Rozdział 42

Kiepski weekend - część 1.

To zdecydowanie nie był udany weekend, stwierdziła Kate, maszerując z ponurą miną w kierunku wrót.

Biegnące przodem psy przystawały co jakiś czas, upewniając się, że kobieta wciąż idzie za nimi. Natomiast Mili zerkała tylko na nią co chwilę, jakby chciała coś powiedzieć, lecz bała się.

Jeszcze nigdy dziewczyna nie widziała swojej przyjaciółki w tak kiepskim nastroju.

A wszystko zaczęło się już pierwszego dnia jej pobytu w Vallen, odkąd wróciła z gór. Od razu było widać, że cała powracająca trójka jest w kiepskim nastoju.

Wtedy resztę drogi znad górskiego jeziorka przebyli osobno.

Harrigan szła przodem i tylko czasami jej psy podbiegały do dwójki mężczyzn, po czym wracały do niej. Goście z Atlantydy cały czas trzymali się kilkanaście metrów z tyłu, mało co rozmawiając nawet ze sobą. Wymiana poglądów, która nastąpiła wcześniej, wszystkim im popsuła nastrój.

Także po powrocie każde z nich starało się zająć swoimi sprawami i nie wchodzić sobie w drogę.

Kate nie miała ochoty więcej wysłuchiwać frazesów na temat biednych ludów w tej galaktyce, maltretowanych od tysiącleci przez Wraith. Swoje zdanie już przedstawiła i nie miała zamiaru wciąż się powtarzać, ani dyskutować na ten temat. Temat, który uważała za zamknięty.

Przynajmniej na chwilę obecną. Może kiedyś będą w stanie wypracować jakieś porozumienie. Ale na pewno nie teraz.

Oczywiście druga strona także wyglądała na zniesmaczoną, szczególnie Dex, który w bardzo ostentacyjny sposób okazywał swoją niechęć do Harrigan.

Nieco bardziej subtelniej starał się zachowywać Sheppard, pomimo swoich nieudanych prób załagodzenia sporu, które niestety przyniosły tylko odwrotny efekt: zaogniły panująca miedzy nimi atmosferę.

W rezultacie, kiedy wieczorem zaproszono wszystkich na małą uroczystość, cała trójka wyraźnie unikała się już nawzajem…

.

"…Wieczór był deszczowy i chłodny. Wyraźnie czuć było już w powietrzu zbliżającą się zimę.

Harrigan bardzo niechętnie dała się namówić na przyjście do miejscowej tawerny… a dokładniej rzecz ujmując pozwolić wywlec się z domu i zmusić do przyłączenia się do zabawy. I tym razem wcale nie była to sprawka Mili, lecz Kaleba.

- Hej, ruszaj się, kobieto - rzucił w końcu jakby z lekka irytacją, a jednocześnie ironią w głosie. - Po całej tej historii z Wraith wszyscy sądzą, że jesteśmy teraz najlepszymi kumplami… Więc ruszaj swój tyłek, bo muszę dbać o swoje notowania.

Kobieta spojrzała na niego nieco kpiąca, unosząc lekko brwi.

- A te notowania przekładają się chociaż na jakieś konkrety? - parsknęła. - Chociaż raz wyrwałeś na to jakąś dziewuchę.

- To znaczy…?

- No czy przynajmniej masz z tego jakieś bzykanko, że się tak pieklisz?

- Mów że po ludzku.

Kate uśmiechnęła się szyderczo.

- Czy ta twoja popularność, jako pogromcy Wraith, pomogła ci chociaż raz w zaciągnięciu jakiejś panny do łóżka… lub na siano, jeśli wolisz - parsknęła.

Młody mężczyzna wyraźnie speszył się jej pytaniem, po czym powoli spojrzał na stojącą z boku Mili. Ta wydawała się być bardziej rozbawiona niż zakłopotana całą tą rozmową.

- To osobiste pytanie i nie będę na nie odpowiadał - oznajmił.

Kobieta spojrzała na swoją przyjaciółkę.

- Czyli NIE - podsumowała, co jeszcze bardziej rozbawiło dziewczynę.

- Po prostu nie będę o tym rozmawiał przy niej - wysyczał przez zęby, wskazując kciukiem na Mili.

- Dlaczego? - ta spytała, chichocząc nieco. - Jestem jakaś gorsza?

- Oczywiście, że nie - zaprotestował.

