Rozdział 49
Druga strona medalu - cz.1.
Tym razem Kate postanowiła nie ryzykować i jeszcze tego samego wieczora opuściła hive.
Na jej szczęście na Vallen panowała akurat podobna pora dnia, więc bez problemu, pod przykrywką nocy, przemknęła się do domu Miriam tylnym wejściem… chociaż zapewne nagły skowyt radości dwóch psów zastanowił niejednego sąsiada.
Nikt jednak nie pofatygował się, aby sprawdzić co jest tego powodem, więc reszta późnego już wieczoru upłynęła spokojnie bez niezapowiedzianych gości.
Rankiem natomiast kobieta wymknęła się z miasteczka już o świcie i szybko zniknęła wraz z psami na leśnej ścieżce. Jej celem ponownie było jeziorko w wyższych partiach gór.
Pogoda zapowiadała się na słoneczną, więc miała zamiar skorzystać z tego póki jeszcze może. Miriam zapowiadała bowiem rychłe nadejście zimy, więc mogły to być ostatnie tak ciepłe dni.
A poza tym, wędrując lasem, wpadła na pomysł aby poćwiczyć trochę sztuki walki Wraith.
Po drodze znalazła sobie odpowiedni do tego celu kij i gdy tylko wygrzała się nad jeziorkiem w porannych promieniach słońca, przystąpiła do powtórki z ostatnich lekcji.
- …Skup się na otoczeniu i utrzymuj równowagę - instruowała sama siebie słowami Stardusta, przestępując powoli z kamienia na kamień i symulując kijem ciosy oraz bloki.
Początkowo szło jej to całkiem nieźle, ale kiedy zaczęła wykonywać szybsze ruchy i szybciej przestawiać stopy na kamieniach, jej ruchy stawały się coraz bardziej niezgrabne i chwiejne.
Taaak, równowaga, pomyślała… łatwo powiedzieć, trudniej zrobić - parsknęła w duchu... i właśnie ten moment dekoncentracji przyczynił się do jej upadku, kiedy przechodząc na kolejny kamień, źle postawiła stopę i ta ześlizgnęła się.
Kate zachwiała się, zamachała kilka razy ramionami, próbując utrzymać równowagę… i po chwili runęła do tyłu, wprost do zimnej wody górskiego jeziorka. Na szczęście dla niej tutaj dno pokrywał już drobny żwirek, lądując na nim, a nie na kamieniach.
Zaraz potem po okolicy rozległ się jej krzyk, niemal pisk, kiedy poczuła przeszywający chłód wody.
Bawiące się w pobliży psy zatrzymały się i spojrzały na nią z zainteresowaniem.
- ...Ale …zimna! - jęknęła po polsku i zaczęła się podnosić, mokra i zziębnięta.
I wtedy jej oczom ukazała się postać w czarnym płaszczu, długich, białych włosach… i z szerokim uśmiechem rozbawienia na twarzy - Wildfire.
Naburmuszyła się jeszcze bardziej i poczłapała powoli między kamieniami do brzegu.
W przeciwieństwie do niej psy okazały zdecydowanie więcej entuzjazmu na jego widok, podbiegając szybko do Wraith, aby się przywitać.
- Źle balansujesz ciałem - parsknął, poklepując psy po karkach.
- Wyobraź sobie, że zdążyłam zauważyć - burknęła drwiąco. - Szczególnie kiedy wylądowałam tyłkiem w lodowatej wodzie - wymamrotała po polsku i zatrzymała się na brzegu, trzęsąc się z zimna. - Co tu robisz? Nie, czekaj, sama zgadnę: specjalnie pofatygowałeś się tutaj osobiście, aby mi powiedzieć, że coś się zepsuło i mam natychmiast wracać? - dodała zgryźliwie.
Zignorował cała serie jej złośliwości… Chociaż w pierwszym odruchu nie chciał… ale przecież nie dlatego tutaj przyszedł, upomniał sam siebie. Zresztą na co dzień on wcale nie traktuje jej lepiej, jak nieraz już wytknął mu Stardust, więc jej zachowanie nie powinno go dziwić… Odpłaca mu tym samym… I ku swojemu zaskoczeniu zauważył, że właśnie to go dotknęło.
