Rozdział 43
Kiepski weekend - część 2.
Chyba tylko przez przypadek Kate nie trzasnęła drzwiami, wychodząc z tawerny.
Mokry od deszczu, brukowany plac głównego rynku, połyskiwał w żółtawym świetle latarni. Ale ona zupełnie nie zwróciła na to uwagi, ruszając na przełaj w kierunku domu Miriam. Była zbyt rozwścieczona, aby przejmować się czymś takim, jak mżawka.
- A więc to jednak prawda, co mówią o twoich zdolnościach - odezwał się niespodziewanie z tyłu znajomy. kobiecy głos.
Harrigan zatrzymała się, odwracając częściowo. A potem zmarszczyła brwi, wyraźnie niezadowolona.
- Chyba kazałam ci wracać na hive? - niemal warknęła.
- Moim przełożonym jest Dowódca, nie ty - odparła łagodnie.
- Jak chcesz - burknęła i ruszyła dalej.- Tylko nie spodziewaj się pomocy, kiedy miejscowi będą chcieli cię powiesić.
- Potrafię o siebie zadbać - rzekła, podążając za nią. - Ci dwaj Lanteanie? Mogą ci przysporzyć problemów… Obserwowałam ich dzisiaj… Pozostali wydają się być sympatyczni, ale ci dwaj wyraźnie prowokują konflikt.
- A co cię to obchodzi?
- Pierwszy Oficer martwi się o ciebie z powodu operacji usunięcia nadajnika. Ostatnio żyłaś w dużym stresie i nadwyrężałaś swój organizm, a to źle wypływa na twój stan zdrowia… Wysłał cię tutaj, abyś odpoczęła i nabrała sił, a zamiast tego znów się stresujesz.
Kate znów zatrzymała się, spoglądając na nią ozięble. Kobieta stwierdziła, że panująca obecnie pogoda zdawała się być cieplejsza i łagodniejsza w porównaniu z tym spojrzeniem.
- To moja sprawa, nie twoja - odparła nieprzyjemnie. - Jak to ujęłaś: potrafię o siebie zadbać.
Anaini Hadin uśmiechnęła się lekko.
- Chyba zaczynam rozumieć skąd te napięcia między tobą a Dowódcą - stwierdziła. - Tak silne dwie osobowości zawsze będą próbowały się zdominować nawzajem.
- Ja nie próbuje go zdominować - niemal warknęła. - To on zaczął.
- Wraith traktują w ten sposób większość ludzi…
- I czasami przydałoby im się zmienić podejście… Pracuje dla niego. W prawdzie nie jestem jednym z Czcicieli, ale pracuje dla niego. Setki razy mogłam już wysadzić cały hive, a wy nawet byście nie wiedzieli co się stało… Ale wciąż tam tkwię i staram się robić to, co do mnie należy… A mimo to on wciąż traktuje mnie w ten sam sposób: jak dzikusa, którego trzeba ujarzmić, złamać i wytresować według własnego upodobania… Dlatego, kiedy będziesz zdawała mu raport z całej tej wycieczki - dodała, przysuwając swoja twarz bliżej jej - możesz powróżyć moje słowa: nawet po moim trupie… I to właśnie tylko dlatego, jak mnie traktuje… Jak mawiają moi ludzie: trafiła kosa na kamień - podsumowała, wyraźnie poirytowana i ruszyła dalej.
- Czyli, podsumowując, oboje robicie sobie na złość? - parsknęła, nieco rozbawiona. - Jak dwoje nastolatków? Żadne z was nie odpuści… W takim razie to będzie dłuuga wojna - zachichotała.
- Dobrze, że przynajmniej ty masz z tego ubaw - odcięła złośliwie Harrigan.
- Rozbawił mnie sam fakt… Ale zdajesz sobie sprawę, że z góry jesteś na przegranej pozycji? Jako Dowódca hive on nie może sobie pozwolić na…
- Tak, wiem. Już to słyszałam - mruknęła, przerywając jej z ponurym grymasem na ustach. - Nie może sobie pozwolić, żeby jakiś człowiek wszedł mu na głowę.
- …Chyba rozumiem sens twojego powiedzenia - odparła po chwili namysłu Hadin. - I tak, to właśnie jest sedno tego problemu.
