Rozdział 20

Chwila wytchnienia?

Lostpath odchylił się do tyłu, aby uniknąć długiego ostrza noża.

Jego przeciwnik był znacznie lepiej wyszkolonym wojownikiem, zapewne od stuleci, a może nawet od tysiącleci, biorąc udział w Łowach. Dlatego też młody Wraith dość szybko zaczął się wycofywać. Chociaż z każdym kolejnym krokiem znajdował się coraz to bliżej krawędzi niewielkiego urwiska.

Łowcy Thunderstone doskonale wiedzieli co robią, zaganiając go w to miejsce. Tutaj nie miał już bowiem dokąd uciec i nie miał innego wyboru, jak tylko zacząć walczyć… lub od razu zginąć. Szczególnie, że przeciwnik miał przewagę trzech na jednego.

Kolejny cios i kolejny unik. Tym razem połączony z kontratakiem, kiedy przeciwnik zbyt wysoko uniósł rękę, w której trzymał ostrze. A silny, dobry cios w żebra boli i daje się we znaki nawet Wraith. Dlatego też Lostpath od razu wykorzystał swoja jedyną szansę.

Chwycił ramię łowcy, aby wykręcić je do tyłu i odebrać mu sztylet. A potem jednym szybkim ruchem odwrócić go przodem do siebie i zanim ten dobrze się zatrzymał, wykonał cięcie. Krew trysnęła z gardła. Przeciwnik padł na kolana, w desperacji chwytając dłońmi za szyję, ale ciśnienie wewnątrz ciała było zbyt wysokie, by zdołał się zregenerować zanim straci zbyt wiele krwi. Po chwili leżał już martwy na ziemi, na wznak.

Młody Wraith zerknął na niego. Niestety ta chwila nieuwagi kosztowała go zbyt wiele. Kolejny z Łowców rzucił się bowiem na niego z impetem, wytracając mu szybko z dłoni świeżo zdobytą broń. W desperackiej obronie, parując jego ciosy, Lostpath cofał się coraz bardziej do tyłu, aż stanął tuż nad krawędzią urwiska.

Zachwiał się na moment, próbując złapać równowagę. Na twarzy jego przeciwnika pojawił się szyderczy uśmiech, a potem wojownik uderzył go z całej siły w pierś.

To był ostatni krok, jaki wykonał były podwładny Darkstone.

Grunt pod jego nogami urwał się gwałtownie, a poczuł jak zaczyna działać na niego siła grawitacji. W ostatnim odruchu próbował się chwycić czegoś, czegokolwiek co nie pozwoliłoby mu spaść. Niestety jedyną rzeczą na którą zdołała jeszcze natknąć się jego dłoń, było przedramię drugiego Wraith… który otworzył nagle szeroko oczy, czując jak pokonany ciągnie go za sobą w dół.

Niestety było już zbyt późno, aby zdołał zareagować i zaprzeć się nogami. Zupełnie nie spodziewając się takiego obrotu spraw, stał zbyt swobodnie i zbyt blisko krawędzi.

Jego towarzysz podbiegł natychmiast, lecz także było już za późno na jego reakcję. Mógł tylko patrzeć jak obaj spadają w dół, szamotając się jeszcze nieco w locie, by zatrzymać się kilkanaście metrów niżej, na pokrytej częściowo kamieniami i głazami powierzchni.

Lostpath jęknął w pierwszej chwili z bólu, który poczuł w plecach, lądując na twardej ziemi, by zaraz potem wydać z siebie przeraźliwy ryk. Jedna z jego nóg utknęła pomiędzy dużymi kamieniami. Naprężenie kończyny podczas upadku spowodowało, że nawet bardziej wytrzymały na mechaniczne urazy szkielet Wraith tym razem nie zdołał przeciwstawić się sile uderzenia i kość w nodze pękła, przebijając skórę.

Jednak i tak w porównaniu z drugim Łowcą mógł mówić o wielkim szczęściu. Chociaż teraz zupełnie nie zwracał najmniejszej uwagi na połamane ciało leżące nieco dalej. Wojownik niestety nie miał tyle szczęścia, co jego młodszy przeciwnik, zatrzymując się na zbiorowisku mniejszych i większych głazów. To spowodowało, że jego obrażenia wewnętrzne i zewnętrzne były zbyt poważne, aby system regeneracyjny poradził sobie z nimi i cała powierzchnia szybko pokryła się czerwoną mazią.

