Rozdział 28

Pokora wiele ma twarzy.

Obudził ją jakiś dźwięk.

Poderwała się, siadając na łóżku. Wciąż pozbawione było jakiejkolwiek pościeli.

Musiała być porządnie zmęczona, gdyż nawet nie zorientowała się kiedy zasnęła, pomyślała i podniosła się ospale, by poczłapać do drzwi po kolejnym dźwięku.

Na korytarzu stała dziewczyna o niebieskich oczach i długich, kasztanowych włosach związanych w fantazyjny warkocz. Miała na sobie długą, prostą tunikę i wąskie spodnie, rodzaj tutejszych leginsów.

Spojrzała na Harrigan wyraźnie zaskoczona, a potem ukradkiem zerknęła do pokoju.

- Jestem Lylith... Kazano mi to przynieść tutaj i przygotować łóżko - pokazała duży pakiet złożonych materiałów. - Jesteś sama?

- Już nie - mruknęła Kate. - Daj mi to… ja to zrobię - dodała i odebrała rzecz, by wrócić do łóżka. - Za tydzień, jak się wyśpię.

- Jesteś Aliqtar tego nowego oficera? - spytała z zainteresowaniem dziewczyna, spokojnie wchodząc do pokoju.

- Kim? - rzuciła wciąż jeszcze rozespana Kate, marszcząc czoło.

- Osobistym Czcicielem… Podobno przyleciałaś wraz z nim i Pierwszym Oficerem.

Harrigan parsknęła pod nosem.

- Jeszcze czego.

Lylith chciała jeszcze o coś zapytać, kiedy od drzwi znów dobiegł ten dźwięk… Trochę irytujący jak na dzwonek do drzwi, stwierdziła Kate.

Dziewczyna otworzyła je. Na korytarzu stała kolejna młoda Czcicielka, chociaż trochę starsza, o śniadej cerze, blond włosach i zielonkawych oczach. Trzymała w ręku tacę z jedzeniem.

Uśmiechnęła się lekko.

- To chyba dla ciebie - powiedziała uprzejmie i swobodnie weszła do środka, aby umieścić tacę na biurku.

- Oczywiście, że dla niej - zachichotała Lylith. - Przecież nie dla jej Wraith... To Maryfell. Od niedawna jest Czcicielem.

- Miło cię poznać - rzuciła uprzejmie. - Wyglądasz okropnie. Co ci się stało?

- Nic - burknęła. - I mówiłam, że Zguba to nie żaden... mój Wraith - niemal fuknęła Harrigan. - A ja nie jestem żadnym cholernym Czcicielem… Mam tu tylko naprawiać ten statek… Za darmo - mruknęła na koniec.

Oby dwie dziewczyny spojrzały na nią wyraźnie zaskoczone.

- Jak to, naprawiać? - zapytała Maryfell.

Kate chciała odpowiedzieć, kiedy ktoś ponownie zadzwonił do drzwi. Skrzywiła się, poirytowana, lecz tym razem to ona podeszła i otworzyła je.

- Skarbie, wróciłem - rzucił wesoło Lostpath. - Co na obiad?

Kobieta rzuciła mu ironiczne spojrzenie.

- Bardzo zabawne… Poza tym jak już to chyba raczej kolacja - odcięła i odwróciła się na pięcie, by wrócić do przygotowywania swojego posłania. - Masz do wyboru dwie dzierlatki - po drodze wskazała kciukiem na młode Czcicielki.

Wraith bezpardonowo wszedł do pokoju, zerkając na nie.

- Czcicieli się nie zjada… Na ogół - odparł, trzymając ręce za plecami.

- No to masz pecha, bo poza tym lodówka jest pusta.

- Lodówka?

- Elektryczne urządzenie do przechowywania żywności. Wytwarzana jest w nim niska temperatura… Taki elektryczny spichlerz, o - dodała.

- Aa… Widziałem kiedyś coś takiego na Satedzie - powiedział, usadawiając się wygodnie na krześle.