- To nie ja mam problem, tylko on. Z Maxem jakoś dogaduję się bez problemu… Albo chociażby ze Zgubkiem, chociaż jeszcze niedawno na mnie… Nawet Stroke, który zapewne mógłby nam skręcić kark jednym machnięciem ręki, jest bardziej ugodowy od Wielkiego Dowódcy Zgredka - dodała z sarkazmem i jednocześnie irytacją, zatrzymując się przed domem Miriam.
- Tak jestem wściekła. I to bardzo!... Począwszy od faktu, że tu utknęłam tutaj, i to prawdopodobnie na dobre - rzuciła głośno, a wraz ze wzrostem jej irytacji pojawiało się wokół niej coraz to więcej elektrycznych wyładowań. - … A skończywszy na tym, iż pewien satedański neandertalczyk wytyka mi na każdym kroku, że nie chcę się przyłączyć do jego świętej krucjaty rozwalania każdego Wraith w tej galaktyce! - krzyknęła wściekła, gestykulując.
Wraz z tym gestem nagromadzone do tej pory bladoniebieskie wyładowania wystrzeliły teraz we wszystkich kierunkach, chyba tylko cudem omijając Hadin… albo też Harrigan dobrze panowała nad swoimi mocami, pomyślała Czcicielka.
- Kate?!… Wszystko w porządku? - zapytał niepewnie Carson, stojąc w odległości kilkunastu metrów.
Kobieta spojrzała w tamta stronę, dopiero teraz dostrzegając dwójkę naukowców.
- Tak - mruknęła. - Uzewnętrzniam tylko swoją frustrację - dodała i weszła do budynku.
- Właśnie widzę - skomentował spokojnie Beckett.
Niewielki hol domu pogrążony było w mroku. Kate spojrzała w lewo, na stojącą na szafce lampę oliwną i zapaliła ją mechanicznym krzesiwem. Było podobne do tego, którego w serialu użyła Teyla, aby zapalić pochodnię w jaskini.
Światło z lampy pozwoliło jej przejść do kuchni i w podobny sposób zapalić zwisającą z sufitu o wiele większą lampę. Jej blask, odbijający się dodatkowo od kilku małych luster, był wystarczający, aby rozświetlić całe pomieszczenie.
- Jesteś głodna? - spytała nagle, spoglądając na Anaini.
- …Nie. Już jadłam… Ale dziękuję za troskę.
- To nie troska… Potem będzie, że cię zostawiłam o głodzie i chłodzie - wymamrotała, podchodząc go pieca, aby postawić na nim czajnik z wodą.
Kobieta uśmiechnęła się lekko, ale nie odpowiedziała nic na tą złośliwość.
- Kate? - odezwał się z tyłu Carson. Zerknęła na niego. - Chciałem cię przeprosić za pułkownika i Ronona…
- Daj spokój. Niby czemu ty masz przepraszać za nich? To nie twoja wina - odparła, już spokojniejsza, sięgając do szafki po kolorowe, gliniane kubki.
- Ale to moi przyjaciele i muszę przyznać, że nie pojmuję co w nich wstąpiło.
Harrigan uśmiechnęła się lekko, wrzucając do kubków herbatę.
- Ronon zawsze był niereformowalny… A Sheppard… No cóż, czasami miewał swoje odchyły, ale widać ostatnio zbyt wiele czasu spędza ze swoim kumplem i mu się udziela - parsknęła, opierając się plecami o kuchenne meble i splatając ramiona na piersi.
- To raczej frustracja spowodowana impasem, jaki ostatnio osiągnęliśmy - powiedział mężczyzna. - Nasze badania nad retrowirusem i alternatywnym źródłem pokarmu dla Wraith utknęły w martwym punkcie. A nasi sojusznicy stawiają się coraz bardziej zniecierpliwieni z powodu braku widocznych efektów walki z Wraith… Na domiar złego wydaje się, że ci porzucili swoje wewnętrzne konflikty i zaczęli się ponownie jednoczyć.
- …Na mnie się nie patrz. Ja nic nie wiem - rzuciła. - Zresztą polityka mnie nie interesuje.
