Rozdział 22
Rozgrywki.
Wrota zgasły za dwójką przybyszy, pozostawiając ich samych na pustkowiu.
Kate spojrzała na ogniste niebo… niemal dosłownie takie było, pomyślała. Z jakiegoś powodu chmury sprawiały wrażenie jakby płonęły, rzucając na ziemię nieco czerwonawy cień.
- Ciekawe zjawisko, prawda?
- Co takiego? - mruknął Wraith, rozglądając się wokół.
Przed nimi, na ziemi leżały dziwne głazy, jakby gigantyczne muszle jakichś stworzeń, a w oddali wznosiły się niewielkie wzgórza. Cała okolica wyglądało jak szerokie koryto dawno wyschniętej rzeki.
- Tutejsze niebo - powiedziała, wciąż patrząc w górę. - Wygląda jakby płonęło.
Lostpath spojrzał najpierw na nią, jakby nieco zaskoczony jej słowami. Wyglądała jak dziecko, które właśnie zobaczyło coś niesamowitego, stwierdził i także podniósł wzrok.
- Prawie zawsze tak wygląda - wyjaśnił.
- Jest niesamowite - powiedziała z zachwytem.
Młody Łowca ponownie przeniósł na nią wzrok.
- …Kim ty jesteś tak naprawdę? - zapytał nagle ze spokojem.
Harrigan spojrzała na niego.
- A nie widać? - spytała żartobliwie.
- Wygląd może być mylący - stwierdził. - A nasze podania mówią, że Avatars przyjmują postać tych, z którymi się kontaktują.
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Najpierw zajmijmy się bardziej naglącym problemem: Łowcami - odparła. - Potem możemy przedyskutować kwestie mojego pochodzenia - dodała i rozejrzała się wokół. - Jak myślisz, ile czasu zajmie im dotarcie tutaj?
- Raczej niezbyt długo. Thunderstone przyjął sobie za punkt honory schwytanie cię… - przerwał, widząc szeroki uśmiech na twarzy kobiety. - Co cię tak bawi? - niemal warknął.
- Właśnie użyłeś przy człowieku imienia Wraith… Zdaje się, że normalnie tego nie robicie - zauważyła z nuta ironii.
- Zapewne i tak je już znasz… albo poznasz wkrótce - stwierdził.
- Niekoniecznie. Grzebanie w waszych głowach zdecydowanie nie jest moim marzeniem - parsknęła.
- Co nie zmienia faktu, że nie masz z tym problemów.
- Praktyka czyni mistrzem - odparła z beztroskim uśmiechem. - A wracjając do twoich kumpli…
- To nie są moi przyjaciele - zaprotestował oschle.
- O-Key… wracając do konkurencji, twój plan ma pewien mankament. A mianowicie mnie.
- Nie rozumiem. Jesteś istotną częścią…
- Tak wiem, mam mu namieszać w głowie - przerwała mu spokojnie. - Nie w tym rzecz. Jeśli dowiedzą się, że tutaj jestem, domyślam się, że mogą zakwestionować… uczciwość pojedynku…
- Sam go nie pokonam… - warknął.
- Pozwól mi dokończyć - odparła, wciąż spokojnie, podnosząc lekko palec wskazujący. - Powinno to zatem wyglądać, że rzeczywiście sam go pokonałeś. Bez moich sztuczek, o których wiedzą… Dlatego musisz mnie ogłuszyć.
- Zwariowałaś?
- Czasami mam takie wrażenie - przyznała - …ale nie w tym rzecz. Potrafię kontrolować energię. Sprawię więc, że wystrzelony pocisk nie dosięgnie mnie, ale zatrzyma się tuż przede mną… Powiedzmy, że wytworzę rodzaj osłony zaledwie kilka milimetrów od mojego ciała. Będzie to zatem wyglądało tak, jakbym rzeczywiście oberwała.
- …Jesteś w stanie to zrobić? - spytał z powątpiewaniem.
Spojrzała na niego kpiąco.
- Gdybym nie była, nie proponowała bym ci tego - oznajmiła. - A teraz przywróćmy cię do stanu używalności - dodała, tworząc na jednej z dłoni niewielkie kule energii. Na ten widok Wraith cofnął się odruchowo. - Spokojnie. Nic ci nie zrobię. To cię wyleczy - wyjaśniła i podeszła do niego, by przyłożyć wolną dłoń do jego piersi.
