Rozdział 24

Powrót.

- Domyślam się jego reakcji - odparła Królowa, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmieszek.

- Myślę, że słowo: wściekły, dokładnie oddaje jego odczucia w tamtym momencie… chociaż znając go, zapewne skrzętnie to ukrywał - przyznał, również lekko rozbawiony oficer. - Silverfrost jest bardzo powściągliwy w takich komentarzach, a mimo to sam użył właśnie tego słowa… Nie jestem pewien, ale obawiam się, że śmierć Solarwind mimo wszystko wciąż go dręczy.

- Myślisz, że tamto uczucie nie było takie błahe jak nam się wydawało? - spytała, jakby lekko zaskoczona i jednocześnie zaniepokojona.

- Nie. To z pewnością nie była tylko przelotna miłostka… Oboje dobrze wiemy, że każde głębsze uczycie pozostaje w nas na zawsze. I nawet upływ czasu nie jest w stanie w pełni go wymazać. A ich relacje zawsze były dobre, mimo wszystko.

- Tak, wiem - powiedziała, jakby zamyślona. - Ale przyznam, że starałam się o tym nie myśleć.

- Jak my wszyscy. Dla nas jego rola miała być z grubsza inna… Zresztą Wildfire zawsze był bardzo zdyscyplinowany i opanowany, co zdecydowanie ułatwiało nam sprawę. Jednakże ostatnimi czasy… powiedzmy, że łatwo go sprowokować.

Samica Wraith spojrzała wprost na niego, jakby wyrwana z rozmyślań.

- Dlatego też miej wciąż wszystko pod kontrolą… A w razie potrzeby utemperuj go… Niestety mamy wystarczająco dużo problemów z innymi sprawami i chwilowo nie jesteśmy w stanie cię wesprzeć w tej materii… A po twoich słowach obawiam się teraz, że nakaz Rady niekoniecznie musi być skuteczny… W razie potrzeby Stroke będzie w pobliżu… Czasami mam wrażenie, że wie nawet więcej niż ja - dodała jakby niezbyt chętnie przyznając się do tego.

- Chyba wiem co masz na myśli - przyznał oficer. - Czasami także mam takie odczucie.

Samica Wraith spojrzała wprost w jego oczy, chociaż dzieliły ich tysiące lat świetlnych.

- Wiem, że obarczamy cię dużą odpowiedzialnością, ale wszystko teraz leży w twoich rękach…

- Nightstorm… - przerwał jej spokojnie z łagodnym uśmiechem. - Doskonale rozumiem waszą sytuację. Poza tym przecież to właśnie dlatego oddelegowaliście mnie na Nebulę z początkiem Wojny Domowej.

Królowa skinęła lekko głową z tym samym uśmiechem, którym przed chwilą on obdarował ją.

- Dziękuję, Stardust.

- Będę was na bieżąco informował… i w razie potrzeby wezwę ojca - dodał natychmiast nieco rozbawiony, widząc, że ona także chce coś powiedzieć.

Znów uśmiechnęła się kącikiem ust.

- W takim razie czekamy na wieści - odparła i rozłączyła się.

Wraith siedział jeszcze przez chwilę za biurkiem w swojej kwaterze, stukając pazurami o twardy, organiczny blat, jakby rozmyślając nad czymś, by w końcu westchnąć ciężko i wstać.

Drzwi od jego kwatery rozsunęły się przed nim, wypuszczając go na korytarz.

Tak, plan był teoretycznie prosty: mieć rękę na pulsie, jak mawiali Avatars, i w razie potrzeby ingerować, aby ta dwójka nie pozabijała się nawzajem…

Starburst prychnął cicho pod nosem na tą myśl. Żeby tylko to było takie proste, pomyślał i westchnął ponownie, wchodząc do pomieszczenia z transporterem.

Kiedy promień zmaterializował go z powrotem, jego oczom ukazało się ogromne, kilkupoziomowe pomieszczenie wypełnione bujną roślinnością najróżniejszych kształtów i rozmiarów. Niektóre z nich pięły się wysoko ku górze, inne zwisały w dół całymi kaskadami, a jeszcze inne płozyły się po ziemi. Wśród nich słychać było szmer wody spływającej po pochyłych ścianach do niewielkich sadzawek.