Na te słowa Harrigan uniosła znacznie brew.

- No patrzcie, kto by pomyślał… Od kiedy przejmujesz się opinią, jaką ma o tobie Mili?

- Ja tylko… - zaczął, nie wiedząc co odpowiedzieć i nagle pochmurniał. - W przeciwieństwie do ciebie ją widuję praktycznie codziennie i nie mam ochoty słuchać jej drwin… A teraz marsz do tawerny - dodał, gestem ręki energicznie wskazując na drzwi.

Wciąż rozbawiona, Kate westchnęła tylko ciężko i podniosła się niechętnie z krzesła.

- Zaczynam jednak żałować, że wyciągnęłam twój włochaty tyłek z łapsk Wraith - niemal mruknęła.

- Mój tyłek nie jest włochaty - oznajmił z dumą.

- Dobrze, że nie musiałam się o tym sama przekonywać - wymamrotała, wychodząc na zewnątrz.

Zimny podmuch wiatru sprawił, że opatuliła się mocniej dużym, wełnianym szalem.

- Zawsze możesz to nadrobić - stwierdził, pochylając się nieco nad nią z szerokim uśmiechem.

Kobieta zatrzymała się, spoglądając na niego ponuro.

- Boże, jeśli zawsze rzucasz takimi tekstami, to aż się dziwie, że kiedykolwiek wyrwałeś na to jakąś panienkę.

- Zapewne w twoim świecie trzeba się znacznie bardziej postarać - zauważył.

Zawahała się na moment, po czym uniosła nieco palec.

- I tu mógłbyś się zdziwić - przyznała i ruszyła dalej.

- Serio? - podążył za nią, wyraźnie zaintrygowany. - Byłem pewny, że u was kobiety mają znacznie większe wymagania w tej kwestii.

- No cóż, są gusta i gusta… Ale, o dziwo obawiam się, że sporo panienek poleciałoby na twój głupawy tekst. Szczególnie takie szukająca przygody na jedną noc.

- A ty czego szukasz? - zapytał, jakby podchwytliwie.

Znów spojrzała na niego ponuro.

- Po prostu pytam z ciekawości - wyjaśnił spokojnie.

- Niczego - mruknęła.

- Kobiety na Ziemi nie myślą już o założeniu rodziny?

- Większość myśli… Chociaż mam wrażenie, że to bardziej presja społeczeństwa niż ich własne ambicje… Ale co poniektóre nie uważają już, że urodzenia kilku dzieciaków, czy w ogóle bycie z facetem, to ich życiowy priorytet. Skupiają się na karierze i własnych zainteresowaniach.

- I nie szukają męża? - zdziwił się.

- Część z nich ma trochę szczęścia i spotykają facetów o podobnych poglądach.

- Ale tobie się to nie udało?

- Może, gdyby mi się chciało poszukać, to bym znalazła… Ale jestem leniwa, więc… - dodała i uśmiechnęła się do niego szeroko.

- I nie czujesz się samotna?

- Nie. Jestem osobnikiem aspołecznym. Ludzie zbyt szybko mnie irytują, więc ograniczam kontakty z nimi do niezbędnego minimum… Jak praca i tym podobne.

- Ja bym tak nie potrafił. Cisza i samotność sprawiają, że nie wiem co ze sobą zrobić.

- Zauważyłam - powiedziała spokojnie, kiedy zatrzymali się przed drzwiami do tawerny.

Kaleb spojrzał na nią, jakby nieco zaskoczony, jednak nic nie odpowiedział. Zresztą nawet nie zdążył. Harrigan weszła do środka i skrzywiła usta w lekkim grymasie niezadowolenia. Panujący w pomieszczeniu hałas natychmiast przypomniał jej dlaczego nie lubi takich rzeczy.

Ruszając powoli w kierunku jednego z odległych stolików, przyglądała się zgromadzonym ludziom, którzy śmiali się i rozmawiali, niemal zupełnie nie zwracając uwagi na nowo przybyłą trójkę.

- Jeśli uciekniesz, pamiętaj, że wiem gdzie cię szukać - rzucił niespodziewanie Kaleb, przysuwając się do niej, a kiedy kobieta obdarowała go ponurym spojrzeniem, uśmiechnął się szeroko.

- Zaczynam żałować, że nie zostawiłam cię Wraith na przekąskę - wymamrotała.

