Rozdział 31
Układy i układziki - cześć 1.
Richard Woolsey wyłonił się z tunelu gwiezdnych wrót, by od razu zobaczyć czekającą na niego drużynę pułkownika Shepparda. Uśmiechnął się lekko na ich widok.
- Witamy z powrotem - rzucił od razu John. - I jak poszło?
- No cóż, jak to spotkanie z IOA i SGC - odparł. - W pierwszej chwili oczywiście spanikowali, ale potem przyjęli do wiadomości moje wyjaśnienia, że i tak nie mieliśmy na to większego wypływu. Dlatego oficjalnie zgodzili się z naszą decyzją.
- Czyli faktem, że przynajmniej odzyskaliśmy naszego naukowca, bo ostateczna decyzja i tak należała do Kate… A ona nie zaryzykuje życiem ponad dwóch tysięcy osób.
- Dokładnie… Chociaż po wypowiedziach co poniektórych wywnioskowałem, że byliby gotowi zaakceptować takie straty - dodał niechętnie, spoglądając na Teyle i Ronona.
- Wcale mnie to nie dziwi - odpowiedziała spokojnie kobieta. - Szczególnie po miesiącu spędzonym na Ziemi. Zrozumiałam wtedy jak wiele razy musicie sprzeciwiać się oczekiwaniom waszych przywódców.
- Co sprawia, że przy każdym takim incydencie jest mi wstyd za nich spojrzeć wam w oczy - odparł Woolsey.
- Niepotrzebnie. Nie może pan odpowiadać za ich słowa - dodał Ronon. - My wiemy jak bardzo angażujecie się, walcząc w naszej sprawie i tylko to ma dla nas znaczenie.
- Jestem wam bardzo wdzięczny za waszą wiarę w nas… Niestety to nie pomoże mi podczas spotkać z IOA i SGC - dodał nieco pesymistycznie.
- A poza tym… coś mówili? - spytał John.
- Tylko tyle, co wcześniej: że mamy uważnie obserwować rozwój sytuacji i na bieżąco składać raporty… Przynajmniej w jednym się z nimi zgadzamy: jeśli panna Harrigan rzeczywiście ulepszy ten hive, pozostali Wraith z pewnością z tego skorzystają. A to oznacza dla nas większe kłopoty… Nieoficjalnie padły nawet sugestie, że powinniśmy zabrać ją stamtąd siłą, zanim zmuszą ją do budowy intergalaktycznego hipernapędu.
- Uważa pan, że są w stanie to zrobić? - spytała Emmagan. - …I że Kate byłaby w stanie przedłożyć życie dwóch tysięcy ludzi na ponad sześć miliardów?
- Nie wiem… Naprawdę nie wiem - powiedział z pewnym wahaniem. - Doktor Beckett potwierdził słowa Miriam, że Kate nie ma zbyt dobrego zdania o ludziach na Ziemi… A przynajmniej o większości z nich… I właśnie to najbardziej mnie martwi.
- Nawet jeśli, to tylko słowa - oznajmił Sheppard. - Może i jest aspołeczna, ale nie wierze, że posunęła by się do masowego mordu… Oszczędziła tego Wraith, chociaż miała wiele okazji, aby go zabić, jak innych Łowców… Poza tym, z tego co zauważyłem, większość geniuszy to odludki... Mamy tutaj nawet jeden przykład - dodał zgryźliwie, wskazując kciukiem na McKaya, ale zanim naukowiec zdążył wyrazić swoje oburzenie, pułkownik ciągnął dalej. - A ona od dzieciństwa musiała uważać na ludzi, aby nie zamknięto jej w laboratorium z powodu tych wszystkich zdolności… To jednak nie czyni z niej psychopaty gotowego bez wahania poświęcić populację całej planety.
Richard uśmiechnął się lekko.
- Pokłada pan w niej sporo wiary, pułkowniku… Chociaż doktor Beckett powiedział mi to samo, zanim udałem się na Ziemię - powiedział. - Stwierdził, że jakkolwiek cyniczna wydaje się być panna Harrigan, to w gruncie rzeczy jest dobrym człowiekiem.