- Oh, to nie dlatego ci o tym mówię - zapewnił od razu i nagle przypomniał sobie o dodatkowej osobie wciąż stojącej z boku i przysłuchującej się ich rozmowie.
- To Anaini Hadin… Spotkałam Anaini podczas mojego galaktycznego joggingu… Doktorzy Hanna Leszczyńska oraz Carson Beckett - przedstawiła ich sobie.
Na jej słowa rudowłosa kobieta uśmiechnęła się, lekko rozbawiona.
- Galaktyczny jogging? - powtórzyła. - Carson wspominał, że masz zabawne określenia dla tego, co cie spotkało.
- Przecież nie będę się umartwiać z tego powodu - odparła, zaczynając powoli wlewać wodę go kubków z herbatą. - Nie mam zamiaru być drugim Rononem - mruknęła, lecz na tyle głośno, aby pozostali to usłyszeli.
Potem przestawiła kubki na stół i wskazała pozostałym wolne miejsca na krzesłach.
W prawdzie nie miała ochoty specjalnie ochoty na prowadzenie dłuższych dyskusji… była jednak ciekawa jak Hadin poradzi sobie w tej sytuacji. I jak rozwinie historyjkę o ich spotkaniu, kiedy uciekała przed Łowcami Wraith.
Jednak ku jej rozbawieniu Czcicielka okazała się całkiem sprawnym kłamcom. Zapewne trzy tysiące lat praktyki zrobiły swoje, pomyślała złośliwie Harrigan…
Ich rozmowa, na mniej lub bardziej błahe tematy, skończyła się jakieś dwie godziny później, kiedy Miriam i jej wnuczka wróciły do domu. Kate sama nie wiedziała jak Beckett tego dokonał, ale w ciągu tego czasu zdołał ją namówić, aby jednak poleciała z nimi do Mannis… Chociaż osobiście czuła, że to kiepski pomysł.
I nie myliła się.
W prawdzie początkowo wszystko układało się dobrze, zaczynając od słonecznego i nawet ciepłego poranka, to jednak pod koniec wizyty w wyspiarskim miasteczku pojawiły się pewne problemy.
Ktoś z Vallen, pomagający ekipie z Atlantydy, napomknął niechcący, iż jedną z przybyłych do Mannis osób jest kobieta, która zawarła z Wraith umowę. Od razu wśród części mieszkańców wybuchło oburzenie, które szybko przeobraziło się w agresywne protesty. I nie pomogły ani słowa osób z Vallen, ani też słowa dwójki
naukowców, którzy udzielali pomocy medycznej pokrzywdzonym. Nie pomogły nawet słowa miejscowych. Dopiero pokaz siły w wykonaniu Harrigan uciszył zbuntowaną grupę, kiedy jej elektryczne wyładowania rozpostarły się wokół niej szerokim łukiem, niczym tarcza ochronna. Dopiero wtedy powrócił spokój… lecz nienawistne spojrzenia pozostały.
Na szczęście niebawem grupa przybyszy zaczęła się pakować, by opuścić miasteczko…
Następnego dnia postanowiła powrócić do pierwotnego planu, czyli miłego spędzenia weekendu… a przynajmniej tego, co jeszcze z niego zostało… i wybrać się na wycieczkę w góry.
Niestety wymkniecie się ukradkiem z miasteczka nie wyszło jej najlepiej… Chociaż to nie do końca była jej wina. Jak na złość także Carson postanowił udać się w tą samą stronę, by skorzystać z okazji pobytu w Vallen i zajrzeć do laboratorium Wildfire. Dlatego, gdy tylko weszła na łąkę rozciągającą się za murami miasteczka, dobiegło ją z tyłu wołanie mężczyzny. Zaklęła cicho pod nosem, zrezygnowana, widząc zbliżającą się czwórkę.
- Podobno idziesz na wycieczkę z psami - rzucił wesoło, podchodząc do niej.
- Tylko nie mów, że chcecie się dołączyć - niemal mruknęła. - Nie chce być niemiła, ale wolałabym zostać sama.
- Bez obaw. Potowarzyszymy ci tylko z początku… Chcemy z Hanna jeszcze raz sprawdzić laboratorium tego Wraith i Mili pomoże na otworzyć wejście - wyjaśnił, wskazując na dziewczyną. - W końcu ma geny Wraith, więc powinno się udać.
