Rozdział 35
Uzdrowiciel…
Lylith uśmiechnęła się.
- Ona nie jest dziwakiem… Po prostu wychowała się wśród ludzi, którzy nie znają Wraith. Dlatego nie czuje wobec nich respektu… Poza tym nie jest tutaj z własnej woli, więc nie dziw się, że się buntuje.
- Czyli to prawda, co o niej mówią? Że jest jednanym z New Lanteans - rzuciła Maryfell.
- …W pewnym sensie - przyznała dziewczyna.
- Ale po co Dowódca miałby sprowadzać tutaj jednego z nich? - zdziwiła się.
- Ponieważ bardzo dobrze zna się na technologii i będzie pomagała w ulepszaniu naszego hive.
- A jeśli spróbuje sabotażu? - spytała szeptem.
Lylith spojrzała na nią z lekkim politowaniem.
- Tez popadasz w paranoje, jak Keldnar? - zadrwiła i zatrzymała się przed drzwiami pokoju, by wstukać kod dostępu, który podała jej Kate.
Jednak ku jej zdziwieniu ten nie był potrzebny.
Czyżby zapomniała zamknąć drzwi, kiedy rano zabierała tacę po śniadaniu, pomyślała i dotknęła ponownie panelu kontrolnego.
Dwie płyty rozsunęły się, ukazując postać wysokiego Wraith, który spojrzał na nią surowo. Na jego widok dziewczyna znieruchomiała, zaskoczona i zdezorientowana jednocześnie.
- Czego tu szukasz? - burknął Dowódca.
- …Ja… Przyniosłam kilka ubrań dla Kate - wydusiła z siebie, pokazując mu niedużą kupkę rzeczy, które trzymała. - Pomyślałam, że mogą się jej spodobać…
Nie dokończyła, zerkając w bok na siedzącego pod ścianą kolejnego Wraith, a tuż obok niego kobietę. Na widok noża wbitego w pierś młodego oficera, oczy Lylith otworzyły się szeroko. Tak samo jak jej usta, które natychmiast zasłoniła dłonią.
- Nie teraz… - warknął ponownie Wildfire.
Chciał jeszcze coś dodać, kiedy przed wejściem zatrzymała się kolejna osoba. Tym razem był to oficer ochrony - niższy od swojego Dowódcy, lecz o podobnej budowie ciała.
- Sir, więzień odzyskał przytomność - poinformował i także zerknął w bok, na swego nowego podwładnego.
Czul się już na tyle dobrze, aby samemu siedzieć wyprostowanym, więc jego ramiona nie musiałby być już założone za oparcie krzesła.
- Niebawem przyjdę… Gdyby jednak sprawiał problemy, ogłuszcie go - polecił obojętnie.
- Oczywiście… Co ona robi, sir? - zapytał powoli.
- Ratuje mu życie… Młody ma chyba więcej szczęścia niż rozumu - niemal mruknął, także zerkając na niego. - W normalnych okolicznościach byłby już martwy.
- Ja zajmę się Łowcą - wtrącił ze spokojem Stroke, podchodząc do nich. - Wy zostańcie tutaj… Ona nie wygląda najlepiej - dodał szeptem. - Już drugi raz krwawi z nosa, a na dodatek strasznie zbladła. Może trzeba będzie to przerwać i resztę noża wyciągnąć normalnie… Powinno się udać. Wykonała najtrudniejszą części, a celtern powinno być już w większym stopniu zneutralizowane… Jednak mimo wszysko możliwe, że oboje będą potrzebować Daru Życia.
- Tak, masz racje - przyznał, jakby z namysłem, spoglądając na siedząca na podłodze dwójce, po czym ponownie przeniósł wzrok na swojego dziadka. - Dowiedz się czy Lostpath był jego jedynym celem. Jeśli nie, możemy spodziewać się kolejnego Dissiceri - mruknął niechętnie i nagle przypomniał sobie o dwóch, wciąż stojących na korytarzu Czcicielkach. Ponownie obdarzył je surowym spojrzeniem. - A wy co tak to stoicie? Nie macie nic lepszego do roboty?
