Rozdział 26

Pożegnanie.

Ciche skrzypienie drzwi przerwało ich rozmowę. Oboje spojrzeli w tamtą stronę, aby zobaczyć stojącą w progu Mili.

- Teyla mówi, że przyleciał hive - oznajmiła.

- Tak, już wiemy - wyjaśniła spokojnie Kate. - Kilka minut temu.

- Wyczuwasz je? - zdziwiła się. - Ja wyczułam go dopiero teraz.

- Masz geny Wraith? - wtrącił zaskoczony Lostpath.

- Niestety - mruknęła dziewczyna i wróciła do domu.

Harrigan uśmiechnęła się lekko.

- Niestety ona też nie jest zadowolona ze swoich zdolności… podobnie jak ja.

- Powinna się z nich cieszyć. Mogą jej kiedyś ocalić życie - niemal mruknął.

- Jest troszkę zła, ponieważ na Feros nie wyczuła was w porę… Chociaż sądzę, że to z powodu alkoholu, który wypiła wcześniej - rzuciła i podniosła się. - No ale mniejsza już oto. Czas się zbierać - dodała i podeszła do uchylonych drzwi, aby je otworzyć.

Tuż za nimi natknęła się na stojącą w korytarzu dziewczynę.

- Jestem zła, bo to przeze mnie masz kłopoty - powiedziała ze smutkiem. - Gdybym ich w porę wyczuła…

Nie dokończyła. Nie była w stanie. Z jej oczu popłynęły łzy.

- Hej, przestań. Przecież nikt nie ma do ciebie pretensji - rzuciła Kate i przytuliła ją.

- Przepraszam - jęknęła Mili, przytulając się do niej.

- Nie masz za co przepraszać. Poszliśmy tam, żeby się dobrze bawić… Więc to robiłaś. Nikt nie był w stanie przewidzieć tego, że akurat pojawią się Wraith.

- Ale ja wiedziałam, że jak więcej wypiję, to moje zdolności przestaną działać… Chciałam się od tego uwolnić chociaż na trochę… I patrz jak to się skończyło.

- Skończyło się dobrze, ponieważ nikt z nas nie zginął - odparła i odsunęła się od niej. - I tylko to się liczy… Wiec przestań się mazać jak małe dziecko… Na boga, dziewczyno, za stara już na to jesteś - dodała żartobliwie, próbowała ją rozweselić.

Mili uśmiechnęła się nieco, ocierając szybko łzy.

- Jak zwykle potrafisz pocieszyć - zadrwiła nieco.

- To moja specjalność - odparła z szerokim, beztroskim uśmiechem.

- O, tak. Z całą pewnością - parsknęła dziewczyna.

Harrigan uśmiechnęła się ponownie, rozbawiona.

Stojąca u wejścia do korytarza grupa przybyszów z Atlantydy przyglądała się tej scence w milczeniu. To była dla nich niezręczna sytuacja. Niezręczna i przykra. Niebawem bowiem będą musieli oddać tą kobietę w ręce Wraith, wymieniając ją na jedną z nich. Inaczej sprawa może zakończyć się bardzo źle, nie tylko dla nich, ale także dla wszystkich mieszkańców Vallen.

Już dawno nie czuli się tak bezradni w walce z Wraith.

Kate spojrzała na nich i przymrużyła nieco oczy.

- A wy co macie takie posępne miny? Wybieracie się na pogrzeb? - rzuciła ironicznie.

- Za to ty masz nadzwyczaj dobry humor, jak na kogoś w twojej sytuacji - stwierdził Sheppard.

- Ironia i sarkazm trzymają mnie przy życiu - odcięła i weszła na pierwsze schody prowadzące do góry, by wychylić się nieco przez poręcz i zagwizdać na palcach.

Z ogrodu, przez otwarte drzwi, wbiegły powoli dwa psy, merdając wesoło ogonami na widok tych wszystkich ludzi.

- Nie podlizujcie sięI tak nie mają nic dobrego do jedzenia - powiedziała po polsku kobieta, ruszając powoli na górę, a potem ponownie zagwizdała, lecz tym razem bez użycia palców.

Oba husky zakręciły się jeszcze raz wokół gości, po czym powoli podążyły za Harrigan.

- Kate? Co robisz? - spytała z dołu Miriam.

- Uśpię je na jakiś czas… Dla dobra twoich drzwi… Chyba, że chcesz je mieć całe podrapane, kiedy zaczną szaleć, że też chcą ze mną iść - zażartowała z góry.