- Widzi pan… To już dwa głosy za - rzucił.
- Tak czy inaczej, na razie nie pozostaje nam nic, jak tylko czekać i obserwować rozwój sytuacji - odparł i już chciał ruszyć dalej, lecz nagle zatrzymał się. - Przypuszczam, że jeśli chodzi o Todda, to nie mamy co liczyć na jego współpracę w kwestii informowania nas o losach panny Harrigan?
- Obawiam się, że tutaj jestem zdecydowanie bardziej pesymistyczny - przytaknął oficer.
- Tak też myślałem - niemal mruknął Woolsey i skierował się do pobliskiego korytarza, by nim dotrzeć do pobliskiego transportera i w rezultacie swojej kwatery.
Był zmęczony psychicznie rozmowami z IOA i SGC. Poglądy co poniektórych z nich powalały go niemal za każdym razem. I szczerze powiedziawszy, w takich chwilach, szczerze podzielał zdanie kobiety z innego wymiaru co do inteligencji części ludzkiej populacji.
.
.
Kolejny dzień na hive rozpoczął się tak samo jak poprzedni.
Rano obudził ją sygnał dobiegający od drzwi i wesoły uśmiech Lylith trzymającej tacę ze śniadaniem.
Kate stwierdziła, że musi ustawić sobie jakąś pobudkę, albo zegar w swoim telefonie komórkowym odpowiadający dobie Wraith.
A potem nagle przypomniała sobie o czymś.
- Czy przypadkiem nie kto inny miał mnie pilnować? - spytała, marszcząc nieco czoło. - Jakaś… Unala?
- Uala - poprawiła ją i weszła do pokoju, aby móc postawić tace na biurku. - To prawda… Jednak poprosiłam Matkę, aby pozwoliła mi ją zastąpić - wyjaśniła uprzejmie.
- Dlaczego? - zdziwiła się Harrigan.
- Ponieważ uważam, że jesteś bardzo interesującą - odparł. - Nigdy wcześniej nie spotkałam takiego człowieka jak ty… Sporo słyszeliśmy o New Lanteans. O tym, że w ogóle nie znają leku przed Wraith. Że są wojowniczy i niepokorni… Ale kiedy pojawiła się tamta kobieta… Hana... okazało się, że jest strasznie bojaźliwa - dodała z wyraźnym rozczarowaniem, by nagle znów być pełną entuzjazmu. - A ty właśnie jesteś taka, jak New Lanteans z opowieści - rzuciła z fascynacją.
Na jej słowa kobieta uśmiechnęła się kącikiem ust nieco nonszalancko.
- Na twoim miejscu nie wierzyłabym zbytnio w tego typu opowieści - powiedziała spokojnie i podeszła do torby, aby wyciągnąć z niej ubrania. - Zazwyczaj więcej w nich fikcji niż rzeczywistych faktów - dodała i weszła do łazienki.
Ale Lylith nie dała się tak łatwo zbyć. Była pewna, że ma rację. Czuła to. A jej przeczucia jeszcze nigdy jej nie zawiodły. Właśnie dlatego poprosiła o możliwość zastąpienia Uali, by lepiej móc poznać tą Kate. Poza tym jak mogła się mylić, skoro nawet Wraith traktują ją inaczej. Chociażby ten nowy oficer. Żaden Wraith nie traktowałby tak zwykłego człowieka po zaledwie dniu znajomości. Musiał więc istnieć ku temu jakiś poważny powód. A tym samym tajemniczy i fascynujący, uznała…
Kiedy Harrigan zjadła śniadanie, dziewczyna zaprowadziła ja ponownie do maszynowni. Kobieta stwierdziła po drodze, że zdecydowanie na korytarzach przydałby się ekrany z planem hive i wielką kropką z napisem: "JESTEŚ TUTAJ". Wszystkie korytarze wyglądały bowiem dla niej tak samo, a na drzwiach nie było żadnych oznakowani informujący o tym, co może znajdować się za nimi.
Stardust był już na miejscu, przeglądając jakieś dane na jednym z ekranów.
