Rozdział 44

Zatrzaśnięte drzwi…?

Pomieszczenie, do którego weszła, wydało się jej znajome.

Byli na hive.

Wrota zgasły za nimi, sprawiając, że zapadł półmrok.

- Nie jesteśmy na orbicie, prawda? - spytała, marszcząc nieco brwi.

- Nie. W innym systemie - odparł, ruszając w kierunku wyjścia. - Jak wypoczynek? - zainteresował się.

- Nawet mi nie przypominaj - mruknęła, podążając za nim.

- Z powodu tego… Shepparda?

- Raczej Ronona… Wiesz: zabić wszystkich Wraith - rzuciła ironicznie basowym głosem. - Shep starał się bardziej załagodzić sytuacje, ale nie za dobrze mu to wychodziło… Albo ja byłam już za bardzo wkurzona, by dać się udobruchać - dodała z szyderczym uśmiechem. - Potem Carson wyciągnął mnie do Mannis… To ta druga osada na Vallen… No i też nie poszło najlepiej - przyznała niechętnie.

- Czyli w ogóle nie wypoczęłaś?

- Niezbyt. Jedynie wczoraj udało mi się wyrwać na większość dnia na wycieczkę z psami.

- Widzisz, to kara za to, że nie zabrałaś mnie ze sobą - rzucił i teraz to on uśmiechnął się szeroko, ukazując ostre zęby.

Spojrzała na niego krzywo.

- Samo zabranie cię tam byłoby karą - odcięła złośliwie.

W odpowiedzi posłał jej to samo spojrzenie, które przed chwilą sam otrzymał.

- Zapamiętam to sobie… Niewdzięczniku - udał urażonego.

- Niewdzięczniku? - parsknęła. - A niby za co mam być ci wdzięczna?... Poza kłopotami, w które mnie notorycznie pakujesz?

- …Chociażby za mój genialny plan oddania cię Dowódcy jako zdobyczy, żeby Darkspace nie mógł więcej rościć sobie do ciebie praw - rzucił, po krótkim namysle.

- No rzeczywiście, plan stulecia - zakpiła. - Powiedz mi jak wymyślisz jakiś lepszy powód.

- Przyjaźnię się z tobą?

Znowu obdarowała go kpiącym spojrzeniem.

- Zabrzmiało, jakbyś robił mi łaskę z tego powodu - zauważyła złośliwie.

- No, nie każdy człowiek może się pochwalić przyjaźnią z Wraith - odparł wesoło.

- Proszę cię. Nie dobijaj mnie - zachichotała. - Przez tą przyjaźń zajęłam honorowe miejsce w poczecie wyklętych mojego gatunku.

- No cóż, lepsze takie osiągnięcie niż żadne - odparł ironicznie.

- Kopnąć cię? - zapytała, tworząc wokół jednej z dłoni małe, elektryczne wyładowania.

- Sadystka - mruknął.

Kobieta nie odpowiedziała, kręcąc jedynie z rezygnacją głową, kiedy Lostpath uśmiechnął się szeroko.

.

.

Wraith, którego przedstawiono jej jako Clearcut, był średniego wzrostu i raczej szczupły. Jego sięgające do połowy pleców włosy spięte były częściowo po bokach w dwa cienkie warkoczyki ozdobione srebrnymi klamrami, a prawe oko zdobił tatuaż w kształcie podwójnej błyskawicy.

Wydawał się być miły i zainteresowany zaistniałym problemem… chociaż nie była pewne czy tylko dlatego, że z jakiegoś powodu chciał pomóc… czy też dlatego, że była to dobra okazja do praktyki na żywym obiekcie, pomyślała niechętnie z ironią.

Tak czy owak wszystko wydawało się być już ustalone na długa zanim w ogóle Harrigan wróciła na hive. Sunwind najwyraźniej bardzo dokładnie zapoznał swojego gościa z zebranymi przez siebie danymi w postaci skanów kobiety, które ostatnimi czasy miał okazję zrobić kilka razy… chociaż z zupełnie innego powodu niż usunięcie urządzenia śledzącego.