Dziewczyny aż podskoczyły, wystraszone, po czym dygnęły i szybko oddaliły się tym samym korytarzem, którym przyszły.
Dwójka Wraith udała się natomiast w przeciwna stronę, do znajdującego się w pobliżu transportera.
Dowódca zamknął za nimi drzwi i spojrzał na Lostpath.
- Jak się czujesz?
- Znacznie lepiej - odparł, chociaż wciąż z pewnym trudem. - …Ale ona wręcz przeciwnie. Znowu zaczyna krwawić z nosa.
- Wiem - mruknął i przysiadł na podłodze, naprzeciw kobiety, przyglądając się jej przez chwile bacznie. Rzeczywiście była bardzo blada. - Stroke uważa, że resztę noża można w miarę bezpiecznie wyciągnąć.
- Słyszałem, sir - odparł. - I zgadzam się z nim… Nóż prawie cały wyszedł z serca. A jeśli będziemy to przeciągać, dla niej może się to źle skończyć - dodał, na co oficer spojrzał na niego. - Sądzę, że to co teraz robi, jest ponad jej siły.
- Tak… Chyba tak - mruknął ponownie Wildfire i znów przeniósł wzrok na ludzka samicę. - Kate? - rzucił nieco stanowczym tonem, lecz ona nie zareagowała.
Warknął cicho pod nosem. To był chyba jakiś żart, pomyślał… chociaż nawet go to rozbawiło.
- Harrigan - powtórzył, tym razem w ten sam ostry sposób co ostatnio.
I ku jego zaskoczeniu także tym razem odniosło to pożądany rezultat.
Drgnęła nieco i ponownie otworzyła oczy, by zamrugać, wyrwana z transu. Spojrzała na niego nieco zaskoczona.
Wildfire nie mógł się powstrzymać od złośliwego uśmieszku, rozbawiony tą sytuacją. Podobnie zresztą jak pozostała dwójka Wraith.
- Wystarczy już - powiedział. - Znów krwawisz.
Szybko wytarła dłonią nos.
- Jeszcze kawałek - odparła. - Prawie skończyłam…
- Jesteś strasznie blada - odezwał się z tyłu Stardust, a ona spojrzała na niego.
- Dowódca ma rację - powiedział Lostpath. - Wystarczy tego. Resztę noża można wyciągnąć normalnie. Wykonałaś już najtrudniejszą część - dodał z lekkim uśmiechem.
- Jak uważacie… Ale mogę jeszcze trochę…
- Na prawdę nie trzeba - zapewnił młody oficer i dotknął lekko jej dłoń, aby opuścić ją w dół, jednocześnie drugą ręką podtrzymując nóż. - Substancja antyregeneracyjna nie powinna już mieć takiego wpływu na mój organizm, więc poradzę sobie z raną.
Harrigan uśmiechnęła się lekko i skinęła tylko potakująco głową.
Siedzący z drugiej strony Dowódca hive sięgnął do rękojeści noża.
- Zaczekaj - powstrzymała go nagle, kładąc swoją dłoń na jego. Ale gdy tylko spojrzał na nią pytająco, od razu wycofała się, jakby zakłopotana swoim gestem. - Jeszcze jedna żyła - wyjaśniła zaraz. - Jest gruba, więc może być sporo krwi… Przytrzymam ją kiedy będziesz wyciągał nóż.
Teraz on przytaknął tylko gestem głowy i odczekał chwilę, aby mogła się skupić na swojej części zadania. Jej oczy znów stały się delikatnie mleczne… chociaż znacznie mniej niż poprzednim razem.
- Gotowe… Możesz wyciągać - poinformowała.
Wildfire spojrzał na młodego Wraith, który zacinał jedną dłoń na krześle, a drugą zaparł się o podłogę.