- Chcecie grzebać w laboratorium Vi?
- Ostatnio spieszyliśmy się, więc może znajdziemy tam jeszcze coś przydatnego.
- Serio? Tak po prostu sobie tam wejdziecie i zaczniecie grzebać? - powtórzyła.
- … A dlaczego nie? - spytał powoli nieco zdezorientowany Beckett.
- Ponieważ to niegrzeczne grzebać w czyichś rzeczach - wytknęła mu. - A fakt, że jest Wraith, tego nie usprawiedliwia.
- W zasadzie Kate ma rację - przyznała skromnie Hanna.
Mężczyzna spojrzał na nią.
- Wiem… Ale to ważne - zaczął się usprawiedliwiać. - Mówiłem ci już, że w jego zapiskach znaleźliśmy informacje o naszym retrowirusie. Nie wiem skąd go ma. Być może ma go od Todda, ale chodzi o to, że jego badania są trafne i nieco pchnęły do przodu nasze badania… On jest naprawdę w tym dobry, Kate. Dlatego mam nadzieję, że znajdziemy tam jeszcze coś, co nam pomoże z REV.
- Rób jak chcesz - mruknęła i ruszyła dalej, wyraźnie niezadowolona. - Ale mnie w to nie mieszaj… I zostawcie tam porządek. Nie mam zamiaru potem wysłuchiwać przez tydzień jego zrzędzenia na wasz temat.
- Oczywiście… Zapewniam cię, że poprzednio także byliśmy ostrożni - odparł, podążając za nią.
Harrigan zerknęła jeszcze przez ramię.
- A ty po co tam idziesz? - spytała Kaleba. - Jako ochrona? - zażartowała.
- Nie sądzę aby była potrzebna… Idę z nimi z ciekawości - przyznał.
- Myśli, że doktor Beckett pomoże mu tam znaleźć jakieś informacje na temat urządzeń Wraith - niemal parsknęła Mili.
- Chyba na poważnie cię wzięło z tą techniką - zauważyła Kate.
- Jak już mam coś robić, to przynajmniej coś co lubię… Polityka to nudy - dodał ponuro.
- Dobrze wiedzieć, że nie masz pociągutek do władzy, jak twoja matka - rzuciła z nuta ironii, znów zerkając na niego przez ramię z szerokim uśmiechem. - Może jeszcze będą z ciebie ludzie.
Młody mężczyzna odpowiedział jej tym samym i cała grupka weszła na ścieżkę prowadzącą przez las.
Promienie późnojesiennego słońca przebijały się poprzez upstrzone kolorami korony trzew, tworząc na ubitej ziemi różnorakie wzory.
Droga do jaskini nie była długa i szybko im minęła na rozmowie, w której prym wiodła Leszczyńska. Kobieta najwyraźniej postanowiła kontynuować swoją wczorajszą grę w tysiąc pytań, zauważyła Kate, wypytując ją o najróżniejsze rzeczy dotyczące Ziemi, a także jej życia.
Być może było to spowodowane faktem, iż obie pochodziły z tego samego kraju. A być może była po prostu ciekawa na ile historia w obu światach różni się od siebie… pomijając fakt dotyczący Pradawnych i całej tej sprawy, stwierdziła Harrigan.
Docierając na miejsce, Kate wysłała telepatyczne polecenie do urządzenia kamuflującego wejście do laboratorium. Pozostała czwórka spojrzała na nią nieco zaskoczona.
- No co? Zwykła telepatia… Kiedy już załapiesz jak to działa - skwitowała spokojnie i ruszyła w dalszą drogę.
Jej cel znajdował się o wiele dalej i dotarcie tam zajmie jej kilka godzin.
Po wszystkim musiała jednak przyznać, że wyprawa była tego warta: cisza, spokój. Z dala od ludzi. Tylko ona, psy… i jej nowa znajoma, Maja, jak nazwała tajemniczego górskiego goryla.
Następnym razem, kiedy odwiedzi Vallen, zdecydowanie będzie musiała zbadać sprawę jej pochodzenia, uznała. W miejscowej bibliotece znalazła tylko wzmianki o tym gatunku sprzed kilkuset lat, a obecnie żyjące osoby znają tajemnicze stworzenia tylko z opowiadań swoich przodków…"
.