Z tego jednak powodu operacja odbyła się szybciej niż sądziła. Praktycznie niemal zaraz po przybyciu została zaprowadzona przez Lostpath do medlabu, gdzie przeprowadzono szybkie badania kontrolne, omówiono z nią przebieg operacji… i zanim się zorientowała, leżała już na stole, czując jak środek usypiający zaczyna działać…

.

"…Nastolatka przyglądała się z uwagą jak mężczyzna przygotowuje, a następnie rozpala ognisko.

To były jej drugie wakacje u wujostwa i podobnie jak w ubiegłych roku, John Harrigan postanowił zabrać dwójkę dzieciaków na biwak.

Jego syn był przyzwyczajony do takich wyjazdów i nie były one już dla niego czymś specjalnym, jednak dla młodszej o dwa lata dziewczynki była to rzadkość. W prawdzie jeździła już z rodzicami i młodszym bratem na wakacje pod namiot, jednak to nie to samo, co spędzenie kilku dni w leśnej głuszy, z daleka od wszelkiej cywilizacji.

Początkowo mężczyzna obawiał się, że będzie to dla niej zbyt trudne wyzwanie, jednak już rok temu szybko przekonał się, że jego bratanica nie jest rozkapryszoną panienką narzekającą na brak jakichkolwiek wygód. Wręcz przeciwnie. Sprawiała wrażenie zadowolonej i cieszyła się z tego co zabrali ze sobą. Jak sama zauważyła, mieli namiot i ciepłe śpiwory - a to już i tak dużo.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko na wspomnienie o tym.

W swojej wojskowej karierze miał już odczynienia z niejednym małoletnim geniuszem. Szczególnie odkąd zaczął służbę w strefie 51. Jednak ta mała biła ich wszystkich na głowę. I to nie tylko samą inteligencją, ale także czymś, co przekornie nazywał rozumem. Chodziło tu o jakże prostą, wydawałoby się, umiejętność słuchania i uczenia się od innych. A ona starała się nie wymądrzać… chociaż zdarzało się jej to, kiedy ktoś ją zirytował, zauważył. Zazwyczaj jednak odnosiła się do innych z szacunkiem, chętnie ucząc się nowych rzeczy. Nawet tych, na które inne genialne dzieciaki nie zwracały uwagi, jak chociażby sposoby rozpalania ogniska. Ale przede wszystkim potrafiła doceniać małe, proste rzeczy… i dostrzegała je.

Tak, może i córka jego przyrodniego brata była genialnym dzieckiem, ale dla niego liczyło się to, że była mądrym dzieckiem…

Przygotowując powoli posiłek złożony z konserw, John zerknął na dwójkę swoich podopiecznych, kucających na brzegu rzeki.

W tym miejscu, przy brzegu, była w miarę płytka i spokojna, lecz już nieco dalej nurt robił się rwący i był w stanie porwać ze sobą nawet dorosłego człowieka.

- Zostańcie blisko brzegu! - ostrzegł. - Dalej prąd robi się silny!

- My tylko łapiemy ryby, tato! - odparł chłopak, spoglądając na niego z szerokim uśmiechem.

- Niby jak?! - zapytał rozbawiony.

- Kate je hipnotyzuje i same przypływają!

Jeszcze bardziej rozbawiony mężczyzna uśmiechnął się tylko pod nosem, skupiając ponownie uwagę na swoim zajęciu. Dzieciaki i ich wyobraźnia, pomyślał, wrzucając do garnka zawartość ostatniej puszki. Następnie wymieszał wszystko i skosztował, aby dosolić całość.

- Tyle wystarczy? - rzucił niespodziewanie Conor, pokazując mu cztery dorodne ryby, które trzymał za ogony.

Oficer przez chwilę spoglądał na niego z niedowierzaniem.

- Ale jak…?

- Ryby mają bardzo proste umysły, więc łatwo jest je nakłonić do czegoś - wyjaśniła spokojnie dziewczynka. - Ale nie martw się wujku, nie cierpiały. Szybko je uśpiłam - dodała zaraz.

- Uśpiłaś? - powtórzył z pewna obawą.

- Tak. Bardzo głęboko zasnęły aż w końcu ich serca przestały bić… W ten sposób nie cierpiały.