A potem starszy oficer pociągnął ostrze w swoja stronę.
Ból był okropny. Gorszy od tego, kiedy zadano mu cios. Przeszył każdą cząstkę jego ciała, chociaż ostrze nie znajdowało się już tak głęboko, jak na początku. Nawet zaciśnięcie zębów nie pomogło, wyrywając z jego gardła krótki ryk.
Odruchowo złapał się za zranione miejsce i skulił nieco, oddychając ciężko. I chociaż czuł jak rana szybko się zasklepia, to jednak ból wciąż był obecny.
- Potrzebujesz karmienia? - zapytał po chwili Pierwszy Oficer, także kucając i przyglądając mu się uważnie.
Lostpath potrzasnął przecząco opuszczona wciąż głową.
- Chyba nie… - wysapał.
Oficer poklepał go po ramieniu, a Dowódca hive uśmiechnął się nieznacznie kącikiem ust.
Nie przywykł do okazywania tego, ale ulżyło mu… kiedy po wyciągnięciu ostrza nie okazało się, że był to jednak błąd i powinni byli pozwolić Harrigan dokończyć to… I że mimo wszystko młody Wraith przeżyje. Chociaż dopiero co stał się częścią jego załogi.
Na prawdę miał wielkie szczęście, że ta ludzka samica posiada tak niezwykłe zdolności, stwierdził Wildfire… I że los połączył ich ścieżki w taki sposób, by ona chciała mu pomóc.
- To dobrze - szepnęła kobieta, a potem świat wokół niej zawirował i po chwili zapadła ciemność.
Omal nie upadła bokiem na podłogę, ale Stardust podtrzymał ją w ostatniej chwili.
- Kate?! - rzucił, poklepując ją delikatnie po policzku, lecz jej ciało było zupełnie bezwładne.
Przysunął ucho do jej klatki piersiowej, nasłuchując.
- Tylko zemdlała - poinformował pozostała trójkę, spoglądającą na niego z niepewnością. - Ale jej serce bije wolno…
- Zabiorę ją do Sunwind - oznajmił Dowódca, podchodząc do nich - a ty zostań z Lostpath, gdyby jednak potrzebował karmienia - dodał i podniósł Harrigan z podłogi. - Ja już przekazałem mu wszystko, zanim przyszła Kate.
- Zgoda - skinął głową Stardust.
- Rainsong… Weź tabletki, które zażyła - polecił chłopakowi, a ten natychmiast poderwał się na równe nogi i podszedł szybko do torby. - Muszę znać ich skład, zanim znowu jej coś zaaplikujemy - wyjaśnił i zanim młodzik sięgnął po opakowanie, oficer stał już w progu otwartych drzwi, patrząc surowo na zebranych tam ludzi. - Co to za zbiegowisko? - rzucił gniewnym tonem.
- Sir, możemy jakoś pomóc? Lylith powiedziała… - zaczęła uprzejmie Matka, ale przerwała szybko, kiedy Dowódca wydał z siebie długie, złowieszcze warknięcie.
- Gdybym was potrzebował, posłałbym po was - wysyczał. - Wracajcie do swoich zajęć… JUŻ! - niemal wrzasnął gardłowym głosem, aż zebrane na korytarzu osoby drgnęły, wystraszone.
Od razu wycofali się do tyłu, pozwalając mu przejść. Ruszył szybkim krokiem w stronę platformy transportera. Idący za nim młodziutki Wraith, chociaż wysoki, z trudem dotrzymywał mu kroku.
"Sunwind… Idę do ciebie z człowiekiem… To nagły wypadek" - Wildfire poinformował telepatycznie swojego oficera medycznego.
"Rozumiem… Co się stało?" - zapytał.
"Nie wiem dokładnie… Przygotuj skaner" - polecił.