W pierwszej chwili Lostpath naprężył mięśnie, wiedząc do czego jest zdolna ta samica. Ale kiedy do jego ciała z wolna zaczęła wpływać przyjemna, ciepła fala, powoli rozluźnił się. A potem spojrzał na Harrigan.
Stała tuż przed nim, w pełni skupiona na swoim działaniu. Była niższa od niego o więcej niż głowę, raczej drobnej budowy ciała. Tak niepozorna i krucha, a jednak zdołała pokonać tylu Łowców, pomyślał. I chociaż widział efekty tego, co potrafi, to jednak wciąż nie był pewny czy dobrze postępuje współpracując z nią. Czy aby na pewno ten plan to jedyna jego szansa na odzyskanie honoru.
- Zawsze możesz się wycofać - odezwała się nagle, nieco rozbawiona.
Wraith otworzył szerzej oczy, zaskoczony, by zaraz potem warknąć cicho pod nosem.
- Podobno nie lubisz zaglądać do naszych umysłów.
- Nie zaglądam. To ty myślisz zbyt głośno - parsknęła lekko.
Znów wydał z siebie cichy, gardłowy pomruk, ale nie skomentował jej słów. Odprężył się natomiast jeszcze bardziej, poddając się kojącej energii napływającej do jego ciała.
.
.
Wrota na Atlantydzie otworzyły się, lecz energetyczny wir nie dał rady wystrzelić do przodu, zatrzymując się zaledwie kilka mikronów dalej na energetycznej przesłonie.
Siedzący za panelem kontrolnym technik spojrzał na swój laptop, oczekując nadejścia kodu identyfikacyjnego.
- To doktor Beckett - poinformował po chwili. - Odbieram transmisję radiową.
- Przełącz na głośniki - polecił natychmiast Woolsey.
- …tu Carson. Odbiór - usłyszeli ostatnie słowa mężczyzny.
- Tu Atlantyda. Miło, że się pan odezwał. Jakieś wieści? - zapytał Richard.
- Tak. Spotkałem Kate…
- To wspaniale… Już was wpuszczamy…
- Nie trzeba. Nie ma jej tutaj.
- A gdzie jest?
- Na innej planecie… Załatwiają jakieś porachunki między Wraith, którzy na nią polują.
- Carson, mów jaśniej - zganił go Rodney.
- OK… Od początku. Ul'maya przyprowadziła dziś Kate do osady, ale kiedy ta zobaczyła ilu mieszka tam ludzi, zawróciła do wrót, żeby nie ściągać na nich Łowców.
- Mądrze - przyznał stojący z tyłu Ronon z rękoma splecionymi na piersi. - Szczególnie jeśli rzeczywiście cały czas są na jej tropie.
- Tak, tak. Bardzo to szlachetne, ale przejdź do sedna sprawy - ponaglał go McKay. - Gdzie ona jest i co załatwia?
- Właśnie do tego zmierzam, Rodney - odpowiedział mu, nieco poirytowany. - Ul'maya odprowadziła Kate do wrót, a ja poszedłem po defibrylator, aby wyłączyć jej nadajnik. Niestety zanim ich dogoniliśmy z Ri'nau, plany się zmieniły. Przy wrotach spotkaliśmy je, rozmawiające z jakimś Wraith… Z tego co zrozumiałem, to jeden z Łowców który ściga Kate… A raczej ścigał, ponieważ z jakiegoś powodu teraz Wraith z drugiego hive polują także na niego…
- Robi się ciekawie - parsknął Sheppard. - Chociaż aż boję się zapytać jaki to plan?
- No cóż. W skrócie: ten Łowca ma wyzwać na pojedynek Dowódcę ścigających go Wraith, a zadaniem Kate jest zdezorientować tego Dowódcę telepatycznie, co ułatwi temu pierwszemu zwycięstwo…
- Zaraz, zaraz. Ona to potrafi? - zdziwił się Woolsey.
- Najwyraźniej tak…
- Łowca uważa, że Kate potrafi bez większego problemu wpłynąć na umysł Wraith - wtrąciła Ul'maya. - To dlatego zaproponował jej współpracę.
- Załóżmy, że to się uda. Co wtedy? - spytał dowódca Atlantydy.
- Według tego Łowcy, po wygranej walce, Kate staje się jego… własnością i może z nią zrobić co zechce. W tym także podarować innemu Wraith… w prezencie. I to właśnie mają zamiar zrobić. Przekaże ją temu z Vallen, żeby nie zniszczył miasteczka.
- I ona zgodziła się na to? - wtrącił Sheppard.
