Rozdział 39

Mały-wielki problem.

Przez kilka dobry godzin studiowała dane zgromadzone w dodatkowym rdzeniu pamięci.

Okazało się, że jest on rodzajem czarnej skrzynki i zarazem pamięci zapasowej. Otoczony był grubą warstwą tego samego materiały, który tworzył zewnętrzny pancerz hive - a co najciekawsze takie pomieszczenia posiadały wszystkie Lewiatany zbudowane przez Twórców.

Późniejsze statki, stworzone już przez Wraith, były kopiami tych pierwszych, wytworzonymi na bazie ich "DNA". Wraz z taką "próbką", nowy statek dziedziczył podstawowe oprogramowanie, które można by porównać do pamięci genetycznej - w tym także wiedzę o Twórcach. W ten sposób informacje o nich przetrwały także w "następnych pokoleniach" hiveships...

Niestety dane te były bardzo ograniczone, a Harrigan nie potrafiła znaleźć w tej chwili wyjaśnienia, dlaczego tak się działo. Być może był to błąd w programie... lub też celowe działanie.

W każdym razie cała ta historia z zapasowym rdzeniem pamięci okazała się być bardzo interesująca, a ona miała zamiar dowiedzieć się o tym czegoś więcej.

Kolejną ciekawostką okazał się być sam język hive - także "dziedziczony" przez kolejne wersje. Przypominał jej to sposób, w jaki Lanteanie próbowali komunikować się z wielkimi, morskimi rybami na ich planecie z odcinka "Echa". Bowiem język Lewiatanów stanowił swoiste połączenie dźwięków, obrazów i emocji. Nie istniały w nim typowe słowa określające rzeczy lub działanie - chociaż za takowe można by uznać ich śpiew. Jednak bez połączenia z obrazem czy emocją sam dźwięk praktycznie nie miał żadnego znaczenia.

Na szczęście tajemniczy Twórcy opracowali odpowiedni słownik pozwalający dopasować język hive do języka, którym posługiwali się Wraith. Dzięki temu komunikacja z Nebulą, choć na razie jedynie za pomocą ekranu, była możliwa.

Zastanawiało ją jedynie dlaczego ci, którzy stworzyli pierwsze Lewiatany, pozbawili Wraith możliwości komunikacji z nimi. To nie miało przecież sensu, uznała. Ograniczało bowiem możliwości współpracy, chociażby podczas napraw.

No ale cóż, nie była to pierwsza nurtująca ją zagadka i zapewne nie ostatnia, pomyślała, wchodząc do swojego pokoju. Ale teraz nie miała już sił, aby się nad tym zastanawiać. Marzyła tylko, aby wziąć prysznic i iść wreszcie spać.

Doba na hive, podobnie jak na Vallen, trwała około trzydziestu godzin i pomimo pewnej praktyki na planecie jej organizm wciąż miał pewne trudności z dostosowaniem się. Trudno jedna nagle zmienić zegar biologiczny ustawiany przez ponad trzydzieści lat. Dlatego gdy tylko położyła się wreszcie do łóżka, zasnęła kamiennym snem…

.

.

Drobny śnieg pokrył białą warstwą całą okolicę.

Padało już kiedy tutaj przybyli ponad dwie godziny temu i wcale nie zapowiadało się, aby miało przestać. Zima na tej planecie najwyraźniej nadchodziła już wielkimi krokami.

Dlatego też siedząca we wnętrzu ciepłego skoczka grupa ludzi cieszyła się, że tym razem nie przyszli piechotą, jak początkowo planowali.

- Jeśli dalej tak będzie padało, szybko zrobi się ciemno - stwierdziła w końcu Mili, zerkając na zewnątrz przez przedni iluminator.

- U was także nadciąga powoli zima, prawda? - spytała Teyla.

Dziewczyna usiadła z powrotem w fotelu i spojrzała na nią.

- Tak… Ale to będzie dopiero za jakieś dwa miesiące.

- Major Lorne mówił, że oddaliście część swoich zapasów zaatakowanej przez Wraith osadzie na wyspie… Jesteś pewna, że zdołacie pomóc ludziom stąd?