Ostatni z Łowców podbiegł do krawędzi urwiska i warknął cicho pod nosem z niezadowolenia na widok martwego towarzysza. Jednak cierpienie zdrajcy szybko sprawiło, ze na jego twarzy pojawił się uśmieszek zadowolenia. Doskonale zdawał sobie sprawę, że skoro wciąż leży na ziemi, nie jest w stanie w pełni się zregenerować. A to oznacza będzie tam konał długo i w męczarniach.

Z satysfakcją odwrócił się, by ruszyć w drogę powrotną ku wrotom, lecz zaraz potem zatrzymał się na widok pistoletu trzymanego przez Wilmist. I zanim zdążył zareagować, Watchmaster wystrzelił dwukrotnie. Tak na wszelki wypadek.

Energetyczne pociski oplotły ciało Wraith, ogłuszając go natychmiast. Padł na wznak na ziemię tuż u stóp oficera. Ten podszedł do niego i stopą obrócił na plecy, cały czas celując do Łowcy ze swego pistoletu… gdyby tak przypadkiem jednak zachował resztki przytomności. Na szczęście podwójny strzał zadziałał bardzo skutecznie i samiec nawet nie drgnął.

Wildmist przykucnął obok i rozpiął górną część jego płaszcza, by móc swobodnie przyłożyć dłoń do jego klatki piersiowej… i zacząć się posilać.

W pierwszym momencie nieprzytomny Łowca nawet nie zareagował, zbyt dobrze ogłuszony przez dwa energetyczne pociski. Ale enzym wpuszczany przez Wraith do ciała ofiary sprawił, że organizm szybko wybudził się i samiec otworzył oczy tylko po to, aby poczuć jak jego siły życiowe szybko opuszczają jego ciało. Próbował się jeszcze bronić przed tym, ale było już za późno. Przez tych kilka sekund pomiędzy początkiem żerowania a przebudzeniem, Wildmist zdołał już wchłonąć wystarczająco dużo, aby jego przeciwnik stał się słaby i bezradny niczym człowiek. Teraz było już tylko kwestia kilku minut, aż dokończy swój… posiłek.

W końcu podniósł się znad zaschniętych zwłok i podszedł do krawędzi urwiska, spoglądając w dół. Jego młody uczeń wciąż tam leżał. Rozejrzał się szybko, szukając najbardziej dogodnego miejsca do zejścia na dół. Jego wzrok zatrzymał się na niewielkiej półce skalnej znajdującej się zaledwie kilka metrów dalej, na którą mógłby zeskoczyć. A z niej na sam dół.

Lostpath zmrużył oczy, skupiając uwagę na cieniu, który właśnie się nad nim pojawił.

- Jak mawiał mój dziadek: masz więcej szczęścia niż rozumu - niemal parsknął jego nauczyciel. - Co cię podkusiło, żeby z nimi walczyć? Sam przeciwko trzem.

- Nie miałem… wyboru - odparł, z pewnym trudem łapiąc każdy oddech.

Wildmist nie odpowiedział od razu, przyglądając się uważnie złamanej nodze.

- Wygląda paskudnie… Nastawię ci kość, ale przy tych obrażeniach nie wiem na ile pomogą ci siły życiowe, które zabrałem tamtemu trzeciemu Łowcy - oznajmił, rozcinając nożem nogawkę spodni.

Rana wyglądała nieprzyjemnie. Biaława kość pokryta krwią sterczała ponad spuchnięta już skórą.

- To będzie bolało - dodał, dotykając miejsce wokół rany.

- Wiem - niemal szepnął. - Dziękuję… sir… - nie dokończył.

Watchmaster właśnie złapał jego nogę i pociągnął za stopę, by umieścić kość na swoim miejscu najbardziej jak było to możliwe w tych warunkach.

W tej samej chwili w całej okolicy rozległ się przeraźliwy ryk młodego Wraith. Chyba jeszcze bardziej głośny niż wtedy, kiedy złamał nogę. Świat przed jego oczami zawirował i pokrył się nieco mgłą z przeraźliwego bólu, który przeniknął do każdego zakamarka jego ciała. A kiedy krzyk ucichł, jego miejsce zastąpił szybki oddech , próbującego się uspokoić wojownika.

