Rozdział 41
Inna perspektywa…
Reakcja na wieści o przybyciu Harrigan do Vallen była podobna u całej czwórki: zaskoczenie przemieszane z niedowierzaniem.
Nikt z nich bowiem nie przypuszczał, że zobaczą ją w najbliższym czasie. A już na pewno nie spodziewali się tego, iż Wraith pozwolą jej poruszać się samodzielnie po galaktyce. W końcu była ich cennym nabytkiem, a z tego co wspomniał pobieżnie Todd wynikało iż zadali sobie sporo trudu, aby ją odnaleźć… i odzyskać z rąk Łowców.
Jednak cała ta historia uświadomiła im dwie sprawy. Po pierwsze: Wraith, a przynajmniej cześć z nich, najwyraźniej cierpią na poważny deficyt specjalistów, skoro tak bardzo interesują się ludźmi zdolnymi do przyswojenia sobie wiedzy o ich technologii. Zapewne wynikało to nie tylko z działań ludzi z Atlantydy, ale także na wskutek trwającej od lat Wojny Domowej.
To z kolei pociąga za sobą niebezpieczeństwo, iż w pewnym momencie mogą skupić swoja uwagę na tych, których nazywają New Lenteans. A to oznaczałoby konieczność odwołania wielu ekip odwiedzających najróżniejsze zakątki galaktyki Pegaza.
Druga sprawa miała zupełnie inny aspekt. Ku ich, niemałemu zresztą zaskoczeniu, okazało się, że również wśród Wraith krążą legendy a ascendentach zwanych Avatarami. Było to o tyle zaskakujące, iż do tej pory nikomu nawet nie przyszło do głowy aby posądzać ich o jakiekolwiek… "wierzenia ludowe". Wydawali się być chłodnym i wyrafinowanym społeczeństwem, kierującym się logiką oraz zdrowym rozsądkiem. A tymczasem okazało się, że nawet oni są w stanie, do pewnego stopnia, czcić istoty stojące na wyższym poziomie egzystencji.
Chociaż z drugiej jednak strony nie było w tym nic dziwnego. Wedle zdobytych informacji, opowieści o Avatars od początku były obecne w kulturze Wraith. I to nie tylko z powodu kontaktów tych istot z mieszkańcami Pegaza w czasach sprzed Wielkiej Wojny, ale zapewne, jak wiele innych rzeczy, legendy o nich zostały zaczerpnięte przez Wraith z kultury Lantean.
Tak czy inaczej cała ta sprawa przyczyniła się do poszerzenia ich wiedzy na temat Wraith o kilka nowych aspektów. I teraz tylko czas pokaże na ile okażą się one przydatne.
Teraz jednak John Sheppard postanowił skorzystać z zamieszania panującego w Vallen, by cichaczem wymknąć się z miasteczka. Pomimo braku psów nie zrezygnował ze swojego planu i wraz z Rononem ruszył truchtem w kierunku leśnej drogi prowadzącej w stronę gór.
Mijając po drodze zakamuflowane wejście do laboratorium Wraith obaj mężczyźni przystanęli na moment.
- Myślisz, że ktoś tam jest? - mruknął Dex.
- Zapukaj, to się dowiesz - parsknął pułkownik i ruszył dalej.
- Bardzo zabawne - wymamrotał Satedanin, podążając za nim. - Po co właściwie tam idziemy? Ostatnio odniosłem wrażenie, że ona niezbyt nas lubi.
- Lubi film… więc lubi i nas - stwierdził spokojnie Sheppard.
- Lubienie filmu nie jest równoznaczne z lubieniem wszystkich postaci - odciął zgryźliwie.
- Mówisz tak, ponieważ jesteś daleko na jej liście ulubionych postaci - skwitował.
- Ty tez zbyt wysoko się na niej nie plasujesz - zauważył kąśliwie Ronon.
- Ale wyżej niż ty - podsumował Sheppard. - Po prostu chce z nią spokojnie pogadać bez tego całego tłumu. Dowiedzieć się jak tam… w nowej pracy. A kiedy wróci do Vallen może nie być na to czasu.
- Innymi słowy idziemy na przeszpiegi? - zapytał z ironia Dex.