- Skąd takie założenie?
- Yyyy… z doświadczenia? - odparła, znów ironicznie.
- A zatem tym razem rozczaruję cię… Jak sama wczoraj zauważyłaś, skoro mamy współpracować, powinniśmy sobie zaufać. A żeby to się stało, należy lepiej poznać drugą osobę… Uznałem więc, że bardziej neutralny teren, jak Vallen, może być do tego dobrym miejscem… Zauważyłem cię z myśliwca, jak ćwiczysz. Mogę udzielić ci kilku wskazówek… Jeśli oczywiście zechcesz.
W pierwszej chwili jego spokojny ton i spojrzenie zupełnie zdezorientowały Harrigan… ale mimo to ona nie była w stanie powstrzymać się od złośliwości… A może raczej nie chciała.
- Wskazówek?! - parsknęła. - Ty?!... Bardziej spodziewała bym się po tobie hasła w stylu: nauka stylów walki Wraith jest surowo zabroniona dla ludzi… Człowieku - dodała ironicznie, splatając ramiona na piersi.
Wraith z trudem opanował swoja irytację.
- Widziałem wielu ludzi walczących znacznie lepiej niż niektórzy Wraith - odparł, wciąż spokojnie, podchodząc do niej powoli. - Przegrali tylko dlatego, że jesteśmy od was szybsi i silniejsi… Wiem, że na hive Stardust i Stroke udzielają ci lekcji, więc byłem ciekaw jak ci idzie.
- Kiepsko… Jak było zresztą widać na załączonym obrazku - mruknęła i podeszła do swojego plecaka, aby wyciągnąć z niego ręcznik. - Na Ziemi mój wuj uczył mnie trochę wojskowych technik, ale szło mi znacznie lepiej niż teraz - dodała i usiadła na brzegu owijając się ręcznikiem.
Pomimo ciepłych promieni słońca, niemal lodowata woda jeziora sprawiła, że wciąż było jej zimno.
- Twój wuj jest żołnierzem? - zainteresował się.
- Tak… Pracuje w strefie 51… Tam gdzie budowaliśmy generator.
- A dlaczego interesują cię nasze sztuki walki? - spytał.
Wzruszyła obojętnie ramionami.
- Dla samoobrony - odparła i spojrzała na niego, mrużąc oczy od słońca. - Kiedy sobie biegałam z planety na planetę, kilka razy miałam bezpośrednie starcie z Łowcami i prawdę powiedziawszy, gdyby nie zabawa w Zeusa, moje umiejętności walki niewiele by mi pomogły… Wasz styl jest inny… No i jak sam zauważyłeś, jesteście szybsi i silniejsi, więc uznałam, że dobrze byłoby podszkolić się trochę u Wraith w tej kwestii. Żeby lepiej poznać wasz sposób walki… Tak na wszelki wypadek - dodała z lekkim, ironicznym uśmiechem.
- Rozumiem - niemal mruknął i podszedł bliżej, aby kucnąć blisko niej. - Rozsądne podejście - przyznał.
Uniosła nieco brwi, zaskoczona jego słowami, a potem zmarszczyła czoło.
- Jesteś chory, czy to jakaś podpucha?
- Podpucha? - powtórzył. - Nie rozumiem tego słowa.
- …Prowokacja - wyjaśniła.
Wildfire uśmiechnął się kącikiem ust.
- Dlaczego tak uważasz?
- Bo powiedziałeś, że to rozsądne podejście?… I że chcesz mi udzielić wskazówek? - przypomniała mu powoli, jakby lekko niepewna czy powinna. - W ogóle nagle zrobiłeś się podejrzanie miły, zamiast się wściekać, że powinno mnie interesować tylko naprawianie hive - wytknęła mu nieco na koniec.
- No tak - mruknął. - Masz rację. Bywałem wobec ciebie… szorstki…
- Bywałeś? - parsknęła, rozbawiona.