- Nieeee… nie zrobiła byś tego. Za bardzo mnie lubisz - odciął beztrosko i poklepał ją delikatnie po plecach, po czym szybko zniknął w tłumie.

Kate zmrużyła lekko oczy.

- Czasami mam wrażenie, że on tylko udaje kretyna - stwierdziła podejrzliwie.

- Wcale bym się nie zdziwiła - odparła spokojnie Mili i zaraz dodała, kiedy Harrigan spojrzała na nią lekko zaskoczona. - W szkole zawsze wymigiwał się od pytań nauczyciela, udając że nie rozumie… Ale każdy egzamin jakimś cudem zdawał bez większego problemu.

- Hm, cwaniak… Zupełnie jak Shin, kiedy udaje, że nie rozumie, aby dać mu spokój - odparła, ruszając dalej.

- Raczej nie byłby zadowolony z porównania go do psa - parsknęła dziewczyna i nagle szturchnęła ją w ramię. - Idę do reszty… Idziesz ze mną?

- Niee, klapnę sobie z boczku - stwierdziła, wskazując na stolik pod ścianą.

Mili rzuciła tylko szybkie "OK" i udała się do przyjaciół, zostawiając kobietę samą.

Harrigan usadowiła się na drewnianej ławce, wracając do przyglądania się ludziom. Jednak nie na długo pozostała sama.

Zaledwie po kilku minutach wrócił Kaleb, siadając wygodnie naprzeciw i przesunął w jej stronę jakąś książkę w miękkiej, skórzanej oprawie przewiązanej rzemieniem.

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Możesz na to zerknąć? - zapytał. - Nikt inny nie zna się na tym. Nawet ludzie z Atlantydy. To uzdrowiciele, a nie naukowcy, więc nie są w stanie mi powiedzieć, czy dobrze myślę.

Kate rozwiązała rzemień i zajrzała do środka. Książka okazała się być notatnikiem pełnym różnych szkiców i zapisów.

- Skąd to masz?

- Kiedy cię nie było, dokończono budowę wiatraków - odparł. - Przeglądałem twoje notatki i książki. Spisałem kilka rzeczy, które można by jeszcze zbudować. Albo takie, do których działania można by wykorzystać prąd z wiatraków… - przerwał, widząc z jaka powagą Harrigan patrzy na niego. - Nie grzebałem w twoich rzeczach. Część została w tamtej stodole, a inne dała mi Mili… To znaczy pożyczyła… Ale potem jej oddałem, słowo…- zaczął się tłumaczyć.

- Te notatki? To wszystko twoje pomysły? - przerwała mu najspokojniej w świecie z wyraźnym niedowierzaniem.

- No przecież ci mówię, że wpadłem na to przeglądając twoje książki i notatki…

- Od kiedy znasz się na inżynierii? - spytała, wciąż z wyraźnym powątpiewaniem.

Kalem wzruszył obojętnie ramionami.

- Mój ojciec był kowalem i lubił majsterkować. Często mu pomagałem, chociaż matka niezbyt to pochwalała. Chciała żebym poszedł w jej ślady i kiedyś zasiadł w Radzie - przyznał z niechęcią. - Ale ja lubię majsterkować… To mnie relaksuje… Po ojcu mam dwa takie notesy z jego zapisami - z dumą lekkim gestem ręki wskazał na ten, który trzymała kobieta. - Tylko nie mów mojej matce, bo się wścieknie - dodał szybko. - To co? Przejrzysz to?... Bądź brutalnie szczera. Chciałbym zbudować przynajmniej kilka z tych rzeczy, więc wytykaj najmniejsze błędy - dokończył z entuzjazmem.

Ale ona nic nie odpowiedziała, wciąż wpatrując się w niego z uniesionymi brwiami, wyraźnie zdezorientowana.

- Co?

- Oberwałeś ostatnio porządnie w głowę, czy co takiego? - rzuciła. - Może trafił cię piorun… albo Wraith z tamtego hive coś ci zrobili? - zasugerowała.

- Możesz się przestać ze mnie naśmiewać i przejrzeć to? - odparł lekko urażony.

- Nie naśmiewam się. Pytam poważnie... Ty i majsterkowanie? - pokręciła lekko głową. - To jakoś tak nie w twoim stylu… Dziewczyny i popijawy, tak… ale to? - uniosła nieco notatnik.