- O czym ty mówisz, dziecko? - zapytał, wciąż z tym samym niedowierzaniem.

Dopiero teraz Kate zdała sobie sprawę z zaistniałej sytuacji.

- …Myślałam, że tata ci powiedział o wszystkim - odparła z wahaniem i niepokojem, zaczynając się wycofywać powoli. - Miał ci powiedzieć… - dodała półszeptem, spoglądając na Conora.

Jej kuzyn dowiedział się wszystkiego przypadkiem zaledwie kilka dni temu. Ale sądząc, że wujostwo zostało już o wszystkim poinformowane, dziewczynka nie próbowała mu niczego wyperswadować. Prosiła jednak o zachowanie tego w tajemnicy… I najwyraźniej chłopak tak właśnie postąpił, jakby jej słowa: "Ale to wielka tajemnica i nikt nie może się o tym dowiedzieć, ponieważ ludzie mogą się wystraszyć i mnie skrzywdzić" dotyczyły także jego rodziców.

Ale Conor był dzieciakiem zafascynowanym jej zdolnościami, namawiając ją w kółko aby zrobiła kolejną fajna sztuczkę. Lecz ten mężczyzna był wojskowym. W dodatku o dosyć szorstkim usposobieniu… Przynajmniej w odniesieniu do własnego syna, jak zauważyła już w poprzednie wakacje.

Kochał go… wyczuwała to… ale jego metody wychowawcze znacznie różniły się od tych, jakie praktykowali jej rodzice.

- Najwyraźniej zapomniał - niemal mruknął. - Kiedyś napomknął tylko, że twoje możliwości są znacznie większe, niż się wydaje… I teraz chyba rozumiem co miał na myśli…

Przerwał, kiedy spojrzawszy na nią, zobaczył przerażenie rysujące się na twarzy dziecka.

Stała tuż pod drzewem, przylegając do niego mocno, a jej oddech przyspieszył, jakby zaraz miała wpaść w panikę.

Jedenastolatka znów spojrzała szybko na kuzyna, szukając u niego oparcia, ale on wydawał się być równie wystraszony co ona.

- Kate?... Co się stało?… - zapytał spokojnie mężczyzna, podnosząc się.

Zaraz jednak cofnął się, widząc niewielkie wyładowania elektryczne tworzące się wokół jej dłoni.

Spojrzał na to zjawisko, lecz te po chwili zaczęło szybko zanikać, kiedy nastolatka zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła.

John Harrigan podniósł ponownie wzrok, patrząc na przerażone dziecko trzymające się teraz kurczowo szerokiego pnia drzewa. To wystarczyło mu, aby natychmiast zrozumiał jak bardzo dziewczynka musiała być wystraszona. Nie mógł tylko zrozumieć jakich strasznych rzeczy musiał naopowiadać jej ojciec, że zareagowała w ten sposób na kogoś, kogo przecież znała już od kilku lat. W prawdzie widywali się rzadko, jednak przez ten krótki czas zdążyli dobrze się poznać. Nie wspominając już o tym, że był jej wujem, członkiem najbliższej rodziny, przy którym powinna przecież czuć się swobodnie i bezpiecznie.

A mimo to teraz patrzyła na niego z takim strachem w oczach, jakby był największym na świecie potworem… I właśnie to sprawiło mu największą przykrość. Nawet już nie fakt, że jego własny brat nie miał do niego za grosz zaufania… lecz to, że najwyraźniej wmówił temu dziecku iż nawet on, jej własny wuj, mógłby ją skrzywdzić, jeśli wyjawi mu swój sekret.

- Kate… - rzekł w końcu, nieco podłamany. - Nie musisz się mnie bać, skarbie… Nic ci nie grozi.

- …Nie jesteś zły? - spytała głosem, jakby odgadując jego myśli.

- Na ciebie?... Oczywiście, że nie - zapewnił łagodnym głosem. - Dlaczego miałbym być zły na ciebie?

- Z powodu moich zdolności…

- Nie… Ale jestem zły na twojego ojca - dodał z powagą. - …A raczej bardzo zawiedziony, że nie potrafi mi zaufał i na dodatek sprawił, że teraz patrzysz na mnie jak na jakiegoś potwora - wyjaśnił, a jego odczucia dało się usłyszeć w tonie głosu.

