Rozdział 25
Inna twarz wroga…
Doktor Beckett zatrzymał się przed uchylonymi drzwiami i zapukał.
Stojąca przy łóżku kobieta spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko, kończąc właśnie pakowanie torby podróżnej.
Dzień przed tym, jak zostali przeniesienie do tego świata, zostawiła ją w laboratorium z rzeczami, które miała w końcu zabrać do domu. A że uzbiera tego całkiem sporo przez kilka tygodni, z osprzętem dla psów włącznie, to i torba była całkiem sporo - w sam raz na to, aby teraz mogła prawie wszystko do niej spakować.
- Miriam podgrzała dla ciebie… To chyba gulasz… tak myślę - powiedział.
- Dzięki. Zaraz zejdę. Już prawie skończyłam.
Mężczyzna przyglądał się jej jeszcze przez krótką chwile, zanim zapytał nieco niepewnie.
- Kate?... Możemy porozmawiać?
- Jasne. O co chodzi? - odparła wesoło.
Carson wciąż podziwiał jej stoicki spokój i dobry nastrój pomimo tego wszystkiego co przeżyła przez ostatni miesiąc. I pomimo ponurej wizji przyszłości… Ale z drugiej strony miała rację, pomyślał, twierdząc, że użalanie się nad sobą jej w niczym nie pomoże. Musiała być twarda, aby przetrwać, stwierdził.
- Znaleźliśmy laboratorium tego Wraith w lesie - zaczął powoli. - To znaczy Mili wskazała nam miejsce, ale nie w tym rzecz… Wśród zgranych danych znaleźliśmy wyniki badań, jakie na tobie przeprowadził. Skany medyczne, badania DNA…
- Aaa, to - niemal mruknęła, ale z lekkim rozbawieniem. - Ogłuszył mnie raz… Z mojego własnego tasera, notabene - dodała, już mniej chętnie, ale zaraz potem uśmiechnęła się. - To zabawne, ale jak teraz o tym myślę, to w podobny sposób poznałam mojego byłego - parsknęła.
Mężczyzna spojrzał na nią nieco zaskoczony.
- Twój były ogłuszył cię taserem?
- To był akurat wypadek, bo Wi-Fi zrobił to z pełną premedytacją… A wtedy testowali właśnie nowe tasery, kiedy weszłam do hangaru… To było… bolesne zapoznanie - zachichotała.
- Nie wątpię - odparł, równie rozbawiony.
- No ale przerwałam ci tok myśli - rzuciła, gestykulując dłonią.
- A tak, wyniki badań… Początkowo skupiliśmy się na tym samym co on: na próbie wyjaśnienia twoich umiejętności… ale zanim skontaktowała się z nami Ul'maya, rozpocząłem innego rodzaju testy: na wykrycie pewnych konkretnych genów.
- I?
- …Kate, jesteś pewna, że w twoim świecie nigdy nie było Pradawnych? - spytał powoli.
Kobieta uniosła brwi, lekko zdezorientowana.
- Jeśli chodzi ci o strefę 51, to miałam tam raczej ograniczony dostęp, ale tam gdzie mogłam się poruszać, to nie widziałam niczego takiego, co by na to wskazywało… Dlaczego pytasz? - zdziwiła się.
- No cóż, nie jestem pewien, ponieważ nie miałem czasu na dokładniejsza analizę, ale z pierwszych testów wynika, że w twoim DNA występuje gen zbliżony do genu ATA… Wiesz co to takiego? - upewnił się.
- Tak, umożliwia kontrolowanie lanteańskie technologii… Problem w tym, że uruchamianie urządzeń Pradawnych wychodzi mi gorzej, niż kontrolowanie technologii Wraith - dodała nieco żartobliwie.
- Może właśnie dlatego, że nie jest to dokładnie ten sam gen. Ani nawet słabszy, jak w przypadku wielu osób z tego świata, które go posiadają. Jest jedynie zbliżony do genu ATA… Jakby… Sam nie wiem… Mutacja? - zasugerował.
- Przykro mi, ale jest to dla mnie taką samą zagadką jak i dla ciebie… Być może jest to naturalny proces w moim świecie i nie ma to żadnego związku z Pradawnymi.
- Tak, wiem. Również się nad tym zastanawiałem - przyznał, jakby zamyślony.