Starszy Wraith przykucnął do niego i rozpiął górę jego płaszcza, by przyłożyć dłoń do piersi. W pierwszej chwili Lostpath otworzył szeroko oczu, czując pierwsze, napływające do jego ciała siły życiowe. A potem rozluźnił wszystkie mięśnie, pozwalając aby to przyjemne uczucie pochłonęło go całkowicie.

Czuł jak wracają mu siły. Jak jego ciało odżywa i regeneruje się powoli. To było takie kojące dla tego potwornego bólu, który odczuwał jeszcze przed chwilą.

- Dziękuję.

- Robię tylko to, co uważam za słuszne - oznajmił.

- Dlaczego mi pomagasz? Podobno jestem zdrajcą - spytał w końcu, spokojnie.

- Ponieważ w to nie wierzę - odparł niemal ganiącym tonem starszy oficer. - Jesteś czasami porywczy, to fakt. Ale to przywilej młodości… Ale nie jesteś głupi… I jesteś jednym z moich najlepszych uczniów - dodał, już spokojniej. - Nie pozwolę, aby kłamliwe oszczerstwa Thunderstone zniweczyły lata mojej pracy i twojej nauki. A tym samym twoją szansę na dobre stanowisko w przyszłości… - spojrzał na niego, odsuwając dłoń od jego piersi. - Może nawet szybciej niż sądzisz. Masz duże zadatki na dobrego oficera.

Lostpath nie odpowiedział od razu. Usiadł najpierw powoli. Wciąż czół lekki ból w zebrach i w złamanej nodze. Być może kości nadal były pęknięte, pomyślał. Do pełnego uzdrowienia ran, jakie odniósł, trzeba znacznie większej ilości życiodajnych sił niż otrzymał. Ale z pewnością i tak był niezmiernie wdzięczny swojemu nauczycielowi za to, co dla niego zrobił. I nie mógł wymagać od niego już niczego więcej.

- A co na to Dowódca? - zapytał.

- Nie nazywaj go już tak - niemal warknął. - Nie zasługuje na to miano. Stał się marionetką w rękach Thunderstone. Woli wierzyć temu podstępnemu Łowcy o wątpliwym honorze, niż oficerowi, który wiernie mu służy od lat… W moich oczach także stracił swój honor - oznajmił Wildmist i sięgnął po swój pistolet wsunięty za pas płaszcza i podał go młodszemu Wraith. - Przyda ci się… Znajdź tą samicę Biegacza. To ona jest kluczem do tego, abyś odzyskał swój honor - powiedział z powagą. - Z dobrego źródła wiem, że nie tylko my jej szukamy. Ale także ludzie Wildfire i Starbursta... A nawet podobno New Lanteans… A to oznacza, że sprawa jest poważniejsza niż się wydawało - dodał i podniósł się.

- Wracasz na hive?

Watchmaster spojrzał najpierw gdzieś w dal.

- Nie - powiedział po chwili.

- Darkspace także uzna to za zdradę - zauważył Lostpath.

- Wiem - niemal mruknął. - Dlatego muszę spokojnie pomyśleć i znaleźć sposób, aby bez ryzyka opuścić

jego hive - dodał i znów spojrzał na swojego ucznia. - Uważaj na siebie… I nie pozwól się zbyt szybko zabić - zażartował nieco, po czym ruszył wzdłuż urwiska.

.

.

Prosta wioska, którą spodziewała się zobaczyć, okazała się zupełnie czymś innym.

Pierwsze, co zobaczyła po opuszczaniu lasu, to rozległa równina, na której zajmował się spory krater. Nie byłoby w tym nic specjalnie dziwnego, gdyby nie fakt, że ponad owym wgłębieniem w ziemi wznosiło się kilkanaście potężnych łuków, krzyżujących się ze sobą. Razem tworzyły coś na kształt szkieletu kopuły.

Kiedy jednak obie kobiety zbliżyły się do konstrukcji, Harrigan uświadomiła sobie iż całość wykonana jest z metalu… a przynajmniej tak to wyglądało, pomyślała, przesuwając dłoń po jednym z żeber.

