Rozdział 23
A zwycięzcą jest...
Grobowa cisza.
Przez kilka długich minut w całej okolicy panowała zupełna cisza. Ucichły nawet odległe grzmoty, jakby w solidarności z rozgrywającą się przy wrotach sceną.
Aż wreszcie młody Wraith uspokoił oddech i kołatające w jego piersi serce, przypominając sobie, że nie jest sam. Spojrzał nieprzyjemnie powoli na pozostała trójkę Łowców i naprężył mięsnie, szykując się do ewentualnego ataku. Nie był pewien czy podwładni Thunderstone nie będą próbowali go pomścić, pomimo pełnej legalności tego pojedynku.
Na szczęście jednak nic takiego się nie stało. Po dłuższej chwili spojrzeli tylko szybko na siebie nawzajem, po czym spokojnie podeszli do DHD aby wybrać adres. A kiedy wrota aktywowały się i wir w ich wnętrzu uspokoił, jeden po drugim zniknęli w jego wnętrzu. Tylko ostatni z Wraith jeszcze raz spojrzał na Lostpath, po czym ruszył za swoimi towarzyszami.
- Wreszcie - rzuciła niespodziewanie z ziemi ludzka samica, a jej głos wręcz zaskoczył oficera.
Spojrzał na nią, jakby tym razem przypominając sobie o jej istnieniu. Właśnie podnosiła się, a sznurek krępujący jej nadgarstki za plecami opadł w dół.
- Przyznam się, że miała trochę pietra. Uparty z niego skurczybyk. A bałam się zbyt mocno go otumanić, żeby nie zaczął czegoś podejrzewać - dodała. - Już i tak w pewnym momencie sądził, że twój sztylet był zatruty, stąd jego zawroty głowy i pogarszająca się ostrość wzroku - zachichotała, otrzepując się z piasku.
- A ja zaczynałem podejrzewać, że nic nie robisz - niemal warknął z lekkim wyrzutem.
Spojrzała na niego, marszcząc nieco brwi.
- Wtedy to ty byłbyś martwy a nie on - fuknęła lekko, gestem głowy wskazując na ciało. - Wbrew twoim domniemaniom, obawiam się, że wciąż był w znacznie lepszej formie niż ty kiedykolwiek. Pięćset twoich lat to nic w porównaniu z jego siedmioma tysiącami lat doświadczenia.
- Piećset jedenaście - poprawił ją, na co ona odpowiedziała jedynie ironicznym spojrzeniem, wykrzywiając usta. - Ale rzeczywiście miałaś dostęp do jego umysłu skoro o tym wiesz… I przyznaję, że wyglądał nieco… oszołomiony. Szczególnie na koniec. Był bardzo szybki, ale jego ruszy były niezgrabne. Mało celne. Co nie powinno mieć miejsca w przypadku tak doświadczonego Łowcy - przyznał.
- Czy to przeprosiny, za twoje niedowiarstwo? - zadrwiła.
Młody Wraith oburzył się nieco i już chciał jej odpowiedzieć, kiedy niespodziewanie wrota ponownie zaczęły się aktywować. Problem w tym, że poza ich dwójką nie było tutaj nikogo, kto mógłby to zrobić, co oznaczało, że połączenie następuje z zewnątrz.
Spojrzeli na siebie szybko, po czym każde z nich dało susa za pobliskie, muszlo-podobne głazy. A potem czekali w napięciu.
Kiedy wir energii wystrzelił z wrót, Lostpath zdał sobie nagle sprawę, że jest zupełnie bezbronny. Jego pistolet i sztylet leżały zbyt daleko, aby ryzykować teraz wyjściem z ukrycia.
Warknął cicho pod nosem.
- Co? - spytała szeptem Kate.
- Moja broń - mruknął niechętnie.
Kobieta bez słowa wyciągnęła przed siebie dłoń i zanim Łowca się zorientował, oba przedmioty upadły na jego kolana. Rzucił ludzkiej samicy pełne zaskoczenia spojrzenie, ale jej wzrok ponownie spoczął już na wrotach, których tunel właśnie się ustabilizował. W tym samym momencie wokół jej dłoni zaczęły materializować się energetyczne wyładowania.