- Na przyjacielską pogawędkę - poprawił go spokojnie.
Opuścili właśnie leśną drogę, wbiegając na pierwszą sporą górską łąkę. Tutaj zdecydowanie dominowały wysokie trawy, a drzewa były jedynie nielicznym dodatkiem. Jednak kilkadziesiąt metrów dalej, u podnóża kolejnego wzniesienia, znów wyrastała ściana iglastych drzew. Chociaż tym razem znacznie niższych, niż te, które widzieli przez większość dotychczasowej drogi. Lecz już wyżej, w połowie wzniesienia, drzewa zaczęły coraz bardziej ustępować miejsca kosodrzewinie. Aż w końcu wyłoniły się większe i mniejsze głazy, spomiędzy których wyrastały niewielkie krzewy.
Znów ruszyli truchtem po w miarę płaskiej łące, by w końcu dotrzeć do zbocza. Tutaj szlak prowadził już zygzakiem, co nie zmuszało ewentualnych podróżnych do uciążliwego wspinania się po stromym wzniesieniu.
Z tego samego powodu obaj mężczyźni byli teraz wdzięczni twórcom tej ścieżki. Szczególnie, że wiła się po zboczu kilka kolejnych kilometrów, by wreszcie doprowadzić ich na kolejne wypłaszczenie.
Tym razem był to szeroki i nieco kamienisty brzeg górskiego jeziora, nad którym stała kobieta, dwa psy… i wielka rzeźba ze śniegu i lodu.
Obaj mężczyźni zwolnili kroku, powoli kierując się w tamtą stronę.
Para husky podbiegła do nich radośnie, aby się przywitać. Jednak o ile pułkownik wyraźnie był zadowolony z ich łaszenia się nie niego, o tyle Satedanin próbował trzymać je na dystans. Niestety z marnym skutkiem.
- Chyba się ich nie boisz? - parsknął John, poklepując zwierzęta po plecach. - Mówiłem ci, że nic ci nie zrobią. To akurat bardzo przyjacielskie psy.
- Taaak. Widziałem ostatnim razem, kiedy zaczęły warczeć na tamte dzieciaki - mruknął.
- Tylko dlatego, że dzieciaki były zbyt nachalne - skwitował i wyprostował się, spoglądając na zbliżającą się do nich kobietę. - Słyszałem, że masz wolne - dodał wesoło.
- Coś w tym rodzaju… Zalecenie pokładowego lekarza - odparła tym samym tonem.
- To znaczy? - zaniepokoił się nieco.
- No wiesz, za dużo joggingu ostatnimi czasy i ogólne przemęczenie organizmu - rzuciła z szerokim uśmiechem.
- I ten ich dowódca… jak go tam nazywasz?
- Vi.
- A nie Wi-Fi?
- Skróciłam ostatnio do Vi… Wi-Fi brzmi trochę dziwnie - stwierdziła.
- Aaa… A więc ten… Vi, tak po prostu pozwolił ci tu przylecieć na odpoczynek?
- Z oporami, ale w końcu przystał na to… Jak mówiłam, to zalecenie lekarza, a że mają mi usuwać ten cholerny nadajnik, wskazane jest, żebym była w formie na operację… Podobno świeże powietrze dobrze mi zrobi - zażartowała na koniec.
- Chyba rzeczywiście są zdesperowani, skoro tak się przejmują człowiekiem - zauważył.
- Mają spory niedobór osób zdolnych do naprawiania ich statków z powodu Wojny Domowej. Można więc powiedzieć, że dobry mechanik jest u nich obecnie na wagę złota.
- Widzę, że zdążyłaś się już tam zadomowić, skoro tyle wiesz o ich sytuacji - dodał nieco zgryźliwie.
- Max jest całkiem rozmowny.
- Max?
- Pierwszy Oficer. Jest także ich głównym mechanikiem.
- Wiec pracujecie razem?
- Tak. Powoli wdraża mnie we wszystko… Głownie z poziomu kanałów technicznych pełnych kurzu i pajęczyn - niemal mruknęła.
- Czyli ubaw po pachy - parsknął John.