…Ale to już następnym razem, pomyślała, wędrując w kierunku wrót.
Miała tylko nadzieję, że wtedy nie będzie już tutaj nikogo z Atlantydy. Do dwójki naukowców nic nie miała, ale reszta… No cóż, na chwile obecną wolałaby nie spotykać ich w najbliższym czasie.
A może nawet nieco dłużej…
Zbliżały się właśnie do sporej polany, na której znajdowały się wrota. Już z tego miejsca mogła jednak dostrzec postać w czarnym, długim płaszczu oparta o DHD… i wyraźnie znudzoną długim czekaniem.
- Shin, Tasha. Kto tam jest? - rzuciła do psów, wskazując kierunek. - Kto tam jest? - powtórzyła, kiedy te zatrzymały się na moment, próbując zlokalizować źródło jej zainteresowania.
A potem nagle ruszyły z miejsca niczym dwie torpedy, pędząc wprost na Wraith.
Kate uśmiechnęła się, lekko rozbawiona tym widokiem, patrząc jak dwa psy pędzą przez polanę, by przywitać się z przybyszem.
- Aż mi go żal, kiedy go dorwą - parsknęła Mili.
- Taaaak… Ale przynajmniej nie tylko ja będę cierpieć w ten weekend - dodała z beztroskim uśmiechem.
- Jesteś wredna, wiesz - zachichotała.
- Tak, wiem - odpowiedziała, wciąż z tym samym wyrazem twarzy.
- Hej! Harrigan! Zaczekaj! - rozległ się niespodziewanie z tyłu męski, znajomy głos, przerywając jej rozmyślania.
Kobieta zatrzymała się, zrezygnowana, warcząc cicho pod nosem wyraźnie niezadowolona, po czym odwróciła się niechętnie.
- Czego znowu?
- Chciałem porozmawiać z tobą chwilkę, zanim wrócisz na hive - odparł, zerkając z zainteresowaniem na młodego Wraith witającego się entuzjastycznie para psów, które wyraźnie były zadowolone z tego faktu.
- A po co? Żeby znowu mi wytknąć brak empatii dla ludzkiego nieszczęścia w tej galaktyce?
- Ostatnio nie byłaś taka opryskliwa - zauważył.
- Ostatnio nikt mnie wystarczająco nie wkurwił - odcięła.
- Podobno dobrze znasz film, więc powinnaś wiedzieć jaki jest Ronon - podniósł nieco głos, zaczynając się irytować.
- I dlatego powinnam potulnie akceptować jego chamskie zachowanie?! - także zmieniła ton głosu na ostrzejszy. - I co jeszcze?! Może powinnam być za to wdzięczna?
- Oczywiście, że nie… Ale chociażby za uratowanie tamtych dzieciaków - zauważył, już spokojniej.
- Och, proszę ci. Nikt nie kazał wam tam lecieć… Moja prośba o pomoc dla nich była skierowana do rady Vallen, nie do was - rzuciła. - Więc daruj sobie wywoływania u mnie poczucia winy i konieczności zrewanżowania się w postaci wysadzenia w powietrze kilku hive.
- W zasadzie to w próżnię - zauważył żartobliwie. - No ale mniejsza o szczegóły - dodał zaraz, widząc jej ponure spojrzenie.
- Proszę cię, Sheppard, darujmy sobie już tą pogawędkę - powiedziała spokojnie. - Naprawdę nie mam ochoty bawić się dalej z wami w te słowne szarady. To był ciężki weekend, a czeka mnie jeszcze operacja, więc chciałabym mieć chociaż trochę spokoju.
- Masz rację. Wybacz… W końcu przyszedłem tu, aby cię przeprosić, a skończyło się na kolejnej sprzeczce… Widać nie jest nam dane się dogadać - dodał z lekkim uśmiechem.
- Może innym razem - odparła z lekkim uśmiechem i ruszyła dalej.
- Czyli nie wykluczasz jednak możliwości współpracy?... Kiedyś? - rzucił za nią.
Odwróciła się do niego, idąc teraz tyłem.