Jej przewodniczka zerknęła na nią przez ramię, uśmiechając się lekko, lecz jak przez całą dotychczasową drogę także i teraz nie powiedziała ani słowa. Zamiast tego spokojnie szła dalej, by po kilku metrach zatrzymać się na skraju skarpy.

Kate stanęła obok niej… i zaklęła pod nosem.

Owa prosta wioska okazała się bowiem być sporym miasteczkiem usytuowanym na stromych, ale stopniowanych ścianach potężnego krateru. Na każdej z kolejnych skalnych półek znajdowały się domy wykonane z kamienia i drewna, a raczej ich fronty niewiele odstające od ścian zagłębienia. Cała reszta każdego domostwa musiała skrywać się wewnątrz skały, pomyślała.

Całość połączona była licznymi ścieżkami wijącymi się pomiędzy domami, pozwalając na swobodne przemieszczanie się kolejne poziomy. Na samym dnie krateru znajdował się natomiast spory plac otoczony niewielkimi drzewami.

Zresztą roślinność wdzierała się tutaj wszędzie, porastając każdy dostępny zakamarek i ścianę.

Całości dopełniał nieduży, lecz widokowy wodospad, którego wody wpadały do szerokiej fosy obiegającej całe dno krateru. Harrigan nie była jednak w stanie zobaczyć z tego miejsca gdzie uchodzi ta woda. Być może do jakiegoś podziemnego zbiornika lub rzeki, uznała i spojrzała na swoja przewodniczkę, która właśnie ruszyła w kierunku szerokich schodów wydrążonych w kamieniu i biegnących w dół. Dogoniła ją, z wielkim zainteresowaniem obserwując wszystko wokół.

Na te kilka minut kobieta zupełnie zapomniała i ścigających ją Łowcach Wraith. Dopiero widok ludzi, którzy oderwali się na moment od swoich obowiązków i bawiących się dzieci, który przystanęły, patrząc z zaciekawieniem na przybysza, uświadomił jej, że przyjście tutaj było błędem. Zatrzymała się, patrząc na twarze młodych i starców, dzieci i nastolatków. Wszyscy oni wyglądali tak beztrosko, prowadząc tutaj spokojne życie… które ona mogła zniszczyć w jednej chwili, sprowadzając Wraith.

Odwróciła się i ruszyła pospiesznie z powrotem, w górę schodów.

- Kate? - odezwał się gdzieś z boku męski głos? - Kate Harrigan?

Zatrzymała się i spojrzała w tamta stronę. Spomiędzy wysokich i smukłych tubylców odzianych w proste, niemal skąpe stroje, wyłonił się mężczyzna w czarnym podkoszulku i spodniach, niższy nawet od tutejszych kobiet. Ku swojemu zaskoczeniu stwierdziła, że go zna. I to całkiem dobrze… a przynajmniej tak mogłaby powiedzieć.

Carson Beckett uśmiechał się do niej, wyraźnie zadowolony i spojrzał gdzieś za przybysz.

- Wybacz mój sceptycyzm… Naprawdę przewidziałaś dokładny czas jej przybycie tutaj - powiedział uprzejmie i jednocześnie przepraszającym tonem.

- Nic się nie stało… Rozumiem powody twojego niedowierzania - odparła z miłym uśmiechem młoda kobieta, która przyprowadziła Biegacza do osady.

Harrigan z zainteresowaniem przyglądała się jej przez chwilę.

- Szamanka? - spytała w końcu, mierząc ją uważnie wzrokiem.

- …Mamy na to inne określenie, ale tak - powiedziała uprzejmie. - W waszym rozumieniu tego słowa można powiedzieć, że jestem szamanką ludu Uninate… Nazywam się Ul'maya. Witaj - dodała i skinęła nieco głową, jedną dłoń kładąc na piersi, a drugą kierując w stronę gościa. - Twoje pojawienie się zostało nam zapowiedziane przez Avatars…

Harrigan zmarszczyła jednak natychmiast brwi, a na jej twarzy pojawiło się wyraźnie niezadowolenie. Jedno słowo, którego użyła młoda kobieta sprawiło, że jej dobry nastrój prysł niczym mydlana bańka.