- Jak cholera - podsumowała z szerokim, ironicznym uśmiechem.
Na krótką chwilę zapadła cisza, a mężczyzna spojrzał gdzieś za nią.
- Lepisz bałwany? - gestem głowy wskazał na śnieżny posąg.
Odwróciła na moment głowę w tamta stronę.
- Tak się bawiłam… Maji spodobały się moje sztuczki.
- Kto to?
- No cóż… Można powiedzieć, że… chyba rodzaj miejscowego goryla.
- Goryla? - powtórzył zaskoczony z nuta niedowierzania.
- Ogólnie tak wygląda. Chociaż jest znacznie większa od ziemskich goryli… Ta podobizna jest naturalnych rozmiarów - dodała, gestem ręki wskazując do tyłu.
Pułkownik znów spojrzał szybko w tamtą stronę.
- To ma z dwa metry - rzucił.
- Chyba nawet trochę ponad dwa - stwierdziła spokojnie. - Ale wygląda na to, że to bardzo łagodne stworzenia… I znacznie inteligentniejsze od ziemskich człekokształtnych… Z tego co się dowiedziałam, utknęła po tej stronie gór pod koniec lata… Podobno gdzieś tutaj jest przejście na drugą stronę, ale zawaliło się... Jeśli uda mi się ją nakłonić, żeby wskazała mi to miejsce, to być może będę w stanie je odblokować.
- Albo po prostu możemy ją przewieźć skoczkiem - zaproponował Sheppard.
Kate skrzywiła nieco usta, kręcąc lekko głową.
- Z tym może być problem. Musielibyście ją ogłuszyć. Jest bardzo nieufna… Te goryle chyba boją się ludzi. Może kiedyś polowano na nie jak na Ziemi… Do mnie przekonała się chyba tylko z powodu psów… Wyczuła was, kiedy zbliżaliście się tutaj i ukryła się wśród głazów… Przypuszczalnie teraz nas obserwuje, ale jeśli spróbujecie podejść, ucieknie… Sądzę, że na razie lepiej zostawić ją w spokoju - stwierdziła.
- Jak uważasz… Jakby co, daj znać. Przewieziemy ją skoczkiem… Skoro unikają ludzi, to może lepiej, żeby przejście pozostało zawalone - zauważył.
- Też racja - przyznała, chociaż chęć pułkownika do niesienia pomocy temu stworzeniu wydała się jej nieco dziwna.
A w zasadzie podejrzana, stwierdziła. Być może w ten sposób próbuje wkupić się w jej łaski i zyskać nowe źródło informacji na temat Wraith, pomyślała.
- Nie wiem jak wy, ale ja trochę zmarzłam - dodała. - Dzisiejszy dzień nie jest najlepszy na górskie wycieczki - dodała i ruszyła w kierunku ścieżki prowadzącej w dół, do Vallen.
- Jest jesień - zauważył John i obaj podążyli za nią. - A tutaj posypało już nawet śniegiem.
- Ostatnio Miriam wspomniała, że tutejsza jesień jest bardzo zmienna. Bywa, że spadnie śnieg, a potem wracają nawet bardzo ciepłe dni… ja oczywiście musiałam trafić na te gorsze - mruknęła.
John uśmiechnął się lekko na jej słowa.
- Sprowadziliśmy tutaj te dzieciaki, o których wspominałaś - oznajmił. - Miały szczęście. Zaczynały już głodować i chorować.
Spojrzała na niego przez ramię.
- To dlatego tu jesteście?
- Miedzy innymi. Beckett poleciał do tej drugiej osady, w której… twój nowy szef urządził sobie ostatnim razem wyżerkę - rzucił z lekką drwiną.
- I to niby moja wina? - zapytała, zatrzymując się i odwracając do niego przodem.
- Nic takiego nie powiedziałem… I nie uważam tak również - dodał zaraz. - Nie mogłaś tego przewidzieć. Nikt nie mógł… Chociaż mieszkańcy Mannis byli innego zdania, kiedy o wszystkim usłyszeli - przyznał z lekką niechęcią.
- Nie spodziewałabym się po nich innej reakcji - odparła spokojnie, chociaż oschle. - To typowe zachowanie dla ludzi: znaleźć winnego, nawet na siłę.