Kate podeszła do niego, witając się z miłym uśmiechem. Odpowiedział jej tym samym i od razu przystąpił do realizacji planu dzisiejszego dnia: szczegółowej analizy budowy i zasady działania serca każdego hiveship - głównego reaktora.
Kobieta nie za bardzo wiedziała czy powinna być z tego faktu zadowolona… czy tez bać się ogromu informacji, jakich spodziewała się usłyszeć.
.
.
Lylith weszła do pokoju, aby zabrać tacę, ale kiedy podeszła do biurka, jej uwagę ponownie przyciągnęły rozłożone tam przedmioty. Dotknęła ostrożnie jednego z nich, przypominającego kształtem niedużą deskę o zaokrąglonych brzegach. Był chłodny i wykonany z dziwnego, gładkiego materiału. Obok leżały cieniutkie przewody o dziwnych końcówkach.
Jeden z mniejszych przedmiotów, także płaskich, osłonięty był czerwoną, garbowaną skórą. Podniosła go i otworzyła cienką klapkę. Pod spodem znajdowało się coś, co przypominało jej ekrany tabletów Wraith. Dotknęła delikatnie gładkiej, czarnej powierzchni, a ta nagle rozbłysła najróżniejszymi kolorami i obrazkami, by po chwili zblednąć.
Nieco wystraszona, odłożyła szybko przedmiot z powrotem i wzięła tacę, by wyjść z pokoju… kiedy nagle zwróciła uwagę na torbę, leżącą wciąż w tym samym miejscu co pierwszego dnia.
W pierwszej chwili pomyślała, że może powinna ją rozpakować i poukładać wszystkie rzeczy Kate w szafie… jednak zaraz potem zawahała się. Nie powinna przecież grzebać w jej rzeczach bez jej zgody.
No cóż, jeśli jutro wciąż będzie nie rozpakowana, rano zapyta ja o to, pomyślała i wyszła z pokoju, by skręcić w prawo.
Długi korytarz, krzyżujący się po drodze z dawno innymi, zaprowadził ją w końcu do wielkiego pomieszczenia służącego Czcicielom za wspólną jadłodajnię. To tutaj przygotowywano i wydawano dla wszystkich posiłki. Przy tak wielkiej ilości ludzi oraz trybie pracy, takie rozwiązanie było najbardziej korzystne dla wszystkich. Oczywiście każdy miał prawo zaproponować jakąś potrawę, lub co jakiś czas poprosić o jej przygotowanie dla siebie, jednak na ogół i tak było do wyboru kilka dań, aby urozmaicić dietę. To właśnie między innymi dlatego Wraith prowadzili handel z niektórymi planetami - z konieczność zaopatrzenia swoich Czcicieli w niezbędne dla nich rzeczy, a w szczególności w żywność i odzież.
Dziewczyna podeszła wesoło do jednego z dalszych stolików, przy którym siedziała Matka, kucharze i kilka innych osób.
O tej porze jadłodajnia była już niemal pusta - większość osób udała się już bowiem do swoich codziennych obowiązków.
Kobieta spojrzała na nią kątem oka, zanim ta zdążyła podejść. A kiedy zatrzymała się przy stoliku, spytała, jakby od niechcenia.
- I jak tam sprawy z naszą niepokorna Czcicielką?
- …Ona nie lubi jak się ja tak nazywa - odparła ostrożnie Lylith, na co Ilakani rzuciła jej nieco surowe spojrzenie. - Za każdym razem, kiedy tak o niej mówię, powtarza, że: nie jest żadnym cholernym Czcicielem… To dokładnie jej słowa - zastrzegła od razu.
- Doprawdy? A niby kim jest?
- Przymusowym, nieopłacanym pracownikiem.
W pierwszej chwili kobieta chciała wyraźnie coś powiedzieć… lecz nagle zawahała się i zmarszczyła nieco czoło.
- Ona jest z Vallen, prawda?
- Tak… To znaczy stamtąd przywiózł ją Pierwszy Oficer… ale chyba nie pochodzi z Vallen.
- Dlaczego tak uważasz? Powiedziała ci coś?