- Chociaż, skoro o tym wspomniałeś, to biorąc pod uwagę fakt, że skonstruowali lustra kwantowe, a tunele wrót mogą przeskakiwać miedzy wymiarami… kto wie. Może w jakiś sposób ktoś z nich utknął w moim świecie… Może z powodu awarii hipernapędu? Albo podczas badań nad mostami miedzy-wymiarowymi… Istnieje wiele możliwości, biorąc pod uwagę ich technologię i badania, które przeprowadzali.
- Nie wykluczasz takiej możliwości? - zdziwił się.
Wzruszyła lekko ramionami.
- Hej. Do niedawna sądziłam, że ten świat to tylko wymysł czyjejś wyobraźni… A teraz jestem tutaj i
rozmawiam z tobą - parsknęła, rozpościerając nieco ręce. - W takim przypadku niczego nie należy wykluczać.
Beckett uśmiechnął się.
- Gdybyś trafiła na Atlantydę, Rodney byłby tobą zachwycony.
Na usta Harrigan również pojawił się uśmiech.
- W SG-1… to znaczy w odcinkach dotyczących przygód grupy O'Neilla, irytował mnie… Tak samo zresztą jak Woolsey - dodała zaraz. - Ale tutaj, w Pegazie… powiedzmy, że obaj zmienili się na lepsze… Zawsze lubiłam ten jego techno-bełkot, kiedy mówił jak nakręcony - parsknęła znowu.
- Tak, wiem co masz na myśli - odparł rozbawiony. - Chociaż uwierz mi, że na dłuższą metę, potrafi być bardzo uciążliwy - poinformował.
- Taaak… Coś tam wspominaliście na ten temat… w serialu - zażartowała i zapięła torbę. - No, to chyba już wszystko co zdołałam tu wepchnąć - dodała z cichym westchnięciem, rozglądając się po niewielkim pokoju.
- Jesteś pewna, że nie ma innego sposobu? - zapytał z troską. - Może Todd mógłby coś zaradzić?
Kare spojrzała na niego i uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Wątpię, aby miał takie możliwości. Gdyby tak było, nie pakowałabym się teraz… Niestety, ale na chwilę obecną nic nie przychodzi mi do głowy… Po dotychczasowych doświadczeniach obawiam się, że tutaj jest potrzebna dobra znajomość prawa Wraith, o której żadne z nas nie ma pojęcia - powiedziała i podniosła torbę z łózka, niemal bez większego wysiłku.
- Pozwól, pomogę ci - zaoferował się natychmiast.
- Nie trzeba, jest strasznie ciężka…
- Więc tym bardziej…
- Dlatego pomagam sobie telekinezą - dodała z rozbawieniem i wyminęła go, by wyjść na korytarz.
- Och… rozumiem - mruknął, podążając za nią.
.
.
Ktoś zadzwonił do jej kwatery.
Hanna przerwała pakowanie rzeczy do niewielkiego worka zawiązywanego na sznurek i podeszła do drzwi aby je otworzyć. Na korytarzu stał wysoki Wraith, trzymając w dłonie niewielkie gliniane naczynie, a w nim roślinę ozdobiona jednym, dużym pąkiem kwiatu.
- Thomas - rzuciła nieco zaskoczona. - Proszę, wejdź - zaprosiła go gestem dłoni.
Nie znała ich imion. Żaden z nich nie wyjawił jej tego, chociaż spędziła na tym hive prawie trzy tygodnie. Dlatego też po pewnym czasie sama zaczęła nadawać im imiona. A ten konkretny Wraith przypominał jej dawnego przyjaciela ze studiów, imieniem Thomas. Miał równie błyskotliwy umysł i szalone pomysły co do wykorzystania właściwości roślin w różnych dziedzinach nauki. Zupełnie jak ten Cleverman.
- Ja tylko na chwilkę - powiedział. - Pomyślałem, że może będziesz chciała go zabrać… Bardzo spodobał ci się ten kwiat - oznajmił.
- Oh, to bardzo miłe z twojej strony. Dziękuję… I to prawda. Ten kwiat jest naprawdę cudowny. Nigdy nie widziałam rośliny o tak silnych właściwościach fluorescencyjnych.
- Proszę bardzo - odparł, z lekkim skinieniem głowy i odwrócił się, aby wyjść.