- W zaistniałej sytuacji chyba mają do tego prawo - niemal warknął z tyłu Ronon.
Harrigan przeniosła wzrok na niego.
- Ja nie obwiniam za wszystko, co mnie tutaj spotkało, faceta przez którego doszło do awarii generatora... Wraith znaleźli lukę w umowie i ją wykorzystali, ponieważ dotyczyła osady Vallen a nie całej planety o tej samej nazwie.
- Podobno jesteś geniuszem, powinnaś to przewidzieć - zadrwił Satedanin.
Na te słowa Kate zmarszczyła czoło, rzucając mu ponure spojrzenie, wyraźnie zirytowana.
- Działałam pod presją. W takiej chwili nie ma czasu na dokładnie przemyślenia sprawy - warknęła.
- A może po prostu miałaś to gdzieś… skoro sympatyzujesz z Wraith.
- Sugerujesz, że zrobiłam to specjalnie? - rzuciła i zrobiła krok do przodu.
Jednak zanim zdążyła wytworzyć elektryczne ładunki wokół swoich dłoni, Sheppard rozpostarł szeroko ramiona, aby powstrzymać ewentualne starcie, na które się zapowiadało.
- Hej, hej! Spokojnie, dzieciaki! - zganił ich oboje, po czym rozluźnił się i spojrzał na przyjaciela. - Trochę przeholowałeś, Ronon… Powinieneś ja przeprosić - zasugerował spokojnie.
Ale on uśmiechnął się tylko szyderczo kącikiem ust.
- Chyba jednak nie będę musiał - stwierdził, gestem głowy wskazując gdzieś za pułkownika.
John spojrzał w tamtą stronę, by zobaczyć odchodzącą Harrigan. A potem znów przeniósł wzrok na Daxa.
- Zachowuj się - upomniał go placem. - Mamy nawiązać z nią współpracę, a nie zrobić sobie z niej wroga.
- Przecież i tam nie pomoże nam w walce z Wraith. Lubi ich…
- W filmie, Ronon. W filmie… A poza tym mówiła tylko o Todzie - przypomniał mu.
- Czyżby? Z tym Łowcą, który na nią polował, zdążyła się zaprzyjaźnić, z tego co zauważyłem.
- Bo oboje mieli interes w tej współpracy… Poza tym w jej sytuacji robienie sobie wroga z każdego Wraith nie jest dobrym pomysłem. Na jej miejscu postąpiłbym podobnie - oznajmił z powagą. - A ty zauważ, że zawarła umowę z Vi, aby chronić mieszkańców Vallen. Gdyby rzeczywiście nie przejmowała się losem ludzi, nie zrobiłaby tego… Więc zachowuj się, bo zrażanie jej do nas wcale nam nie pomaga - dodał i ruszył truchtem za Harrigan, aby ją dogonić.
Dex przez chwilę spoglądał za nim, wyraźnie niezadowolony, po czym podążył za nimi… trzymając się jednak na dystans. Nie miał ochoty na towarzystwo, a tym bardziej na rozmowy tą kobietą. Dla niego jej sympatia dla Wraith, nawet jeśli tylko spowodowana faktem skąd pochodzi, była nie do zaakceptowania. Teraz żyje w tym świecie i sama doświadczyła losu Biegacza. Dlatego nie rozumiał jak wciąż może czuć jakąkolwiek sympatię dla któregokolwiek z nich. Znając film, powinna wiedzieć jak kończą się układy z Wraith, pomyślał z irytacją. I że żadnemu z nich nie należy ufać. Nawet, jeśli w chwili obecnej, wydaje się być przyjazny.
- Hej, Harrigan, zaczekaj!
- Po co? - burknęła, nie zwalniając kroku. - Też masz dla mnie jakieś mądrości?
- Nie… Posłuchaj. Wiem, że Ronon przeholował, ale zapewne znasz go tak dobrze jak my i wiesz dlaczego jest tak a nie inaczej nastawiony do jakiejkolwiek współpracy z Wraith.
