Rozdział 40
Pierwszy wolny weekend.
Drzwi rozsunęły się przed Dowódcą hive, wpuszczając go do pomieszczenia.
Stojący na drugim końcu sali dwaj Wraith spojrzeli tylko na niego, nie przerywając swojej dotychczasowej rozmowy.
- Więc to nic poważnego? - upewnił się Stardust.
- Nie sądzę… W każdym razie skan nie wykrył niczego niepokojącego - odparł Sunwind. - Mikrowylew zniknął… Wygląda jednak na to, że nadwyrężyła swój organizm bardziej, niż początkowo sądziliśmy. A dodając do tego poprzednie zmęczenie wynikłe z konieczności ciągłej ucieczki przed Łowcami, teraz jej organizm zaczyna się po prostu buntować. Stąd te powracające krwotoki z nosa…
- Dalej je ma? - wtrącił Wildfire.
- Tak… Na szczęście nie są silne… ale nie ignorował bym tych objawów. Na dłuższą metę mogą doprowadzić do znacznie gorszych powikłań. Pamiętajmy, że to człowiek. I tak zaskakuje mnie fakt, że po tym wszystkim co przeszła, wciąż jeszcze sprawnie funkcjonuje bez poważniejszych efektów ubocznych… Przynajmniej na razie.
- Co sugerujesz?
- Prozaiczną rzecz: odpoczynek. Organizm musi się po prostu zregenerować - rzekł i spojrzał ponownie na Pierwszego Oficera. - Może pracować, jednak zalecał bym unikanie wysiłku fizycznego. Z tego co mówiłeś, krwotoki pojawiają się podczas zmian ciśnienia krwi w głowie. Czyli żadnego schylania się, podnoszenia cięższych rzeczy i tym podobne sprawy.
- Żadnych kanałów technicznych? - spytał nieco żartobliwie.
- Tak. Taka pozycja nie jest dla niej sprzyjająca.
- Rozumiem...
- Ile to potrwa? - zapytał Wildfire.
- Trudno powiedzieć. Zależy od jej własnych zdolności regeneracyjnych… Chociaż wydają się być całkiem dobre, ale… jest jeszcze jedna sprawa… - dodał z lekkim wahaniem.- Nie chciałbym tu nadużywać moich kompetencji, jednak skoro za trzy dni ma przylecieć Clearcut by usunąć jej implant… sugerowałbym do tego czasu zupełne wyłączenie jej z jakichkolwiek prac. Zarówno fizycznych, jak i umysłowych… Relaks zawsze sprzyja szybszemu powrotowi do pełni sił, a nie muszę wam mówić, że taka operacja to kolejne obciążenie dla organizmu.
Dowódca warknął cicho pod nosem, wyraźnie niezadowolony.
- Może pozwólmy jej do czasu przylotu Clearcut wrócić na Vallen? - zasugerował spokojnie Stardust. - Tam odpocznie. Jest przyzwyczajona do relaksu w takim środowisku.
- To może być dobry pomysł - przyznał Sunwind. - Całe życie spędziła na planecie, więc jej organizm może potrzebować obcowania z naturą.
- W porządku - mruknął, wciąż niezadowolony. - Ale tylko do przyloty Clearcut. Potem wraca na hive… A po operacji do pracy - dodał, rzucając wujowi surowe spojrzenie, po czym odwrócił się na piecie i ruszył w kierunku drzwi.
Stardust zerknął szybko na oficera medycznego, po czym dogonił siostrzeńca, aby zatrzymać go już na korytarzu.
- Dlaczego odnoszę wrażenie, że winisz ją za tą sytuację? - zapytał.
- Ponieważ ja odnoszę wrażenie, że ona wykorzystuje tą sytuację, aby nie wywiązywać się ze swoich obowiązków - niemal warknął, zły.
- Uratowała życie Lostpath, narażają własne. Nie zaplanowała tego… Wolałbyś, aby pozwoliła mu umrzeć? To chyba dobry znak wiedzieć, że w razie problemów, będzie w stanie pomóc komuś z nas… A przede wszystkim, że będzie chciała to zrobić.
- Jego lubi, dlatego mu pomogła - zauważył zgryźliwie.