- Tylko nie wspominaj o tym Rononowi - parsknęła, zerkając na niego z rozbawieniem, zakładając jednocześnie poszewkę na poduszkę.

- Strasznie ponury z niego człowiek… Miałem wrażenie, że próbuje mnie zabić wzrokiem - stwierdził.

- Obawiam się, że twoje wrażenie było poprawne - parsknęła nieco. - Poza tym możliwe, że po paru latach interplanetarnego joggingu sama byłabym równie ponura - odparła.

Na te słowa młody Wraith spojrzał na nią uważnie, przechylając nieco głowę.

- Musze przyznać, że trudno mi sobie to wyobrazić - stwierdził spokojnie. - Jakoś tak nie pasuje to do ciebie… Chociaż z początku miałem ochotę skręcić ci kark za ten twój sarkazm - przyznał i znów ukazał swoje ostre zęby w szerokim uśmiechu.

- Ja także, chociaż z innego powodu, więc jesteśmy kwita - odparła i także uśmiechnęła się szeroko.

Lostpath otworzył usta, aby coś powiedzieć, kiedy od strony drzwi ponownie dobiegł znajomy już dźwięk.

- Kogo znowu niesie - syknęła pod nosem Harrigan i ruszyła w kierunku wejścia.

Stojące z boku dwie dziewczyny były zbyt zdezorientowane sytuacja, której świadkami mimochodem się stały, aby pomyśleć o otworzeniu drzwi.

Tym razem na korytarzy stała kobieta w średnim wieku, nieco niższa od Harrigan i o nienagannym wyglądzie. Bez wątpienia rysami i karnacją przypominała rdzennych mieszkańców Ameryki, uznała Kate… pomijając jej szaro-zielone oczy. Jednak jej strój już zdecydowanie bardziej przypominał te pochodzące z rejonów Indii.

Niemal cofnęła się, lekko zszokowana, na widok stojącej w drzwiach młodej kobiety z niemal morderczym wyrazem twarzy.

- Na Matkę Iratus, dziewczyno, co ci się stało? - spytała, zerkając na jej zadrapania na rękach i twarzy.

- Biegałam po lesie - burknęła.

Ta nie odpowiedziała nic. Uśmiechnęła się tylko lekko.

- Jestem Ilakani - przedstawiła się uprzejmie. - Przysłał mnie Pierwszy Oficer, abym wyjaśniła ci zasady panujące na tym hive… Jestem tutaj kimś w rodzaju… zarządcy Czcicieli. Takie jak ja nazywa się MATKAMI… z reguły dlatego, że są to osoby najstarsze i najbardziej doświadczone spośród wszystkich Czcicieli - wyjaśniła.

- A jeśli to facet? - parsknęła lekko.

- …Wtedy analogicznie nazywa się go OJCEM - odparła spokojnie, chociaż w pierwszej chwili pytanie Harrigan wyraźnie ją zaskoczyło. - Do moich obowiązków należy dopilnowanie, aby wszyscy Czciciele należycie wykonywali swoje obowiązki, dbając o cały hive… Mogę wejść?

- Jasne… Rozgość się - rzuciła Kate, gestem ręki wskazując kwaterę. - I tak powoli zaczyna się tutaj robić mały spęd - dodała pod nosem po polsku.

Kobieta weszła do środka, zupełnie ignorując stojące już tam dziewczyny, natomiast wyraźnie zawahała się na widok siedzącego wygodnie na krześle Wraith. Skinęła lekko głową w jego stronę, lecz ten zupełnie nie zareagował.

- Wyobraź sobie, że go tutaj nie ma - rzuciła spokojnie Kate, na co kobieta spojrzała na nią, znów zaskoczona. - Właściwie to nie wiem po co tutaj przylazł - dodała ponurym tonem, posyłając mu równie ponure spojrzenie.

- Nudziło mi się - odparł beztrosko.

- Właśnie widzę - odcięła i nagle podparła się w pasie. - A poza tym nie chce nic mówić, ale kiepski z ciebie gentleman.