- Thomas? - rzuciła, zanim zdążył dotknąć panelu kontrolnego przy drzwiach. - Dziękuję ci… Naprawdę wiele się od ciebie nauczyłam przez ten krótki czas… I za to, że nie traktowałeś mnie jak wroga… Wiesz, lanteańskie ścierwo.
Ku jej zaskoczeniu na twarzy Wraith pojawił się delikatny uśmiech.
- Nie przywykłem traktować innych wedle tego, skąd pochodzą, ale wedle tego jacy są. A ty masz bardzo błyskotliwy umysł, Hanna. Jesteś rządna wiedzy i nie przeszkadza ci fakt, że czerpiesz ją także od Wraith… Nie zmieniaj tego - rzekł i dotknął panelu kontrolnego.
Drzwi odskoczyły w bok, pozwalając mu wyjść na korytarz.
- A tak przy okazji… - dodał, spoglądając na nią ponownie - jestem Sunwind - oznajmił uprzejmie i skinął lekko głową, po czym ruszył przed siebie korytarzem.
Hanna nawet nie drgnęła, zupełnie zaskoczona jego słowami.
Nie spodziewała się podarku, który od niego dostała, a co dopiero tych słów. Ale dlaczego? To zaprzeczało wszystkiemu co do tej pory wiedziała o Wraith… Podobnie zresztą jak wiele rzeczy, które odkryła na tym statku przez ostatnie tygodnie. Bo tak naprawdę ludzie nic nie wiedzą o tej rasie, stwierdziła już jakiś czas temu. Nic poza tym, że żywią się nimi. To jedyne źródło pokarmu, które jest w stanie wystarczająco zaspokoić głód Wraith… być może właśnie z powodu ludzkich genów, które kiedyś przyswoił Iratus żerujący na ludziach.
Kobieta wyjrzała w końcu na korytarz, lecz naukowiec opuścił już sektor mieszkalny Czcicieli, a podwójne drzwi zasuwały się właśnie za nim. Zawróciła więc do pokoju, by dokończyć pakowanie.
W tej samej chwili Sunwind jeszcze raz zerknął w kierunku jej tymczasowej kwatery, by zobaczyć jedynie jak kobieta przekracza próg pomieszczenia i znika w jego wnętrzu.
Potem ruszył dalej, wracając do swoich codziennych spraw.
.
.
Drużyna pułkownika Shepparda wkroczyła do Vallen główna bramą.
Nikt jednak nie zwrócił na nich większej uwagi. Mieszkańcy byli już zbyt przyzwyczajeni do częstych ostatnimi czasy odwiedzin ludzi z Atlantydy, aby przybyła grupa obcych wywołała jakieś specjalne zainteresowanie, poza krótkimi spojrzeniami. Dlatego tez cała czwórka spokojnie skierowała się w kierunku jednego z najbliższych domów tak, jakby sami byli częścią tutejszej społeczności.
Dom Miriam Lafernan znajdował się nieco z boku, najbliżej muru, którego częścią była brama. Stanowił on pozostałość po dawnej fortyfikacji wokół Vallen, jednakże rozwój miasteczka zmusił mieszkańców do likwidacji większości murów niemal z każdej strony, poza frontem.
Sam budynek był prawdopodobnie jednym z najstarszych, wykonany ze skrzętnie dopasowanych do siebie kamieni, pobielanych farbą i drewnianych elementów. Piętrową konstrukcją wieńczył spadzisty dach z dwoma mniejszymi daszkami nad oknami. Całość, poza frontem, otaczał ogród pełen kwiatów o drzew, oraz ponad metrowej wysokości drewniany płot.
Czwórka przybyszy weszła na niewielki ganek i zastukała do drzwi. Po chwili otworzyła im młoda dziewczyna, uśmiechając się miło na ich widok.
- Pułkowniku Sheppard - rzuciła, jakby nieco zaskoczona ich przybyciem. - Nie spodziewaliśmy się was tak szybko… Proszę wejść - dodała, odsuwając się i gestem ręki zapraszając do środka.
- Byliśmy akurat poza bazą, kiedy odebraliśmy wiadomość - odparł, wchodząc do środka, by od razu dostrzec siedzącą wokół stołu grupkę. Skinął lekko głową. - Witam ponownie - dodał.