- Nieeee… ale w jej pokoju są dziwne urządzenia… Elektroniczne. Jedno z nich działa na dotyk i ma takie zabawne, małe obrazki…
- Grzebałaś w jej rzeczach? - przerwała jej surowym tonem.
- Ależ oczywiście, że nie… Leżały na jej biurku… Tylko zerknęłam - dodała przepraszająco.
Matka westchnęła i pokręciła nieco głową z dezaprobatą.
- A co jeśli to jedna z New Lanteans? - spytała nagle inna kobieta, siedząca przy stole. - Zachowuje się bardzo dziwnie.
- Pomyśl czasami, zanim coś powiesz, Marchesa - niemal parsknął główny kucharz. - Gdyby tak było, to ten nowy oficer nie traktowałby jej jak przyjaciela…
- Podobno była Biegaczem - wtrąciła Lylith, znów skupiając na sobie uwagę zebranych przy stole osób. - A on Łowcą… Oddał ją naszemu Dowódcy w zamian za możliwość przyłączenia się do naszego hive… Kate mi to powiedziała - wyjaśniła. - Chociaż mówiła o tym, jakby to był jakiś żart - zaczęła się nad tym zastanawiać, przypominając sobie ich wczorajsza rozmowę w drodze do maszynowni.
- Ona wszystko tak traktuje - niemal mruknęła Ilakani.
- Czym ona w zasadzie się zajmuje? - zainteresował się ciemnoskóry mężczyzna w średnim wieku, jeden z ludzkich zaopatrzeniowców.
Dziewczyna wzruszyła lekko ramionami.
- Nie jestem pewna, ale chyba pomaga Pierwszemu. Dzisiaj znowu zaprowadziłam ją do maszynowni, gdzie na nią czekał… Kiedy tam szłyśmy, wspomniała tylko, że zwiedzili wczoraj cały hive, żeby zapoznała się z jego działaniem…
- Mówicie o tej nowej kobiecie? - odezwała się niespodziewanie Antuaneth, podchodząc do nich z nonszalanckim wyrazem twarzy. - Według mnie długo tu nie pobędzie…
- O tobie mówiono to samo na początku - parsknął kucharz.
Kobieta naburmuszyła się lekko, ale zaraz potem znów się rozchmurzyła, a na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmieszek satysfakcji.
- Ale ona, już pierwszego dnia, tak rozwścieczyłam Dowódcę, że miał ochotę skręcić jej kark… Dosłownie. I gdyby nie Pierwszy, to sądzę, że byłaby już martwa… Ma o sobie wielkie mniemanie.
- Czyli zupełnie jak ty - odciął, na co kobieta rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
- Kellah - upomniała go szeptem Matka.
Ten skrzywił tylko usta, zniechęcony, machnął ręką i wstał od stołu.
- Idę. Mam lepsze rzeczy do roboty, niż słuchanie waszych plotek - mruknął i ruszył w kierunku kuchni.
- W każdym bądź razie, na waszym miejscu nie przywiązywała bym się do niej - dodała Antuaneth, spoglądając wymownie na Lylith. - Jej dni na tym hive są policzone. Dowódca był zbyt wściekły, by następnym razem pozwolić Pierwszemu się obłaskawić.
- Dowódca ściągnął ją tutaj z konkretnego powodu… - odezwał się niespodziewanie z tyłu kobiecy głos.
Spojrzenia wszystkich skierowały się w tamtą stronę, by zobaczyć dobrze znaną im osobę, stojącą dumnie ze splecionymi na piersi ramionami: Anaini Hadin, jedna ze zwiadowczyń Wraith, ubrana w dwuczęściowy, skórzany uniformie.
Była średniego wzrosty, ładna, o śniadej karnacji i wciąż gładkiej skórze. Jej szaro-zielone oczy wpatrywały się w nich uważnie… i przenikliwie. Nie bez powodu. Była jednym z najlepszych Ludzkich Watcher i przez ponad trzy tysiąclecia ciężko pracowała na swoją reputację… oraz zaufanie, jakim darzył ja Dowódcy. Dlatego zazwyczaj ani nie wdawała się w plotkarskie pogawędki Czcicieli, ani tym bardziej nie brała w nich udziału. Jednak zawsze miała oczy i uszy otwarte, bo jak mawia stare ludzkie powiedzenie: w każdej plotce tkwi ziarno prawdy. A dobry Zwiadowca powinien wiedzieć co się wokół niego dzieje.