Ilakani spoglądała przez chwile za odchodzącym Dowódcą, a potem zerknęła jeszcze do wnętrza pokoju. Drzwi były wciąż otwarte, pozwalając jej napotkać na spojrzenie kucającego obok młodego oficera Stardusta… I wtedy jej wzrok utkwił na zakrwawionym nożu lezącym na podłodze.
- Już w porządku - zapewnił ich spokojnym głosem. - Wracajcie do swoich obowiązków. Sytuacja jest pod kontrolą.
Kobieta skinęła tylko głową, po czym odwróciła się do zebranych, aby nakazać im rozejście się.
Drzwi do pomieszczenia zamknęły się, ponownie odcinając dwójkę Wraith od reszty hive.
Lostpath spojrzał na Pierwszego Oficera.
- Wyjdzie z tego? - zapytał. - Kate? Nie wyglądała za dobrze.
Zsunął właśnie dłoń z piersi. Ból ustał, a rana niemal zupełnie się już zagoiła.
- Na pewno… Jest silna - odparł z lekkim uśmiechem. - Jesteś pewny, że nie potrzebujesz karmienia?
- Nie, dziękuję. Już prawie koniec… Ale jeśli można, chciałbym później być przy przesłuchaniu tego Łowcy.
- Dobrze go znasz?
- Niestety nie… Od niedawna służy na Fireflash. Wiem tylko, że jest sporo starszy ode mnie, a jego poprzedni hive został znoszony. Ocalał jako jeden z nielicznych… Można powiedzieć, że miał szczęście, ponieważ prowadził myśliwce do ataku i cudem udało mu się uniknąć fali uderzeniowej podczas wybuchu.
- Rozumiem.
- Przykro mi, że nie mogę pomóc w tej kwestii.
- Nie przejmuj się. To i tak w sumie nie ma znaczenia - stwierdził i znów uśmiechnął się lekko.
.
.
Wildfire wszedł pospiesznie do sporego pomieszczenia.
Pomieszczenie pełne było najróżniejszej aparatury i to nie tylko tej wytworzonej przez Wraith. Było czyms w rodzaju medlabu połączonym z laboratorium.
Przeprowadzano tutaj skomplikowane badania i eksperymenty, zarówno z próbkami roślinnymi jak o pochodzenia zwierzęcego… ale także przychodzili tu Czciciele jeśli coś im dolegało. Nie było bowiem sensu za każdym razem przekazywać im Daru Życia, skoro istniały odpowiednie leki.
Poza tym dzięki temu Sunwind i jego współpracownicy mogli doskonalić swoja wiedzę i wypróbowywać nowe specyfiki. Z rzadka mieli także okazję przeprowadzać różne, mniej lub bardziej skomplikowane, zabiegi medyczne.
Teraz jednak pałeczkę przejął Dowódca hive, kładąc ludzka samicę na blacie skanera - takiego samego, jaki znajdował się w jego ukrytym laboratorium na Vallen.
- To ta nowa? - zapytał Sunwind. - Ta, która ma pracować ze Stardustem przy modernizacji hive?
- Tak… Rainsong, daj mu te tabletki - polecił i podszedł do panelu kontrolnego urządzenia. - Przeprowadź dokładną analizę. Muszę wiedzieć co zawierają, zanim podam jej coś innego… Bez problemu rozpuszczają się w wodzie - poinformował.
Wraith nie odpowiedział. Odebrał tylko od młodzika pudełko i podszedł do jednego ze stołów przy ścianie.
- Co się stało? - zainteresował się, rozpakowując jeden z białych krążków, po czym umieścił go w niewielkim naczyniu i zalał przeźroczystą cieczą.
- Nie wiem dokładnie… Dwukrotnie krwawiła z nosa - niemal mruknął starszy oficer i uruchomił skaner.