Potem weszła do pokoju i usiadła na łóżku, przywołując psy. Te wskoczyły za nią wesoło na posłanie, a kiedy w końcu rozłożyły się wygodnie, Kate położyła delikatnie dłonie na ich głowach i skupiła się. Jej umysł powoli przejął kontrolę nad umysłem zwierząt. Ich oddech i bicie serc uspakajały się z każdą chwilą, aż w końcu pogrążył się w głębokim śnie. Na tyle głębokim, aby nie reagowały na zewnętrzne hałasy.

Kobieta jeszcze przez dłuższą chwilę głaskała je po głowach, z delikatnym uśmiechem na ustach. Być może były to ich ostatnie wspólne chwile na kolejny długi czas, pomyślała z goryczą, a z jej oczy popłynęły łzy.

Wcale nie była w dobrych nastroju… ale gdyby zaczęła się martwić tym co będzie i zastanawiać nad swoim losem… oszalałaby. Nie przywykła do użalania się nad sobą. Nawet w samotności. Zawsze starała się zachować zimną krew i nie pozwalała, aby ogarnęła ją trwoga i smutek. Nie pozwalała sobie na depresję. To nie było w jej stylu. Wolała myśleć pozytywnie… nawet jeśli było to złudne myślenie. Ale to dodawało jej sił, aby wciąż walczyć.

- Nigdy nie widziałam człowieka tak przywiązanego do zwierzęcia - wyszeptała niespodziewanie od progu Teyla, wyrywając ją z rozmyślań.

Kate spojrzała na nią, lekko zaskoczona i szybko otarła łzy.

- Na Ziemi, cześć ludzi traktuje zwierzęta domowe jak członków rodziny - odparła pospiesznie i wstała z łózka. - Zapytaj Shepparda, zapewne tez miał psa jako dziecko - dodała, podchodząc do drzwi.

- Tak, to prawda. Wspomniał o tym, kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy twoje psy… Niestety zachorował poważnie i musieli go uśpić… Podobno John długo był smutny z tego powodu - powiedziała Athosianka i obie wyszły na korytarz. - Kate, zaczekaj - dodała nagle, zatrzymując ja gestem ręki. - …Mogę go powstrzymać. Tego Wraith… Todd powiedział, że jego hive należy do Sojuszu, którego zostałam Królową po śmierci poprzedniej Primary.

- Chciałaś powiedzieć tej, którą zadźgał Todd - parsknęła lekko.

Tym razem to Emmagan spojrzała na nią zaskoczona.

- To też było w tym filmie? - spytała, a Harrigan odpowiedziała jej jedynie szerokim uśmiechem. - Wciąż trudno mi to pojąć… W każdym razie, jak powiedziałam już wcześniej panu Woolsey'owi, mogę ponownie udawać Królową i zabrać cię.

- Sadzisz, że to wystarczy? - spytała, jakby podchwytliwie.

- A ty nie? Jako Królowa Wraith mogę wszystko, a on nie będzie się mógł sprzeciwić.

Kobieta uśmiechnęła tylko się kącikiem ust i ruszyła dalej.

- Ale będzie drążył temat… aż w końcu odkryje prawdę - oznajmiła spokojnie. - Jest uparty i podejrzliwy.

- Skąd wiesz? - zdziwiła się Teyla, ruszając za nią.

- Kilka razy miała krótki dostęp do jego umysłu... - przerwała, kiedy weszły na schody. - Myślałam już o tym, ale wątpię aby to pomogło. Wręcz przeciwnie, obawiam się, że może to przysporzyć jeszcze więcej kłopotów.

- Co takiego? - zainteresował się Sheppard.

- Mój plan z Królową - odparła z góry Athosianka. - Kate uważa, że ten Wraith nie odpuści tak łatwo i w końcu odkryje prawdę.

- Dlaczego tak uważasz?

- No cóż, o ile film jest zgodny z waszą rzeczywistością, to Dowódca tamtej Primary też nie uwierzył w waszą bajeczkę i Todd musiał go zabić - rzuciła i uśmiechnęła się. - Obawiam się, że to nie jest dokładnie tak jak się wam wydaje: że Królowa tupnie nogą i wszyscy bez szemrania robią to, co ona chce… Ale, zawsze możesz mnie odwiedzić - dodała beztrosko, spoglądając na Emmagan. - Pod pretekstem zainteresowania nowym nabytkiem i obadać sytuację.