- Może nie wiedział jak ci to powiedzieć? - próbowała załagodzić sytuację. - Nigdy nikomu nie mówiliśmy… Bo wiesz, ludzie mogliby się wystraszyć… Albo zamknęliby mnie w laboratorium - dodała ostrożnie.

John zmarszczył nieco czoło.

- W laboratorium?... A więc o to chodzi? Twój ojciec sądzi, że wydałbym się w ręce naszego rządu?

- …Chyba trochę tak - przyznała, wciąż bardzo ostrożnie dobierając słowa.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko, lecz zgryźliwie.

- W takim razie twój ojciec w ogóle mnie nie zna - oznajmił i wrócił do mieszania zawartości garnka.

Na chwilę zapadła miedzy nimi nieprzyjemna, grobowa cisza.

- Przepraszam wujku - odezwała się w końcu cichym głosem Kate. - Nie chciałam cię zdenerwować… Już nie będę robić żadnych sztuczek… Obiecuję…

Oficer spojrzał na nią, ale jego twarz nie była już surowa, lecz spokojna.

- Skarbie, mówiłem ci, że nie gniewam się na ciebie. Tak samo jak nigdy bym cię nie skrzywdził - zapewnił i wyciągnął do niej zapraszająco rękę. Tym razem podeszła ostrożnie, a on ujął jej dłonie w swoje, spoglądając prosto w jej oczy. - Nie pozwolę także, aby ktokolwiek cię skrzywdził… Nie wiem co dokładnie potrafisz, ale wiem, że jesteś bardzo mądrą dziewczynką i nie użyła byś tych… zdolności, przeciwko innym… A twój ojciec myli się. Nigdy nie zdradziłbym twojej tajemnicy… Właśnie z tego samego powodu, dla którego ma takie obawy: zbyt dobrze wiem, co ludzie byliby w stanie ci zrobić - dodał, gładząc delikatnie jej policzek.

Dziewczynka uśmiechnęła się i nagle pochyliła do przodu, aby objąć go mocno za szyję.

Mężczyzna objął ją powoli, jakby wahając się w pierwszej chwili, po czym przytulił mocniej"

.

Obudziło ją ciche, niskie buczenie, które po chwili przekształciło się w dobrze znany jej szum: język hiveship.

Otworzyła powoli oczy.

W pomieszczeniu panował półmrok. Jedyne bladego, źródło żółto-pomarańczowego światła stanowiły lampy wbudowane w kilka kolumn rozstawionych po obu stronach medlabu.

Rozejrzała się nieco. Wciąż leżała na tym samym stole, na którym była operowana, lecz teraz już na plecach.

Sięgnęła ręką do karku, by sprawdzić ranę. Coś, co w dotyku przypominało jej plaster, było przylepione do skóry w operowanym miejscu. Wolała jednak nie zagłębiać się w szczegóły na temat materiału, z którego wykonano ten opatrunek.

Podniosła się ostrożnie, by usiąść na blacie, opierając się o niego dłońmi. Wciąż jeszcze odczuwała skutki środka usypiającego: lekkie otępienie, któremu teraz dodatkowo towarzyszył ból głowy. Na tyle silny, aby dodatkowo źle wpłynął na jej samopoczucie. Dlatego jedynym plusem było wciąż jeszcze działające znieczulenie - przynajmniej nie czuła jeszcze bólu w miejscu rany, pomyślała.

- Słyszałem, że miałaś ciężki… jak ty to nazywasz? Weekend? - odezwał się niespodziewanie znajomy, gardłowy głos.

Harrigan spojrzała w bok, gdzie z półmroku wyłoniła się postać wysokiego Wraith.

- Widzę, że twój szpieg zdał ci już pełną relację? - zapytała drwiąco.

- To jej praca.

- A teraz ty przyszedłeś napajać się tym?

- Skąd ten pomysł? - spytał nieco zaskoczony.

- Proszę cię. Nie udawaj zatroskanego, bo kiepsko ci to wychodzi… Założę się nawet, że maczałeś w tym swoje śliskie, zielone paluchy - rzuciła z lekką irytacją. - Zapewne odstawiłeś jakieś wraithowskie voodoo, żeby jeszcze bardziej uprzykrzyć mi życie - mruknęła na koniec.