Przypominająca wiązkę transportująca smuga światła przesunęła się powoli po ciele kobiety tam i z powrotem. A kiedy zgasła, Wraith spojrzał na znajdujący się za nim duży ekran, gdzie właśnie był wyświetlany obraz przedstawiający ludzką sylwetkę… a dokładniej wnętrza ciała. Po chwili, za boku ekranu pojawiły się także liczne napisy.
- Bardzo niskie ciśnienie krwi, niski poziom leukocytów i elektrolitów, słaba arytmia serca… - Sunwind z niedowierzaniem zaczął na głos analizować wyniki badań. - Te odczyty wskazują na poważne osłabienie całego organizmu - dodał, wskazując ręka na ekran. - A tu jest chyba nawet mikrowylew - zauważył i spojrzał pytająco na Dowódcę. - To skutek tego, że była Biegaczem?
- Nie… - znów niemal mruknął Wildfire, stojąc ze splecionymi na piersi ramionami. Również był niezadowolony z tego co zobaczył. - To efekt stosowania jednocześnie kilku z jej zdolności.
- W jadłodajni jakoś jej to nie zaszkodziło - wymamrotał pod nosem Rainsong.
Wildfire spojrzał na niego, a chłopak zamarł w bezruchu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że powiedział to na głos. A jednak oficer uśmiechnął się tylko lekko kącikiem ust.
- Najwyraźniej jedna na raz i przez krótki czas nie wyrządzają jej szkody… Inaczej nie byłaby w stanie tak długo bronić się przed Łowcami - odparł spokojnie.
- A co zrobiła tym razem? - zapytał główny Oficer Medyczny.
Znał z grubsza sprawę. Dowiedział się o rym przy okazji pobytu na ich hive Hanna Leszczyńska. Zarówno od Dowódcy, jak i samej samicy New Lanteans. Jednak w przeciwieństwie, na przykład do Stardusta czy Stroke, niezbyt interesowały go kontakty z tym człowiekiem. Nawet gdyby rzeczywiście miała okazać się Avatarem, jak twierdzili ci dwaj oficerowie.
- Lostpath został zaatakowany przez Dissiceri wysłanego przez Darkspace - wyjaśnił Wildfire. - Wbił mu nóż prosto w serce… Ona go uratowała. Nie wiem dokładnie jak, ale najpierw… nakarmiła go, aby jego zdolności regeneracyjne były w pełni sprawne, a potem powoli, milimetr po milimetrze wyciągała ostrze dzięki jednej z tych swoich sztuczek… Wspomniała, że jest w stanie zobaczyć wnętrze organizmu i uniknąć w ten sposób przecięcia żył znajdujących się na drodze ostrza.
- Uzdrawianie, telekineza i skanowanie - rzucił spokojnie Sunwind i teraz to jego dowódca spojrzał na niego pytająco. - Czytałem kiedyś kilka prac naukowych Lantean na ten temat. Badali różne zdolności, jakie pojawiały się u niektórych z nich - wyjaśnił i spojrzał na wciąż nieprzytomną Harrigan. - Nie dziwie się, że jest kompletnie wyczerpana. To zapewne wymaga wielkiego skupienia umysłu i nakładu energii.
- Zapewne… Problem w tym, ze z tego co wspomniał mi wcześniej Lostpath wynika, iż ona bardzo rzadko korzysta ze swoich zdolności.
- W takim razie ma szczęście… Albo jest bardziej wytrzymała niż większość ludzi… Według badań Lantean nadużywanie tych umiejętności przez osobę, która systematycznie ich nie ćwiczy, może doprowadzić nawet do śmierci. Głównie w wyniku wylewów krwi do mózgu, ataków serca lub skrajnego wycieńczenia organizmu - powiedział ze spokojem. - Proponuje ponad jej najpierw coś za ogólne wzmocnienie organizmu… Mikrowylew nie wydaje się być groźny, więc później się nim ewentualnie zajmiemy. Najpierw musi się ustabilizować - dodał i podszedł do jednej ze sporych szaf z różnymi szklanymi naczyniami, szukając w niej czegoś.
.