- Tak. Rada uznała, że jesteśmy w stanie wyżywić nawet około stu osób… Nasze zbiory są obfite i co roku część zebranych produktów była przeznaczana na handel z innymi planetami - wyjaśniła. - Jednak w zaistniałej sytuacji zadecydowano, że w tym roku możemy przeznaczyć nadmiar jedzenia na pomoc dla tych ludzi… W Mannis zabrano tylko cześć dorosłych, a z tego co mówiła Kate, większość tych, którzy tutaj przeżyli, to dzieci. Nie dadzą sobie same rady podczas zimy, jeśli nie mają dobrego schronienia i wystarczająco zapasów.

- Tak, to prawda - przyznała kobieta i spojrzała w dal, przez wielkie okno.

Śnieg zaczynał padać coraz mocniej, znacznie ograniczając widoczność. Gdyby nie podgrzewana szyba, już dawno nie byliby w stanie niczego zobaczyć spod białej, puszystej warstwy.

Athozianka wpatrywała się w milczeniu w dal przez dłuższą chwilę… gdy nagle wydało się jej, że coś pojawiło się w jednej z uliczek miedzy kamienicami. Zmarszczyła nieco brwi i podeszła bliżej dzioby skoczka, aby lepiej się przyjrzeć. Nie myliła się, coś tam rzeczywiście było, poruszając się wolno w ich stronę. Jakby jednolita, szara ściana, która z wolna przesuwała się do przodu.

- Spójrzcie… To chyba oni - rzuciła.

Siedzący w tylnej części skoczka mężczyźni spojrzeli najpierw w kierunku kokpitu, po czym powoli podnieśli się, aby przejść do przodu.

- Tam… W tej uliczce - wskazała dłonią kierunek.

Oczy wszystkich skupiły się na tamtym miejscu, próbując dostrzec coś poprzez gęsty, chociaż wciąż drobny śnieg.

- Widzę ich - rzucił Ronon. - Wygląda na sporą grupę… Nie pomieścimy ich wszystkich w skoczku - dodał pesymistycznie.

- Tak. To co najmniej kilkanaście osób - przyznał Sheppard.

- Skoro przeszli taki kawał drogi, dodatkowych kilka metrów nie zrobi im raczej różnicy - stwierdziła Mili.

- Raczej nie - przyznała Emmagan. - Jeśli będzie taka potrzeba, weżniemy na pokład najsłabszych. Reszta pójdzie ze mną i z Mili. Wy uprzedzicie mieszkańców Vallen ile osób przybędzie.

- Tak jest, szefowo - zażartował John.

Spojrzała na niego nieco protekcjonalnie, chociaż jednocześnie rozbawiona i pokręciła lekko głową. Potem ruszyła do tylnego włazu, aby go otworzyć.

- Dlaczego już otwierasz? - zapytał Rodney. - Jeszcze są daleko.

- Ale ktoś z nich może potrzebować pomocy - odparła i wyszła na zewnątrz.

Podmuch mroźnego wiatru sprawił, że skuliła się nieco i zadrżała.

- Wiatr się wzmaga - zauważyła, zerkając w niebo.

- Chyba zbliża się burza - odpowiedziała jej dziewczyna, wskazując gdzieś w dal za nimi.

Kobieta spojrzała w tamtym kierunku.

Na i tak już zachmurzonym niebie pojawiła się teraz wielka, ciemna i skłębiona chmura.

- Pospieszmy się, zanim tutaj dotrze - rzuciła i ruszyła szybko w stronę, skąd nadchodziła grupa.

Pierwsze osoby weszły właśnie na plac, na którym stał skoczek oraz wrota. Już z daleka było widać, że większość z nich to dzieci. Tylko kilka osób wzrostem przypominało dorosłych.

Opatuleni kocami i chustami, zwolnili jeszcze bardziej na widok nadciągającej z naprzeciwka grupki.

- Nie bójcie się! - zawołała miłym głosem Teyla. - Chcemy wam pomóc!