Zebrani odpowiedzieli tym samym gestem.
Większość z nich już znali. Poza Beckettem i właścicielką domu, był tam również burmistrz Vallen i jeszcze jeden mężczyzna z rady, którego imienia John nie pamiętał. Jednak jego uwagę od razu przykuła młoda kobieta, którą widział po raz pierwszy: smukła, długowłosa brunetka o ciemnych oczach. W pierwszej chwili pomyślał, że to ktoś z miasteczka, jednak jej strój szybko uzmysłowił mu kim ona jest. Nikt w tej galaktyce nie nosi jeansów poza mieszkańcami Atlantydy.
- To jest właśnie Kate - potwierdził Carson, wskazując na nią ręką i zaraz dodał, nieco rozbawiony, spoglądając na młoda kobietę. - Ich nie musze ci przedstawiać, prawda?
- Nie trzeba. Widziałam wszystkie odcinki - również zażartowała.
- Muszę przyznać, że to była trochę… dziwaczna wiadomość, kiedy powiedziano nam z jakiego świata przybyłaś - wtrącił McKay. - Jednak twoja hipoteza o różnicach miedzy wymiarami w stosunku do ich wzajemnego położenia, jest całkiem ciekawa…
- Rodney… - przerwał mu spokojnie pułkownik. - Kiedy indziej o tym porozmawiacie.
- Niby kiedy? Jak już trafi na hive? - odciął się naukowiec.
- A propos Wraith - wtrąciła ostrożnie Teyla. - Czy zauważyliście może w pobliżu jakiegoś?
- Dlaczego pytasz? - zdziwił się Carson.
- Teyla wyczuła ich obecność - odparł stojący z tyłu Ronon ze splecionymi na piersi ramionami.
- W zasadzie to tylko jednego - przyznała. - Ale im bliżej Vallen byliśmy, tym to uczucie stawało się silniejsze… A teraz wyczuwam go bardzo dobrze.
Zebrane przy stole osoby spojrzał szybko na siebie nawzajem.
- Co? - spytał Sheppard.
- To mój ochroniarz - rzuciła po chwili żartobliwie Harrigan.
- Zaraz? Chcecie powiedzieć, że Wraith jest tutaj?
- Ma dopilnować, żeby Kate… nie zboczyła przypadkiem z drogi, jak to ładnie ujęła - wyjaśnił spokojnie Carson.
- Jest w ogrodzie. Nie wchodzi do domu - mruknęła wyraźnie niezadowolona Miriam. - Na jego szczęście.
- A wy tak po prostu siedzicie tutaj i czekacie, zamiast coś zrobić? - rzucił równie niezadowolony Dex.
- Już to przerabialiśmy, Ronon. Nie może, bo wtedy tamten Dowódca zmiecie Vallen z powierzchni tej planety.
- Dedal może ich zniszczyć, kiedy przylecą…
- A wtedy na ich miejsce pojawi się inny hive, który dokona tutaj spektakularnych Żniw - wtrąciła Kate,
zerkając na niego ponuro. - Pamiętaj, że jako… obserwator z zewnątrz, mam nieco inne spojrzenie na sytuację niż wy.
- Ale nie możesz też dla nich pracować - dodała Teyla. - Ulepszanie ich statku oznacza kłopoty dla innych. W tym nas.
- Zdaje sobie z tego sprawę, ale nie mam już ochoty na okrągło dyskutować na ten temat - odparła z powagą i wstała, by odnieść miskę po posiłku do zlewu. - Nie będę przeprowadzać eksperymentów na grubo ponad dwóch tysiącach osób.
- Nie możesz też udoskonalać ich statków…
- I to mówi facet, który już w pierwszy dzień pobytu w Pegazie wetknął kij w mrowisko. Amerykańska brawura - przerwała mu nieco oschłym tonem. - Lubię cię, Sheppard… Chociaż bardziej lubię O'Neilla, jest zabawniejszy… ale szczerze? Wasze poczynania tutaj są niejednokrotnie wątpliwej natury moralnej. Chociażby eksperymenty na Michaelu. Na jego miejscu też bym się wkurwiła, gdyby potraktowano mnie w ten sposób… I to dwa razy - dodała i spojrzała szybko na siedzącego przy stole mężczyznę. - Bez urazy, Carson.