- Kto?

- Gentleman - powtórzyła wolniej. - Dobrze wychowany, szarmancki mężczyzna… Ustąpił byś miejsca kobiecie - wytknęła mu, jakby nieco oburzoną.

W pokoju zapadła na moment grobowa cisza.

Trzy Czcicielki zbladły i aż cofnęły się o krok, jakby spodziewały się kłopotów. Natomiast Harrigan uniosła tylko brwi, czekając, podczas gdy na twarzy Lostpath pojawił się mało inteligentny wyraz zapytania.

- Po pierwsze, za często używasz określeń, których znaczenia nie znam - oznajmił najspokojniej w świecie, co tym bardziej zaskoczyło kobiety. - A po drugie: naprawdę macie takie zwyczaje? - spytał z wyraźnym niedowierzaniem. - Tutaj większość ludzkich społeczeństw jest patriarchalne.

Kate opuściła ramiona, wzruszając nimi lekko i wróciła spokojnie do swojego zajęcia.

- U nas także, ale to jak bardzo, zależy od czasów i regionu… Ale mimo wszystko zazwyczaj jakiś tam przejaw dobrego zachowania wobec kobiet zawsze był… Przynajmniej oficjalnie - dodała ironicznie. - Ile razy bywało tak, że na zewnątrz przykładne małżeństwo, a w domu terror.

- Patrząc na ciebie, zaczynam się zastanawiać kto kogo terroryzował - parsknął.

Harrigan znieruchomiała i spojrzała na niego powoli… i ponuro.

- Prądu mi jeszcze nie dołączyli - odcięła.

- Niestety - mruknął, chociaż z lekkim rozbawieniem.

Kobieta westchnęła ciężko i pokręciła lekko głową.

- Ciekawe za jakie grzechy mnie tobą pokarało - wymamrotała.

- Za to, że uciekłaś z planety treningowej - odparł, znów z beztroskim uśmiechem.

- W takim razie pociesza mnie myśl, że nie tylko ja ucierpiałam z tego powodu - rzuciła i nagle

przypomniała sobie o Czcicielkach… które wciąż z oszołomieniem przyglądały się tej scence. - Wybacz, przerwałam ci… Mówiłaś, że przysłał cię Pierwszy Oficer.

- …Taak - wymamrotała, zupełnie zdezorientowana, nie wiedząc od czego zacząć. - …Miałam wyjaśnić ci zasady panujące na tym hive…

- To się jej akurat przyda - stwierdził wesoło Lostpath i podniósł się z krzesła, by podejść do Kate. - Już zaczynam odliczać dni kiedy Dowódca każe cię wystrzelić przez śluzę - parsknął, poklepując ją lekko po ramieniu i wciąż rozbawiony, ruszył w kierunku drzwi. - Do jutra - dodał, wychodząc na korytarz.

- Oby nie - mruknęła i ponownie spojrzała na Ilakani. - To co z tymi zasadami? - spytała niezbyt chętnie.

Starsza kobieta nie od razu odpowiedziała, przyglądając się Harrigan z dziwnym wyrazem twarzy.

- Jesteś jego Aliqtar? Lub Opiekunem? - spytała w końcu ostrożnie.

- Nie - niemal mruknęła, wykrzywiając jego usta.

- Nigdy jeszcze nie widziałam czegoś podobnego - przyznała, wciąż nie mogąc uwierzyć własnym oczom i uszom. - Nawet pomiędzy ludzką Mamką a jej wychowankiem… A już na pewno nie, kiedy Wraith jest dorosły.

- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - odparła z szerokim, chociaż ironicznym uśmiechem. - Więc jak brzmią te zasady? - spytała ponownie.

Kobieta znów zawahała się na moment, rozkojarzona jej zachowaniem.

- Pierwszy Dowódca uprzedzał mnie, że masz dosyć… specyficzny sposób bycia - odparła po chwili.

- LOL, nawet ładnie to zabrzmiało.

Ilakani zmarszczyła nieco czoło.