- Nie jest także dzieciaki i dobrze wie, że świat nie jest czarno-biały. Zazwyczaj są to odcienie szarości i rzadko zdarzają się osoby do cna złe. A tym bardziej krystalicznie czyste.
- To prawda - przyznał spokojnie. - …Ale kto wie jak my byśmy się zachowywali po kilku latach uciekania przed Łowcami Wraith.
- On nie zachowuje się tak z powodu faktu, że był Biegaczem… Kieruje nim czysta chęć zemsty za to, co przytrafiło się Satedzie.
- Dziwisz się?
- Nie… Gdyby to trwało tylko jakiś czas. Ale on się w tym zupełnie zatracił, przez co w niektórych sytuacjach nie myśli w ogóle… A niestety, z tego co mi wiadomo, to ludzie i Lanteanie sami zgotowali sobie los pod tytułem: WRAITH - dodała i ruszyła dalej szybkim krokiem.
- To tez było w filmie? - zapytał, doganiając ją.
- Tak - mruknęła.
- Widzę, że jest dosyć szczegółowy… Ale to tym bardziej powinnaś rozumieć Ronona - zauważył.
- Przykro mi, ale nigdy nie rozumiałam prymitywnej agresji u osób, które dawno opuściły jaskinie. Obawiam się, że on wciąż w niej tkwi.
- Nie bądź wredna…
- To akurat szczerość… Przez te wszystkie lata spędzone w tej galaktyce każde z was przeszło jakąś przemianę na lepsze. Tylko nie on. On wciąż tkwi w swoim jaskiniowym świecie.
- To już akurat jest wredne - stwierdził z nuta ironii.
Harrigan nie odpowiedziała, wykrzywiając tylko usta w grymasie niezadowolenia.
- A tak w ogóle, to przyszedłeś tutaj z jakiegoś konkretnego powodu… czy tylko po to, żeby mnie powkurzać? - burknęła.
- Pierwotnie miałem zamiar zabrać psy na długi spacer…
- Ooo, co za wspaniałomyślność - parsknęła.
- Hej, daruj sobie ten sarkazm - oburzył się nieco.
- Przykro mi, ale to nieodzowna część mojej osobowości - odparła, już weselszym tonem.
- W takim razie możesz długo nie pożyć na tym hive - zauważył ponuro.
Kate zerknęła na niego ukradkiem przez ramię.
- Zgubek stwierdził to samo - parsknęła lekko.
- Powinnaś go posłuchać. Zapewne wie co mówi… A tak przy okazji, Teyla wciąż chce was odwiedzić.. jako królowa Wraith.
- O nie, nie. Wkurwianie Vi to moja domena. Niech sobie znajdzie kogoś innego.
Sheppard uśmiechnął się, rozbawiony.
- Nie uważasz, że to ryzykowne? Wkurwianie dowódcy? - parsknął.
- I to bardzo - przyznała. - Ale ten widok, kiedy na czole pulsuje mu żyłka, a on wie, że zabicie mnie nie wchodzi w rachubę… Bezcenne.
- To niby w ten sposób okazujesz im swoją sympatię? - zapytał, wciąż rozbawiony.
- I wkładam w to całe moje serce.
- W takim razie masz moje błogosławieństwo - zażartował. - Ale tak poważnie, Teyla jest na to zdecydowana i obawiam się, że wcześniej czy później to zrobi.
- Skoro tak, to lepiej później… Przy obecnie panującej atmosferze wkurzanie Vi wizytą Królowej, która zadźgała jego poprzednią Królową nie jest najlepszym pomysłem.
- Właśnie dlatego chciałem najpierw z tobą o tym porozmawiać. Masz lepszy wgląd w sytuację, niż Todd czy my, gdyby Teyla znowu udawała królową.
- Raczej inną perspektywę.
- To także - przyznał. - Dlatego byłbym bardzo wdzięczny za twoją pomoc… w każdej materii dotyczącej Wraith - dodał.
Kate zatrzymała się gwałtownie i odwróciła do niego przodem, spoglądając na niego podejrzliwie.
- Masz na myśli szpiegowanie dla was Wraith? - spytała z nuta ironii.
- …Tak. Informacja o tym, co chcą zmodernizować na tym hive może ocalić wiele istnień.