- Avatars? - burknęła, po czym pospiesznie ruszyła dalej w górę schodów.

Ul'maya wydała się być wyraźnie zdezorientowana jej zachowaniem, spoglądając raz za nią, a raz na Becketta, jakby szukając u niego wsparcia. Ale mężczyzna wydawał się być równie zaskoczony co ona.

- Porozmawiam z nią - powiedział. - …Kate! Zaczekaj! Dokąd idziesz?! - zawołał i pobiegł za kobietą.

- Wracam… Zanim Łowcy się tutaj pojawią - odparła, wciąż poirytowana.

- Nie musisz… Mogę usunąć twój nadajnik. Mam ze sobą odpowiedni sprzęt…

- Obawiam się, że to nie takie proste - przerwała mu, nie zatrzymując się. - Jest zbyt dobrze przymocowany do rdzenia kręgowego.

- Więc przynajmniej go wyłączymy… Moja przyjaciółka użyła kiedyś do tego defibrylatora…

- Tak wiem. Sprawa z Kirikiem - mruknęła wychodząc na równinę.

- Więc wiesz, że to możliwe… Ale musze zabrać sprzęt… Jest w osadzie! - dodał nieco zaspany, wskazując za siebie i zatrzymując się.

Z trudem za nią nadążał, a ona nie sprawiała wrażenia, aby chciała spowolnić tempo.

Harrigan przystanęła i spojrzała na niego.

- Wczoraj Ul'maya skontaktowała się z nami i poprosiła o pomoc dla ciebie - dodał. - Zastrzegła jednak, że ze względu na późniejsze wydarzenia, powinienem to być tylko ja… To dzięki niej jestem tutaj, aby pomóc ci uwolnić się od Łowców Wraith.

- …Zaczekam przy wrotach… Masz pół godziny. Potem ruszam dalej. Nie będę niepotrzebnie narażała tych ludzi. Jeśli chcesz to zrobić, to na niezamieszkałej planecie. Nie chcę, aby sygnał zanikł tutaj - oznajmiła, już spokojniej i wróciła do swojej wędrówki, oddalając się szybko.

Carson spoglądał za nią przez chwilę, a potem na szamankę, która zatrzymała się obok niego.

- Nie martw się. Pójdę z nią, a ty spokojnie zbierz swoje rzeczy… Zaczekamy przy Kręgu - oznajmiła łagodnie i spokojnie ruszyła w ślad za kobietą.

Doktor westchnął ciężko i zawrócił w kierunku osady.

Kiedy z dwa miesiące temu jedna z drużyn z Atlantydy przybyła tutaj po raz pierwszy, przy wrotach czekał już na nich komitet powitalny… zupełnie jak kiedyś na Vedeen, gdzie spotkali jasnowidza imieniem Davos. Kiedy jednak goście dotarli do osady, stało się dla nich jasne, że szamanka ze zdolnościami przewidywania przyszłości to nie jedyna niespodzianka tego ludu. Drugą były gigantyczne łuki wznoszące się nad kraterem, w którym ci ludzie zbudowali swoje domy.

Jak się później okazało jest to rodzaj pola siłowego, które potrafi przekształcić się także w kamuflaż, zasilane ZPM - kolejna pozostałość po Pradawnych, jak później ustalono. O dziwo urządzenie to posiadało sensory dalekiego zasięgu i w razie konieczności aktywowało się automatycznie. Jednak co bardziej zaskakujące, większość tutejszych ludzi posiadało gen ATA, dzięki któremu byli w stanie kontrolować lanteańską technologię.

Później okazało się także, że takich osad jest kilkanaście i każda z nich zaopatrzona jest w ten sam mechanizm ochronny.

Naukowcy z Atlantydy spędzili tutaj prawie miesiąc, badając urządzenie… Chociaż planeta okazała się być sensacją nie tylko dla inżynierów, ale także dla botaników i biologów. Od setek pokoleń lun Uninate wykorzystywał bowiem miejscowe rośliny w leczeniu najróżniejszych schorzeń. Nawet bardzo poważnych i bez oporów dzielił się tą wiedzą także z przybyszami z innego świata.