- Hej! W końcu trafiłam do filmowego świata - stwierdziła, nieco rozbawiona rozpościerając ramiona. - W którym Wraith bawi się z moimi psami - dodała, wskazując kciukiem przez ramię.- Więc chyba nie powinnam niczego wykluczać - zażartowała i ponownie odwróciła się przodem w kierunku wrót.
- A więc: do następnego razu! - zawołał za nią, stojąc cały czas w miejscu.
Kobieta odpowiedziała mu jedynie gestem ręki, unosząc ją w górę z lekkim skinieniem.
Towarzysząca jej dziewczyna zerknęła na pułkownika. Właśnie zawracał w kierunku miasteczka, idąc przez chwilę tyłem, jakby czekał na jeszcze jakąś reakcję ze strony Harrigan. Zaraz jednak zrezygnował i odwracając się, przyspieszył kroku.
Mili spojrzała na Kate.
- Rzeczywiście masz zamiar z nimi współpracować? - zapytała, jakby nieco zdziwiona.
- Wcześniej czy później do tego dojdzie… Są dosyć uparci… Osobiście wolałabym później, no ale… Czas pokaże - odpowiedziała spokojnie.
- Ale to przecież oznacza zabijanie Wraith… Na przykład jego - gestem głowy wskazała na Lostpath. - A ty go lubisz.
- A kto powiedział, że ta współpraca ma się opierać na zabijaniu? - spytała, spoglądając na nią z pewnym siebie uśmiechem. - Preferuje inne rozwiązania… Jak na przykład retrowirus Carsona.
- Myślisz, że Wraith na to przystaną?
- Nie wszyscy… Ale cześć… Kto wie… Niezbadane są wyroki boskie - dodała z szerokim uśmiechem.
- To jakieś powiedzenie? - zmarszczyła nieco brwi.
- Tak - rzuciła i obie zatrzymały się w pobliżu DHD. - Może chcesz je adoptować? - zażartowała, zwracając się do młodego Blade.
- A co? Już ci się znudziły? - odciął, podchodząc do nich.
- Nie… Ale może wtedy Zgredek pozwoli je zabrać na hive - wyjaśniła, znów uśmiechając się szeroko.
- Aaaa… Ciekawy plan - przyznał i spojrzał na dziewczynę. - Mili… - rzekł uprzejmie do niej i skinął lekko głową na powitanie, ku jej niemałemu zaskoczeniu.
- Yyy… Witaj - odparła zdezorientowana jego zachowaniem.
- Taaaak… czasami bywa nieco szarmancki - zażartowała Harrigan.
- Co to znaczy? - spytała półszeptem.
- Że mężczyzna jest bardzo uprzejmy… Szczególnie wobec kobiet - wyjaśniła. - Ale nie przyzwyczajaj się do tego. To zazwyczaj odosobnione przypadki - dodała szyderczo, spoglądając na Wraith.
- Ha… Ha… - odciął, jakby ozięble. - Zbieraj się. Twoja operacja już czeka - dodał i podszedł do DHD, aby zacząć wpisywać adres.
- Oo… Widzę, że ktoś się sprężył.
- Przylecieli kilka godzin temu, więc zapewne wszystko jest już gotowe - odparł i spojrzał na wrota.
Te wypluły właśnie z siebie szeroki strumień energii przypominający wzburzoną wodę, który zaraz wycofał się i utworzył delikatnie falującą taflę.
Kate zagwizdała na psy, aby zapiąć je na smycz i pożegnać się z nimi, po czym przekazała je dziewczynie. Uścisnęły się mocno na pożegnanie i kobieta ruszyła za Wraith w kierunku wrót.
W pierwszej chwili oba psy skoczyły do przodu, chcąc pobiec za nią, ale na szczęście w porę wysłała im telepatyczny nakaz, by pozostały na miejscu i nie pociągnęły biednej Mili za sobą. Husky usiadły na trawie, wpatrując się w odchodzącą Kate i pojękując niecierpliwie, jakby gotowe w każdej chwili na jej znak, by także mogły ruszyć w drogę. Ale ona zatrzymała się tylko przed horyzontem zdarzeń, spoglądając jeszcze raz z uśmiechem na dziewczynę, po czym weszła w tunel.