Lostpath także odwrócił głowę w tamtym kierunku, by zobaczyć wyłaniające się z horyzontu zdarzeń pierwsze postacie: byli to dwaj zamaskowani żołnierza… a za nimi kolejni. Dopiero po chwili wśród nich pojawiło się czterech oficerów. Cały orszak ponownie zakończyła grupa żołnierzy.
Kate od razu rozpoznała trzech spośród oficerów… chociaż dwóch znała jedynie z serialu: Todd i jego Drugi Oficer, którego fani nazwali Kenny. Ale już tego trzeciego zdążyła spotkać osobiście. I to kilkakrotnie.
Wildfire rozejrzał się szybko po okolicy. Niemal od razu dostrzegł leżące ciało, lecz on wolał się upewnić czy nie ma tu nikogo więcej.
Jego Watchmaster gestem głowy polecił kilku żołnierzom aby sprawdzili teren.
"To WiFi… To znaczy Wildfire" - rzuciła Kate w myślach do młodego Łowcy, a ten spojrzał na nią nieco zaskoczony. - "Ten wysoki z podwójna bródka" - wyjaśniła. - "Co robimy? Trzymamy się planu?".
"Jeśli nadal chcesz dotrzymać umowy, którą z nim zawarłaś…?" - odparł spokojnie.
"Obawiam się, że nie mam wyboru" - przyznała niechętnie.
Wraith skinął tylko lekko głową w odpowiedzi i oboje podnieśli się z ziemi. A mimo to każde z nich wciąż trzymało w pogotowiu swoją broń: Lost swój sztylet i pistolet, z którego wymierzył do przybyszy, a Kate elektryczne wyładowania, które teraz nawet bardziej nabrały na sile.
Cała grupa spojrzała na nich gwałtownie, a zamaskowani żołnierze unieśli swoje karabiny, gotowi do ataku.
Dowódca uniósł nieco górną wargę w wyraźnym geście niezadowolenia i warknął cicho, ruszając w ich stronę… a dokładniej w kierunku Harrigan, jakby zupełnie ignorując obecność towarzyszącego jej Wraith… i pląsających wokół jej dłoni elektrycznych języków.
- Czy wiesz, jak wiele czasu zmarnowałem, szukając ciebie, człowieku! - powiedział gniewnie gardłowym głosem.
- Nikt cię oto nie prosił - odcięła, a wyładowania wokół jej dłoni zwiększyły się ponownie, przyciągając jego uwagę.
Tym razem zatrzymał się na ten widok i znów warknął cicho, wściekły.
- To mój Biegacz - wtrącił Lostpath, dopiero teraz skupiając na sobie uwagę znacznie starszego oficera, który rzucił mu nieprzyjemne spojrzenie. - Schwytałem ją i teraz należy do mnie - ciągnął nieugięcie.
- Pochodzi z planety na naszym terytorium - fuknął.
- Ale została schwytana podczas Żniw na naszej planecie… A w takich przypadkach prawo wyraża się bardzo jasno co do pierwszeństwa - powiedział spokojnie.
Wraith rzucił mu ostrzegawcze warknięcie, ale młody Łowca nie sprawiał wrażenia, aby się tym przejął. Wciąż stał pewny siebie, z uniesiona bronią.
A potem nagle opuścił ramię i pistolet, co wyraźnie zaskoczyło jego rozmówcę.
- Mam jednak propozycję - dodał.
- Jaką? - spytał z nieco pogardliwym uśmieszkiem Wildfire.
- Podaruje ci ją… W zamian za możliwość służby na twoim hive… sir.
Tym razem to na twarzy Harrigan pojawiło się wyraźne zaskoczenie.
- Nie potrzebuję Łowcy - odparł tym samym tonem starszy oficer.
- Nie jestem Łowcą - wyjaśnił Lostpath, próbując ukryć swoją irytację z powodu pogardy, z jaką traktował go kolejny Dowódca. - W wprawdzie brałem udział w kilku Łowach w ramach treningu, ale od początku byłem szkolony na Watchmastera…
- Zaraz, zaraz. Chcesz służąc na jego statku? - spytała z niedowierzaniem Kate, wtrącając się w ich rozmowę, a wyładowania energii wokół jej dłoni zniknęły.
- Nie mam obecnie wielu opcji - odparł, znów spokojnie. - Prawdę powiedziawszy jest ich bardzo niewiele. Nie mogę wrócić na mój stary hive. Nie po tym wszystkim.
- A walka? Przecież pokonałeś tego… grzmotnego - gestem ręki wskazała na ciało Dowódcy Łowców.
