, że stoi wyżej na szczeblu ewolucji, niż reszta ludzi… Muszę jednak przyznać, że ta pogłoska jest mi nawet na rękę. Mam nadzieje, że chociaż na chwilę zniechęci to Darkspace i Thunderstone do polowania na nią. A tym samym ułatwi zlokalizowanie jej moim ludziom.
- Jeśli masz rację, to czy nie niepokoi cię, że gdzieś w tej galaktyce, wśród ludzkiej społeczności, dokonuje się taki skok w ewolucji? - spytał Starburst.
Ale zamiast odpowiedzi, na twarzy Dowódcy Nebuli znów pojawiło się rozbawienie i szyderczy uśmieszek.
- Czyżby twoi lanteańscy przyjaciele nie powiedzieli ci wszystkiego? - rzekł złośliwie. - Ona nie pochodzi z tej galaktyki, lecz z Ziemi… I to z Ziemi z innego wymiaru - dodał, patrząc z nieukrywana satysfakcją na zaskoczenie, które pojawiło się na twarzy Wraith.
A potem zamieniło się z trudem ukrywaną złość.