Ignorując krzątające się tam osoby, Pierwszy Oficer ruszył przed siebie jednym z szerokich pomostów, by skierować się ku wejściu do sąsiedniego pomieszczenia. Nie było ono wysokie, lecz za to rozległe. I podczas gdy sam ogród botaniczny pełnił raczej funkcję rekreacyjną, to jednak to miejsce było jego centrum operacyjnym. To właśnie tutaj Czciciele przygotowywali najróżniejszego rodzaju specyfiki do pielęgnacji roślin, doglądali sadzonek i pomagali naukowcom Wraith w ich pracach badawczych nad przydatnością zgromadzonych roślin nie tylko jako źródło pokarmu dla ludzi, ale także w najróżniejszych dziedzinach nauki, od medycyny po systemy operacyjne samego statku.

Ale Stardust, wędrując między stołami, półkami i najróżniejszym sprzętem, szukał tam jednej konkretnej osoby: ognistowłosej ludzkiej samicy, którą znalazł dopiero na drugim końcu pomieszczenia w towarzystwie ich głównego Clevermen. Prowadzili właśnie ożywioną dyskusję dotyczącą próbki oglądanej pod mikroskopem.

- Hana? - rzucił jeszcze z daleka, zwracając na siebie ich uwagę.

Kobieta wyprostowała się i uśmiechnęła do niego. Lubiła go. Był jednym z nielicznych Wraith na tym hive, którzy traktowali ją nadzwyczaj dobrze, a nawet powiedziałaby, że z sympatią… jak na lanteańskie ścierwo, jak raz usłyszała opinię na swój temat… i to z ust człowieka.

- Mam dobre wieści - dodał, zatrzymując się przed nimi. - Lecimy właśnie na Vallen… Zbierz swoje rzeczy. Będziesz mogła wrócić do swoich.

Na twarzy kobiety natychmiast pojawił się szeroki, promienny uśmiech. Niemal piknęła z zachwytu. Miała ochotę uściskać Pierwszego Oficera z radości, ale w ostatniej chwili powstrzymała się przed tym gestem. W prawdzie był zawsze wobec niej uprzejmy, ale tak entuzjastyczne okazanie przez kobietę jej obecnych odczuć mógł uznać za zbyt nadmierne. A ona nie chciała przysparzać sobie problemów.

Szczególnie na sam koniec.

Stardust uśmiechnął się lekko.

- Uala ci pomoże - dodał, nieco rozbawiony, po czym odwrócił się i odszedł.

Wciąż uradowana Hanna okręciła się na pięcie i z szerokim uśmiechem radości, niczym u małej dziewczynki, spojrzała na naukowca Wraith.

- To chyba twój szczęśliwy dzień - powiedział.

- Zdecydowanie… Nawet nie wiesz jak się cieszę - odparła. - Aż mam ochotę kogoś wyściskać z radości… Pójdę się spakować - dodała i ruszyła w kierunku wyjścia, wciąż rozświergotana, by nagle zatrzymać się i znów spojrzeć na Wraith. - Mogę, prawda?

- Oczywiście - odparł z lekkim, wymuszonym uśmiechem.

Kobieta znów okręciła się na pięcie, zachwycona i niemal wybiegła z pomieszczenia.

Cleverman spoglądał za nią, dopóki nie zniknęła miedzy półkami, po czym wrócił do swoich badań, zerkając ponownie przez mikroskop na próbkę.

Nie był jednak w stanie skupić umysłu na swojej pracy. To zdecydowanie nie był jego dobry dzień.

.

.

Dom Miriam znajdował się praktycznie na skraju miasteczka, otoczony niewielkim ogrodem i metrowej wysokości kamiennym murkiem. Dlatego też Kate spokojnie mogła dostać się do niego od strony rozległej łąki pod lasem, nie zauważona przez mieszkańców Vallen.

Zgodnie z obietnicą zaczekała na pozostałą trójkę przed domem, siadając pod murem przy wejściu do ogrodu. Oba husky od razu ułożyły się tuż przy niej, kładąc głowy na jej nogach. Zapewne teraz nie będą odstępować jej na krok, pomyślała, głaszcząc je… i nagle posmutniała, przypominając sobie o umowie z Wraith. Z cała pewnością nie pozwoli jej zabrać psów na hive. Zresztą, jakie miałyby tam życie, stwierdziła. Więc znów będzie musiała je zostawić, lecz tym razem świadomie.