- Może gdybyś nie traktował jej jak wroga, także do ciebie odnosiła by się inaczej - odciął, na co młodszy oficer warknął cicho, ostrzegawczo. - Akcja i reakcja. Próbujesz ją sobie podporządkować, więc stawia opór… Jakoś nie zauważyłem, aby w taki sam sposób odnosiła się na przykład do Sunwind. Pomijając jej typowe złośliwości, rozmawia z nim normalnie, ponieważ on w ten sam sposób odnosi się do niej.
- Skończyłeś swojej wywody? - wysyczał wściekle przez zęby.
- Na razie tak - odparł niemal tym samym tonem i tym razem to on odszedł jako pierwszy.
Wildfire spoglądał za nim jeszcze przez chwilę, wściekły, by w końcu ruszyć w przeciwnym kierunku.
Irytowało go zachowanie wuja. To, w jaki sposób za każdym razem broni tej ludzkiej samicy.
A wszystko tylko dlatego, że uważa ją za Avatara.
.
.
W pierwszej chwili Stardust nie zwrócił nawet uwagi na niezwykłość sytuacji panującej w sterowni, zbyt poirytowany rozmową z Wildfire. Kiedy jednak zbliżył się do stojącej przy panelu kontrolnym dwójki… nagle dotarło do niego co się dzieje: ROZMAWIALI.
I nie była to kłótnia, czy nawet sprzeczka. Po prostu rozmawiali najspokojniej w świecie, omawiając właśnie jakiś problem.
- …Czyli w ten sposób możesz ominąć zabezpieczenia systemu, wchodząc do programu… powiedzmy tylnym wejściem? - zapytała Kate.
- Tak.
- Sprytne - przyznała, co od razu wywołało na twarzy chłopaka wyraz zadowolenia. - Chociaż istnieje pewne ryzyko, że możesz namieszać. W filmie tez kilka razy obchodzili kody zabezpieczające wrót i zawsze źle się to kończyło - dodała nieco kąśliwie.
- Ale ja nie chce zmieniać kodu… Ten program pozwala mi tylko tymczasowo go wyłączyć.
- To i tak jest ingerencją w główny program - zauważyła. - Przez ten czas wiele rzeczy może pójść nie tak i w rezultacie może się to kiepsko skończyć.
- Tak, wiem. Nieprzewidziane zmienne.
- Odwieczny problem - rzuciła z szerokim uśmiechem. - Ale jednak sam pomysł bardzo dobry.
- Dziękuję - rzucił z wyraźnym zadowoleniem.
Kate chciała jeszcze coś dodać, kiedy jej uwagę przyciągnął zbliżający się Wraith.
- Wszystko w porządku? - zapytał, jakby nieco podejrzliwie.
- Tak… Dlaczego pytasz?
- No cóż, ty go nie dusisz, a on cię nie obraża - zauważył złośliwie, uśmiechając się lekko kącikiem ust.
- Ha, ha, ha… bardzo zabawne - odcięła ironicznie. - A cóż ciekawego rzekł nadworny medyk?
- I tutaj zapewne się ucieszysz…
- Nic nie wykrył? - przerwała mu z szerokim, beztroskim uśmiechem.
- Nawet lepiej - odparł tajemniczo, chociaż wciąż z rozbawieniem. - Zapewne bardzo ucieszy cię wiadomość, że w ramach odpoczynku, który zalecił ci Sundwind, możesz udać się na Vallen…
Przerwał na chwile, widząc nieco komiczny wyraz niedowierzania i jednocześnie podejrzliwości, rysującą się na jej twarzy.
- Nie chce być wredna…
- Od kiedy? - parsknął cicho Rainsong.
Po prostu nie mógł się powstrzymać by nie skomentować jej wypowiedzi… I nagle zdał sobie sprawę, że powiedział to na głos. Spojrzał na kobietę, nieco wystraszony… tak samo jak starszy Wraith… ale ona tylko zmierzyła młodzika ponurym wzrokiem.
- A żebyś wiedział. Czasami mi się zdarza - odcięła spokojnie i znów zwróciła się do oficera. - Czuję tu jakiś podstęp - stwierdziła, na co Stardust uśmiechnął się lekko.