- Czyli ludzi.
- To chyba oczywiste.
Tym razem na twarzy kobiety pojawiła się powagą… tak nietypowa dla niej, stwierdził pułkownik.
- A co potem? Zniszczycie ten hive?
- Jeśli będzie trzeba…
- Doprawdy? A pomyślałeś chociaż raz co z ludźmi, którzy tam żyją? W ogóle co z ludźmi, którzy mieszkają na hiveship? Macie w ogóle jakiekolwiek obiekcje co do słuszności waszych metod, kiedy uznacie, że ten czy inny hive wam zagraża, więc lecicie i niszczycie go… A wraz z nim setki ludzi. Jak to nazwiesz? Ofiary wojny? Cena, którą trzeba zapłacić dla wyższego dobra? Ale jakiego? Zabijanie tych ludzi usprawiedliwiacie faktem, że są Czcicielami? Wy decydujecie kto zasługuje na życie, a kto nie?… A nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale poza dorosłymi na hiveship bywają także dzieci. One nie znają innego życia, ponieważ są wychowywane w ten a nie innych sposób… Właśnie tak powstaje kolejne pokolenie Czcicieli, pułkowniku. To ich styl życia. Jak dla ludzi religia czy kultura danego narodu… Wraith nie latają po galaktyce i nie pytają się przypadkowych ludzi czy chcą zostać Czcicielami w zamian za darowanie im życia. Czciciele to swoista kultura, która powstała dziesięć tysięcy lat temu i tylko osoby z tej społeczności są zabierane na hiveship… Ponieważ tylko im Wraith wystarczająco ufają - oznajmiła spokojnie i przerwała na moment, jakby zastanawiając się nad czymś. - Ogólnie rzecz biorąc, jesteś dobrym człowiekiem. Ale mam wrażenie, że nigdy zbytnio nie zastanawiałeś się jakie konsekwencje ciągną za sobą wasze poczynania… Ile ludzi już przez to zginęło, Johnie Sheppard?… Chociażby na wskutek grzebania w kodzie Asuran… Wtykacie kij w mrowisko, zapominając o konsekwencjach, ponieważ zazwyczaj to nie wy je ponosicie… A kiedy ktoś stawia wam zarzuty, jak już raz się zdarzyło, wymigujecie się od odpowiedzialności.
- A ty natomiast nie jesteś aż tak obojętna na dole ludzi w tej galaktyce, skoro zawarłaś umowę z Vi by chronić mieszkańców Vallen - zauważył. - I jak dla mnie to tylko kwestia czasu, kiedy przekonasz się na własnej skórze, że żadnemu Wraith nie należy ufać. Nawet jeśli w chwili obecnej wydaje się być przyjazny.
- Na szczęście tych ludzi nie zdążyli mnie jeszcze wystarczająco wkurzyć… A kilkoro z nich nawet polubiła… Tak samo jak polubiłam kilka osób na hive. A nawet kilku Wraith. O dziwo można z nimi normalnie porozmawiać, a nawet pożartować… Są jednak także Wraith i ludzie, którym niejednokrotnie mam ochotę skręcić kark. Ale takich wszędzie znajdziesz. I nie ma tu akurat znaczenia kim są i skąd pochodzą…. I właśnie dlatego powiedziałam, że widzę to z innej perspektywy. Więc, jeśli oczekujesz, że przekażę wam informacji o jakimś czułym punkcie hiveships, dzięki którym będziecie mogli je bez problemów wysadzać… to moja odpowiedź brzmi NIE. Nie przyłożę ręki do ludobójstwa - dodała, po czym ruszyła spokojnie dalej.
- Ale pozwolisz, aby Wraith nadal zabijali ludzi w tej galaktyce? - rzucił.
Znów zatrzymała się, spoglądając na niego powoli.