- Zawsze jesteś taka… - nie wiedziała jakiego słowa użyć.

- Sarkastyczna?

- …Chciałam użyć określenia: zuchwała.

Harrigan uśmiechnęła się kącikiem ust.

- Zazwyczaj - powiedziała niemal beztrosko.

- Nie wiem z jakiego świata pochodzisz i jakie są wasze zwyczaje… ale tutaj na pewno zostanie to uznane za obraźliwe - wyjaśniła ze stoickim spokojem Matka.

- Tak, wiem: bądź cicho, nie podskakuj, siedź na dupie i przytakuj - parsknęła. - Słuchaj. Nie prosiłam się na tego całego… Czciciela. Jestem tutaj bo wasz uroczy Dowódca Zgredek postawił mi ultimatum: albo ulepszę mu statek, albo rozniesie w pył osadę, w której ostatnio mieszkałam. Dlatego… - przysunęła się bliżej kobiety, spoglądając jej prosto w oczy - …mam głęboko w czterech literach, czy któryś z tych zielonych karaluchów uzna moje słowa lub zachowanie za obraźliwe.

- Pomijając tego młodego Oficera, zazwyczaj Wraith nie tolerują takiego zachowania… Potrafią być równie miłosierni co srodzy - odparła wciąż spokojnym tonem Ilakani. - A panujące tu zasady są proste… i będzie bezpieczniej dla ciebie, jeśli zastosujesz się do nich… I nie będziesz nazywać publicznie naszego Dowódcy: Zgredek - zauważyła.

Kate spuściła głowę, kręcąc nią powoli poirytowana. A potem zacisnęła zęby i dłonie, wokół których pojawiły się małe, elektryczne wyładowania.

Matka nie zauważyła tego, stojąc tuż przed nią, ale znajdujące się nieco dalej dwie dziewczyny już tak. Obie niemal wstrzymały oddech i cofnęły się na ten widok, wyraźnie wystraszone…

I wtedy ktoś ponownie zadzwonił do drzwi.

Harrigan warknął niczym Wraith i poczłapała w tamtym kierunku.

- Boże… tutaj naprawdę jest jak w ulu - burknęła pod nosem po polsku i otworzyła drzwi, mocno zirytowana. - Czego?! - fuknęła.

Tym razem po drugiej stronie stał sam Wildfire.

Spojrzał najpierw na nią, unosząc lekko brew, a następnie na Czcicielki.

- Nie mówi się: czego... tylko słucham - powiedział spokojnie... w języku polskim.

Jego słowa zupełnie zaskoczyły Kate. Stała w miejscu, jak wmurowana w ziemię, zupełnie zdezorientowana, wpatrując się w niego z niedowierzaniem z niemal rozdziawioną buzią.

Na twarzy Wraith od razu pojawił się nieco szyderczy uśmieszek zadowolenia.

Wszedł nonszalancko do pokoju i szybkim gestem głowy nakazał całej trójce opuścić pomieszczenie. Kobiety posłusznie i szybko wykonały rozkaz.

- Naprawdę uczyłeś się od niej Polskiego - powiedziała w końcu, kiedy te wychodziły na korytarz.

Drzwi zasunęły się za nimi automatycznie.

- Ostatnio miałem na to trochę czasu... nawet więcej niż planowałem - dodał kąśliwie, spoglądając na nią wymownie. - Spóźniłaś się - warknął.

- Hej! To nie moja wina - oburzyła się. - Polowali na mnie wasi Łowcy… I na pewno nie zostałam

Biegaczem, aby wymigać się od umowy.

- I tylko to cię usprawiedliwia - syknął.

- Oh, naprawdę? - parsknęła lekko. - Dzięki za zrozumienie, Wasza Szlachetność.

Wraith warknął ostrzegawczo, na co ona zareagowała wytworzeniem elektrycznych wyładowań wokół dłoni.

- Przestań na mnie warczeć - syknęła przez zęby. - Od tego mam moje psy.