- Tylko że tutaj to nie jest film, ale prawdziwe życie - odciął się John.
- Dokładnie… Dlatego jak już powiedziałam: ja nie będę udawać bohatera i niepotrzebnie ryzykować życiem tych ludzi, żeby pozbyć się jednego Wraith czy hive, na miejsce którego zapewne szybko pojawi się kilka innych.
- Sugerujesz, że my tak robimy? - oburzył się. - Niepotrzebnie narażamy ludzi?
Na ustach Harrigan pojawił się mały, szyderczy uśmieszek.
- Mam puścić ci film, John Sheppard? Tak się składa, że mam go ze sobą. Będziesz mógł na spokojnie przeanalizować wasze poczynania - zadrwiła i zanim, zaskoczony, zdołał odpowiedzieć, ruszyła spokojnie wąskim korytarzem w kierunku wyjścia do ogrodu.
Pułkownik spoglądał za nią przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na Becketta.
- Czy poza wszczepieniem jej nadajnika, Wraith zrobili jej także pranie mózgu? - spytał. - I co niby ma znaczyć hasło: amerykańska brawura?
Mężczyzna wzruszył lekko ramionami.
- No cóż, pamiętajmy, że ona widzi to wszystko z innej perspektywy - odparł spokojnie. - A co do jej słów, to w pewnym sensie ją rozumiem. Jak ja jest z Europy i niestety, ale czasami właśnie tak spostrzegamy zachowanie Amerykanów.
- Myślałem, że jest ze stanów - zdziwił się nieco.
- Nie. Jej ojciec był Amerykaninem i przeprowadzili się tam dopiero kilka lat temu, ponieważ otrzymał pracę w strefie 51… Podobno był bardzo dobrym fizykiem…
Kate nie słuchała już dłużej ich rozmowy, wychodząc z domu, by zaraz zmrużyć oczy. Słońce wciąż mocno świeciło, pomimo pory roku, jaka nastała. A dniu tutaj były o prawie sześć godzin dłuższe niż na Ziemi, więc i słońce nadal znajdowało się wysoko nad horyzontem pomimo wielu godzin, które minęły od ich przybycia na Vallen.
Lostpath zerknął na nią kątem oka, wciąż wygrzewając się w ciepłych promieniach, a leżąca obok niego na ławce Tasha jedynie poruszyła lekko ogonem.
- Nie za wygodnie wam tutaj? - parsknęła, siadając naprzeciw niego na skraju stołu.
- Jak dla mnie temperatura jest bardzo odpowiednia… Gorzej chyba z nimi, bo samiec już dawno schował się pod ławką.
- Ponieważ pod futrem mają dodatkową warstwę, która ma je chronić przed niskimi temperaturami… A samiec nazywa się Shinouk… I w przeciwieństwie do Tashy rzeczywiście nie przepada za słońcem - dodała, zerkając pod ławkę na psa.
Ten zamerdał lekko ogonem, ale była to cała jego reakcja.
- Znowu goście aby przywitać Avatara, że uciekłaś stamtąd? - parsknął nieco Wraith.
- Nie… Tym razem kumple Carsona - odparła.
- New Lanteans? - zainteresował się, otwierając oczy.
- Jednego z nich może nawet znasz. Satedanin. Był kiedyś Biegaczem.
- Tylko słyszałem o nim. Mówiłem ci już, że rzadko uczestniczyłem w Łowach… Nie przepadam za tego rodzaju formą… rozrywki - niemal mruknął, wracając do wygrzewania się w słońcu.
- To dlaczego służysz na hive Łowców? - zdziwiła się nieco.
- Tam zostałem przeniesiony z rozkazu mojej poprzedniej Królowej - wyjaśnił obojętnie. - Po śmierci mojego ojca nie widziała potrzeby, aby dłużej trzymać mnie na swoim hive, chociaż od początku byłem szkolony jako Blade. To był mój cel od dzieciństwa… Myślę, że przypominałem jej o jego… porażce - dodał niechętnie. - Ale w sumie nie było tak źle. Mój mentor jest znakomitym Watchmaster… Nie wiem jak to nazywacie w twoim świecie… Pilnuje porządku na hive. Dba o bezpieczeństwo - wyjaśnił.