- Tak… Myślę, że nie ma większego wyboru. Jeśli nawet Łowca puściłby ją wolno, będzie musiała dotrzymać słowa danego Wraith z Vallen, aby ten zostawił w spokoju tamtejszych mieszkańców… Widzieliście co zrobili? Urządzili pokazowe Żniwa w osadzie na wyspie.
- Tak. Pamiętam - mruknął John. - …No dobrze. W takim razie zbieramy się i dołączymy do was…
- Nie. Zostańcie na Atlantydzie - odezwał się Beckett. - Kate prosiła żebyśmy się do tego nie mieszali. I sądzę, że ma racje. Nasza obecność może zaszkodzić ich planowi… Kiedy będzie po wszystkim, ma tutaj wrócić - zapewnił.
- Zgoda - rzekł Woolsey. - Proszę nas w takim razie informować, doktorze Beckett… My natomiast powiadomimy Todda, aby przesłał informację dalej.
- Więc do zobaczenia - dodał mężczyzna i wyłączył swoją krótkofalówkę, po czym spojrzał na towarzyszącą mu parę. - Wygląda na to, że trochę się tutaj ponudzimy - próbował zażartować, chociaż tak naprawdę był pełen obaw co do powodzenia planu.
Współpraca z Wraith nigdy nie układała się przecież pomyślnie dla ludzi.
- Nie martw się, Carson - powiedziała Ul'maya, kładąc dłoń na jego ramieniu. - Avatars będą nad nią czuwać.
- Obyś miała rację - odparł i usiadł na pobliskim głazie.
.
.
Thunderstone jako pierwszy przekroczył wrota, by od razu zobaczyć siedzącego spokojnie na jednym z pobliskich głazów młodego Wraith, trzymającego w dłoni pistolet. Tuż obok niego siedziała oparta bokiem o ten sam głaz ludzka samica. Jej ręce były skrępowane z tyłu, a głowa zwisała niemal bezwiednie.
Lostpath uśmiechnął się złośliwie do Dowódcy, czekając aż wszyscy jego ludzie przejdą przez wrota, a te zamkną się za nimi.
- Albo jesteś szalony, albo głupi - stwierdził starszy Wraith, podchodząc do niego powoli i przyglądając mu się podejrzliwie.
- A ty oskarżyłeś mnie o zdradę - wysyczał gniewnie przez zęby, wciąż siedząc na swoim miejscu.
- Twój Dowódca bez oporów zgodził się ze mną - odparł, wciąż uważnie obserwując siedzącą kobietę. - Co jej jest? - zainteresował się.
- Jest odurzona, aby nie próbowała używać swoich zdolności - wyjaśnił spokojnie. - Początkowo chciałem ją złapać właśnie dla Darkspace… Ale nie jest już tego wart, skoro tak łatwo zwątpił w moją lojalność.
- Taaak… Muszę przyznać, że jak na takiego młodzika jesteś utalentowany. W pojedynkę zabiłeś trzech moich ludzi… Jestem pod wrażeniem.
- Najpierw oszczerstwa a teraz pochlebstwa? - zadrwił.
Thunderstone spojrzał na niego gniewnie i warknął ostrzegawczo.
- I masz niewyparzony język.
- Podobno - przyznał spokojnie młody Wraith i podniósł się. - Ale nie oskarżam innych o zdradę, nie mając ku temu podstaw - warknął i wskazał na ludzką samicę. - Poprzysiągłem, że ją schwytam. I zrobiłem to. Chociaż teraz już z innego powodu - dodał i nagle wystrzelił z pistoletu ku lekkiemu zaskoczeniu starszego Łowcy.
Energetyczny pocisk sięgnął celu i oplótł ciało Biegacza. Kobieta wzdrygnęła się lekko i osunęła się na ziemię, nieprzytomna.
Lostpath spojrzał ponownie na Dowódcę.
- Poprzysiągłem także, że odzyskam swój honor i zmażę z siebie piętno zdrajcy, którym mnie bezpodstawnie naznaczyłeś. Dlatego ja, Lostpath, syn Silverlance z Klanu Starguardians, wyzywam ciebie, Thunderstone, drugi synu Softrain z Klanu Starwalkers, na Pojedynek Śmierci.
Starszy Wraith spoglądał na niego przez moment a potem nagle wybuchnął śmiechem.