- Raczej nie naruszam łańcucha pokarmowego działającego od dziesięciu tysięcy lat. A cały wasz ból polega na tym, że akurat w tym przypadku ludzie nie stoją na jego szczycie. Jednak mało komu przeszkadza to, jak traktowane są zwierzęta hodowlane przeznaczone na mięso czy futra. One także czują, tak samo jak my. Pod tym względem niczym się nie różnimy… I nie oczekuj ode mnie współczucia dla ludzi tylko dlatego, że jestem człowiekiem. Widziałam w życiu i znam z historii wystarczająco wiele przerażającego bestialstwa ze strony ludzi, aby nie podzielać waszego przekonania co do wartości ludzkiego życia… Zastanawia mnie tylko czy Lanteanie, którzy ascendentowali, także widzą obecnie swoją porażkę co do pokładania tak wielkiej wiary w ludzkość.
- A może widzą jej potencjał?
- Och, nie zrozum mnie źle. Ja także go widzę… O ile wcześniej nie rozwalimy naszej planety - parsknęła z ironia. - Ale widzę także wielkie zagrożenie, jakim dla innych i samych siebie potrafią być ludzie. I nie wiedzę powodu dla którego miałabym przekładać dobro ludzkości ponad dobro innych gatunków… I właśnie tutaj się różnimy… Jeśli Wraith mają wyginąć, to w końcu się tak stanie. Ale nie sądzę, aby z powodu ich diety miała wyginąć ludzkość w tej galaktyce. Gdyby do tego doprowadzili, sprowadzili by także zagładę na samych siebie.
- Ciekawe czy mówiła byś tak samo, gdyby któryś Wraith pożywił się twoimi bliskimi - rzucił z wyrzutem.
- No cóż, obawiam się, że tego nigdy się nie dowiem. Ponieważ moja rodzina nie żyje od dwóch lat - dodała ponurym tonem i znów ruszyła dalej.
Tym razem mężczyzna nie zatrzymywał jej już. Po prostu patrzył jak odchodzi wraz z psami, kierując się w dół zbocza wąską, krętą ścieżką.
Mógłby jeszcze długo się z nią argumentować, ale w głębi czuł, że i tak nie odniesie to większego skutku. Miała swoje wyobrażenie na temat sytuacji w tej galaktyce… być może spowodowany nawet czymś, co widziała w filmie, a o czym oni nie wiedzą, pomyślał. Dlatego podczas jej przemowy zdał sobie sprawę, że Kate Harrigan nie pomoże im w walce z Wraith w taki sposób, w jaki robili to dotychczas.
Nie. Ona była jedną z tych osób, które próbowały znaleźć bardziej pokojowe rozwiązanie…
Nie był tylko pewien, czy powinien odbierać jej sposób rozumowania jako swoistą naiwność z jej strony, że takowy pokojowy sposób istnieje… czy też rzeczywiście z jakiegoś powodu widzi całą tą sytuacje z innej perspektywy.
- Nadal uważasz, że nam pomoże? - parsknął niespodziewanie z tyłu Satedanin, a pułkownik spojrzał na niego, wyrwany ze swoich rozmyślań. - Mówiłem ci, że ona sympatyzuje z Wraith - dodał z nuta pogardy.
- Nie mów HOP… - rzucił spokojnie. - W kilku sprawach ma rację. Chociażby co do tego, że w większości sytuacji to nie my ponosimy konsekwencje naszego działania, tylko ludzie z tej galaktyki…
- Walczymy o ich wolność…
- Ale to nie my ponosimy tego konsekwencje, tylko oni… Już zapomniałeś, że nie wszystkim ludziom w tej galaktyce podoba się nasz sposób walki z Wraith? Z powodu tego ilu już przez to zginęło… i ilu jeszcze zginie?
- Nie rozumiem do czego zmierzasz - niemal mruknął.
- Do tego, mój przyjacielu, że Kate Harrigan wciąż może nam pomóc… Nie chce walki, więc możemy jej zaproponować alternatywę w postaci retrowirusa… Jest geniuszem. Podobno ma fakultety z kilku dziedzin, w tym bioinżynierii. Może więc wymyśli sposób na ulepszenie REV… W ten sposób obie strony dostaną to, czego chcą - dodał z zadowoleniem.
- Mimo wszystko chcesz jej zaufać?
- A kto mówi o zaufaniu? To czysta… wymiana handlowa . Ona daje nam REV, a my jej bezkrwawą walkę z Wraith - rzucił wesoło i ruszył dalej.