- To nie zmienia niczego w kwestii mojego byłego Dowódcy - odparł. - Bez wahania zwątpił w moją lojalność, pomimo wielu lat mojej służby na jego statku... A bez hive wciąż jestem wyrzutkiem. Chociaż odzyskałem swój honor.
- Rozumiem - niemal mruknęła. - Chociaż ja na twoim miejscu bym nie narzekała… Ale ja jestem aspołeczna - dodała żartobliwie. - Ludzie zazwyczaj mnie irytują - wyjaśniła, widząc zapytanie na jego twarzy.
Młody Wraith zmarszczył nieco brwi.
- Dziwny z ciebie człowiek - stwierdził.
Kate parsknęła lekko.
- To profesjonalna opinia? - zadrwiła.
Lostpath chciał już coś odpowiedzieć, w ten sam cyniczny sposób, kiedy uprzedził go drugi Dowódca.
- Ty go pokonałeś? - spytał z lekkim niedowierzaniem Starburst, przyglądając się ciału.
- Tak… sir.
- Sam? - dodał z nutą ironii Wildfire, znów spoglądając wprost na niego.
Te słowa wyraźnie rozdrażniły młodego wojownika.
- Nie, pomagał mu Święty Mikołaj - wtrąciła drwiąco kobieta, widząc niezadowolenie na twarzy byłego łowcy. Obaj Wraith spojrzeli na nią, wyraźnie zaskoczeni i wyrwani z kontekstu. - To taka postać z bajek, która przynosi dzieciom prezenty podczas zimowego święta - wyjaśniła, zwracając się do Łowcy. - Chociaż pierwowzorem był rzeczywisty człowiek, żyjący dawno temu.
- …Wciąż nie rozumiem kontekstu twojej drwiny - przyznał powoli.
- Miał magiczne zdolności - rzuciła beztrosko. - To znaczy ten z bajek, nie ten realny - dodała zaraz.
- Ach… teraz rozumiem.
- Nie ma czegoś takiego jak magia - wtrącił ironicznie, a jednocześnie nieco pogardliwie Drugi Oficer
Todda. - Ludzie tłumacza sobie w ten sposób rzeczy, których nie potrafią pojąc.
- To prawda - przyznała spokojnie Harrigan, spoglądając na niego dziwnie.
Wraith poczuł się nieco nieswojo. Miał wrażenie, że ludzka samica przeszywa go swym wzrokiem na wylot. I nawet nie zauważył kiedy jeden z niewielkich kamieni leżących w pobliżu uniósł się i podpłynął szybko do jej otwartej dłoni.
- Jeśli pokażę prostym ludziom jakąś… sztuczkę, uznają to za magię - dodała, a kamień zaczął wirować wokół własnej osi, by po chwili zatrzymać się. Teraz jednak miał już kształt kwiatu róży. - Bardziej wykształceni będą się tutaj dopatrywać użycia jakiejś technologii… Ale czy uwierzą, że zrobiłam to siła umysłu? - spytała i dmuchnęła lekko w kamienną różę, która rozsypała się w drobny pył. - Panowanie umysłem nad otaczającą nas materią i energią można spokojnie nazwać magią. Jest to rzecz nienamacalna i wykraczająca poza sferę zdrowego rozsądku… Bo przecież jak myśl może nakazać kamieniowi obrócić się w pył - zakończyła z lekkim uśmieszkiem i wyminąwszy ich, ruszyła w kierunku wrót.
- Gdzie idziesz? - warknął za nią Wildfire.
- Zostawiłam kogoś na poprzedniej planecie - odparła, zaczynając wybierać adres. - Ale spokojnie. On mnie przypilnuje - dodała, kciukiem wskazując na młodego Wraith, kiedy wrota właśnie wypluły z siebie silny strumień energii. - Udowodni swoją przydatność… Spotkamy się na Vallen… I nie zapomnij przyprowadzić tej kobiety z Atlantydy na wymianę - dodała, spoglądając na niego z szyderczym uśmieszkiem. A potem ruszyła w kierunku horyzontu zdarzeń. - Chodź, karaluchu - rzuciła, zerkając ukradkiem na Lostpath.
Ten warknął pod nosem, niezadowolony, lecz bez słowa podążył za kobietą.
A kiedy wrota zgasły za nimi, wokół znów zapadła cisza, która przerwał dopiero Starburst.