- Nie zatrzymujcie się! - odezwał się z tyłu jakiś chłopak, przechodząc szybko do przodu. - Zbliża się burza! Musimy zdążyć przed nią! - dodał i podbiegł do drużyny z Atlantydy. - Przepraszam, że tak długo to trwało, ale większość to dzieci. Nie dały rady szybciej iść.

- Nic nie szkodzi… To zrozumiałe.

- Ilu was jest? - zapytał pułkownik.

- Około pięćdziesięciu - poinformował Helios.

- Czy ktoś jest ranny, albo zbyt słaby, aby dalej iść samemu? Wszyscy nie zmieścicie się w skoczku.

- Kilku… ale z tym możemy zaczekać. Najpierw musimy szybko opuścić planetę.

- Dlaczego?

- Z powodu burzy - wskazał na coraz bardziej kłębiące się w oddali chmury. - Jest niebezpieczna. Pełna piorunów. Kiedy nadciąga, Brama zostaje zamknięta. Nikt nie może stąd odejść ani tu przyjść. Czasami nawet przez kilka dni.

- Zapewne to rodzaj burzy jonowej, lub coś w tym rodzaju - stwierdził McKay. - Kto zamyka wrota?

- Widzisz te dwa kamienne słupy? - wskazał na dwa obeliski stojące tuż przy wrotach. - W szkole uczono nas, że Przodkowie umieścili w nich urządzenie, które wyłącza Bramę na czas Zimowych Burz.

- Czyli te burze zdarzają się tylko zimą?

- I czasami latem… Ale to bardzo rzadko. Jednak zimą są dosyć częste.

- W porządku. W takim razie zabierajmy się stąd - rzucił Sheppard. - Rodney, wybierz adres, zanim tutaj utkniemy - polecił.

Tym razem naukowiec bez protestu dostosował się do planu.

Wizja nadciągającej burzy i konieczności spędzenia tutaj kolejnych kilku godzin, a może nawet i dni, była dla niego znacznie gorsza, niż smagający go, mroźny wiatr.

.

.

Jak zwykle rano z błogiego snu wyrwał ją dźwięk dzwonka u drzwi.

W pierwszej chwili chciała go zignorować i spać dalej, zarzucając poduszkę na głowę… jednak dźwięk nieubłaganie powtórzył się znowu… i znowu.

Nieco zła, poczłapała do drzwi i otworzyła je.

Stojąca na korytarzy Lylith spojrzała na nią… i parsknęła cicho.

- Miałaś ciężką noc? - spytała rozbawiona, zerkając na jej rozwichrzone włosy.

- Nie… Zawsze tak wyglądam, kiedy idę spać z mokrymi włosami - mruknęła i odsunęła się na bok, gestem ręki zapraszając ją do środka.

- Masz piękne włosy, ale chyba w ogóle o nie nie dbasz - zauważyła, kładąc tacę na biurku.

- Jakoś tak trudno zadbać o wygląd, kiedy człowiek musi się co chwilę przemieszczać - odcięła.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, odwracając w jej stronę i nagle zerknęła w bok.

- Oo, wiedzę, że wreszcie rozpakowałaś swoją torbę - zauważyła, nie widząc jej na podłodze.

- Tak jakby… Wrzuciłam ją do środka - odparła, wskazując kciukiem na szafę i uśmiechnęła się do niej szeroko. - Wiesz, to miłe z twojej strony, ale naprawdę nie musisz co rano przynosić mi śniadania. Mogę się sama pofatygować na stołówkę.

- Doprawdy? A czy wtedy przypadkiem znowu nie byłabyś spóźniona? - zapytała, odwracając się do niej z lekkim uśmiechem.

- Słuszna uwaga - przyznała i już chciała podejść do biurka, kiedy rozległ się kolejny dzwonek do drzwi.

Kate skrzywiła się, wzdychając ciężko pod nosem i podeszła do drzwi, aby je otworzyć. Organiczna płyta odskoczyła w bok, odsłaniając postać oficera Wraith.

Uśmiechnął się szeroko na jej widok.

- Profesor Harrigan.

- Pierwszy Oficerze - odparła z tym samym przekąsem w głosie co on.