Przez cały ten czas ekspedycja z Atlantydy korzystali z ich gościnności, tak jak teraz robił to mężczyzna, czekając na przybycie Harrigan. W zamian odwdzięczył się tak, jak tylko potrafił, sprawdzając stan zdrowia mieszkańców na swój sposób i wymieniając się wiedzą.

Wbiegając do domu, który mu użyczono, w pierwszej chwili planował zebrać cały swój sprzęt, ale zaraz potem uznał, że wystarczy mu przecież tylko defibrylator i skaner. Nie było sensu aby nosił coś więcej. To tylko dodatkowo spowolniłoby jego marsz.

Szybko zabrał więc niewielką walizkę z urządzeniem, założył kurtkę i ruszył w kierunku gwiezdnych wrót.

Jeden z tutejszych mężczyzn bez słowa podążył za nim.

Towarzyszył mu zawsze, kiedy Beckett zapuszczał się w okoliczny las. Tubylec był nie tylko jego przewodnikiem, ale także pełnił rolę strażnika. Chociaż okolica z pozoru wydawała się być bardzo bezpieczna, to jednak czyhało tutaj na niedoświadczonych podróżników wiele niebezpieczeństw. I to najczęściej ze strony niepozornych, lecz niejednokrotnie bardzo jadowitych stworzeń… a nawet i roślin.

Być może to właśnie z tego powodu Ul'maya postanowiła wpierw odnaleźć Kate, a teraz towarzyszyć jej w drodze powrotnej, pomyślał lekarz, wychodząc z krateru na równinę…

Niestety będąca już daleko przed nim młoda kobieta nie była zbytnio zadowolona z tego faktu. Obecność szamanki, podążającej za nią krok w krok, irytowała ją coraz bardziej. Chociaż ta trzymała się cały czas z tyłu i przez całą dotychczasową ich drogę nie odezwała się ani słowem.

- Nie potrzebuję niańki - fuknęła w końcu Harrigan, zatrzymując się i spoglądając na nią nieprzyjemnie.

Przez chwilę młoda szamanka przyglądała się jej uważnie.

- Jest w tobie pełno gniewu - zauważyła spokojnie. - Nie rozumiem dlaczego?

- Och wybacz, gdzie moje maniery - odcięła drwiąco. - Ale jakoś po dwóch tygodniach zabawy z Łowcami

Wraith w berka na kilkunastu planetach, mój dobry nastrój zginął gdzieś po drodze - rzuciła i ruszyła dalej, jeszcze bardziej poirytowana. - Za pewne któryś z nich go zeżarł - dodała pod nosem po polsku.

- Ja nie jestem twoim wrogiem… I chcę ci pomóc. Tak samo jak doktor Beckett… Avatars ukazali mi to w moich snach. Zarówno przybycie wcześniej jego przyjaciół, jak i twoje…

- Szkoda, że nie pokazali ci co się z wami stanie, kiedy przybędą tutaj za mną Wraith - zadrwiła. - …W ogóle niepotrzebnie za tobą poszłam. Powinnam była odejść od razu, jak cię zobaczyłam.

Właśnie zbliżały się do rzeki, nad którą się spotkały. Była szeroka na około trzy metry, ale wystarczająco płytka, aby można było przez nią swobodnie przejść. Poza tym liczne, spore kamienie wystające ponad wodę znacznie ułatwiały przedostanie się na drugi brzeg.

- Avatars nie pozwolą, aby Wraith nas skrzywdzili - odparła, wciąż spokojnym tonem. - Dali nam osłonę, która w razie niebezpieczeństwa czyni naszą osadę niewidoczną dla nich…

- Mówisz o tych łukach nad kraterem? - spytała zaciekawiona, przystając na moment na drugim brzegu rzeki. - To jakieś pole kamuflujące?

Ul'maya uśmiechnęła się lekko, przeskakując zwinnie z kamienia na kamień.

- Tak… Przyjaciele Carsona powiedzieli nam, że ich Wodna Osada posiada podobną ochronę.

- Tak, wiem. Wykorzystali do tego pole maskujące skoczków - odparła kobieta i ruszyła dalej, wchodząc powoli w głąb lasu.

- Skoczki? Ludzie z Wodnej Osady tak samo nazywali swoje latające maszyny, które podróżują przez Krąg.