- A ty daruj sobie te próby zastraszenia mnie twoimi sztuczkami - odciął, przysuwając swoja twarz bliżej jej. A jako, że kobieta była od niego znacznie niższa, musiał się nad nią pochylić. - Nie boję się ciebie… Człowieku - dodał, z wyraźna pogardą.

- Ani ja ciebie… Karaluchu - odcięła, równie nieustępliwie. - I przypominam ci, że jestem tutaj na twoje własne życzenie… A jak mawiają ludzie w moich stronach: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.

Przez chwilę oboje spoglądali zawzięcie w oczy drugiej strony, aż wreszcie oficer syknął cicho, wyraźnie wściekły i zacisnął dłonie w pieści.

- Nawet Lanteanie, w całej swojej wyniosłości, nie byli tak aroganccy jak ty.

- Dogadał kocioł garnkowi - rzuciła po polsku. - A ty niby jesteś lepszy? Traktujesz innych z góry. Widziałam jak te trzy struchlały na twój widok… Założę się, że dla Wraith służących na tym statku wcale nie jesteś lepszy… Takich jak ty, nazywamy dyktator. Ponieważ opiera swoją władze na przemocy.

Nie odpowiedział. Znów warknął tylko cicho, delikatnie obnażając ostrze zęby, po czym wyprostował się, okręcił na pięcie i wściekły, wymaszerował z jej pokoju.

A kiedy drzwi zasunęły się za nim, Kate rozluźniła wszystkie mięśnie… i odetchnęła głośno z wyraźna ulgą.

Przez cały czas czuła wściekłość Wraith i mimo wszystko obawiała się, że ją zaatakuje.

Poczłapała z powrotem do łóżka i zwaliła się na nie.

To prawda, przyznała sama przed sobą, przeholowała tym razem. I to poważnie… Ale to dlatego, że on był taki impertynencki. Już dawno nie spotkała tak zadufanej w sobie, aroganckiej i apodyktycznej osoby.

No cóż, w jednym Zguba miał rację: jeśli będzie postępować tak dalej, to szybko skończy jako mrożonka dryfująca w kosmicznej przestrzeni, pomyślała niechętnie.

Tak więc ktoś musi być mądrzejszy i ustąpić… chociaż trochę, westchnęła w duchu, po czym podniosła się ospale i podeszła do swojej torby, by wygrzebać z niego ręcznik.

Miała zamiar wziąć szybko prysznic i porządnie się wyspać… a przynajmniej na tyle, na ile będzie mogła.

Weszła więc do łazienki. Światło zapaliło się automatycznie… a ona stanęła tuz za progiem zupełnie zdezorientowana.

- Jak to, kurde działa - jęknęła po polsku.

.

.

Lostpath zatrzymał się przed drzwiami kwatery Kate i dotknął panelu kontrolnego w ścianie.

Podwójne skrzydło otworzyło się szybciej niż sądził, a tuż za nimi stała młoda kobieta w koszulce na ramiączkach oraz w spodniach o szerokich nogawkach, wykonanych z lekkiego materiału. Jej długie, mokre włosy opadała częściowo na lewe ramię, kiedy z drugiej strony wycierała je właśnie ręcznikiem.

- Gdy mówiłem, że zaczynam odliczać kiedy Dowódca wystrzeli cię przez śluzę, mówiłem o dniach… a nie o minutach - wytknął jej i bezpardonowo wszedł do środka.

Drzwi zasunęły się za nim, a Harrigan przetrwała swoją czynność i wyprostowała się.

- Rozmawiałeś z nim? - mruknęła, wykrzywiając usta.

- Nie… Pierwszy Oficer z nim rozmawiał. Podobno Dowódca jest wściekły… I podobno to bardzo delikatne określenie na oddanie jego nastroju - niemal warknął. - Czy ty w ogóle masz instynkt samozachowawczy?... Dopiero co stwierdziłem w rozmowie z Pierwszym, że pomimo swoich zdolności, nie jesteś naiwna, aby uważać, że dzięki nim nic ci nie grodzi… A potem robisz to!