- Ty? Chłopiec z wylęgarni? - zadrwił, na co młody Łowca warknął cicho, wyraźnie niezadowolony. - Tak ci spieszno, aby zginąć? - ciągnął Dowódca, zupełnie nie zwracając uwagi na poirytowanie Łowcy. - Ale skoro taka twoja wola. Proszę bardzo - dodał rozbawiony, rozpościerając ramiona.
Jego przeciwnik spokojnie, bez słowa odrzucił pistolet, by sięgnąć pod płaszcz do skórzanej kabury po sztylet. I chociaż cały ten świat spowijała dziwna, pomarańczowo-czerwona poświata, to jednak srebrne, ząbkowane ostrze zalśniło na moment, odbijając blask odległych błyskawic, które właśnie pojawiły się na horyzoncie.
Starszy Łowca uśmiechnął się kąśliwie i także wyciągnął broń.
Snując swój plan, Lostpath nie miał żadnych wątpliwości, że Thunderstone przyjmie jego wyzwanie. Był znany z tego, że lubił walkę wręcz, chociaż w przypadku pojedynku z innym Wraith, jego umiejętności były raczej średnie. A jednak nigdy nie odmawiał sobie tej rzadkiej możliwości. A teraz z pewnością sądził, że młodzik, który go wyzwał, nie ma z nim żadnych szans. Że będzie to tylko czysta formalność, a jednocześnie dobra zabawa.
Pozostali Łowcy odsunęli się na bok, z wielkim zainteresowaniem obserwując całą sytuację. Ich Dowódca ponownie posłał swojemu przeciwnikowi złośliwy uśmiech i lekkim gestem dłoni zachęcił go do ataku. Młody oficer nie czekał więc z zadaniem pierwszego ciosu. Nie było sensu tego przedłużać. Jednak tak, jak się spodziewał, Thunderstone bez problemu wykonał unik i szybko odpowiedział. Potem, przez dłuższą
chwilę, obaj wymieniali się kolejnymi ciosami, blokując się nawzajem, jakby próbowali wybadać możliwości i umiejętności przeciwnika. W końcu jednak Dowódca wykonał cięcie, którego Lostpath nie zdołał uniknąć i na jego ciele pojawiła się pierwsza rana.
Instynktownie odskoczył do tyłu i zerknął na długą szramę na piersi. To był błąd. Starszy Wraith natychmiast wykorzystał moment jego nieuwagi i ponownie zaatakował. Silny cios pięścią brzuch, a następnie w twarz sprawił, że jego rywal aż okręcił się nieco i zatoczył, z pewnym trudem utrzymując równowagę.
Ale najwyraźniej Łowca zbyt dobrze się bawił, aby tak szybko kończyć tą walkę, pozwalając młokosowi na odzyskanie równowagi i złapanie tchu.
- Chyba nie rozczarujesz mnie tak łatwo… chłopcze z wylęgarni. Prawda? - zadrwił.
Na te słowa młodszy Wraith spojrzał na niego nieprzyjemnie i warknął ostrzegawczo. Próbował nie dać mu się wytracić z równowagi, ale pogarda i drwina, z jaką Thunderstone wypowiadał słowa, sprawiały, że krew w żyłach Lostpath burzyła się. Nie czekając więc dłużej, ponownie przystąpił do kontrataku, by tym razem wreszcie pokazać swoje prawdziwe możliwości.
Szyderczy uśmieszek szybko zniknął z twarzy Dowódcy, kiedy zdał sobie sprawę, że to nie on bawił się młodym Łowcą, lecz na odwrót. Seria szybkich cięć i ciosów sprawiła, iż w pewnym momencie zaczął się cofać, a to wzbudziło w nim frustrację. Ryknął gniewnie, próbując parować ataki młodszego samca, jednak ku swemu wielkiemu niezadowoleniu, bez większego skutku.
Leżąca wciąż na ziemi kobieta, obserwując cały czas ukradkiem całą sytuację, zerknęła teraz szybko na pozostałych Łowców. Obawiała się, że mogliby próbować pomóc swojemu przełożonemu i wmieszać się do walki. Na szczęście jednak ci wciąż stali z boku, uważnie przyglądając się pojedynkowi.
Czyżby jednak Wraith mieli swego rodzaju kodeks honorowy nie pozwalający im na ingerencję, pomyślała. Przecież gdyby teraz zaatakowali, nikt nawet by się nie dowiedział. Czterech przeciwko jednemu. Lostpath nie miałby najmniejszych szans bez jej ingerencji.