- Hmmm, sądzę, że pasowałoby ochroniarz… Ale może bliższe będzie: policjant… Stróż prawa. Takie osoby pilnują porządku i bezpieczeństwa wśród ludzkich społeczności. Tropią przestępców, aby następnie postawić ich przed sądem… To taka… Rada wymierzająca sprawiedliwość na podstawie naszych przepisów prawnych - wyjaśniła.
- W takim razie owi policjanci będą dobrym porównaniem dla stanowiska Watchmastera - stwierdził i nagle spojrzał w górę. - Przyleciał hive - oznajmił po chwili.
- Tak wiem - mruknęła. - A nawet dwa , kilka minut temu… Drugi jest jeszcze nieco dalej od planety.
Lostpath spojrzał na nią z zainteresowaniem.
- Wyczuwasz je? - zdziwił się.
- Całkiem dobrze… chociaż to trochę inne uczucie niż w przypadku Wraith.
- Masz bardzo ciekawe umiejętności, jak na człowieka - stwierdził. - Ja wyczułem hive dopiero kiedy zbliżył się do planety - dodał i znowu wystawił twarz do słońca.
- Nie wiem czy jest się czym chwalić - wymamrotała.
- Dla ciebie może i nie… Ale przynajmniej te umiejętności ocaliły ci życie.
- Wiem - nie zmieniła tonu.
- I mój zielony tyłek - zażartował, co od razu wywołało u niej uśmiech. - Wciąż nie rozumiem tylko dlaczego właściwie mi pomogłaś - dodał niespodziewanie.
Spojrzała wprost na niego.
- A dlaczego ty poprosiłeś mnie o pomoc?
Samiec wzruszył lekko ramionami.
- Nie widziałem innej możliwości. Uznałem, że to moja jedyna szansa na odzyskanie honoru… I być może miejsca na hive… A honor i przynależność do hive to jedne z najważniejszych spraw dla każdego Wraith.
- To dlatego zaproponowałeś Wildfire wymianę? W zamian za możliwość służenia do jego hive? Żeby znów gdzieś przynależeć?
- Tak… Może dla ciebie przynależność do jakiejś społeczności nie jest ważna, ale dla Wraith bardzo. Praca w zespole i przynależność do hive, to nasz cel, nasza życiowa droga.
- A ty utraciłeś swój hive już dwukrotnie - zauważyła.
- Dokładnie… - mruknął,
Nagle kobieta zaczęła przyglądać mu się dziwnie, marszcząc nieco brwi, jakby zastanawiała się nad czymś.
- To właśnie oznacza twoje imię? - spytała z zaciekawieniem, a on spojrzał na nią zaskoczony. - Zagubiona droga?… Bo straciłeś swoją życiową drogę, swój cel?… Po raz pierwszy, kiedy odesłała cię Królowa, chociaż miałeś zostać jednym z jej Blade. A później, na statku Darkscpace, kiedy miałeś zostać Watchmasterem, ale oskarżono cię o zdradę? Wtedy ponownie straciłeś cel… Swoją życiową drogę.
- A ty co, Vocator? - parsknął lekko.
- Kto? - zdziwiła się.
- Vocator… Wraith, jeden z Najstarszych pośród nas. Nadaje Voca… imiona… Mawiają, że widzi przyszłość i na tej podstawie nadaje każdemu dziecku Wraith jego Voca… Czasami także naszym najbardziej zasłużonym Czcicielom - dodał.
- Jest jasnowidzem?... Interesujące - stwierdziła. - Chociaż w sumie zawsze zastanawiało mnie czy możecie posiadać inne zdolności poza telepatią. Teoretycznie powinno to być możliwe… U mnie na przykład pierwsza była telekineza… poruszanie przedmiotami siła woli, a potem telepatia.
- Nigdy nie słyszałem aby jakiś Wraith posiadał inne umiejętności mentalne niż telepatia… Poza Vocatorem właśnie… Chociaż, podobno jego siostra, miała jeszcze większe uzdolnienia w tym kierunku niż on.
- Chciałabym go spotkać. To mogłoby być interesujące - rzuciła.
- Kto wie… Zapewne także słyszał już o tobie… Podobno wieści o twoich umiejętnościach szybko rozeszły się wśród Wraith, więc może również bedzie zainteresowany takim spotkaniem - oznajmił.
- Czyli fama jednak się już rozeszła po Pegazie - parsknęła. - A liczyłam na spokój.