Dowódca nie odpowiedział od razu, splatając najpierw ramiona na piersi.

- A dlaczego uważasz, że uprzykrzanie ci życia, to mój cel?

Kate posłała mu pokpiwające spojrzenie.

- Ponieważ robisz to od samego początku… To rodzaj twojej zemsty za to, że śmiem ci się przeciwstawiać. Tobie, Wraith i na dodatek Dowódcy całego hive - odparła, znów pełnym ironii tonem. - I od samego początku byłeś przeciwny mojej wycieczce na Vallen - dodała, unosząc na moment nieco brwi.

Wildfire spoglądał na nią przez chwilę. O ile do tej pory jej postawa i… teoria, nawet go bawiły, o tyle po ostatnich słowach ów dobry nastrój prysł.

Poza raportami od innych osób, sam zdążył już zauważyć, że sarkazm kobiety nie zawsze ma na celu obrażenie kogoś, lecz często służy do wywołania konkretnej reakcji: słownej, żartobliwej potyczki.

Ale tym razem ton jej głosu zdecydowanie sugerował, że mówi poważnie… co wywołało u niego pewną dozę gniewu. Pomimo, iż początkowo, był w stanie obwinić za to jej złe samopoczucie po przebytej dzisiaj operacji.

- Skoro tak uważasz, to zapewne nie zdziwi cię moja decyzja - oznajmił wyniośle, zwracając ponownie na siebie jej uwagę. - To były ostatnie twoje wolne dni - syknął przez zęby. - Od tej pory twój czas pracy trwa cały tydzień… I nie opuszczasz tego statku - podkreślił stanowczo, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia.

- Jasne! Kop leżącego!... To, że masz dziesięć tysięcy lat i jesteś Dowódcą hive, nie upoważnia cię do pomiatania innymi!

Wraith zatrzymał się i powoli odwrócił w jej stronę.

- A fakt, że jesteś znacznie mądrzejsza od innych, nie upoważnia cię do szydzenia z nich - odparł stanowczo. - Tak samo jak fakt, z jakiego świata pochodzisz, nie upoważnia cię do łamania na każdym kroku wszelkich panujących tutaj zasad… i zachowywania się jak wszystkowiedzące bóstwo - wycedził.

W pierwszej chwil Harrigan zapowietrzyła się nieco, zupełnie zaskoczona jego słowami.

- To nieprawda. Nie robię tak - zaprotestowała.

- Doprawdy? - rzekł pewny siebie, mierząc ją wzrokiem, po czym ponownie ruszył w kierunku wyjścia, lecz tym razem już spokojnym krokiem.

Kobieta patrzyła za nim bez słowa, póki nie wyszedł na korytarz, znikając za podwójnym skrzydłem drzwi.

Tym razem była to bolesna lekcja dla niej.

Zawsze starała się traktować innych fair, nie zwracając uwagi na to kim są, ani tym bardziej jaki jest ich zasób wiedzy. Dlatego też słowa Vi zupełnie ją zdezorientowały. Nie przypuszczała nigdy, że jej zachowanie może być odbierane jako aroganckie. Sugerujące pogardę względem innych osób.

A jednak w jego słowach było coś, co sprawiło, że poczuła się dotknięta… a tym bardziej przywołana do pionu, zmuszając ją do refleksji na ten temat. Właśnie zdała sobie bowiem sprawę, że tym razem to ona przeholowała i było to jak gwóźdź do jej własnej trumny. Jak głośne zatrzaśnięcie ostatnich uchylonych jeszcze drzwi… Ironiczne podsumowanie całego tego cholernego weekendu, pomyślała z irytacją. A nawet całego jej pobytu w tym świecie.

Przymus przebywania cały czas na pokładzie tego statku powodował bowiem, że została zupełnie odcięta od resztek tego, co wiązało ją z jej dotychczasowym życiem. …

Zeszła z blatu, poirytowana i chciała ruszyć za Wraith, by domagać się swoich praw… gdy nagle nogi ugięły się pod nią, a cały świat zawirował.