- O tym nie pomyślałam - przyznała.

- Nawet nasz geniusz na to nie wpadł - rzucił ironicznie John, rzucając Rodneyowi wymowne spojrzenie.

- Hej! Od knucia podstępnych planów jesteś ty - odgryzł się McKay, ale zaraz poweselał. - Ja jestem geniuszem od technologii.

Kate pokręciła z rozbawieniem głową, sięgając po swoją torbę.

- Czuje się jakbym była na planie Stargate - mruknęła po polsku.

- Daj, ja to wezmę - rzucił z tyłu pułkownik.

Kobieta spojrzała na niego i uniosła nieco brwi.

- Jesteś pewien? - spytała, rozbawiona. - To jest ciężkie.

- Tym bardziej ty nie będziesz tego nosić - upierał się.

- OK… Jak tam chcesz… Ale żeby nie było: ostrzegałam - parsknęła i odłożyła torbę.

- Spokojnie. Nie takie ciężary nosiłem… - oznajmił i złapał za uchwyty torby, aby ja podnieść. - … O boże. Co ty tam masz, kobieto? - jęknął, z wyraźnym trudem podnosząc pakunek. - I pytanie najważniejsze: jakim cudem to tak łatwo podniosłaś?

Harrigan uśmiechnęła się złośliwie, podczas gdy Beckett zachichotał z tyłu.

- Carson dał sobie wytłumaczyć, że z powodu ciężaru użyłam telekinezy do podniesienia tej torby.

Sheppard spojrzał na nich z wyrzutem.

- I teraz mi to mówisz?

- Przecież ostrzegałam - zaśmiała się nieco.

- Daj mi to… słabeuszu - zadrwił z tyłu Ronon, odbierając torbę… by na moment samemu zwątpić w swoje możliwości. - Poważnie. Co ty tam masz? - spytał spoglądając na kobietę.

- Trochę elektroniki… tak więc ostrożnie z tym - wyjaśniła, wciąż rozbawiona.

Grube, drewniane drzwi do domu pokryte ornamentem otworzyły się i do środka wszedł Kaylon Andarias, spoglądając na zebranych.

- Na zewnątrz czekają mieszkańcy Vallen - poinformował spokojnie. - Proszą, abyś wyszła do nich. Chcą się z tobą pożegnać.

Na jego słowa kobieta wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia.

- Świetnie… Wolała bym tego uniknąć.

- Myślę, że powinnaś to zrobić… Chociażby z szacunku dla nich - oznajmiła Miriam i podeszła do niej. - Ja zostanę. Nie pójdę z wami… Tylko się rozpłaczę - dodała ze łzami w oczach i przytuliła ją. - Uważaj na siebie… Katherin Harrigan - szepnęła i odsunęła się, by otrzeć spływające po policzkach łzy.

- Hej, ja nie umieram, tylko się przeprowadzam - rzuciła.

- W tym przypadku to niewielka różnica.

- Yyyy… dla mnie znaczna… - zauważyła ironicznie, ale za nim zdołała dokończyć, kolejna osoba rzuciła się jej na szyję, obejmując ja mocno.

- Ja też zostanę w domu - szepnęła Mili.

- Całe szczęście - parsknęła Kate. - Inaczej narobiłabyś lamentu, a mnie wstydu - wytknęła jej.

Dziewczyna odsunęła się powoli, próbując uśmiechnąć się przez łzy… jednak nie najlepiej się jej to udało.

- Hej, nos do góry i nie daj się - dodała kobieta z lekkim uśmiechem. - Odwiedzę was jak tylko będę mogła… Obiecuję.

- Myślisz, że ci pozwolą? - spytała z nadzieją.

- Myślisz, że będę się pytała o pozwolenie? - parsknęła, co wywołało u Mili lekkie rozbawienie.

Harrigan posłała im obu ostatni uśmiech i podeszła do drzwi.

- Raz kozie śmierć - mruknęła po polsku, wzięła głębszy wdech i wyszła na ganek.

Zebrany na zewnątrz tłum zamilkł niemal równocześnie i setki oczu skierowało się wprost na nią. Ludzie stali jeden przy drugim, na szerokiej głównej ulicy miasteczka oraz niewielkim placu przed główna bramą.