Odkąd je ma, nigdy do tej pory nie zostawiała ich na dłużej niż tydzień. A jeśli już, to z rodziną. Ale teraz ponownie zostanie zmuszona, aby pozostawić je w Vallen… chociaż po prawie dwóch miesiącach przebywania tutaj, psy zapewne nie traktują już Miriam i Mili jak obce osoby. Teraz i one są częścią stada, pomyślała z lekkim rozbawieniem, uśmiechając się delikatnie…

- Chyba biegłaś z nimi przez cała drogę - stwierdził niespodziewanie Carson, wyrywając ją z rozmyślań.

Nawet nie zauważyła kiedy zbliżyli się do miasteczka, a jej czworonożni podopiecznie zupełnie nie zareagowali na zbliżającą się trójkę.

- Widocznie jej mało po ostatnich tygodniach - zadrwił młody Wraith.

Jednak o ile pozostała dwójka spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona, o tyle ma ustach Kate pojawił się szyderczy uśmieszek.

- Bardzo zabawne… złośliwa istoto - odcięła się tym samym tonem.

- Wiem - rzucił beztrosko i wyszczerzył do niej ostre zęby w szerokim uśmiechu.

Kobieta pokręciła głową, rozbawiona i wróciła do głaskania psów.

Były Łowca coraz częściej pozwalał sobie na docinki wobec jej osoby. Jakby powoli oswajał się z myślą, że ta ludzka istota najwyraźniej pojawiła się w jego życiu na nieco dłuższy czas, niż początkowo sądził.

Poza tym przestawał już także być ostrożny w kwestii jej zdolności, które przecież w każdej chwili mogą użyć przeciw niemu. Zdążył już zaobserwować, iż w przypadku słownych "potyczek", ludzka samica nie posiłkuje się swoimi niezwykłymi umiejętnościami. Jej sarkastyczne poczucie humoru w zupełności wystarczało. Dlatego też coraz to częściej Lostpath bez oporów zaczynał odwdzięczać się jej tym samym… co nawet zaczynało go bawić. Nigdy wcześniej bowiem nie pozwalał sobie na taki stopień spoufalania się z ludzką istotą.

- Powiem babci, że jesteś - powiedziała po dłuższej chwili Mili. - I o nim - dodała niechętnie, zerkając niepewnie na Wraith.

- Spokojnie. Zostanie w ogródku… Inaczej twoja babcia gotowa go zadźgać… czymkolwiek - zachichotała nieco Harrigan.

Dziewczyna westchnęła ciężko i otworzyła furtkę do ogrodu, by ruszyć w stronę tylnego wejścia do piętrowego domu.

Carson spoglądał za nią przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na Kate.

- Źle się czujesz? - spytał. - Wyglądałaś na smutną, kiedy tu szliśmy.

- Nie, wszystko w porządku - odparła, lecz nawet nie spojrzała na niego. - Po prostu… Właśnie uświadomiłam sobie, że musze je znowu tutaj zostawić. Nie mogę ich przecież zabrać na hive… Zresztą Vi nawet by na to nie pozwolił - mruknęła.

- Mili z pewnością dobrze się nimi zaopiekuje - zapewnił ją, próbując pocieszyć.

Do tej pory nie widział jej przygnębionej, pomimo tego wszystkiego co przeszła przez ostatnie tygodnie. Bywała czasami poirytowana, ale zazwyczaj zdawała się zachowywać dobry nastrój. Teraz jednak, siedząc pod kamiennym murkiem i głaszcząc psy, zdecydowanie wyglądała na smutną i zamyśloną.

- Tak, wiem… Tyle tylko, że… Te psy to wszystko co mi pozostało po mojej rodzinie… Shinouka mieliśmy od szczeniaka i w zasadzie wybrał go mój ojciec… A Tashkę postanowiła zatrzymać moja mama, po tym jak trafiła do nas na tymczas, kiedy jeszcze w Polsce pomagałam trochę w grupie zajmującą się adopcja husky… - dodała z lekkim uśmiechem, z trudem powstrzymując łzy.

- Nawet nie wyobrażam sobie, jak obco musisz się czuć w tym świecie wiedząc, że możesz nigdy nie wrócić do domu.