- Jak wiesz, za trzy dni ma przybyć Wraith, który usunie twój implant… Sundwind zasugerował, aby do tego czas pozwolić ci odpocząć. Skan nie wykazał w prawdzie niczego niepokojącego… jednak sam fakt, iż krwawienie z nosa powtarza się, świadczy o tym, że twój organizm jest nadwyrężony. A czekająca cię operacja będzie kolejnym poważnym wysiłkiem… Dlatego też Dowódca przystał na sugestię, aby do dnia operacji odesłać cię na Vallen. Tam odpoczniesz zdecydowanie lepiej, niż tutaj.
- Serio? - spytała, wciąż nie dowierzając temu, co właśnie usłyszała.
- Tak… Przyślę po ciebie Lostpath, kiedy nadejdzie czas operacji.
Niezmiernie rzadko się jej to zdarzało… ale Harrigan aż zapiszczała z radości i niemal klasnęła w dłonie, niczym mała dziewczynka. A potem niespodziewanie rzuciła się na szyję Pierwszego Oficera.
- Dzięki… Jesteś najlepszy - rzuciła, uradowana… i nagle tym razem to ona zdała sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiła.
Odsunęła się szybko, nieco zakłopotana.
- Wybacz… Poniosło mnie - niema mruknęła.
Ale Wraith nie wydawał się być w ogóle zbulwersowany jej zachowaniem. A wręcz przeciwnie. Na jego twarzy najpierw pojawiło się małe zaskoczenie, kiedy kobieta oplotła jego szyję ramionami, a następnie rozbawienie całą tą sytuacją.
- Wykorzystaj dobrze tych kilka dni - powiedział spokojnie.
- Mam taki zamiar - odparła z szerokim uśmiechem i ruszyła szybko w stronę drzwi. - Jeszcze raz wielkie dzięki - zawołała z progu, ale kiedy tylko wyszła na korytarz, zatrzymała się.
Dotknęła palcem nosa, znów czując jak coś mokrego spływa w kierunku jej wargi. Czerwona plama uświadomiła jej co to takiego.
Zaklęła cicho i skierowała się do najbliższego transportera.
.
.
Wrota na Vallen uspokoiły się, pozwalając przybyszowi przekroczyć ich próg.
Pierwszą rzeczą jaką zrobiła Kate Harrigan zaraz po opuszczeniu tunelu, było nabranie w płuca wielkiego haustu powietrza… i delektowanie się nim przez bardzo długą chwilę.
Nie żeby jakoś specjalnie narzekała na powietrze na pokładzie hive. Było lepsze niż się spodziewała… ale to nigdy nie będzie to samo co orzeźwiające, naturalne i czyste powietrze planety. Szczególnie teraz, kiedy jesień opanowała ten rejon już w pełni, a od strony gór nawiewał chłodny front, niosąc pierwsze zapachy nadchodzącej powoli zimy.
W końcu otworzyła oczy i z lekkim uśmiechem na ustach, ruszyła przez rozległą polanę w kierunku leśnej drogi. Czuła się trochę dziwnie, niemal jakby była tutaj pierwszy raz... chociaż znała okolicę dobrze. Może to z powodu zmiany pory roku, pomyślała. Opadające z drzew kolorowe liście sprawiły, że miejsce to wydało się jej nieco obce. A może to po prostu tylko jej wrażenie spowodowane nagłą odmiennością w stosunku do tego, do czego zdążyła już przywyknąć na hive.
Dlatego tym bardziej cieszyła się teraz ze zmiany otoczenia.
Fakt jak szybko przywykła do przebywania na pokładzie statku Wraith lekko ją przerażał. Z jednej strony było to dobre: nie czuła się tam wyobcowana… pomijając jej brak asymilacji z resztą ludzkiej populacji. Z drugiej jednak było to dosyć dziwne, że w ciągu zaledwie kilku dni przywykła do tak obcego środowiska. Do pogrążonych w półmroku korytarz, tworzących istny labirynt… i do kanałów technicznych, w których niejednokrotnie spędzała długie godziny.