- Wodna Osada? - powtórzyła z lekkim rozbawieniem Kate. - Aqua settlement… - dodała po łacinie i nagle zatrzymała się. - ATLENT… Atlant… Atlantis - niemal szepnęła i znów uśmiechnęła się lekko, po czym ruszyła dalej. - Kto by pomyślał - parsknęła pod nosem.

- Nie rozumiem…

- Nic ważnego - odparła spokojnie, chyba po raz pierwszy od jej przybycia do tego świata. - Chyba właśnie rozgryzłam skąd wzięła się nazwa Atlantydy… Wodnej Osady, jak nazywasz to miasto.

- W naszych legendach są liczne przekazy o miejscu, gdzie mieszkali Przodkowie - wyjaśniła, zadowolona, że kobieta wreszcie rozmawia z nią w normalny sposób. - Ale to Avatars zadbali o nas i od setek pokoleń chronią nas przed Wraith.

- Macie szczęście.

- Tak, to prawda - przyznała szamanka.

Harrigan uśmiechnęła się lekko. Nawet nie próbowała tłumaczyć Ul'mayi, że najprawdopodobniej Przodkowie i Avatars to te same istoty… Tyle, że ci drudzy już po ascendenci. Już w Vallen przekonała się, że nie ma to sensu. Tamtejsi mieszkańcy nie przyjmowali bowiem do wiadomości jej argumentów. Uznała więc, że tutaj może być podobnie…

Zatrzymała się nagle, jakby nasłuchując, lecz to nie dźwięki, a pewne specyficzne uczucie zaniepokoiło ją teraz.

Podczas ucieczki przed Wraith szybko nauczyła się wyczuwać ich obecność. Tak samo, jak wcześniej potrafiła wyczuć w pobliżu obecność ludzi czy zwierząt, zarówno znajomych jak i nieznajomych. Równie szybko zaczęła korzystać także z innych swoich zdolności, które do tej pory skrzętnie skrywała przed światem, a nawet najbliższymi. Nigdy dotąd nie uważała za konieczne, aby je rozwijać - pomimo zachęty ojca czy kuzyna. Uważała, ze kiedyś, pod wpływem silnych emocji, może odruchowo użyć którejś ze swoich zdolności. Dlatego też postanowiła pozostawić je niemal w uśpieniu, ukryte w najciemniejszym zakamarku jej samej.

Teraz jednak szybka praktyka okazała się być wręcz koniecznością. Wyczuwanie obecności Wraith, telekineza czy tworzenie elektrycznych wyładowań ze skumulowanej uprzednio energii pobranej z otoczenia, to był dopiero początek. Do tego szybko dołączyła telepatia czy kontrola różnych żywiołów, chociaż to ostatnie miało bardziej związek z telekinezą, dzięki której była przykładowo w stanie skierować wodę w określonym kierunku. Zresztą w obecnej sytuacji nie miała czasu zastanawiać się jak to dokładnie działa… Musiała reagować i reagowała. W każdy dostępny sposób bez wnikania w naturę zjawiska.

Ul'maya spojrzała na nią zaniepokojona.

- Coś się stało? - spytała.

- Wraith - mruknęła Harrigan.

- To niemożliwe… Nie tutaj… W mojej wizji nie było tutaj żadnego Wraith - zapewniła ją.

- Przyszłość jest zmienna i zależna od wielu czynników. Widzisz tylko jej najbardziej prawdopodobne warianty… Zostań tu i schowaj się. Ja się nim zajmę - dodała ponurym tonem i ruszyła ostrożnie dalej.

Brak wyższych roślin w poszyciu lasu powodował, że obie były widoczne z daleka… Tak samo zresztą jak Wraith, chociaż ten miał jeszcze jedna przewagę: lokalizator.

Harrigan oparła się o jedno z drzew i przysunęła dłoń do karku.

Zdążyła zauważyć, kiedy jeszcze sama posiadała urządzenie lokalizujące, że krótki kontakt elektrycznych wyładowań z nadajnikiem na pewien czas powodował zakłócenia jego działaniu.