- To w zasadzie nie stanowi problemu - odparła spokojnie. - Zresztą wy byliście w podobnej sytuacji tutaj, na początku.

- Ale my liczyliśmy się z taką możliwością, przybywając do Pegaza. Ty nie miałaś wyboru… Jestem jednak pewien, że Rodney w końcu zdoła coś wymyślić, aby odesłać cię do twojego świata - zapewnił ją.

Dopiero wtedy Harrigan spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko.

- Może to dziwnie zabrzmi, ale bardziej martwi mnie konieczność przeprowadzki na hive bez psów, niż brak możliwości powrotu do domu… Niewiele pozostało tam osób z mojej najbliższej rodziny, a większość z nich jest w Polsce, więc w zasadzie dla nich to tak, jakbym nadal była w stanach…

Przerwała, kiedy ktoś otworzył z rozmachem tylne drzwi domu i wybiegł na kamienną ścieżkę, by następnie otworzyć furtkę do ogrodu. Cała trójka spojrzała na starszą kobietę, która wyszła właśnie na łąkę. Podobnie jak jej wnuczka miała na sobie tunikę z grubego materiału i spodnie.

Od razu spojrzała na Kate, nawet nie zwracając zbytniej uwagi na stojącego z boku Wraith.

Harrigan uśmiechnęła się do niej lekko, podnosząc się z ziemi.

- Na Przodków, dziewczyno… - rzuciła ze łzami w oczach, rozpościerając ramiona.

- Witaj, Miriam - odparła spokojnie, pozwalając kobiecie się przytulić.

- Spójrz na siebie - dodała w końcu, odsuwając ją niemal na długość własnych ramion. - Wyglądasz okropnie… Masz jakieś trawy we włosach i zniszczone ubranie.

- Bawiliśmy się w chowanego w lesie - zażartowała Kate.

Na te słowa kobieta zachmurzyła się natychmiast i spojrzała nieprzyjemnie na Wraith.

- Co to za jeden? Ten, który cię szantażuje naszym życiem? - spytała ostro.

- Nieee - Harrigan machnęła dłonią od niechcenia. - Tamten jest stary i gderliwy… To Lot. Jeden z Łowców… To znaczy były Łowca, ponieważ się nawrócił… Tak jakby - mruknęła na sam koniec.

- Mówienie tak o swoim przyszłym Dowódcy nie jest rozsądne - zauważył nieco burkliwie Lostpath.

Kate spojrzała na niego kpiąco.

- A co? Naskarżysz na mnie, paplo?

- Nie - naburmuszył się. - Ale lepiej będzie dla ciebie jeśli nie będziesz go tak nazywać w obecności innych… Nawet jeśli to Czciciele.

- A co mi zrobi? Zamknie w karcerze za obrazę majestatu?

- Są gorsze kary - powiedział z nieco ironicznym uśmieszkiem. - Ale nie w tym rzecz. Obrażając go, podważasz jego autorytet…

- Tak rozumiem o co biega - przerwała mu. - Nie może sobie na to pozwolić jako Dowódca całego hive… Bosze, jak w wojsku - mruknęła ponownie, zrezygnowana.

- W twoim świecie nie szanuje się przełożonych? - zapytał ironicznie.

- Szanuje… Ale na szacunek trzeba sobie też zasłużyć - odcięła, wskazując na niego palcem. - A nie wygrażać ludziom na prawo i lewo. To już się zwie dyktatura.

- A zatem przywyknij do myśli, że u nas panuje dyktatura - odparł, nie zmieniając tonu.

Harrigam zmarszczyła brwi.

- Ty pamiętasz, że mogę cię kopnąć prądem tak, że zaboli? - spytała.

- A ty, że obecnie jestem twoim jedynym sprzymierzeńcem wśród Wraith?

- Jasne. Tylko do czasu, kiedy będziesz w tym miał interes - wymamrotała ponuro.

- Ale jednak - zauważył trafnie, zadowolony z siebie.

Lecz gdy kobieta ponownie obdarowała go ponurym spojrzeniem, a wokół jednej z jej dłoni pojawiły się niewielkie, elektryczne wyładowania, Lostpath zawahał się i spoważniał.