.
"…Nigdy wcześniej nie widziała tak zatłoczonego miejsca. Nawet na lotnisku w Polsce nie było tylu ludzi co tutaj. Jakby zjechało się tu pół świata, pomyślała dziewięcioletnia dziewczynka, wędrując wraz z ojcem przez wielkie hale międzynarodowego lotniska w Los Angeles.
To była długa podróż, która trwała ponad dwa dni. Najpierw pociągiem do Warszawy, a następnie samolotami aż tutaj. Ale nie było prostszego sposobu.
I tak mogli mówić o dużym szczęściu. I to nie tylko z powodu połączeń, ale także dlatego, że komunistyczne władze w Polsce w ogóle zgodziły się na ten wyjazd tak szybko. W prawdzie Markus Harrigan był cenionym wykładowcą na uniwersytecie… ale także był obcokrajowcem, który w dodatku przybył aż zza oceanu. A to rodziło podejrzenia, że może działać jako szpieg. Szczególnie, że jego starszy brat był oficerem w amerykańskiej armii.
Tak wiele czynników działających na jego niekorzyść.
A jednak, jakimś cudem udało im się zdobyć pozwolenie. Być może dlatego, że jako swoistego rodzaju "zabezpieczenie" pozostawił w Polsce żonę i małe dziecko.
Teraz jednak byli już wreszcie na miejscu, wędrując wraz z innymi pasażerami w kierunku taśmy podajnika, na której znajdował się ich bagaż - jedna większa walizka. Nie mogli zabrać ze sobą zbyt wiele. To także mogłoby rodzić podejrzenia.
Przechodząc dalej, dostrzegli kilka osób trzymających w dłoniach kartki z nazwiskami tych, na których czekali. Ale w ich wypadku nie było takiej potrzebny. Ci, którzy czekali na dwójkę przybyszy z odległego kraju w Europie, z daleka rozpoznali idącego powoli w ich stronę mężczyznę.
- Markus! - rozległ się ponad tłumem donośny, męski głos.
Zatrzymali się na moment, by dostrzec wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, dającego im znak ręką.
Markus spojrzał na córkę z uśmiechem i pociągnął ją za sobą, aby przywitać się z bratem.
Ostatni raz widzieli się trzy lata temu, kiedy jeszcze sam przyleciał do stanów aby odwiedzić rodzinę. Jednak tym razem postanowił zabrać ze sobą także córkę. Być może będzie to jedyna okazja aby dziewczynka mogła poznać swojego dziadka. Kilka miesięcy temu miał bowiem poważny zawał serca i możliwe, że ta sytuacja powtórzy się… a wtedy ciężko będzie go uratować.
Obaj mężczyźni uścisnęli się serdecznie, po czy spojrzeli w końcu w dół.
- A więc to jest ten twój mały geniusz? - rzekł w końcu John, przyglądając się jej uważnie.
Był wielki w porównaniu z drobną ośmiolatką, która musiała spoglądać ma niego wysoko do góry.
Ale kiedy chciał położyć dłoń na jej głowie, cofnęła się szybko i przylgnęła do ojca. Oficer uśmiechnął się nieco rozbawiony.
- Boisz się mnie? - zapytał, ale ona nie odpowiedziała.
Patrzyła tylko na niego tymi swoimi dużymi, brązowo-zielonkawymi oczyma, trzymając kurczowo ojca za rękę.
- Jest zmęczona podróżą - odparł spokojnie Markus. - I tak dzielnie to wszystko zniosła. Bałem się, że zacznie kaprysić… Chociaż w domu nigdy tego nie robi.
- Też się zastanawialiśmy jak mała zniesie podróż - przyznał. - Tyle przesiadek. To męczące dla dorosłego, a co dopiero dla dziecka - dodał i klepnął brata w ramię, z uśmiechem. - Chodźmy. Lineth zapewne już czeka z obiadem.