Dopiero wtedy chłopak rozluźnił się i uśmiechnął szelmowsko.

- To, że uganiam się za dziewczynami nie oznacza, że nie mam innych zainteresowań.

- Ja bym przysięgła, że ty nie masz innych zainteresowań poza uganianiem się za dziewczynami - odparła rozbawiona.

Kaleb uśmiechnął się do niej szeroko.

- To co? Przejrzysz to?

- Jasne…

- Super - rzucił, zanim dokończyła i wziął od niej notatnik, przeglądając go pospiesznie. - Szczególnie zależałoby mi na tym… - dodał, wskazując na jedną ze stron, a następnie otworzył na kolejnej. - …I na tym… Reszta się nie spieszy.

- Zgoda… Ale najpierw odpowiesz mi na jedno pytanie - dodała tajemniczo.

- …Jakie? - zapytał powoli z lekkim wahaniem.

- Dlaczego tak nagle wzięło cię na majsterkowanie?

Młody mężczyzna znów wzruszył lekko ramionami.

- Po pierwsze wcześniej nie było tutaj nikogo, kto mógłby mi w tym pomóc. Tylko mój ojciec znał się na tych rzeczach.

- A po drugie? - dopytywała się z lekkim zaciekawieniem.

- Moja matka - mruknął niechętnie. - Od wydarzeń w Feros wciąż powtarza, że powinienem wreszcie spoważnieć i pomyśleć o swojej przyszłości.

- Czyli chce, żebyś zaczął jej pomagać w Radzie? - parsknęła nieco.

- Dokładnie - wykrzywił usta w grymasie niezadowolenia. - Dlatego pomyślałem, ze skoro mam już coś na poważnie robić, to przynajmniej niech będzie to coś co lubię.

- I takie podejście się chwali, panie Trashstone - pochwaliła go z miłym uśmiechem, co od razu poprawiło mu humor.

Przyglądająca się im z daleka Miriam uśmiechnęła się ironicznie kącikiem ust.

- Co cię tak bawi? - zainteresował się Kaylon Andarias.

Starsza kobieta wskazała gestem głowy stolik w rogu sali.

- Ten chłopak niczego się nie nauczył - parsknęła lekko. - Kate to nie miejscowe dziewczęta…

- On jej nie podrywa - wtrącił niespodziewanie młody, kobiecy głos i oboje spojrzeli z lekkim zaskoczeniem na Mili stojącą za babką. - Miał poprosić Kate, żeby sprawdziła jego notatki.

- Jakie notatki? - zainteresował się mężczyzna.

- Nie wiem dokładnie - wzruszyła lekko ramionami. - Jakieś urządzenia, które znalazł w jej książkach i notatniku ojca… Niektóre z nich mogą nawet działać na prąd.

- Od kiedy on się zna na takich rzeczach? - rzuciła z niedowierzaniem kobieta.

- Od zawsze… Od dziecka rysuje takie rzeczy. Ojciec go nauczył - odparła najspokojniej w świecie i ruszyła dalej w swoją stronę.

Dwójka starszych ludzi spoglądała za nią, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszeli. Odkąd pamiętali nie przypominali sobie, aby Kaleb Trashstone przejawiał kiedykolwiek jakiekolwiek zainteresowanie nauką.

Jako dziecko, a później nastolatek, zaliczał się do jednych z największych łobuziaków w Vallen. Natomiast kiedy zaczął wchodzić w wiek dorosły, jego zainteresowania powiększyły się dodatkowo o dziewczęta i picie mocnych trunków. Ale nigdy, przenigdy nie słyszeli aby zajmował się majsterkowaniem. Nie pomagał nawet przy budowie wiatraków, które zaprojektowała Kate. Tym bardziej słowa Mili były dla nich zupełnym zaskoczeniem.

Czyżby Wraith z nim coś zrobili? - ta myśl szybko zaiskrzyła w ich głowach i oboje ponownie spojrzeli na odległy stolik, by z zainteresowaniem zacząć obserwować siedzącą tam dwójkę.

Początkowo Harrigan przeglądała spokojnie notes, co jakiś czas tłumacząc i pokazując coś chłopakowi. Ten słuchał jej z wyraźnym zainteresowaniem, zupełnie ignorując panujący wokół zgiełk i zabawę. Kiedy jednak w końcu przyszli po niego koledzy, szybko zamknął i oddał Kate notatnik, jakby nie chcąc aby ci dowiedzieli się o czym z nią rozmawiał.