- Fama?
- Pogłoska… rozgłos.
- Aa… No cóż, ostatni Avatar był widziany na początku Wielkiej Wojny, więc nie dziw się, że wzbudziłaś mała sensację - zadrwił.
Posłała mu ponure spojrzenie.
- Proszę cię… Taki ze mnie Avatar, jak z koziej dupy trąbka.
- …Nie rozumiem porównania - powiedział powoli.
Kate uśmiechnęła się nieco ironicznie.
- Kiedy jakieś stworzenie wydala gazy z przewodu pokarmowego, następuje czasami charakterystyczny, głośny dźwięk… Ale jak trąbka to nie brzmi… To taki dęty instrument muzyczny.
Lostpath spojrzał na nią z politowaniem, nieco rozbawiony.
- Na twojej planecie ludzie mają naprawdę dziwne porównania - parsknął.
- Ale za to są zabawne - oznajmiła beztrosko.
- Czasami - przyznał. - …Chociaż zaczynam się już przyzwyczajać, że rozmowy z tobą szybko zbaczają na dziwne tematy - zadrwił nieco. - A właśnie. Ty nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Dlaczego ci pomogłam?
- Tak…
Wzruszyła nieco ramionami.
- Ponieważ mnie o to poprosiłeś.
Młody Wraith spojrzał na nią lekko zaskoczony.
- …Tak po prostu? - rzucił. - Przecież polowałem na ciebie. Byłem twoim wrogiem.
- Ale potem sam byłeś w tarapatach i jednak potrafiłeś zapomnieć na chwilę o swojej dumie, by poprosić człowieka o pomoc… Nawet, jeśli miałeś w tym bardziej własny interes niż obopólny… Sądzę, że nie każdy Wraith byłby w stanie się na to zdobyć na twoim miejscu.
- Ale ty ryzykowałaś, że po wszystkim mogę cię wydać Darkspace.
- A ty, że niekoniecznie osłabię Grzmotnego na tyle, abyś mógł go pokonać - skwitowała z lekkim uśmieszkiem.
- To fakt - przyznał nieco niechętnie.
Na chwilę zapadła miedzy nimi cisza, jakby oboje zastanawiali się nad słowami, które właśnie padły: że pomimo współpracy, każde z nich w jakiejś mierze zakładało jednak zdradę drugiej strony. To coś, co zawsze może ich dzielić… pomimo obecnego "zawieszenia broni".
- Mogę teraz ja o coś spytać? - rzuciła w końcu ostrożnie.
Młody Wraith spojrzał na nią nieco pytająco, unosząc lekko brew.
- O coś co powiedział o tobie ten Dowódca... Thunderstone.
- Co takiego?
- Chłopak z wylęgarni… To coś obraźliwego? Zezłościł cię tym.
- Dlaczego cię to obchodzi? - mruknął podejrzliwie.
Znów wzruszyła lekko ramionami.
- Szczerze? Z czystej ciekawości. Po prostu jestem ciekawa waszej kultury.
Lostpath przyglądał się jej przez moment, a potem uśmiechnął kącikiem ust.
- Są dwa rodzaje Wraith… a w zasadzie trzy - powiedział spokojnie. - Ci, którzy urodzili się w naturalny sposób. Tak, jak ludzie…
- Czyli urodziła ich kobieta… to znaczy Królowa?
- Tak… Ale tak jak w waszym przypadku, liczba takiego potomstwa jest ograniczona z powodów biologicznych. Dlatego też posiadanie potomka w ten sposób jest dla Wraith największym honorem, jakim może zostać obdarzony przez Królową i zazwyczaj ogranicza się ona z tą formą do swego Faworyta… Ale z tego samego powodu w czasie Wielkiej Wojny zaczęto stosować inną metodę: wylęgarnię. Komórki jajowe Królowej umieszczane są w specjalnych kokonach i tam zapładniane. Można w ten sposób uzyskać dowolną ilość potomstwa. Rozwijają się w tym samym tempie, co w naturalnych warunkach… Odstępstwem od tego są żołnierze, których proces rozwoju jest przyspieszany. To niestety powoduje pewne deformacje w ich wyglądzie… Stąd maski na ich twarzach - wyjaśnił, wykonując ruch dłonią przed twarzą.