Kobieta w pierwszej chwili uniosła nieco brew, zaskoczona podniesionym tonem głosu młodego Wraith, ale zaraz potem westchnęła tylko ciężko i powędrowała na łóżko.

- Wiem, że przeholowałam - mruknęła. - Nie przywykliście, aby Człowiek się wam sprzeciwiał… Problem w tym, że ona działa mi na nerwy jak mało kto…

- Więc naucz się to ignorować, jeśli chcesz jeszcze pożyć - przerwał jej, już spokojniejszym głosem. - On to nie ja. Jest Dowódcą, a nie podrzędnym oficerem. Nie będzie żartował i lekceważył twoich złośliwości. Musi być twardy i nieustępliwy, jeśli nie chce stracić swojej pozycji. Takie panują u nas reguły.

- Wiem… - wymamrotała niechętnie.

- To dobrze… Więc teraz ty odłóż swoją dumę na bok i postaraj się przeżyć jak najdłużej… Pokora wiele ma twarzy. Jeśli musisz, unikaj go, ale nigdy więcej nie rzucaj mu wyzwania…

- Nie rzuciłam mu wyzwania - oburzyła się nieco.

- Zagroziłaś użyciem swoich zdolności przeciw niemu… to wystarczy - wyjaśnił. - Masz szczęście, że działo się to tutaj i nikt tego nie widział… W przeciwnym razie już byłabyś martwa.

- Albo on - stwierdziła twardo.

- Wtedy zabiliby cię inni… Czciciela, który zabije Wraith i nie udowodni, że to w samoobronie, czeka tylko jeden los: ŚMIERĆ… Tak samo kończy się podważanie autorytetu… Zapamiętaj to sobie - dodał i zawrócił do drzwi, gdy nagle przypomniał sobie o czymś. - Na zewnątrz czeka Matka. Wysłuchaj ją… Jeśli nie dla własnego dobra, to przynajmniej dla jej. Za niesubordynację Czciciela karę ponoszą dwie osoby: Czciciel i Matka… ponieważ nie potrafiła zaprowadzić dyscypliny.

Kate spojrzała na niego zaskoczona, jednak nic nie powiedziała… przynajmniej nie na ten temat.

- Lostpath? - rzuciła, kiedy sięgał dłonią do panelu kontrolnego z boku drzwi. Wstrzymał się z dotknięciem przycisku i spojrzał na nią ponownie. - Dlaczego ty tolerujesz mój sarkazm? - spytała z powagą.

Wraith stwierdził, że bardzo rzadko widział taki wyraz na jej twarzy. A jeśli już, miał on związek ze smutkiem.

- Nie ze strachu przed twoimi zdolnościami, jeśli oto pytasz - rzekł spokojnie z lekkim uśmiechem. - Nie boję się ciebie, ale zdaję sobie sprawę z tego, czym dysponujesz... Jednak to nie dlatego… przymykam oko, jak mawiasz, na twoje złośliwe poczucie humoru. Po prostu bawi mnie ono. Na swój dziwny sposób jesteś w nim szczera… I wiem, że nie usmażysz mnie za moją szczerość, nawet tą złośliwą… Naprawdę doceniam to, bo większość ludzi, posiadając twoje zdolności, użyłaby ich przeciwko Wraith. Ty używasz ich, kiedy zostaniesz do tego naprawdę zmuszona… I będzie lepiej dla ciebie, jeśli nadal tak pozostanie. Może i poradzisz sobie z kilkoma Wraith, ale wątpię abyś pokonała cały oddział - dodał i otworzył drzwi.

Stojąca na zewnątrz kobieta spojrzała na niego, jakby nieco zdenerwowana.

Wraith ominął ją bez słowa, zerkając po raz ostatni na Harrigan z lekkim uśmiechem, po czym zniknął za rogiem.

Kate wyprostowała się nieco, siedząc na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, po czym westchnęła i wskazała gestem ręki puste krzesło.