A jednak, ku jej wielkiemu zaskoczenia, cała trójka nawet nie drgnęła, ograniczając się jedynie do obserwacji.
.
.
Wildfire wszedł na mostek swojego hive, od razu kierując wzrok na spory ekran, na którym widniała znajoma twarz.
Starburst uśmiechnął się nieco ironicznie kącikiem ust.
- Chyba znalazłem twoją zgubę - oznajmił.
W pierwszym momencie na twarzy Dowódcy pojawiło się zaskoczenie, które jednak od razu ukrył przed rozmówcą.
- Jesteś pewny? - spytał z lekkim niedowierzaniem.
- W przeciwnym razie nie marnowałbym twojego czasu.
- Gdzie jest? - zażądał wyjaśnień.
- Na niezamieszkałej planecie… Ale jest mały problem - dodał powoli. - A nawet dwa.
- Jakie to problemy? - niemal warknął.
- Po pierwsze, planeta leży na terytorium Technicznych, dlatego jedyną drogą dostania się tam, bez zwracania ich uwagi, są wrota.
Wildfire warknął, wyraźnie poirytowany tą informacją.
- A drugi problem?
- Prawdopodobnie dotarł tam już Thunderstone i jego Łowcy… Niestety nie wiem ilu.
- …Podaj mi koordynaty - rzekł władczym tonem. - Najwyższy czas przypomnieć mu gdzie jego miejsce. Zbytnio się rozpanoszył podczas Wojny Domowej.
- Oczywiście. Już wysyłam - odparł Burst i skinął głową gdzieś w bok, po czym ponownie spojrzał na swojego rozmówcę. - Chętnie się przyłączę. Chociażby z powodu tych plugawych plotek o Mo, jakie ostatnio rozsiewał - dodał z wyraźną pogardą.
- Jak chcesz. Do zobaczenia na miejscu - skwitował Dowódca, a ekran zgasł. Spojrzał na jednego ze swoich oficerów. - Niech Bloodriver przygotuje cały oddział. Wyruszamy jak najszybciej… Zabierz nas jak najbliżej tej planety - zwrócił się do Pierwszego Nawigatora. - …Na wszelki wypadek.
- Spodziewasz się kłopotów ze strony Thunderstone? - spytał.
- Powiedzmy, że wolę nie zostać zaskoczony nagłym pojawieniem się jego hive.
- Chyba nie jest aż tak głupi, aby prowokować Technicznych? - niemal parsknął Lodestar.
- To Łowca. Uwielbia ryzyko - zadrwił i opuścił mostek.
- W sumie masz rację - powiedział do siebie oficer i odwrócił się, by złapać za stery.
Chwile później na tle mrocznej przestrzeni pojawiło się zielonkawe okno hiperprzestrzenne i statek wykonał skok.
.
.
Silny cios kolanem w brzuch miał sprawić młodemu Łowcy na tyle silny ból, aby go na chwilę rozproszyć, jednak ten w porę zdołał zablokować Dowódcę. Niestety ten nie poprzestał na tym, uderzając go z impetem dłonią w pierś.
Lostpath zatoczył się do tyłu, z trudem łapiąc w pierwszej chwili oddech. Wykorzystując ten moment, Thunderstone ponownie zaatakował. Przez dłuższą chwilę obaj wojownicy ponownie wymieniali się seriami ciosów i cięć ostrzem, jednocześnie starając się unikać tych, które zadawał przeciwnik. Ich długie płaszcze i włosy wirowały pomiędzy nimi w szybkim, lecz płynnym tańcu śmierci. Aż wreszcie młody Wraith w którymś momencie skulił się nieco i przemknął z boku, kiedy Dowódca nieopatrznie odsłonił się, by jednym płynnym ruchem pozostawić po sobie długą szramę biegnącą aż na plecy.
Starszy Łowca warknął głośno z bólu, odruchowo dotykając zranionego miejsca. Spojrzał na zakrwawioną dłoń i rzucił Lostpath nieprzyjemne spojrzenie.
- Wystarczy tej zabawy - wysyczał złowieszczo.
- Też tak uważam - odparł mu drwiąco młody oficer i zaatakował jako pierwszy.
Obaj znów starli się ze sobą, balansując wokół wspólnej osi.
Leząca wciąż na ziemi kobieta uznała ostatnie słowa za znak, by włączyć się do sprawy.