- To było ciekawe - stwierdził z lekkim rozbawieniem i spojrzał na starszego Dowódcę. - Zaczynam rozumieć skąd pogłoski, że jest Avatarem… Jesteś pewien, że dasz sobie z nią radę? To zdecydowanie nie będzie jeden z naszych Czcicieli… Nawet z tych najbardziej niesfornych - parsknął lekko.
Wildfire posłał mu szyderczy uśmiech.
- Sądzisz, że ty miałbyś większe szanse na okiełznanie jej? Pozwalasz manipulować sobą zwyczajnym ludzi, jakimi są New Lanteans, a chciałbyś kontrolować ją? - parsknął.
W pierwszej chwili Wraith warknął cicho, ostrzegawczo, ale zaraz potem uspokoił się.
- Może próba okiełznania jej nie jest dobrą drogą - zauważył. - Ten młody w jakiś sposób zdobył jej sympatię, chociaż domyślam się, że początkowo polował na nią wraz z innymi Łowcami… Ale potem zaczęli współpracować - dodał, spoglądając na ciało Thunderstone. - Inaczej nie zabiłby go. Na pewno nie sam. Musiała mu w tym jakoś pomóc.
Starszy Dowódca nie odpowiedział. Podszedł tylko do DHD, by zacząć wybierać adres.
- Powiedz swoim lanteańskim przyjaciołom, że mogą odebrać swojego naukowca na Vallen - powiedział obojętnie. - Nie jest mi już potrzebna.
Wrota aktywowały się ponownie i kiedy tylko wir energii uspokoił się, Wildfire i jego ludzie, jeden po drugim, znikać w jego wnętrzu.
.
.
Słońce znajdowało się wysoko na błękitnym niebie, kiedy Kate opuściła wrota.
Był piękny i ciepły jesienny dzień.
Jesień, pomyślała, wystawiając z zadowoleniem twarz ku promieniom słońca. Zielony do tej pory las, otaczający zewsząd rozległa polanę, teraz zaczynał mienić się odcieniami złota i czerwieni… a nawet gdzieniegdzie lekkiej purpury, zauważyła zaskoczona. No ale cóż, w końcu to inny świat, chociaż na pozór nie różnił się niczym specjalnym od jej świata.
- Ciekawe czy mają tu kasztany? - powiedziała bardziej do siebie niż do któregokolwiek z towarzyszących jej mężczyzn.
- Przyznam, że jeszcze na żadnym z odwiedzanych światów ich nie widziałem - rzekł Carson.
Tylko on i Lostpath towarzyszyli Kate w drodze do Vallen. Dwójka Uninate pozostała w swoim świecie, zabierając z powrotem do osady sprzęt doktora po tym, jak ten dezaktywował defibrylatorem nadajnik podprzestrzenny wszczepiony Harrigan.
Przez krótką chwilę mężczyzna bał się, że użył zbyt mocnego napięcia, gdyż miał problem z przywróceniem kobiecie akcji serca. I dopiero interwencja Wraith okazała się skuteczna, kiedy ten przekazał jej część otrzymanej wcześniej energii życiowej.
- Co to są kasztany? - spytał były Łowca.
Kate spojrzała na niego… a potem nagle w jego umyśle pojawił się obraz. Przez chwilę zdawał się zastanawiać nad czymś.
- Chyba widziałem coś podobnego na bodajże dwóch światach… Ale znajdują się w odległym rejonie galaktyki - wyjaśnił.
- Pieczone kasztany - westchnął doktor. - Aż mi ślinka cieknie na sama myśl.
Harrigan uśmiechnęła się.
- Ja już nawet nie pamiętam kiedy je ostatnio jadłam… Ale przy odrobinie szczęścia załapiemy się na coś znacznie lepszego - dodał i żwawo ruszyła do przodu. - Chodźcie. Poznacie moje kudłacze - zawołała.
- Twoje co? - powtórzył były Łowca.
- Moje psy.
- A to co znowu takiego?
- …Yyyy… odmiana laupus. Tak je tutaj nazywacie.
- Trzymasz laupus? - niemal warknął zaskoczony. - To niebezpieczne. Te stworzenia są trudne do opanowania.
- Nie te - parsknęła. - Te co najwyżej zaliżą cię na śmierć… Na mojej planecie psy hodowane są od tysięcy lat i specjalnie segregowane, aby były przyjazne wobec ludzi.