Ta reakcja natychmiast wywołała u Kate szyderczy uśmieszek, na co młody Wraith warknął pod nosem, wyraźnie niezadowolony.

- A teraz wybaczcie, ale marze o dłuuuuugiej kąpieli - rzuciła, już w dobrym nastroju. - Bo zaczynam cuchnąć - mruknęła, ruszając w kierunku wejścia do domu.

- Nie da się ukryć - podsumował cicho z tyłu Lostpath.

A mimo to kobieta usłyszała jego słowa, zatrzymując się nagle i posyłając mu ponownie ponure spojrzenie.

- Hej! Nie będę pokazywać paluchem czyja to wina… Karaluchu - odcięła się, ale on patrzył na nią tylko ze stoickim spokojem. Pokręciła głową i ruszyła dalej. - Ledwo to człowiek utemperował, a już się rozbestwił na nowo - wymamrotała pod nosem po polsku.

Przysłuchująca się całej tej rozmowie trójka ludzi spoglądała za nią przez moment, po czym przenieśli wzrok na Wraith. Ten znowu naburmuszył się, niezadowolony.

- Co? - fuknął przez zęby, ale żadne z nich nie odpowiedziało mu.

Rozbawiona Miriam spojrzała natomiast na Becketta.

- Byliście ciekawi jaka ona jest… O to cała Kate - zachichotała i także ruszyła w kierunku drzwi domu.

- Zdążyłem zauważyć - odparł równie rozbawiony lekarz, podążając za nią.

.

.

Plan ogólnie był dobry. Niestety jak zawsze w takich przypadkach pojawiły się niespodziewane komplikacje…

Słońce wciąż było wysoko na niebie, kiedy z błogiej drzemki wyrwała ją głośna rozmowa dobiegająca z dołu. Drgnęła gwałtownie i uniosła głowę, otwierając szeroko oczy, w każdej chwili gotowa do ucieczki lub ataku - w zależności od sytuacji. Zaraz jednak rozluźniła mięśnie, uświadamiając sobie gdzie jest i że głosy nie nalezą do Wraith.

Tak. Prawie miesiąc ucieczki przed Łowcami odcisnął na niej swoje piętno. To cud w ogóle, że tak długo przetrwała, mając jedynie podstawowe pojęcie o survivalu. Sama jednak musiała przyznać już na początku, że gdyby nie jej zdolności, które do tej pory tak niechętnie rozwijała, z pewnością nie opuściłaby nawet hive Darkspace.

Harrigan westchnęła ciężko i wygięła się do tyłu po ręcznik, aby wyjść z wanny. Woda i tak była już zimna, a hałas na dole uświadomił jej, że wcześniej czy później ktoś przyjdzie tutaj po nią.

Owinęła się ręcznikiem, podchodząc do okna, z którego rozciągał się widok na rozległą łąkę i las, ciągnący się kilometrami coraz wyżej w kierunku ostrych, górskich szczytów. Podobno najwyższe z nich cały rok pokrywała gruba lodowa czapa, przypomniała sobie opowieści Miriam.

Coś poruszyło się w dole. Jeden z psów zmienił właśnie pozycję, rozciągając się bardziej na dużych, kamiennych płytach w ogrodzie. Spojrzała w dół, by zobaczyć czyjeś wyprostowane nogi w czarnych spodniach. Uśmiechnęła się lekko i otworzyła okno, aby wyjrzeć na zewnątrz.

- Opalanie się nie pomoże ci na ten zgniły kolor na twojej twarzy - zadrwiła, spoglądając z góry na Wraith siedzącego wygodnie na drewnianej, ogrodowej ławce pod murem domu, otoczonego kwiatami i w towarzystwie jej psów.

Lostpath otworzył ospale oczy, spoglądając w górę.

- Już myślałem, że się tam utopiłaś - odparł równie ospałym głosem.

- Chciałbyś - parsknęła.

- Najwyraźniej nie mam aż tyle szczęścia - mruknął.

- Słyszałam to - wytknęła mu, udając urażoną.

- Jak na człowieka masz nadzwyczaj dobry słuch - zauważył.

- Szczególnie do tego, co nie trzeba - rzuciła z szerokim uśmiechem i wróciła do środka.