Przyspieszając nieco tempa, odszukała umysłem dwa stworzenia, z powodu których najbardziej cieszyła się z powrotu na Vallen. W pierwszej chwili zdawały się nie zareagować na jej przywołanie. Najwyraźniej odwykły przez ten czas od tego typu kontaktu z nią, uznała. Ale kiedy tylko powtórzyła kontakt, była już pewna, że niebawem zobaczy jak biegną w jej kierunku…
I nie myliła się. Nie zdążyła nawet przejść połowy drogi, kiedy w oddali pojawiły się dwa niskie kształty. A kiedy tylko psy dobiegły do niej, nastąpiła ta sama eksplozja radości co przy jej ostatnim powrocie po dłuższej nieobecności.
Piski i jęki, które psy wydawały z siebie, rozniosły się echem po okolicy. I były na tyle głośne, że spokojnie usłyszałaby je osoba stojąca daleko stąd… odnosząc jednocześnie wrażenie, że ktoś właśnie znęca się nad jakimś biednym stworzeniem.
Po kilku długich minutach Kate sama postanowiła zakończyć tą miłosną ekscytację i podniosła się, by ruszyć dalej. Psy wesoło podążyły za nią, podbiegając do niej co jakiś czas i domagając się jej uwagi.
W końcu opuścili las, wychodząc na rozległą łąkę otaczającą zewsząd miasteczko. Wszędzie wokół panowała zupełna cisza.
Od strony lasu wysokie trawy skryte były niemal całkowicie w gęstej mgle, a słońce dopiero powoli wynurzało się zza odległych, ostrych górskich szczytów, pokrytych już grubą warstwą śniegu. Tam, wysoko w górach, panowała już zima. Lecz tutaj, nisko w dolinie, temperatura wciąż jeszcze była przyjazna, chociaż poranki już chłodne.
Nawet dobrze się złożyło, pomyślała. Zabierze tylko osprzęt dla psów i od razu pójdzie z nimi na wycieczkę. Nad niewielkie jezioro rozpościerające się u stóp niższych partii gór.
Pozostawiając psy w ogródku, na tyłach domu Miriam, weszła cicho do środka. Nie chciała nikogo obudzić. W tej chwili jakoś nie miała ochoty na ludzkie, tym razem, czułości, a tym bardziej na długą rozmowę, która z pewnością by jej nie ominęła. Chciała odpocząć od wszystkiego i pobyć sama.
Pozostawiła więc swój plecak w korytarzu, by zabrać tylko skórzaną torbę, którą podarowała jej kobieta. Włożyła do niej to, co naprędce znalazła w kuchni do jedzenia, napisała krótką notatkę i wyszła… od razu używając na psach swoich zdolności, aby zmusić je do zachowania spokoju. Wiedziała, że na widok szelek znowu zaczną wariować z radości, a to obudziłoby całą okolicę. A tego chciała uniknąć.
Nie musiała natomiast nic robić, aby skierować psy w odpowiednią stronę. Same doskonale znały już drogę przez łąkę, wprost na leśną drogę prowadzącą w góry. Najpierw do niewielkiego, leśnego kaniony, gdzie znajdowało się laboratorium Vi. A potem dalej, w kierunku górskiego jeziorka…
Znikając za kolejnym zakrętem w gęstym lesie, Kate przylgnęła nagle do skały i odczekała chwilę… aż zza rogu wyłoni się postać skryta pod długim, ciemnym płaszczem z obszernym.
- Podobno jesteś jednym z najlepszych ludzkich zwiadowców - powiedziała, aż postać drgnęła na dźwięk jej głosu, nieco zaskoczona. - Ale chyba wyszłaś z wprawy - zauważyła z nuta ironii i splotła ramiona na piersi. - Kazał ci mnie śledzić? - zapytała oschle.
Anaini Hadin zsunęła powoli kaptur skrywający jej głowę i twarz, a na jej ustach pojawił się lekki, szyderczy uśmieszek.
- Mieć na oku - odparła z przekąsem.
- To to samo - mruknęła i ruszyła powoli dalej. - Wracaj na Nebu. Nie potrzebuję niańki.
- Nebu? - powtórzyła i już chciała podążyć za nią, kiedy nagle jej obecnością zainteresowały się psy.
Zatrzymała się gwałtownie, nie wiedząc jak zareagować. Spotkała już kiedyś laupus… i nie było to przyjemne. Te jednak zachowywały się inaczej, zauważyła. Nie przejawiały żadnych oznak agresji.