- …I zadał sobie sporo trudu, aby to zrobić - dodała. - Jej zadanie tutaj jest zbyt ważne. Więc jakkolwiek… niezasymilowana jest ta kobieta, to nie sądzę, aby Dowódca tak szybko się jej pozbył - oznajmiła spokojnie, lecz rzucając wymowne spojrzenie Antuaneth. - Bez względu na to jak bardzo co poniektórzy by sobie tego życzyli… Dziwne, że zaczęłaś się nią interesować dopiero wtedy, kiedy ją zobaczyłaś - tym razem w jej głosie dało się słyszeć wyraźna ironię.
Antuaneth aż kipiała z wściekłości… jednak jedyne co mogła zrobić, to zacisnąć usta i pięści, po czym odwrócić się na pięcie i wyjść. Nie miała szans w starciu z Anaini. I wcale nie chodziło tutaj o fizyczne starcie. Już kiedyś, dawno temu, próbowała ją zdyskredytować w oczach Dowódcy… jednak na próżno. Jej pozycja i zaufanie, jakim darzył tą zwiadowczynię, były zbyt silne. A Wraith, w przeciwieństwie do ludzkich samców, nie pozwalali ludzkim samicom dać się omamić na tyle, by miały wpływ na ich decyzje.
Kiedy tylko kobieta opuściła salę, Hadin spojrzała na Matkę.
- Możemy porozmawiać na osobności? - spytała uprzejmie.
- Oczywiście - odparła i skinęła głową do pozostałych.
Ci bez słowa odeszli od stołu, wracając do swoich obowiązków.
- Ty także zostań, Lylith - dodała niespodziewanie zwiadowczyni, kiedy dziewczyna chciała dołączyć do pozostałych.
Spojrzała na nią wyraźnie zaskoczona. Anaini wskazała jej jedno z wolnych miejsc, po czym sama usiadła na krześle.
- Podobno poprosiłaś Matkę, by pozwoliła ci zastąpić Ualę w zadaniu, które wyznaczył jej Pierwszy Oficer.
- …Tak - odparła z lekkim wahaniem.
- Zdajesz sobie sprawę co tak naprawdę Uala miała robić?
- Tak… Informować Pierwszego o wszystkim co robi i mówi Kate.
- A wiesz dlaczego?
- …Z powodu kłopotów jakie może sprawiać, ponieważ nie jest Czcicielem? - spytała ostrożnie.
Hadin uśmiechnęła się lekko.
- Kłopoty, jakie może sprawiać, to najmniej istotny powód - oznajmiła i na moment rozejrzała się szybko wokół. Były same. - Na jej opór Dowódca ma sposób: zawarli umowę, wedle której albo ona zacznie modernizować nasz hive, albo on zarządzi Żniwa w głównej osadzie na Vallen, gdzie ostatnio mieszkała ta kobieta…
- Kate - wtrąciła Lylith. - Nazywa się Kate Harrigan.
- Tak, wiem - odparła uprzejmie.
- Oh - mruknęła nieco zażenowana.
- Posiada rozległą wiedzę na temat różnych technologii, dlatego też może okazać się tak przydatna dla nas… Na tyle przydatna, że zainteresowała się nią nawet Rada Wraith…
- Czyli Marchesa miała rację mówiąc, że jest jedną z New Lanteans? - spytała Ilakani.
- To trochę bardziej skomplikowane… Powiem tylko, że w pewnym sensie jest jedną z nich, chociaż nie należy do ich grupy… Można powiedzieć, że przybyła tutaj wraz z kilkoma innymi osobami niezależnie od New Lanteans z Atlantydy. Jej przyjaciele wrócili do domu, jednak ceną za to była konieczność pozostawienia tutaj jednego z nich. Ktoś musiał kontrolować w Vallen technologię, która pozwoliła im na powrót. A do tego potrzebna jest odpowiednia wiedza.