Potem poczuła tylko jak opada bezwładnie i wokół powoli zaczęła zapadać ciemność…

.

.

"…Zachód słońca nad oceanem.

Ten widok zawsze wprawiał ją w błogi nastrój. Szczególnie kiedy tak, jak tym razem, błękitne jeszcze niebo pokrywały się puszystymi chmurami, mieniącymi się żółtymi i pomarańczowymi kolorami przemieszanymi gdzieniegdzie z odcieniami purpury. Już dawno nie widziała takiej furii barw.

A mimo to tym razem ten przepiękny widok wprawiał ją w przygnębienie, przypominając ile zdjęć takich właśnie scen wykonała jej matka. I że to właśnie ona obudziła w niej zamiłowanie do fotografii…

Jeszcze mniej uwagi zwracała na mężczyznę siedzącego naprzeciw niej przy kuchennym stole. Po prostu wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w okno, za którym rozciągał się widok na ocena i niknące powoli za horyzontem słońce.

- …Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - spytał w końcu poirytowany. - Kate?!

Drgnęła na dźwięk poniesionego tonu głosu i spojrzała na niego zdezorientowana.

- I właśnie o tym mówię od kilku minut - dodał, wyraźnie zły. - Ja się produkuję jak głupi a ty nawet nie raczysz słuchać... I tak to właśnie wygląda od kilku miesięcy. Żyjesz we własnym świecie, zupełnie nie zawracając uwagi na innych. Odcięłaś się już od wujostwa, ale skoro tak uparcie chcesz także odsunąć się ode mnie… to proszę bardzo - rzucił, wstając z wysokiego krzesła. - Ja mam tego dosyć - dokończył i ruszył w kierunku wyjścia.

- Gdzie idziesz? - spytała, wodząc za nim wzrokiem.

Logan zatrzymał się i odwrócił do niej powoli.

- Tydzień temu otrzymałem propozycję wyjazdu do Afganistanu… Odrzuciłem ją, z powodu ciebie… Z powodu nas… Ale teraz… Teraz widzę, że powinienem ją przyjąć… bo ciągnięcie tego wszystkiego dalej nie ma najmniejszego sensu, skoro tylko mnie na tym zależy - dodał i znów ruszył w kierunku drzwi wyjściowych domu.

- To nieprawda - zaprotestowała, podążając za nim.

- Doprawdy? - zapytał ironicznie, trzymając już w dłoni klamkę. - W takim razie powiedz mi o czym przed chwilą mówiłem? - zapytał, wskazując ręką w kierunku kuchni.

Ale ona była w stanie mu odpowiedzieć, patrząc tylko przepraszającym wzrokiem.

- No właśnie - mruknął. - I nie patrz tak na mnie, bo to już nie działa - dodał i pociągnął za klamkę, otwierając drzwi, by wyjść na niewielki taras.

- Logan? - zawołała za nim prosząco i zrobiła krok do przodu.

Znowu zatrzymał się i spojrzał na nią, lecz tym razem jego twarz nie wyrażała już kompletnie niczego. Ani gniewu, ani smutku. Ani nawet rozczarowania.

- Uważaj na siebie, Kate - dodał tylko i podszedł do stojącego na podjeździe samochodu.

A ona patrzyła tylko w milczeniu jak wsiada do niego i odjeżdża. Sama nie wiedziała dlaczego nie powiedziała ani nie zrobiła niczego. Dlaczego nie próbowała go zatrzymać, patrząc tylko ze smutkiem na odjeżdżający pojazd.

Może dlatego, że w głębi duszy zgadzała się z nim: to, co było między nimi, już dawno temu zaczęło znikać. A ona, zajęta swoim bólem, nawet nie zwróciła na to uwagi.

I nie starała się walczyć o to uczucie.

Relacje z innymi ludźmi zawsze były jej słabą stroną. Nigdy nie czuła potrzeby podtrzymywania z nimi jakiejś bardziej zażyłej więzi, więc teraz… no cóż, teraz po prostu stała jak przysłowiowy słup soli i patrzyła jak mężczyzna opuszcza teren posiadłości.

Sama zatrzasnęła drzwi ich dalszej, wspólnej przyszłości… i to tuż przed jego nosem"