Stardust już chciał coś powiedzieć, kiedy jego uwagę przykuła dziewczyna stojąca obok biurka ze śniadaniem. Uniósł lekko brew, spoglądając ponownie na kobietę.

- Gdybym wiedział, że dopiero będziesz jadła, przyszedłbym później - powiedział z udawanym wyrzutem.

- Lylith to mój budzik. Bez niej zapewne znowu bym zaspała - odparła żartobliwie. - A co? Zgłodniałeś i chciałbyś coś przekąsić?

Wraith uśmiechnął się, nieco rozbawiony.

- Nie, dziękuję… Już jadłem - dodał nieco ciszej, przysuwając swoja twarz bliżej jej.

- Och… Smakowało?

- Ujdzie - stwierdził najspokojniej w świecie. - Przyniosłem ci schematy systemów, które najpierw zaczniemy przeglądać - dodał, podając jej tablet.

- O rany! Nowy plan zajęć… Rozpuszcza mnie pan - zażartowała z udawanym entuzjazmem, posyłając mu znaczące spojrzenie, po czym wróciła do swojego krzesła.

- To nie ja. To Dowódca - odciął, również wchodząc do pokoju.

Znajdująca się wciąż w środku Czcicielka przyglądała się im uważnie, wyraźne zmieszana całą tą sytuacją… i wymianą zdań. Ale oficer zachowywał się niemal, jakby w ogóle jej tam nie było.

- Och, to jeszcze lepiej. Czuję się zaszczycona, że Dowódca Zgredek pozwala mi nadal grzebać w trzewiach swojego hive - zadrwiła lekko.

Stardust parsknął.

- Zgredek? - powtórzył z wyraźnym rozbawieniem.

Harrigan spojrzała na niego niemal z powagą.

- A kiedy ostatnio widziałeś, żeby się uśmiechał? - spytała, rozbawiona. - Mówię ci, że ktoś wam go podmienił na porodówce - dodała, kiwając palcem. - To genetycznie niemożliwe, aby wszyscy w rodzinie mieli poczucie humory, tylko on nie.

- Mój syn nie ma - oznajmił.

Spojrzała na niego, zaskoczona w pierwszej chwili, ale zaraz potem zacisnęła nieco usta.

- Hmm, to już jest jakaś prawidłowość - przyznała z nutą ironii. - Może tylko co drugie pokolenie obdarzone jest poczuciem humoru? - zaproponowała, unosząc brwi.

- No nie wiem… W końcu moi rodzice… i ich rodzice, także je mieli.

- No to się poddaje - stwierdziła.

Stardust uśmiechnął się ponownie lekko.

- Słyszałem, że całkiem dobrze ci poszło na ćwiczeniach ze Stroke - zmienił nagle temat.

- Yyyy, jeśli on tak powiedział, to zapewne miało to ironiczny wydźwięk - stwierdziła.

- Nie sądzę. Powiedział, że potrafisz więcej niż się spodziewał.

- Taaak… na przykład wyszorować sobą całą podłogę na sali.

Oficer niemal parsknął pod nosem.

- Dokończ spokojnie śniadanie. Zaczekam w maszynowni - odparł, wciąż z lekkim rozbawieniem, po czym opuścił pokój.

Przyglądająca się im cały czas uważnie Lylith spojrzała teraz na Kate z uśmiechem zadowolenia… a ona na nią, nieco zdezorientowana.

- Co? - rzuciła.

- Nigdy nie widziałam aby Wraith traktowali kogoś w ten sposób - odparła. - Zdecydowanie musisz być Avatarem, skoro traktują cię jak równych sobie.

- Po pierwsze: jedna jaskółka nie czyni wiosny…

- Nie rozumiem. Co to jest jaskółka?

- Taki ptak… Mam na myśli, że dwóch… no powiedzmy trzech, licząc Zgubka, Wraith to nie wszyscy Wraith… A po drugie: mówiłaś, że na ogół Wraith traktują Czcicieli dobrze, więc zapewne są tacy wśród was, których traktują jak równych sobie.

- Przyjaciel może być ci bardzo bliski, ale to zawsze tylko obcy, z który nie wiążą cię więzi krwi.