W prawdzie już od jakiegoś czasu próbowała wpłynąć na Thunderstone, przyprawiając go o lekkie zawroty głowy, lecz cały ten czas robiła niezwykle delikatnie, aby jego umysł przyzwyczaił się do jej "obecności". To pozwoliło jej teraz, bez żadnych podejrzeń, przystąpić do działania.
Serce Wraith przyspieszyło raptownie, a krew uderzyła mu do głowy, powodując w niej narastanie ciśnienia. To natomiast poskutkowało ponownymi zawrotami i pogorszeniem się wzroku. Świat wokół Dowódcy zawirował delikatnie i stał się nieco niewyraźny, dezorientując go na tyle, aby jego znacznie młodszy przeciwnik mógł to wykorzystać na swoja korzyść.
Starszy Łowca zachwiał się nieco i potrząsnął głową, próbując zapanować nad dziwną reakcją swojego organizmu. Ale mimo to objawy nie minęły, co jeszcze bardziej go frustrowało. Zaczął się nawet zastanawiać czy przypadkiem nóż młodzika nie jest zatruty i teraz substancja zaczyna działać.
Spojrzał na niego wściekle i zaatakował z impetem. Walka rozgorzała na nowo, przebiegając jeszcze szybciej, niż do tej pory. Nawet trójka obserwujących ich Wraith miała pewne problemy z dostrzeżeniem niektórych ruchów. Dlatego tez nawet oni nie byli w stanie dokładnie stwierdzić w jaki sposób ich Dowódca nagle wytrącił sztylet z dłoni młodego Łowcy.
A mimo to pojedynek nie ustał. Chociaż samotne już teraz, srebrne ostrze sztyletu wciąż wirowało pomiędzy walczącymi, kiedy jeden wojownik starał się zadać nim śmiertelny cios, ale drugi błyskawicznie parował każdy ruch.
Kolejna wymiana ciosów i kolejna próba zadania rany. I chociaż młodszy oficer zręcznie odepchnął w bok rękę przeciwnika, w której ten trzymał ostrze, to jednak starczy szybko zareagował i uderzył go z całej siły dłonią w pierś.
Lostpath cofnął się chwiejnie o kilka kroków.
Przez chwilę obaj wpatrywali się nieprzyjemnie w siebie nawzajem, a potem Thunderstone zaatakował. Tym razem z góry… i to był jego błąd.
Młody łowca błyskawicznie pochwycił jego ramię i wygiął gwałtownie do tyłu. Cichy trzask, który obaj usłyszeli, oznaczał że ramię prawdopodobnie zostało wybite z barku. Następnie chwycił nadgarstek przeciwnika i przesunął rękę ponad jego głową, by skierować ją w dół. Na koniec ustawił trzymającą sztylet dłoń tak, aby ostrze skierowało się wprost na brzuch Dowódcy. Jedno szybkie pchniecie sprawiło, że metal zagłębił się w ciele starszego Wraith.
Thunderstone ryknął wściekle, patrząc twardo prosto w oczy młodzika, lecz jego wzrok był równie nieugięty… A potem otworzył szerzej usta, kiedy ostrze przesunęło się w bok, powodując coraz to więcej obrażeń, z którymi jego organizm nie był już w stanie sobie poradzić.
Zdolności regeneracyjne Wraith były duże, ale nawet one nie były w stanie pomóc przy tak licznych uszkodzeniach organów wewnętrznych.
Przez chwilę obaj stali nieruchomo, patrząc na siebie, po czym młody oficer pchnął Dowódcę do tyłu. Ten zachwiał się nieco na nogach i runął na plecy niczym kłoda. Jeszcze przez chwilę zdawał się walczyć o życie, wciąż trzymając rękojeść w dłoniach, lecz to szybko uciekło z niego. A ostatni, cichy wydech powietrza potwierdził ten fakt.
Ciało Wraith zastygło w bezruchu, głowa przekrzywiła się nieco na bok, a jego oczy bezwiednie wpatrywały się gdzieś w dal.
Zmęczony i obolały Lostpath zdawał się z pewnym trudem utrzymywać równowagę, stojąc nad ciałem pokonanego i oddychając głęboko. Minęło kilka sekund zanim zdał sobie sprawę z tego, co właśnie się stało i na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek przemieszany z niedowierzaniem. W kilku momentach miał bowiem wrażenie, że to on zaraz przegra z kretesem, nie będąc przecież pewnym czy udająca nieprzytomną ludzka samica w ogóle mu pomaga.
A jednak teraz stał tu, żywy, podczas gdy stary Wraith leżał u jego stóp zdecydowanie martwy.