- Czyli utknęła tutaj, a potem zawarła umowę z Dowódcą, zanim New Lanteans zdołali jej pomóc wrócić do domu?
- …W sumie tak - przyznała. - Dlatego tak ważne jest, aby ją uważnie obserwować. Nie wiadomo jak długo pozwoli się szantażować tą umową. A tym samym, czy nie zacznie w końcu prób nawiązania kontaktu z New Lanteans, by nam zaszkodzić… To właśnie dlatego Dowódca uczył się jej języka od tamtej drugiej kobiety… Podobno w ich świecie, poza jednym wspólnym językiem, który i my znamy, ludzie porozumiewają się w swoich regionach miejscowymi dialektami. Stąd konieczność zrozumienia tego dialektu, by nie była w stanie go użyć do kontaktu z innymi.
- A ten nowy oficer? On także ją obserwuje?
- Powiedziano mi tylko, że był Łowcą, który ją ścigał… Ale w pewnym momencie jego Dowódca uznał go za zdrajcę. Podobno zaczął jej pomagać w uniknięciu schwytania… W końcu jednak odnalazł ją, a wiedząc, że nie ma powrotu do swoich, oddał ją naszemu Dowódcy w zamian za możliwość służby na naszym hive.
- Czyli jednak to prawda, że jest Łowcą - powiedziała niezbyt zadowolona Matka.
- Tak… Dowódca przymknął na to oko, ponieważ w zasadzie szkolił się na Watchmastera i jego zadaniem było raczej przygotowanie Biegacza do Łowów, niż sam udział w tym… procederze.
- A sprawia wrażenie takiego sympatycznego - niemal westchnęła w zamyśleniu Lylith. - I śmiesznie rozmawiają z Kate. Jakby byli rodzeństwem - dodała, nieco rozbawiona.
- Taaak, to było bardzo… nietypowe - przyznała jakby niechętnie Ilakani. - Prawdę powiedziawszy, jak długo żyję, tak jeszcze nie widziałam aby Wraith zachowywał się aż tak… swobodnie wobec człowieka. A już na pewno nie dopiero co poznanego.
- Dlatego należy uważnie obserwować ich oboje… Dowódca nie jest do końca przekonany co do szczerości wyjaśnień, jakich udzielił mu nowy oficer. Dla niego takie zachowanie również jest zbyt dziwne, jak na relacje Wraith - człowiek.
- Mam ją szpiegować? - spytała Lylith, niezbyt przekonana co do takiego działania, chociaż ogólny akcent szpiegowski całej sytuacji niezmiernie ja intrygował.
- Po prostu być czujnym… i zgłaszać wszystko, co wyda ci się podejrzane. Chyba nie muszę ci mówić, że od tego może zależeć los nas wszystkich.
- Oczywiście, że nie - oburzyła się lekko. - Po prostu nie wiem czy się do tego nadaję… Lubię ją.
- Tym bardziej. Jeśli ty będziesz okazywać jej sympatie, wtedy ona będzie mniej podejrzliwa wobec ciebie… To prosta zasada - poinstruowała ją z łagodnym uśmiechem Anaini. - Po prostu rozmawiaj z nią. Opowiadaj o tym co dzieje się na hive, a mimo chodem ona także może wspomnieć o czymś ważnym… Liczę na ciebie, Lylith - dodała, unosząc nieco brew i spoglądając spokojnie w jej oczy.
Ale dziewczyna nie odpowiedziała. Westchnęła tylko, analizując to wszystko, co właśnie usłyszała. Pomimo całej ekscytacji tą sytuacją i świadomości jak ważne jest to zadanie dla dobra całego hive… myśl o konieczności szpiegowania Kate wciąż niezbyt jej odpowiadała.
.
.
Młodziutki Wraith stojący obok Stardusta przy jednym z paneli kontrolnych cały czas katem oka zerkał na towarzyszącą im ludzką samicę.