Kobieta uśmiechnęła się lekko.

- Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.

- Zdjęcie?

- …Taki obrazek - wyjaśniła. - Będziemy tak teraz rzucać przysłowiami?

- Sama zaczęłaś - wzruszyła beztrosko ramionami, z uśmiechem i odwróciwszy się, wyszła z pokoju.

Harrigan przewróciła lekko oczyma, kręcąc jednocześnie głową.

- Stworzyłam kolejnego potwora - mruknęła, kończąc kanapkę, gdy nagle na jasny talerz spadła mała kropla krwi. Szybko dotknęła nosa. - Cholera. Znowu? - dodała, krzywiąc lekko usta niezadowolona, po czym poczłapała do łazienki.

Na szczęście krwawienie z nosa okazało się niegroźne i tylko chwilowe. Przebrała się więc szybko, by udać się do maszynowni. Poruszanie się po korytarzach w tym konkretnym kierunku nie sprawiało jej już problemu… co z rozbawieniem uznała za straszne, jak szybko przywykła do tego miejsca.

Stardust i Rainsong byli już na miejscu. Jednak o ile Pierwszy Oficer przywitał ja ponownie z miłym uśmiechem, o tyle młodzik starał się jej unikać. Zresztą ona zachowywała się podobnie, starając się go ignorować. Na szczęście od tamtego wydarzenia odzywał się tylko w konkretnych sprawach, darując sobie złośliwości, więc nie było to takie trudne.

Co innego naprawa systemów, które kazał im sprawdzić Vi.

Podobno Wraith są inteligentniejsi od ludzi, ale to "cudo", które stworzył poprzedni Główny Mechanik przekraczało wszelkie jej oczekiwania. Nawet te najśmielsze… o czym zresztą nie omieszkała wspomnieć.

- Nie patrz na mnie - rzucił spokojnie Wraith. - Tym razem to nie moje dzieło… Przez ponad siedem tysięcy lat kto inny tu majstrował.

- Przecież nic nie mówię - odcięła od razu.

- Ale gdybyś jednak chciała - zaznaczył, na co ona uśmiechnęła się rozbawiona, stojąc za swoim panelem kontrolnym. - Za moich czasów panował tu ład i porządek - dodał.

- Jako, że nie jestem aż tak stara, to muszę uwierzyć ci na słowo - zachichotała i nagle coś czerwonego kapnęło na organiczną powierzchnię. - No nie… To już lekka przesada - mruknęła po polski i zaraz odchyliła głowę do tyłu.

Stardust spojrzał na nią, marszcząc lekko czoło.

- Co się stało?

- Nic… Znowu leci mi z nosa? - machnęła nieco ręką.

- Krew? - zaniepokoił się.

- Taaa… Chyba Stroke za mocno mi wczoraj przywalił na sali - parsknęła.

- To raczej nie wina treningu, tylko nadwyrężenia organizmu podczas uzdrawiania Lostpath - odparł z powagą, podchodząc do niej. Właśnie spuściła głowę, chociaż wciąż trzymała dłoń tuz przy nosie. - Idź do ambulatorium. Niech to sprawdzą.

- Oj nie histeryzuj. To tylko trochę krwi z nosa…

- Tak się mogą zaczynać poważne problemy - zauważył.

Spojrzała na niego ironicznie.

- Nie chce nic mówić, ale miedzy innymi mam wykształcenie medyczne…

- A ja jestem twoim oficerem przełożonym i wydaję ci polecenie: idź do Sunwind, aby sprawdził co ci dolega - przerwał jej, próbując być stanowczym i splatając ramiona na piersi.

A potem stał i czekał… na jej reakcję. Spodziewał się z jej strony jakiegoś sprzeciwu, wręcz buntu… ale ona patrzyła tylko na niego pochmurnie przez dłuższa chwilą, z wyraźnie niezadowolona miną.

- Kolejny poganiacz niewolników - wymamrotała tylko, zła, po czym pomaszerowała ostentacyjnie w kierunku drzwi, aby opuścić pomieszczenie.