- O kurde - szepnęła niechętnie, znów po polsku. - Właśnie tego chciałam uniknąć - dodała tym samym tonem, ale już po angielsku.

- Teraz rozumiem dlaczego - odezwał się z tyłu Sheppard.

- Może powinnaś coś powiedzieć? - zasugerował Kaylon, pochylając się nieco do niej.

Kobieta spojrzała najpierw na niego, a następnie ponownie na zgromadzony tłum.

- Ale niby co? - wymamrotała i uśmiechnęła się lekko. - Miło was znowu widzieć! - rzuciła, unosząc nieco rękę na powitanie. - Właściwie to wpadłam tylko po swoje rzeczy i zaraz się zmywam, więc… nie zwracajcie na mnie uwagi - zażartowała, ale najwyraźniej mało kogo to rozbawiło. - OK. To może inaczej - dodała, już z pełna powagą. - Jestem wam za wszystko naprawdę bardzo wdzięczna i niezmiernie mi miło, że tutaj jesteście… Ale niebawem przybędą tutaj Wraith… Właśnie weszli w atmosferę… Dlatego lepiej wracajcie do domów… Zapewne szacunkowo wiedzą ilu was jest, ale lepiej, aby nie przekonali się o tym na własne oczy… I nie zmienili zdania co do Żniw. Jak mawiamy: "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal".

Dopiero te słowa wywołały wśród zgromadzonych reakcję.

- Kate ma rację - przyznała Teyla, zwracając się do burmistrza. - Lepiej nie uświadamiać Wraith z czego zrezygnowali.

- Taak… Macie rację - odparł powoli i także zwrócił się do zebranych. - Proszę, wracajcie do swoich domów!… Zanim Wraith przybędą!… Niech nie widzą ilu nas jest!

Głośne szepty wymorzyły się szybko i po chwili ludzie posłusznie wykonali jego prośbę, rozchodząc się w miarę szybko. Jedynie ci, którzy stali najbliżej, na odchodne żegnali młodą kobietę, delikatnie dotykając jej ramienia i cicho wypowiadając słowa: "Niech Przodkowie czuwają nad tobą".

Aż w końcu na ulicy pozostał tylko jeden młody mężczyzna, wpatrujący się spokojnie w Harrigan.

Potem podszedł bliżej, zatrzymując się przed gankiem.

Kaleb uśmiechnął się szeroko.

- Wcale się nie dziwie, że znowu stąd uciekasz - dodał i nagle objął ją mocno. - Dzięki za wszystko… przemądrzała babo - szepnął żartobliwie.

Kate uśmiechnęła się i odsunęła od niego.

- Nie ma za co… tępaku - odcięła.

- Mówiłem panu, że mnie lubi - rzucił, spoglądając na burmistrza, który uśmiechnął się nieco rozbawiony, jednak młody mężczyzna ponownie spojrzał już na Kate. - Mam tylko jedną prośbę.

- Yyyyy… to zależy jaką? - odparła nieco ostrożnie.

- Bądź dla nich równie upierdliwa, jak dla nas - oznajmił wesoło i klepnął ją mocno w ramię, aż zachwiała się nieco na nogach.

Na te słowa kobieta wyszczerzyła do niego zęby w beztroskim uśmiechu.

- Z największą przyjemnością.

Kaleb odpowiedział jej tym samym gestem, po czym spojrzał szybko na pozostałych i powoli odszedł, wracając do swojego domu.

- Miły aż do bólu - parsknął z tyłu McKay.

- Witaj w moim świecie - niemal mruknęła, także ruszając z miejsca.

Gdzieś w połowie drogi Harrigan zerknęła jeszcze w kierunku domu Miriam. Starsza kobieta stała wciąż na ganku z wnuczką, patrząc jak ich niespodziewana, nowa współlokatorka odchodzi. Uśmiechnęła się do nich lekko, unosząc do góry rękę na pożegnanie, po czym przyspieszyła.

Tuż za brama na moment zerknęła w górę, a następnie w bok, w kierunku rozległej łąki, za którą rozciągał się już tylko las.

Zza krawędzi muru wyłonił się właśnie młody Wraith, powoli brnąc wąską ścieżką wśród wysokich traw. Po chwili skierował się w kierunku grupy, bacznie ich obserwując.

- To ten Wraith, który cię pilnuje? - mruknął Sheppard.

- Tak… Moja zguba - parsknęła pod nosem.

- Dlaczego zguba?