Wciąż nie rozumiał dlaczego Dowódca i Pierwszy uparli się, aby ten człowiek pracował wraz z nimi przy systemach hive. I to strategicznych systemach. W prawdzie na jego rodzinnym statku ludzie nieraz pomagali podczas różnych napraw, ale to były bardzo proste rzeczy. A ta samica ma nieograniczony dostęp do wszystkiego, łącznie z napędem, uzbrojeniem i podtrzymywaniem życia. To było dla niego niepojęte szaleństwo. Szczególnie, że jej pobyt tutaj nie był dobrowolny, a ona sama wykazywała sporą niechęć do współpracy.
Właśnie dlatego Rainsong miał co do niej złe przeczucia.
Po raz pierwszy spotkał ją wczoraj, kiedy Stardust oprowadzał ją po hive, wyjaśniając z grubsza działanie poszczególnych systemów. O tym, że ma się pojawić człowiek będący w stanie naprawiać, a nawet modernizować statek, słyszał już od kilku tygodni… Niestety później okazało się iż bardzo pechowym zbiegiem okoliczności została schwytana przez Łowców Darkspace na innej planecie.
Wtedy to Rainsong po raz pierwszy widział swojego Dowódcę wściekłego. Na prawdę wściekłego. Do tej pory bowiem zawsze był bardzo opanowany, chociaż wyniosły. Ale tego wymagała od niego zajmowana pozycja… Jego ojciec zachowywał się tak samo, pamiętał to.
Lecz tamtego dnia… no cóż, lepiej było z daleka schodzić mu z drogi. I chociaż wobec niego Dowódca zawsze zachowywał się bardzo wyrozumiale, a nawet opiekuńczo, to młody Wraith pamięta, że tamtego dnia i jemu oberwało się praktycznie za głupstwo.
Dopiero następnego dnia Dowódca porozmawiał z nim już na spokojnie… i na swój nieco pokrętny sposób przeprosił za wybuch złości. I właśnie miedzy innymi za to młody Wraith tak bardzo go szanował. Był surowy, ale sprawiedliwy… i potrafił przyznać się do błędu. Nawet jeśli robił to w zawoalowany sposób, próbując zachować swoją twarz jako Dowódca…
- Yyyy, mam pytanie - odezwała się nagle Kate, przerywając długotrwałą ciszą. - Czy to nie powinno być zamknięte?
Stardust podszedł do niej, zerkając na schemat jednego z systemów zasilających widniejący na ekranie.
- W tym miejscu - dodała, wskazując palcem.
- Cholera - warknął i odsunął ją, próbując szybko naprostować usterkę.
- Próbowałam. System nie reaguje - oznajmiła spokojnie. - Chyba trzeba będzie zamknąć ten obwód manualnie, żeby wymienić czujniki.
- Tak - mruknął. - Problem w tym, że tamtejsze kanały techniczne są bardzo wąskie… - wyjaśnił i nagle spojrzał na nią dziwnie.
- Co? - spytała zaniepokojona jego wyrazem twarzy. - Dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Jesteś najmniejsza - zauważył z lekko cynicznym uśmiechem.
- Zapomnij - zaprotestowała, unosząc palec, po czym splotła ramiona na piersi. - Widziałam wczoraj wasze kanały techniczne. Są zarośnięte pajęczynami, bo nikt tam nie sprzątał od kilku tysięcy lat.
- Chyba nie boisz się pająków? - zadrwił nieco.
- Niee… Ale to nie ma nic do rzeczy…
- Świetnie… Zatem to twoje pierwsze zadanie - oznajmił beztrosko, zanim zdążyła dokończyć, po czym zabrał swój tablet i ruszył w kierunku wyjścia z pomieszczenia kontrolnego systemów hive. - Weźmiesz sobie potem długi prysznic - zażartował.
- Ha, ha, ha… bardzo zabawne - wymamrotała ze złośliwą miną i wyraźnie niezadowolona sięgnęła po swój tablet, by ruszyć za oficerem.
Rainsong najpierw spojrzał za nimi z dezaprobatą dla zuchwałego zachowania człowieka, po czym dogonił ich, niemal wybiegając na korytarz.