Kobieta uśmiechnęła się lekko do niego, kiedy odchodząc, Kaleb zerknął na nią przez ramię, po czym wróciła do przeglądania notesu.

Znów jednak nie pobyła długo sama. Tym razem jednak towarzystwa postanowiła jej dotrzymać dwójka przybyszy z Atlantydy, siadając na krzesłach, naprzeciw niej. Ale towarzystwo tej dwójki Harrigan była w stanie zaakceptować. Żadne z nich bowiem nie miało zamiaru nawet wspominać o rozmowie jaka miała miejsce w górach. Przyszli, aby porozmawiać o sprowadzonych dzieciakach, o mieszkańcach Mannis i o zupełnie luźnych rzeczach. Nie mieli najmniejszego zamiaru mieszać się w konflikt, jaki powstał między Kate a Sheppardem i Rononem. Uznali, że to ich sprawa, którą powinni rozwiązać sami. Widząc bowiem jak zaognił się ów konflikt stwierdzili, że jako mediatorzy mogliby ucierpieć znacznie bardziej. A tego woleli uniknąć. Lecz nie z obawy o siebie, a na wzgląd kontaktów, jakie wciąż udawało się im utrzymać zarówno z Harrigan, jak i mieszkańcami Vallen. Poza tym mieszanie się w ten spór mogłoby doprowadzić także do podziałów między mieszkańcami Vallen, a tego chcieli uniknąć.

I to właśnie dlatego wybrali rolę neutralnych…

Niestety luźna rozmowa, dotycząca nawet pobytu kobiety na hive, zakończyła się, kiedy do stolika przysiadło się dwóch mężczyzn. Od razu zapanowała krępująca cisza, którą Carson spróbował szybko przełamać.

- A może wybierzesz się z nami jutro do Mannis? - zaproponował. - Będziemy przeprowadzać skany medyczne mieszkańców, a ktoś ze znajomością medycyny i na dodatek technologii jak najbardziej się przyda.

- Dobry pomysł, Doktorku - przyznał John. - Może to przekona do niej tych sceptycznych.

- Albo ją zlinczują za to, co zrobili jej nowi kumple - parsknął Dex. - Daj spokój, Sheppard. Naprawdę sądzisz, że jej to pomoże w zrehabilitowaniu się?

- A niby za co mam się rehabilitować, panie Dex? - niemal syknęła przez zęby Kate.

Satedanin spojrzał na nią i uśmiechnął się szyderczo.

- Za to, że wolisz współpracę z Wraith niż z nami - odparł. - Czcicielu - wycedził.

- Ronon - upomniał go ostro pułkownik. - Przesadzasz.

Ale mężczyzna nie słuchał go, wciąż z zadowoleniem patrząc, jak na twarzy kobiety pojawia się wściekłość, a ona sama zaciska dłonie w pięści.

Jednak jego pełen satysfakcji uśmiech zniknął chwilę później, kiedy wokół tych samych pięści zaczęły pojawiać ci elektryczne wyładowania, by następnie zacząć oplatać coraz to większe partie jej ciała.

Siedzące wokół osoby cofnęły się natychmiast, wystraszone. Tak samo zresztą jak Dex, sięgając od razu po swój pistolet.

- Co, do cholery - warknął, ustawiając broń na maksimum.

- Nie strzelaj - rzucił pospiesznie Carson. - Ona nic ci nie zrobi… Prawda, Kate? - dodał i spojrzał na nią wyczekująco.

Ale Harrigan wciąż tylko patrzyła na celującego do niej mężczyznę wyjątkowo nieprzyjemnym wzrokiem. Jej ciemne oczy zdawały się teraz połyskiwać lekko tym samym bladoniebieskim światłem, co otaczające ją elektryczne języki.

Na całej sali szybko zapadła niemal grobowa cisza, a oczy zebranych skierowały się na grupkę w rogu sali.

- Kate? - powtórzył nieco bardziej stanowczo lekarz, ale i tym razem bez skutku.

- Hej! Co wy wyprawiacie! - zawołał z tłumu Kaleb, przepychając się do przodu.

- Opuść broń, Ronon - niemal mruknął pułkownik, ale kiedy mężczyzna nie zareagował, spojrzał na niego ostro. - To rozkaz - dodał.