Stardust opuścił ręce, unosząc nieco brew.

- Hmm, a jednak to działa - stwierdził, jakby z lekkim niedowierzaniem a jednocześnie rozbawieniem.

- Co takiego, sir? - zainteresował się chłopak.

Oficer spojrzał na niego.

- A nic takiego… Pewna rada mojego ojca - odparł tajemniczo i wrócił do panelu kontrolnego.

.

.

Drzwi do ambulatorium na hive rozstąpiły się i Kate weszła do pomieszczenia, szukając tam jednego konkretnego Wraith.

Niestety nie było go w tym pomieszczeniu, dlatego podeszła do pierwszego napotkanego osobnika, pytając o jego przełożonego. Ten wskazał na przejście do kolejnej sali. Podziękowała mu i ruszyła dalej.

Sunwind stał przy jednym z najdalszych blatów, obserwując coś przed mikroskop.

Podeszła do niego i chrząknęła cicho. Samiec spojrzał na nią i wykrzywił nieco usta w grymasie lekkiego niezadowolenia.

- Co tym razem?

- Hej, wcale nie chciałam tu przyjść - zaznaczyła od razu. - Stardust mi kazał.

- Dlaczego?

- Z powodu małego krwotoku z nosa… - zaczęła lekceważącym sytuację tonem, ale na te słowa Wraith od razu zmarszczył nieco czoło.

- Jednego?

Westchnęła lekko.

- Rano i kilka minut temu - mruknęła niechętnie. - To nic takiego. Jako dziecko także często leciała mi krew z nosa i jakoś od tego nie umarłam… Po prostu powiedz mu, że nic mi nie jest, to przestanie histeryzować.

- Z tego co zaobserwowałem u ludzkich dzieci to częsty przypadek, ale ma zupełnie inne podłoże… Natomiast ty miałaś mikrowylew w mózgu. A to już poważna sprawa… Powinnaś o tym wiedzieć - dodał, ruszając w stronę sąsiedniego pomieszczenia. - Szczególnie, iż podobno masz także medyczne wykształcenie… A teraz połóż się. Sprawdzę powody tych krwawień - dodał, podchodząc do skanera.

- A nie możesz po prostu skłamać?

- Nie.

Parsknęła cicho.

- Czyżby Wraith nie kłamali? - zadrwiła nieco.

- Nie w tym rzecz... Jestem tutaj, miedzy innymi, aby dbać o zdrowie Czcicieli. Jeśli nie będę się solidnie wywiązywał z moich obowiązków, Dowódca będzie niezadowolony… A tego bym nie chciał.

Harrigan westchnęła ciężko, znów przewracając oczyma i podeszła do niego, wyraźnie niezadowolona.

- Nie rozumiem dlaczego wszyscy tak się go boją - mruknęła, kładąc się na twardym blacie.

- To nie kwestia strachu tylko szacunku dla przełożonego… Chociaż tobie to pojęcie najwyraźniej jest zupełnie obce - zauważył zgryźliwie.

- Po pierwsze: na szacunek podwładnych to sobie trzeba zasłużyć, a nie każdy to potrafi… A po drugie… tak się akurat składa, że pochodzę z regionu, którego mieszkańcy przez stulecia był podbijany i gnębiony przez ludy ościenne, więc buntowniczość mamy już w genach.

- Zauważyłem - odparł tym samym tonem, co poprzednio. - A poza tym, dlaczego uważasz, że Dowódca tego hive nie zasłużył sobie na szacunek swoich podwładnych.

- Ponieważ wszyscy chodzicie wokół niego na paluszkach, żeby tylko przypadkiem nie podnieść mu ciśnienia - odcięła. - …A poza szantażowanie innych niezbyt dobrze o nim świadczy - stwierdziła, kiedy promień skanera zaczął poruszać się wzdłuż jej ciała.

- A zgodziła byś się tu przybyć, gdyby cię o to poprosił?

Znów parsknęła.

- Jeszcze czego… A niby jaki miałabym w tym interes?