Tym razem to Harrigan uśmiechnęła się szelmowsko.
- Nic ci nie zrobią. Lubią innych… zamęczać na śmierć - parsknęła.
Hadin spojrzała na nią, jakby nieco wystraszona.
- W pozytywny sposób - zapewniła ją. - Zaczepiają do wspólnej zabawy. Jeśli je zignorujesz, znudzą się tobą - dodała i znów ruszyła w dalszą drogę.
- Dowódca chce wiedzieć, czy będziesz kontaktowała się z New Lanteans! - oznajmiła kobieta.
- Osobiście nie mam na razie ochoty nawet na pogawędki z ludźmi z Vallen, a do dopiero z nimi!… Ale jeśli się tu pojawią, zapewne zapytają jak mi leci na hive! - zażartowała.
Anaini chciała już zawrócić, lecz nagle zmieniła zdanie i dogoniła Kate.
- Skąd wiedziałaś, że tutaj jestem?
Harrigan zerknęła na nią.
- Potrafię wyczuć obecność innych… A teraz wracaj na hive z łaski swojej. Nie wiem czy wyraziłam się jasno, ale chciałabym zostać sama - przypomniała jej.
Czcicielka zatrzymała się, przez chwilę spoglądając jak młodsza kobieta odchodzi wraz ze swoimi stworzeniami, po czym zawróciła. Nie było sensu, aby kontynuowała zadanie, skoro ona i tak wkrótce znów odkryje jej obecność. Tym razem niestety będzie musiała zameldować Dowódcy iż poniosła fiasko.
Kilkanaście metrów dalej Kate zwolniła trochę tempo, skupiając się na moment. Ku swojemu zadowoleniu nie wyczuła jednak Hadin w pobliżu. Uśmiechnęła się lekko i już rozluźniona, ponownie przyspieszyła kroku. Przed niby było jeszcze sporo drogi, a ona musiała wziąć pod uwagę fakt, że teraz dni są krótsze niż latem.
.
.
John Sheppard wmaszerował ochoczo do gabinetu Richarda Woolseya, spoglądając na siedzącą na kanapie dwójkę naukowców.
- Gotowi do drogi? - zapytał wesoło.
- Lecisz z nami? - zdziwił się Carson.
- Tak.. Zamieniłem się Lorne'm.
- Myślałem, że ma pan dzisiaj dzień wolny - zauważył dowódca stacji.
- Bo mam… I dlatego postanowiłem spędzić go na świeżym powietrzu.
- W towarzystwie uroczych mieszkanek Vallen? - rzekł z nutą ironii Beckett.
- I tu się mylisz - rzucił, wciąż beztroskim tonem, podnosząc nieco palec wskazujący. - Mam zamiar zabrać psy Harrigan na mała wycieczkę w góry.
- Poważnie?
- Co w tym dziwnego? Lubię je… I całej naszej trójce wyjdzie to na dobre... Mili wspominała coś o jeziorku w górach, nad którym Kate była już kilka razy i podobno psy znają drogę… Wy zajmiecie się tymi dzieciakami. Druga grupa ludźmi z wyspy… a ja wybiorę się na dłuuugi, spacer - dodał, gestykulując.
Carson pokiwał lekko głową z wyrazem podziwu na twarzy.
- Ronon chciał cię nakłonić do sparingu? - parsknął.
- Nie… Leci z nami - poinformował niezmiennym tonem oficer.
Mężczyzna zmarszczył nieco brwi.
- Ty na serio z tym spacerem? - zapytał z niedowierzaniem lekarz.
- Przecież mówię - odparł i klasnął cicho w dłonie. - No dobra, zbierajcie się. Czas nagli… Chociaż na szczęście nawet teraz dni są tam dłuższe niż na Ziemi - zauważył i wyszedł z gabinetu.
Cała trójka spojrzała za nim, lekko zaskoczona, a następnie na siebie nawzajem.
- Przyznam się, że także obstawiałam wariant pierwszy - powiedziała w końcu rozbawiona Hanna.
- To znaczy? - zainteresował się Woolsey.
Kobieta spojrzała na niego.
- Dziewczyny z Vallen.
- No tak… - przyznał. - Gdybyście czegoś potrzebowali w międzyczasie, proszę dać znać - dodał.