- Rozumiem… A ty jesteś takim dzieckiem z kokonu? - spytała znów ostrożnie. - Wnioskuję po zachowaniu Thunderstone, że dla niektórych tacy Wraith są… gorsi.
- Tak - przyznał niechętnie. - Ale na szczęście dla nielicznych… Jest nas zbyt wielu. Stanowimy prawie połowę obecnej populacji.
- …Wspomniałeś, że to sposób z czasów wojny z Lanteanami. A obecnie dlaczego się go stosuje?
- Z różnych powodów. Posiadanie potomka jest przywilejem. Niejednokrotnie uhonorowaniem dla Wraith za lojalną służbę… Ale z wiadomych powodów nie może nas być zbyt wielu, więc nie jest to zbyt częsty proceder… Mój ojciec został tak uhonorowany przez swoją Królową po setkach lat wiernej służby jako jej Blade… Jej osobisty gwardzista. Strażnik - wyjaśnił.
- A, ochroniarz… Tak to nazywamy - teraz ona wyjaśniła z lekkim uśmiechem.
- Tak, to odpowiednie określenie - przyznał. - Osobista ochrona Królowej.
- W moim świecie jest trochę podobny sposób. Nazywamy to in vitro, czyli zapłodnienie pozaustrojowe. Pobiera się komórki rodziców, zapładnia jajo w laboratorium, a potem wstrzykuje z powrotem kobiecie. Czasami nawet kilka, ponieważ niejednokrotnie takie zarodki obumierają… Stosuje się tą metodę, kiedy jakaś para ma problemy, z różnych powodów, aby w naturalny sposób doczekać się potomstwa… Sztucznej macicy jeszcze nie wymyślono - zażartowała. - Oczywiście jest i przeciwstawny zabieg: aborcja… Usuwanie ciąży - dodała.
- Ludzkie samice w twoim świecie pozbywają się potomstwa? - spytał z niedowierzaniem i niemal oburzeniem jednocześnie.
- Tak. I jest to nawet dosyć częsty proceder - przyznała. - Wiesz, u nas nie ma ograniczników co do ilości
potomstwa… No, może poza grubością portfela i Chinami - zażartowała i zaraz dodała, widząc wyraz jego twarzy. - …Nie ważne. Czasami jednak aborcja jest wskazana z powodów medycznych, jak nieprawidłowy rozwój płodu czy też poważna choroba matki… Problem w tym, że niektórzy traktują aborcję jak środek antykoncepcyjny… Środek zapobiegający ciąży. Mamy ich kilka rodzajów.
Lostpath pokręcił głową.
- Rozumiem względy medyczne które podałaś, ale poza tym u nas taki proceder byłby nie do pomyślenia. Każde dziecko to wielki dar. Jest wychowywane i chronione przez cały hive.
- Ponieważ nie może was być zbyt wielu, więc i dzieci nie pojawiają się zbyt często… U nas tak traktowano dzieci w zamierzchłych czasach, ale obecnie jest nas aż zbyt wielu, więc niektórzy posuwają się do aborcji.
- Jesteś temu przeciwna? - spytał z zainteresowaniem. - Ton twojego głosu wskazuje, że nie popierasz tej metody - zauważył.
- Ponieważ są skuteczne metody, aby zapobiegać samej ciąży, tylko leniom się nie chce ich stosować… Ponad to rozumiem aborcję do trzeciego miesiąca życia, ponieważ nieraz minie trochę czasu, zanim kobieta się zorientuje. A poza tym do tego czasu organizm naturalnie może nie przyjąć ciąży i kobieta poroni. Ale później? Na przykład już pod koniec? Nawet dla mnie to już jest morderstwo… Przez pół roku chciała dziecko, a potem nagle zmieniła zdanie? - pokręciła lekko głową. - Dla mnie zasada jest prosta: nie chcesz mieć dziecka, stosuj antykoncepcje… A w przypadku gwałtów są środki wczesnoporonne, które podaje się od razu. Tak na wszelki wypadek.
- Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak śmiertelne i… kruche istoty, jakimi są ludzie, tak pogardzają życiem.
Kate uśmiechnęła się złośliwie.
- Obawiam się, że logika nie jest mocną stroną ludzi - parsknęła, na co Wraith uśmiechnął się, rozbawiony.