- No właśnie - odparł spokojnie. - A on, jak każdy Dowódca, dba o swój hive… I uznał, że twoje umiejętności mogą się tutaj przydać. Wiedział także, że żaden człowiek, nie będący Czcicielem, nie zgodzi się dobrowolnie pracować dla Wraith. A zatem zrobił to, co uznał najlepsze dla jego hive… Skończyłem. Możesz już wstać - dodał, podchodząc do ekranu, na którym wyświetlały się właśnie wyniki skanu.

Harrigan nie odpowiedziała mu. Wstała tylko na równe nogi z posępną miną.

- Nie cierpię kiedy mają rację - burknęła pod nosem po polsku.

Sunwind uśmiechnął się lekko, zerkając na nią kątem oka przez ramię.

- Za to ja cieszę się, że rozumiesz tą rację - odparł, na co ona znieruchomiała i spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona. - Ludzka samica, z miasta Lantean, była botanikiem. Pomagała mi… i przy okazji nauczyła mnie trochę waszego języka - wyjaśnił, patrząc cały czas na ekran.

- Świetnie - mruknęła. - Jeszcze ktoś zna tutaj polski?

- Nie sądzę… To ci przeszkadza?

- Tak… Mamrotam sobie w nim właśnie po to, aby nikt nie rozumiał o czym sobie mamrotam… A teraz będę musiała przerzucić się na jakiś inny język - dodała z lekkim niezadowoleniem.

Dopiero wtedy Wraith spojrzał na nią.

- A ile ich znasz?

- Sporo - rzuciła z szerokim uśmiechem i wzruszyła nieco rękoma. - No co, w końcu jestem geniuszem. Nauka przychodzi mi łatwo.

- Może lepiej nie wspominaj o tym Dowódcy… że niepotrzebnie uczył się twojego języka - odparł spokojnie, wracając do analizy danych.

- Przyznaje, że przeszło mi przez myśl, aby go tym trochę… poirytować - rzuciła z wyraźną satysfakcją, chociaż w pierwszej chwili miała zamiar użyć ostrzejszego słowa. - Ale z drugiej strony zazwyczaj i tak odruchowo używam polskiego, więc… No cóż, trudno. Jakoś przeboleję nieuświadamianie go tym razem.

Wraith niemal niewidocznie pokręcił głowa, wzdychając lekko. Nie rozumiał tego człowieka. Była zupełnym

przeciwieństwem Hanny: złośliwa, arogancka, pełna buntu… ale także dumna… Zupełnie jak Hanna, stwierdził. I podobnie jak ona uwielbiała przyrodę. To było widać, kiedy spacerowała po ogrodzie. W sposobie w jaki dotykała rośliny i jak odnosiła się do tamtych owadów.

Hanna powiedziała mu, że ludzie na Ziemi, którzy mają w domu zwierzęta i dobrze je traktują, zazwyczaj szanują także przyrodę. A z tego co słyszał, ta ludzka samica miała dwa oswojone laupus… i bardzo o nie dbała, traktując je jak członków rodziny.

Ciekawa mieszanka zachować, pomyślał.

- Mogę już iść? - spytała po chwili.

Znów zerknął na nią nieznacznie przez ramię.

- Chyba tak… Musze przeanalizować dane.

- I powiesz Stardustowi, że nie ma powodów do paniki?... Inaczej czuje, że dalej będzie mnie gnębił, że powinnam się leczyć - dodała nieco niezadowolona.

- Powiem mu to, co okaże się prawdą - odparł spokojnie. - A ty, jako człowiek, nie powinnaś lekceważyć pewnych symptomów - zauważył. - Może i posiadasz pewne zdolności regeneracyjne, ale z pewnością nie takie jak Wraith. Dlatego obawy Stardusta mogą być w pełni uzasadnione.

- Lekarze - mruknęła. - Nawet zdrowemu wmówicie chorobę - dodała i powędrowała w kierunku drzwi, by udać się w drogę powrotną do maszynowni.

Nagle jednak zatrzymała się i zawróciła, postanawiając przejść przez ogród. Widziała to miejsce tylko podczas "pory nocnej", więc była ciekawa jak prezentuje się podczas symulowanego dnia.