Dopiero wtedy Satedanin rozluźnił mięśnie i powoli dezaktywował swój pistolet, po czym opuścił ramię.

- Zostawcie ją w spokoju. Nic wam nie zrobiła - dodał Kaleb, stając miedzy nią, a dwójką wojowników z Atlantydy. - Nie wystarczy, że ją dręczycie od rana? Teraz musicie ją także atakować?

Sheppard spojrzał na młodzieńca nieco zaskoczony jego słowami.

- Usłyszałem przypadkiem waszą rozmowę - wyjaśnił, wciąż oburzony ich zachowaniem. - I mylicie się. Pomaga nam uniknąć Żniw Wraith jak tylko może… Tak samo jak pomogła mi w ucieczce z hive, skupiając uwagę Łowców na sobie… Oskarżanie ją o współpracę z Wraith, a sami robicie to samo od kilku lat… Jak go nazywacie? Todd?... Ile razu już wam pomagał, co?

Na jego słowa w pomieszczeniu rozległ się szept niedowierzania i lekkiego oburzenia.

- To co innego - zaprotestował Sheppard. - Zmusiła nas do tego sytuacja.

- Tak jak i ją - wtrąciła Mili. - Nie robi tego, ponieważ chce, tylko dlatego, że musi - dodała stanowczo, po czym spojrzała na przyjaciółkę. - Kate proszę cię… wyłącz to - powiedziała już łagodnie, podchodząc do niej bliżej.

Dopiero wtedy kobieta spojrzała na nią. Tym razem patrzyła spokojnie, a wyładowania wokół niej powoli niknęły. Nie odpowiedziała jednak od razu, podnosząc się najpierw z ławki.

- Idę do domu - niemal mruknęła, sięgając po notatnik, po czym wyszła zza stołu. - Przepraszam, że przerwałam wam zabawę - dodała i ruszyła w kierunku wyjścia.

Beckett spoglądał za nią przez chwile, a kiedy zniknęła za drzwiami, rzucił pułkownikowi ostre spojrzenie.

- Oskarżyliście ją o współprace z Wraith?! - rzucił z niedowierzaniem i jednocześnie oburzeniem. - Czy już zupełnie postradaliście zmysły? Jak w ogóle mogliście powiedzieć coś takiego po tym wszystkim, co przeszła? Znalazła się w obcym świecie, zupełnie sama, a potem polowali na nią Wraith.

- Nie słyszałaś co ona mówiła - odciął Ronon. - Sympatyzuje z nimi.

- Och, proszę cię? Ona mówiła to pod kątem filmu.

- Nie tylko - wtrącił spokojnie John. - Sam dzisiaj przyznała, że nie przepada za ludźmi…

- Ponieważ ma zaburzone relacje interpersonalne? Tak samo jak połowa ludzi na Ziemi, ale to nie świadczy o tym, że pomoże ich wymordować. Gdyby tak było, nie obchodziłoby ją co stanie się z mieszkańcami Vallen… Ani z Kalebem… Zostawiła by ich na pastwę Wraith i uciekła.

- Ale innym nie chce pomóc… Chcieliśmy, żeby pomogła nam w walce z Wraith, ale odmówiła…

- A nie pomyśleliście, że może to nie jest jeszcze dobry moment? Dla niej? Dopiero co znalazła się na hive, gdzie zapewne nikt jej nie ufa i wciąż ją pilnują… Jak więc niby ma nam pomóc? Wysadzając się wraz z tym statkiem?

- Tutaj pozwolili jej przyjść… Samej - zauważył Dex.

- I wysłali za nią szpiega - wtrąciła spokojnie Leszczyńska, a pozostali spojrzeli na nią z lekkim zaskoczeniem. - Rozmawiałam z nią wcześniej. Powiedziała, że wysłali za nią jednego z Czcicieli. Odesłała ją, ale przypuszcza, że wciąż może się tutaj kręcić… Teraz, kiedy jest tu sporo obcych, nie trudno wmieszać się w tłum - zauważyła.

Carson pokręcił głową.

- Dwaj dorośli mężczyźni i to z takim doświadczeniem wojskowym jak wy… a zachowujecie się jak… Nawet nie wiem jak to nazwać - stwierdził, jakby zrezygnowany. - Wstyd mi za was, panowie. Po raz pierwszy naprawdę wstyd mi, że was znam - dodał i także ruszył w kierunku wyjścia.