Spojrzała na niego.

- Ponieważ zdołałam go zgubić kilka razy po drodze, zanim ostatecznie się napatoczył - skłamała… chociaż w zasadzie nie tak do końca, przyznała.

Pułkownik chciał jeszcze o coś zapytać, kiedy nagle, wysoko na niebie, dał się słyszeć charakterystyczny, niski dźwięk silników. Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku, by dostrzec szybko zbliżające się myśliwce… a daleko za nimi kolejne dwa, znacznie większe kształty.

Jednoosobowe maszyny przemknęły ponad Vallen, by następnie wykonać szeroki nawrót z dwóch stron. A kiedy cała eskadra znalazła się wystarczająco blisko stojącej w dole grupy, każdy z myśliwców wypuścił wiązkę transportową, pozostawiając za sobą kilkuosobowy oddział zamaskowanych żołnierzy. Ci szybko utworzyli po obu stronach długie rzędy, zagradzając w ten sposób ewentualną drogę ucieczki.

W tym samym czasie ciemne kształty na niebie zbliżyły się wystarczająco, aby ludzie w dole mogli rozpoznać czym są. Transportowce zwolniły, by następnie zawisnąć na moment w powietrzu, po czym rozpoczął lądowanie.

- Czuje się jak na paradzie wojskowej - parsknęła w końcu Kate.

- To fakt. Postarali się… Witają cię z honorami - rzucił równie ironicznie Sheppard.

- Nie chce was rozczarować, ale… - zaczął powoli Lostpath, podchodząc do nich i spoglądając jednocześnie na dwa statki.

- Ciiii! - przerwała mu Harrigan. - Psujesz piękną chwilę.

Wraith spojrzał na nią z politowaniem.

- Chyba zbyt częste używanie tych twoich… sztuczek, ci zaszkodziło - zadrwił.

- A mam wytknąć paluchem czyja to wina?

- Wybacz, ale ja nie kazałem ci tego robić - odparł i nagle uśmiechnął się szeroko.

Kate pokręciła lekko głową, mrużąc nieco oczy.

- Mądrala się znalazł.

- Wraith z poczuciem humoru? - parsknął z tyłu McKay.

Oboje spojrzeli na niego z powagą, szybko likwidując beztroski uśmiech na jego twarzy. Na moment naukowiec poczuł się nieswojo.

- Nieee… on jest tylko pyskaty - rzuciła kobieta, na powrót z ironią w glosie.

- I kto to mówi - odciął Lostpath.

- Właśnie o tym mówię - wskazała na niego kciukiem, patrząc jednocześnie na Rodneya.

- Dlaczego go po prostu nie zabijesz? - burknął Dex, cały czas mierząc Wraith ponurym wzrokiem.

- A kogo wtedy będę wkurzać? - spytała żartobliwie na co Sheppard prychnął głośno. - Poza tym ten jest już odpowiednio przeszkolony, że jak przeholuje, to oberwie prądem - dodała, zanim oficer zdążył cokolwiek powiedzieć.

- Ty naprawdę jesteś zupełnie bezstresowa - stwierdził rozbawiony John.

- To tylko pozory… Nerwy mi w niczym nie pomogą. Tylko przytępiają umysł… A dobry sarkazm zbija z tropu przeciwnika - odparła i uśmiechnęła się szeroko.

Mężczyzna chciał coś dodać, lecz trapy z boku obu statków zaczęły właśnie opadać w dół, by wypuścić ze środka pasażerów. Z każdej z dwóch grup drużyna z Atlantydy rozpoznała jednak tylko po jednej osobie.

Pierwszą z nich był wysoki Wraith z tatuażem wokół lewego oka i wiecznie zwichrzonymi włosami. Natomiast drugą rudowłosa kobieta w średnim wieku i uniformie ziemskiej ekspedycji. Szła spokojnie obok wysokiego, chociaż nie aż tak jak Todd, oficera. Jego włosy były w zdecydowanie lepszym stanie, a bok twarzy także zdobił tatuaż.

- To ten? - szepnął pułkownik, pochylając się nieco do Harrigan.

- Nie… Pierwszy raz go widzę - odparła.

Obie grupy zbliżyły się spokojnym krokiem do oczekujących na nich ludzi i jednego Wraith.

Przez cały czas Stardust obserwował uważnie Kate.

Czuł się bardzo dziwnie, widząc ją… ponownie, po tak długim czasie.