- A jak ojciec? - zapytał Markus ruszając za bratem poprzez tłum ludzi.
Jego postura była zaletą w takich sytuacjach, gdyż ludzie odruchowo ustępowali mu z drogi. A to pozwalało spokojnie przejść idącemu tuż za nim niższemu o kilka centymetrów mężczyźnie i jego córce.
- Dobrze… A przynajmniej nie skarży się na nic… Wiesz jaki on jest. Nawet jeśli mu coś dolega, nie przyzna się do tego - oznajmił. - Póki żyła matka ona robiła z nim przodek, ale teraz… Czasami mam wrażenie, że mam w domu dwójkę dzieci - parsknął…
Kate przestała ich słuchać, zbytnio zafascynowana tym, co ja otaczało. Do tej pory największe miasto jakie widziała, to Berlin, kiedy ojciec zabrał ją na jedno z sympozjów naukowych. Ale to miasto… przekraczało jej najśmielsze oczekiwania. Było ogromne, hałaśliwe i pełne ludzi.
Przez ponad godzinę jazdy samochodem, chłonęła wzrokiem każdy widok, jaki była w stanie zobaczyć przez okno, kiedy przemierzali szerokie ulice, kierując się powoli ku spokojniejszym rejonom. A potem dalej, w wzdłuż wybrzeża.
Dom stał nieco na uboczu, blisko plaży, otoczony sporym ogrodem pełnym drzew. Nie był specjalnie okazały, ot piętrowy budynek stanowiący mieszaninę kamienia i drewna - osobisty projekt Gerarda Harrigan, który swego czasu był uznanym architektem. Jednak kilka lat temu postanowił zakończyć swoja karierę i przejść na emeryturę. Tylko od czasu do czasu pozwala sobie na jakiś projekt, najczęściej pod namową znajomych.
Samochód wjechał na brukowaną drogę prowadząca do domu i dziewczynka spojrzała z zainteresowaniem na stojącego na werandzie chłopca. Ojciec opowiadał jej o nim. To był Conor, syn Johna i Lineth. Jej starszy o dwa lata kuzyn. Był nawet wysoki jak na swój wiek i szczupły, a jego ciemnoblond włosy równie krótko ścięte jak u ojca - w wojskowym stylu.
Wydawał się być czymś wyraźnie zaniepokojony, nerwowo wyczekując aż samochód zatrzyma się na podjeździe przed domem.
- Chyba nie może się was doczekać - parsknął lekko John.
- Nie… - mruknęła z tylnego siedzenia dziewczynka. - Wasz tata źle się czuje - dodała.
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią zaskoczeni, lecz o ile Markus od razu zorientował się o czym mówi jego córka… o tyle jego brat nie miał o tym zielonego pojęcia. Jego zaskoczenie wzrosło tym bardziej, kiedy mężczyzna niemal wyskoczył z pojazdu, który ledwie co stanął. A potem spoglądał za nim, jak wbiega do środka budynku.
- Tato, szybko - rzucił chłopczyk, podbiegając do wysiadającego z samochodu oficera. - Dziadek źle się czuje, ale nie pozwala mamie wezwać lekarza.
Kapitan nie odpowiedział. Spojrzał tylko zaskoczony na dziewczynkę, która stała już na zewnątrz, przyglądając się domowi.
- Skąd wiedziałaś? - zapytał zdezorientowany, pozwalając synowi aby ciągnął go za sobą w kierunku drzwi wejściowych.
Kate wzdrygnęła się lekko i znów cofnęła… ale tym razem nie było przy niej ojca, który mógłby ją ochronić przed tym wielkoludem. A żołnierz cały czas przyglądał się jej bacznie tymi przenikliwymi, niebieskimi oczyma.
- Wejdź do środka - powiedział po chwili.
Bez słowa wykonała jego polecenie, za wszelką cenę próbując uniknąć bliższego kontaktu z nim. Jego postura i spojrzenie stresowały ją. Czuła się, jakby skanował ją na wylot i był w stanie odkryć wszelkie jej tajemnice.