Zamknęła okno. W prawdzie dzień był ciepły, jednak temperatura w łazience była znacznie przyjemniejsza. Szczególnie, że ona miała na sobie jedynie ręcznik.

Ubrała się szybko w świeże rzeczy, które przyniosła jej Mili i otworzyła drzwi, by wyjść na korytarz. Teraz już nawet z tego miejsca była w stanie rozpoznać glosy, które ja obudziły. Z jakiegoś powodu do domu Miriam przyszedł Kaylon Andarias i jeszcze dwie osoby z Rady Vallen… w tym matka Kaleba.

- Kate wróciła? - rzucił z niedowierzaniem burmistrz.

- Dlaczego nic nie mówicie? - dodała uradowana kobieta.

- Ponieważ prosiła o to - odparła im spokojnie Miriam.

- Ale dlaczego? To cud, że się odnalazła. Cała - rzekł Andaris.

- …Nie chciała wywoływać niepotrzebnego zamieszania.

- Proszę zrozumieć. Właściwie przyszliśmy tutaj tylko po jej rzeczy - wtrącił Carson.

- Z powodu tego Wraith? - niemal warknął mężczyzna.

Starsza kobieta chciała mu odpowiedzieć, kiedy jej uwagę przyciągnęła osoba schodząca w dół po schodach.

- Znowu szukacie okazji do świętowania? - zażartowała Harrigan. - Zaczynam podejrzewać, że wasi przodkowie pochodzili z mojego regionu, a tam każda okazja aby się napić jest dobra.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, ale zanim zdążył ruszyć się z miejsca, matka Kaleba uprzedziła go.

- Kate, moja droga… Dziękuję ci, że zwróciłaś mi syna - powiedziała niemal płaczliwym głosem, obejmując ją.

- Oh, proszę cię, Lisandra. Tylko bez takiej hipokryzji w moim domu - rzuciła nieco zdegustowana Miriam.

Na te słowa kobieta odsunęła się i spojrzała na nią, naburmuszona.

- Jakiej hipokryzji?

- Jeszcze tydzień temu rozgłaszałaś jak to twój omal nie zginęliśmy z powodu jej lekkomyślności. A kiedy ona i jej przyjaciele przybyli do nas, głosowałaś za nie udzielaniem im pomocy, bo to może sprowadzić na nas Wraith - wytknęła jej.

Lisandra niemal zapowietrzyła się na moment.

- Jak możesz wytykać mi teraz takie rzeczy? - oburzyła się. - A z początku wielu z nas miało wątpliwości i obawy, czy pojawienie się tych ludzi nie ściągnie na nas zguby.

Stojąca miedzy nimi Harrigan przewróciła tylko oczami, kręcąc nieco głowa.

- W sumie - przerwała im nieco głośniejszym tonem - …to podziękowała mi tylko za uratowanie syna. Nic więcej - zauważyła ironicznie.

Ale starsza kobieta nie dała się tak łatwo zbyć.

- Nie było cię przy tym, więc nie wiesz jakie głupstwa ona opowiadała.

- Przyszłam tutaj w dobrej wierze, a ty obrzucasz mnie oszczerstwami… Moja noga więcej nie postanie w tym domu - oznajmiła kobieta i odwróciwszy się na piecie, pomaszerowała w kierunku drzwi.

- I bardzo dobrze - zawołała Miriam, ruszając za nią do drzwi. - Nikt cię tutaj nie zapraszał…

Stojący naprzeciwko Kate burmistrz uśmiechnął się lekko.

- Witaj ponownie w Vallen, moja droga - podszedł do niej z rozpostartymi ramionami. - Jak widać tutaj bez zmian… Dobrze cię widzieć całą i zdrową - dodał, przytulając ją na chwilę.

- Po ostatnich tygodniach kłótnia tych dwóch jest jak relaksująca muzyka - parsknęła, poklepując go przyjaźnie po plecach i odsunęła się. - Poza tym doskonale wiem, że mnie nie lubi, odkąd nazwałam jej syna idiotą.

- Ponieważ to jest idiota - wtrąciła Miriam, wracając do nich. - I zdecydowanie ma to po matce.

- Jesteś dzisiaj jakoś strasznie nerwowa - zauważyła Harrigan z nuta ironii.

Kobieta spojrzała na nia oschle.