- Oczywiście - odparł Beckett, podnosząc się. - Nie sadzę jednak, aby były jakieś komplikacje. To bardziej rutynowa kontrola… Co najwyżej obawiał bym się jakiejś epidemii tutejszej grypy. Sporo dzieciaków z tamtej planety ją miało i nie zdziwiłbym się, gdyby mieszkańcy Vallen zarazili się od nich… Chociaż, swoja drogą, wydają się być zadziwiająco odporni. Może to wpływ ich diety i środowiska - stwierdził.
- Dlatego także chciałam tam z wami polecieć - oznajmiła Hanna i znów spojrzała na łysiejącego mężczyznę w okularach. - Nie tylko chciałabym dokończyć moje poprzednie badania, ale także rozpocząć nowe. Wiele próbek żywności przywiezionych wcześniej z Vallen wykazuje bardzo przydatne właściwości. Jeśli nawet nie dla ludzi z Ziemi, to przynajmniej dla nas… Nasza dieta ostatnimi czasy znowu poważnie zubożała - zauważyła. - A mieszkańcy Vallen wyrazili ostatnio chęć na wymianę części swoich zapasów w zamian za naszą pomoc medyczną.
- To prawda… Jeśli więc czuje się pani na siłach…
- Nie jestem dzieckiem, panie Woolsey - przerwała mu spokojnie, chociaż z nuta irytacji w głosie. - A udając się w teren, każdy z nas liczy się z ewentualnością spotkania Wraith. To coś, z czym musimy nauczyć się żyć tak samo, jak mieszkańcy tej galaktyki. I nie możemy za każdym razem uciekać na Ziemię tylko dlatego, że przytrafiło się nam coś niemiłego… Żyję i to jest najważniejsze… Gdyby na Ziemi wysłano mnie w rejon zagrożony atakami, mogłabym nie mieć tyle szczęścia, co tutaj.
- W porządku… W takim razie, do zobaczenia za dwa dni - dodał z lekkim uśmiechem.
Leszczyńska skinęła nieco głową i opuściła gabinet wraz z Carsonem, ruszając najpierw w kierunku schodów, prowadzących do sali wrót, a następnie dalej, do hangaru skoczków.
Kiedy dotarli na miejsce, jedna z maszyn szykowała się właśnie do startu. Natomiast w drugiej, wypełnionej różnej wielkości skrzyniami, w kokpicie pilota czekało już dwóch mężczyzn.
Obaj spojrzeli w kierunku tylnego włazu.
- Jeszcze ktoś leci? - zapytał pułkownik.
- Nie… Pierwszy skoczek miał udać się na wyspę - poinformował Carson, siadając w jednym z foteli. - My pozostaniemy w Vallen.
- Te wszystkie skrzynie też? - upewnił się oficer, zamykając właz na pulpicie kontrolnym.
- Tak. To rzeczy, które wczoraj dostarczono z Ziemi.
- OK. - podsumował krótko John i złapał za stery.
Maszyna uniosła się płynnie nad podłogą, po czym skierowało do dużego otworu w podłodze prowadzącego wprost do sali wrót znajdującej się pod nimi. Pierwszy skoczek, który wystartował chwilę wcześniej, znikał właśnie we wnętrzu tunelu podprzestrzennego.
Pułkownik pchnął lekko stery do przodu i ruszył w ślad za pierwszym pojazdem.
Przeloty lub przejścia przez gwiezdne wrota w zasadzie nie różniły się od siebie. Jedynie po drugiej stronie napotkać można było odmienną scenerię. A tym razem była to spora łąka otoczona gęstym lasem. Kolorowe liście drzew powoli opadały na ziemię, a poranny chłód sprawił, że na trawie wciąż jeszcze był widoczny szron. Zima zaczynała z wolna nadciągać do Vallen i tylko patrzeć jak cała kraina skryje się pod puszystym, białym śniegiem.
Sheppard pociągnął za stery skoczka, zmuszając go do wzbicia się ponad wysokie drzewa.
Lecąc kilkadziesiąt metrów ponad ziemią, już z daleka byli w stanie zobaczyć miasteczko oraz zbliżającego się ku zabudowaniom pierwszego skoczka.