- John, chodź tutaj - odezwał się z góry kobiecy głos. - Może wy przemówicie mu do rozumu.
Oficer warknął tylko cicho pod nosem i pospiesznie wszedł na szerokie, kręte schody, pokonując na raz po dwa. Jego syn pobiegł za nim, pozostawiając za sobą młodszą kuzynkę.
Dziewczynka rozglądała się uważnie wokół, kiedy ktoś przykucnął przed nią.
Kobieta była znacznie niższa od swojego męża i drobna, a jej głowę zdobiły gęste, rude włosy. Była ładna, o jasnej karnacji i miała miły uśmiech, a szare oczy spoglądały łagodnie na dziecko.
- Ty musisz być Kate - powiedziała spokojnie. - Bardzo miło mi cię poznać. Twój tata wiele nam o tobie opowiadał… Jestem Lineth - dodała, wyciągając w jej stronę dłoń na przywitanie.
- Wiem - niemal szepnęła i nagle spojrzała w górę, przez moment zdając się jakby nasłuchiwać.
- Chodź, wejdziemy tam - zaproponowała kobieta i podniosła się, wyciągając do niej dłoń.
Dziewczynka zawahała się w pierwszej chwili, ale potem powoli chwyciła jej dłoń i pozwoliła zaprowadzić się na górę.
Pokój jej dziadka znajdował się na końcu korytarza. Był przestronny i jasny, z oknami częściowo zwróconymi w kierunku morza, a częściowo na ogród.
Mężczyzna leżał na dużym, drewnianym łóżku i słabym głosem sprzeczał się właśnie ze swoim synem. Był uparty. Tą jedną cechę John Harrigan zdecydowanie odziedziczył właśnie po nim, stojąc teraz nad nim z ramionami splecionymi na piersi.
- …Nie obchodzi mnie to - kończył właśnie oficer. - Wzywam pogotowie i koniec dyskusji - dodał i odwrócił się na piecie, ruszając w stronę drzwi.
- Ani mi się waż - podniósł głos starszy mężczyzna i nagle jego oczy dostrzegły nową osobę stojącą tuz za progiem . - To Kate? - odezwał się ponownie zmęczonym głosem. - Podejdź tu, moja droga… Niech cię się przyjże - dodał zachęcająco.
Siedzący na skraju łózka Markus uśmiechnął się do córki i wyciągnął do niej zachęcająco rękę. Podeszła do niego szybciutko, znów szukając u niego oparcia.
- Śliczna z ciebie panienka - powiedział z lekkim uśmiechem.
- To jest właśnie twój dziadek, Gerard - oznajmił. - Stary, uparty osioł - dodał surowiej, spoglądając znów na ojca.
- Ma ranę na sercu - wyszeptała mu do ucha po polsku.
Mężczyzna spojrzał na nią nieco zaskoczony.
- Tak, wiem… To z powodu zawału… Ale skąd ty wiesz? Czytałaś o tym?
Ale ona pokręciła przecząco głową.
- Nie… Widzę ją… - odparła i zaraz dodała. - Mogę to uleczyć, jeśli chcesz.
Tym razem Markus był już zupełnie zdezorientowany.
Nie wiedział jak zareagować… i jak zareaguje jego rodzina. Poza tym do tej pory dziewczynka zajmowała się prostymi sprawami, jak przecięcia nożem podczas krojenia. Jej najpoważniejszy przypadkiem była pęknięta kość przedramieniowa matki, pół roku temu. Zresztą zawsze unikała korzystania ze swoich zdolności. Dlatego tak bardzo zaskoczyła go jej propozycja.
- Dlaczego chcesz to zrobić, skarbie? Myślałem, że tego nie lubisz.
- Bo nie… Ale to twój tata. Nie chcesz żeby był zdrowy? - zapytała spokojnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie..."