- I bardzo dobrze wiesz dlaczego - niemal fuknęła. - Przez to coś siedzące w moim ogrodzie - dodała, wskazując ręką na tyły domu.

- Przecież jest grzeczny… Poza tym psy go pilnują - dodała z szerokim, beztroskim uśmiechem.

- Tak, to doprawdy bardzo pocieszająca informacja, Katherin Harrigan.

Młodsze kobieta uniosła lekko jedną brew i uśmiechnęła się nieco szyderczo.

- Czyżbyś właśnie użyła sarkazmu… Miriamalle Lafernan?

- Tak. Ponieważ czasami tylko to na ciebie działa - stwierdziła. - Jak w ogóle mogłaś go tutaj przyprowadzić po tym wszystkim?

Wzruszyła lekko ramionami.

- Zawsze miałam słabość do rannych zwierzątek - parsknęła.

- To nie zwierzątko, tylko zabójca.

- Przepraszam. To wielki, zielony karaluch i był ranny… więc to ranne zwierzątko…

- Słyszałem to! - odezwał się niespodziewanie z tyłu nieco gardłowy głos.

Kate znieruchomiała na moment, a potem spojrzała w kierunku otwartych na tyłach domu drzwi.

- Matka nie uczyła cię, że nieładnie jest podsłuchiwać?!

Lostpath uśmiechną się kącikiem ust, wciąż wygodnie siedząc na ławce z zamkniętymi oczami i wygrzewając się w słońcu.

- Widocznie zapomniała o tym wspomnieć! - zawołał, drapiąc delikatnie leżącego obok niego białego laupus po głowie.

- Najwyraźniej - mruknęła kobieta i spojrzała na siedzącego spokojnie przy stole Carsona. - On ma uszy jak radary - stwierdziła i uniosła palec, gestykulując nim. - Oponuję za przeprowadzeniem testu na jaką odległość działają.

- Obawiam się, iż może się okazać, że na całkiem sporą - stwierdził nieco rozbawiony mężczyzna.

- Kto tam jest? - zainteresował się Andarias.

- Wraith, który ją ścigał - rzuciła wyraźnie zła Miriam i także usiadła z powrotem na swoim miejscu.

Burmistrz Vallen spojrzał zaskoczony najpierw na nią, a następnie na Harrigan.

- To mój ochroniarz - zażartowała. - Ma dopilnować, żebym nie uciekła - wyjaśniła mu spokojnie.

- Nie rozumiem jak możesz spokojnie godzić się z tą sytuacją? - rzuciła, wciąż zła Miriam. - Z twoimi zdolnościami mogłabyś się przeciwstawić temu Wraith…

- A na jego miejsce pojawiłby się kolejny - przerwała jej ze stoickim spokojem. - Kiedy jako biegacz zaczęłam otwarcie używać swoich zdolności, zaraz pojawiło się jeszcze więcej Łowców. Byli ciekawi co się stało z ich kumplami. W jaki sposób ich pokonałam… Wyeliminowanie jednego Wraith nie rozwiąże problemu, a wręcz przeciwnie, może go tylko spotęgować, bo na jego miejsce może się pojawić kilku innych. Szczególnie, że fama o moich zdolnościach rozeszła się już wśród nich - dodała niechętnie.

- Kate ma rację - wtrącił Beckett. - Tutaj potrzebna jest długoterminowa strategia… Ten Wraith zadał sobie sporo trudu, aby ja odszukać, więc tak łatwo nie zrezygnuje.

- Możecie ją ukryć w waszym mieście - zasugerowała Mili.

Harrigan spojrzała na nią.

- Pamiętaj, że tutaj problemem nie jest to, co stanie się ze mną, jeśli nie dotrzymam danego słowa… ale to, co stanie się z wami - przypomniała jej ponuro.

Na chwilę w kuchni zapadła zupełna cisza, przez którą przebijały się jedynie odległe głosy dobiegające z zewnątrz. Wspomnienie Żniw, jakie Wraith urządzili w osadzie na odległej wyspie, przygnębiła trójkę mieszkańców Vallen. Woleli nie myśleć o tym, że cudem uniknęli losu tamtych ludzi… i o tym, że los tamtych ludzi miał być przeznaczony dla nich.

- Idę się spakować - mruknęła w końcu Kate i ruszyła na górę po schodach.