- Nie wszystkie - zauważył ponuro Beckett.
Kate zerknęła na niego.
- Psy nie mają problemów behawioralnych dopóki nie zetkną się z człowiekiem. To człowiek popełnia błędy w ich hodowli i wychowaniu.
- W sumie masz rację, moja droga - przyznał. - Do dzisiaj pamiętam psa naszych sąsiadów. Był wyjątkowo agresywny… ale jego właściciel często go bił. Żal mi było, biedaka… Pamiętam, ze któregoś dnia w końcu go ugryzł. I to dosyć poważnie… Po tym incydencie pies zniknął.
- Wolę nie myśleć co mógł mu zrobić - mruknęła.
- Ja też nie… Chociaż krążyły różne nieprzyjemne plotki… Na szczęście nie zdecydował się na następnego.
- Moje psiamki polubisz - rzuciła wesoło, poklepując go po ramieniu.
Mężczyzna chciał odpowiedzieć, kiedy nagle ze ścieżki w głębi lasu wybiegły dwa futrzate, czworonożne stworzenia, robiąc przy tym tale jazgotu, jakby je żywcem ze skóry obdzierano.
Na ten widok Wraith zatrzymał się gwałtownie i zamarł w bezruchu, bacznie obserwując zwierzęta. Był gotowy w każdej chwili do ewentualnej obrony przed ich atakiem, podczas gdy na twarzy Harrigan od razu pojawił się szeroki uśmiech. Kobieta rozpostarła szeroko ramiona i pobiegła im naprzeciw.
Dwa psy minęły ją, z trudem hamując, po czym zawróciły, by zacząć skakać z radości na kobietę i jednocześnie piszczeć w niebogłosy. Po chwili Harrigan leżała już na trawie, podczas gdy zwierzaki cały czas szalały wokół niej, przeskakiwały nad nią, lizały ją, przytulały się a potem znów szalały wokoło niej z radości. Trwało to dobrych kilka minut, podczas których młody Wraith przyglądał się całej tej scenie z mieszanymi uczuciami, a Beckett z wyraźnym rozbawieniem.
- Czy wszystkie laupus w waszym świecie zachowują się w ten sposób - stwierdził w końcu Lostpath.
- Jeżeli są dobrze traktowane i zżyte z człowiekiem, to tak - odparł Carson.
Młody oficer chciał jeszcze coś dodać, kiedy nagle na leśnej drodze pojawiła się jakaś postać, biegnąc w ich stronę. Odziana była w tunikę z długimi rękawami, wąskie spodnie i buty sięgające do połowy łydki.
W pierwszej chwili dziewczyna wydawała się być przerażona faktem, że psy dopadły kogoś obcego, ale zaraz potem ich nadpobudliwość wydała się jej podejrzana. Przeszła do marszu, przyglądając się uważnie leżącej na trawie osobie. A potem nagle zatrzymała się i wydała z siebie przenikliwy pisk.
Harrigan aż usiadła, nieco zaskoczona. Nawet dwa rozbrykane husky przystanęły na ten dźwięk, by sprawdzić co się stało.
- O Przodkowie!... Kate! - wykrzyknęła i podbiegła do niej, upadając na kolana, by objąć ja mocno. - Ty żyjesz!
- Noo… jak widać… A co, liczyłaś na jakiś zapis w testamencie? - parsknęła.
Ale Mili była zbyt uradowana, aby tym razem zwracać uwagę na jej złośliwości.
- Baliśmy się, że Wraith cię zabiją - dodała i odsunęła się, spoglądając na nią załzawionymi oczami. - A kiedy przylecieli… Ludzie z Atlantydy mówili, że zawarłaś jakąś umowę z Wraith, żeby uchronić nas przed ich Żniwami.
- Raczej odwlec w czasie - odparła pesymistycznie. - Wątpię, aby to trwało wiecznie… Mają chyba znaczny deficyt żywności.
- Zaatakowali osadę na wyspie - spojrzała w dal, a potem znowu na Kate. - Tak się cieszę, że nic ci nie jest - wyszlochała i ponownie rzuciła się jej na szyję, by nagle zastygnąć w bezruchu. - Kate?... Tam jest Wraith - szepnęła przerażona.