Ból był silny i sprawił, że na chwilę zamroczyło ją nieco. Oparła dłonie o kolana i zamknęła na chwilę oczy. Ale jej ciało najwyraźniej przyzwyczaiło się już w pewnym stopniu do tych zabiegów, stwierdziła, gdyż wszystko szybko minęło i znów była w pełni świadoma tego, co dzieje się wokół… Jak na przykład bliskiej obecności Wraith, którego wcześniej wyczuła.

Zbliżał się od strony wrót. Przesunęła się więc i wyjrzała ostrożnie zza drzewa. W oddali pojawił się znajomy kształt: czarny płaszcz i białe włosy.

Kobieta zmarszczyła nieco brwi. Wraith wyraźnie utykał na jedną nogę. To było dziwne, pomyślała. Ranny Łowca? I dlaczego się nie zregenerował?

Skupiła na moment myśli na jego umyśle… i zaraz wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia. Znała go. I to całkiem dobrze… O ile może tam powiedzieć.

Ponownie skupiła swój umysł na jego. Wraith zatrzymał się i rozejrzał wokół.

Przez moment Lostpath miał wrażenie że widział coś i słyszał wśród odległych drzew. Sięgnął po swój pistolet. Sygnał z nadajnika na jego lokalizatorze zniknął, jednak wcześniej był na tyle blisko, że powinien już dostrzec ludzką samicę. Jego wzrok był znacznie lepszy, nawet teraz, kiedy był zmęczony po niedawnej potyczce z Łowcami Thunderstone.

Znów coś zaszeleściło.

Odwrócił się gwałtownie, ale dostrzegł tylko kępkę wysokich trwa poruszanych przez wiatr. Ten sam, który zaczął właśnie lekko szeleścić wielkimi liśćmi drzewiastych paproci.

Znów coś przemknęło w oddali. Jakiś cień. A może to tylko miejscowe zwierzę, pomyślał? Ale kiedy zjawisko po chwili powtórzyło się, był już bardziej pewien, że nie jest ono naturalne.

Znów podniósł pistolet, rozglądając się uważnie wokół.

- Człowieku! - krzyknął nieco ochrypły głos. - Wiem, że tu jesteś! Pokaż się, jeśli masz odwagę!

Ale nikt mu nie odpowiedział. I nikt nie pojawił się w zasięgu jego wzroku. Wciąż był zupełnie sam, wśród wysokich drzew. Tylko on i wiatr… który właśnie wzmógł się nieco, wdzierając się w jego włosy.

Ponownie rozejrzał się wokół, celując z broni, jednak i tym razem nie dostrzegł niczego podejrzanego.

Coś nagle wyrwało pistolet z jego dłoni i odrzuciło go daleko w bok. Spojrzał zaskoczony w tamtym kierunku, jednak nadal nie widział niczego poza roślinami. Odwrócił się wiec… tylko po to, aby zobaczyć kobiecą postać szybko wyłaniającą się dosłownie znikąd - jakby cały otaczający go świat był tylko kamuflażem, który właśnie przeszła.

Bo był! - uświadomił sobie nagle. To wszystko, co widział, było tylko iluzją stworzona w jego umyśle, aby go oszukać. Nie mógł tylko pojąc jakim cudem zdolny jest do tego człowiek…

Nie dokończył swoich myśli. Kobiety wyrzuciła przed siebie rękę i jakaś niewidzialna siła pchnęła nagle Wraith do tyłu, uderzając nim o jeden z wielkich pni drzew. Jęknął z bólu i osunął się na ziemię, nieco oszołomiony. A kiedy znów podniósł wzrok, ludzka samica znajdowała się zaledwie kilka metrów od niego, a wokół jej dłoni zaczęły się tworzyć spore wyładowania elektryczne.

- Uparty z ciebie skubaniec - syknęła. - Powinnam była cię zlikwidować już za pierwszym razem. Na tamtej planecie szkoleniowej - dodała, zbliżając nieco dłonie do siebie.

Dwie plątaniny energetycznych języków scaliły się teraz w jedna, nabierając jeszcze bardziej na sile i wielkości. Na ten widok Wraith otworzył szerzej oczy. Próbował się cofnąć, jednak wznoszące się za jego plecami drzewo nie pozwalało mu na to. Przylgnął więc tylko mocniej do niego, patrząc jak Harrigan zatrzymuje się tuż przed jego stopami.