- Tak, wiem… To… Lot - rzuciła, wskazując na niego kciukiem i zerknęła w jego stronę przez ramię, kiedy Mili ponownie się odsunęła. - Polował na mnie - dodała beztrosko.
- To Łowca?! I ty go tutaj sprowadzasz?! - zawołała z niedowierzaniem.
- Spokojnie. Porzucił Ciemna Stronę i został… Nie, no Jedi to przesada… O! Powiedzmy Szturmowcem Imperium.
- Raczej niewielka różnica, moja droga - zachichotał nieco Beckett, zbliżając się właśnie do obu kobiet.
Harrigan spojrzała na niego, marszcząc nieco brwi.
- Nie prawda. Spora część z nich zapewne nie miała wyboru. Imperium zmuszało do wstąpienia w szeregi ich armii… Bo kiepsko strzelali i wciąż potrzeba było świeżego mięsa armatniego - zadrwiła.
- Mogli zdezerterować - stwierdził lekarz.
- A niby gdzie? - parsknęła. - Imperium opanowało praktycznie cała galaktykę.
- Wybacz, nie będą z tobą polemizował. Nie jestem fanem.
- Nie ma sprawy. Moim ulubionym bohaterem i tak jest Vader - odparła z szerokim uśmiechem. - A potem Solo. Z powodu jego sarkazmu… Lucke to mięczak - machnęła ręką, jakby nieco zdegustowana. - Już Leia miała więcej ikry niż on.
- Była urocza… Zadziorna ale urocza…
- W końcu miała to we krwi - parsknęła Kate. - Tatuś zapewne byłby z niej dumny - dodała z udawanym wzruszeniem.
Carson parsknął lekko.
- Mili wspominała, że masz dziwne poczucie humoru - powiedział, po czym spojrzał na dziewczynę. - Witaj moja droga. Miło cię znów widzieć.
- Witam doktorze Beckett… Dziękuję, że ją znaleźliście.
- W zasadzie to ona znalazła mnie… Można tak powiedzieć.
Oba psy zainteresowały się w końcu jego osobą i podeszły wesoło, aby połasić się tradycyjnie do nowego człowieka. A potem spojrzały na wciąż stojącego w oddali Wraith, wahając się czy aby na pewno i do niego mogą podejść.
Kate podniosła się z ziemi i także spojrzała w jego stronę.
- Chodź, karaluch! - zawołała. - Umieram z głodu! Może jeszcze załapiemy się na obiadek Miriam! - dodała i nagle zauważyła wymowne spojrzenie Carsona. - No co?... My a nie on. On już jadł - machnęła dłonią jakby od niechcenia i ruszyła w kierunku leśnej drogi.
- Aż się boję zapytać kogo - rzucił lekarz, podając dziewczynie rękę, aby pomóc jej wstać, po czym oboje podążyli za kobietą.
Ale ona uniosła tylko rękę do góry a ponad jej dłonią zaczęła kumulować się niewielka kula energii.
- To wystarczy.
- Chcesz powiedzieć, że potrafisz w ten sposób zaspokoić głód Wraith? - spytał zaskoczony.
- To nieco bardziej skomplikowane, ale tak… Potrafię w ten sposób nakarmić lub uzdrowić każdego.
- Energią?
- Jak powiedziałam to nieco bardziej skomplikowane. Muszę ją najpierw przepuścić przez własne ciało, aby stała się przyswajalna dla kogoś innego. Ale ten proces mnie osłabia… To tak, jakby energia zabierała z mojego organizmu siły życiowe i wzmacniała ich działanie, aby przekazać je komuś innemu.
- Innymi słowy może cię to zabić? - zauważył nieco ponurym tonem.
- Dokładnie… Dlatego nie stosuję tego zbyt często - odparła z lekkim uśmiechem, zerkając na niego przez ramię. - Zaczekam na was na tyłach domu Miriam… Tylko nie mówcie nikomu, że wróciłam. Chciałabym trochę odpocząć, a z tymi ludźmi i ich opowieściami o Avatars jest to trudne - dodała żartobliwie i zagwizdała na psy, by ruszyć truchtem przez las.
Dwa czworonożne stworzenia, krzątające się właśnie wokół niezbyt zadowolonego z tego faktu Lostpath, teraz pozostawiły go, by dogonić kobietę.
Mili spoglądała za nią przez chwilę, po czym zerknęła przez ramie na Wraith.
- Babcia się wściekła jak go zobaczy - mruknęła.