W pierwszej chwili spojrzał na nią oschle i wyniośle, z cichym, ostrzegawczym warknięciem… jak zawsze… ale zaraz potem uspokoił się.
- …Byłem dla ciebie szorstki - poprawił się powoli. - Ale Stardust uważa, że skoro dla nas pracujesz i…
Przerwał, widząc wyraz jej twarzy, kiedy uniosła mocno brwi.
- Aaaaa, rozumiem… Maxiu albo nawet Rada, kazali ci być dla mnie milszy… Niech zgadnę: z powody tej całej bajki o… AVATARS - podkreśliła to słowo, wykonując jednocześnie palcami w powietrzu gest symulujący cudzysłów. - No i wszystko jasne - mruknęła na koniec.
Dowódca zmrużył nieco oczy.
- Ty nie lubisz, kiedy on cię tak nazywa, prawda? - zauważył, jakby nieco podejrzliwie, a jednocześnie rozbawiony.
Spojrzała na niego krzywo.
- Proszę cię… Czy ja wyglądam na ascendenta? Na istotę oświeconą?... To, że znam kilka sztuczek i mam IQ wyższe niż reszta ludzkiej populacji, nie czyni ze mnie od razu Avatara - odparła. - …Poza tym, Avatar raczej nie dał by się wkopać w zabawę w chowanego z Łowcami Wraith… A już na pewno nie przeklinałby tak jak ja nieraz, kiedy musze przedzierać się przez wasze tunele techniczne - dodała, nieco ironicznie.
Wraith uśmiechnął się lekko.
- Więc dlaczego on wciąż powtarza, że jesteś Avatarem? - spytał spokojnie.
- Ponieważ nie potrafię mu wyperswadować tej głupoty - rzuciła, jakby nieco poirytowana. - Nawet nie wiesz jakie to czasami bywa wkur… irytujące. Kiedy zaczyna te swoje opowieści o Avatars - burknęła. - OK, są fajne. Dają mi pewien wgląd w waszą historię sprzed Wielkiej Wojny… Inny wasz obraz… Ale… na litość boską, ile razy mogę mu powtarzać, że nie jestem żadnym cholernym Avatarem? - dodała, zrezygnowana i jednocześnie poirytowana, patrząc na niego, jakby oczekiwała wsparcia.
Znowu uśmiechnął się kącikiem ust.
- Tak, to może być irytujące - przyznał spokojnie, chociaż bardziej miał na myśli własne rozmowy z wujem na ten temat. - …I masz rację… Avatars raczej by nie przeklinali, tak jak ty - zadrwił nieco. - …Ale muszę się przyznać, że moje zachowanie wynikają właśnie z tej kwestii… Chodzi o Avatars - wyjaśnił. - Uznałem, że jeśli rzeczywiście jesteś Avatarem z tutejszej legendy, jak twierdził Stardust, to twoje zachowanie bardzo przypomina arogancję Lanteans, jaką pamiętam z czasów wojny... I właśnie to najbardziej mnie irytuje w twoim zachowaniu.
Harrigan uśmiechnęła się szerzej.
- Nieee, ja tak niestety mam naturalnie - zażartowała ironicznie. - Poza tym lubię sarkazm, więc jak trafie na kogoś, kogo mogę powkurwiać, to… Zresztą sam dobrze wiesz - dodała z szerokim, niewinnym uśmiechem.
- Niestety - niemal mruknął, chociaż spokojnie. - Ale prawdę powiedziawszy przez dłuższy czas uważałem, że twoje zachowanie to jakaś… złośliwa gra Avatars… Że cały czas nas testujesz… Irytowało mnie to na tyle mocno, że postanowiłem zachowywać się wobec ciebie w ten sam sposób… - przerwał, kiedy kobieta parsknęła śmiechem. - Co cię tak bawi? - spytał, bardziej poważnie.
- No to się dogadaliśmy - zachichotała. - Ja myślałam, że jesteś taki gburowaty… bo jesteś Wraith… a ty sądziłeś, że jestem złośliwym Avatarem… Taaak, grunt to się dogadać - dodała, kręcąc z rozbawieniem głową.
Wildfire przyglądał się jej uważnie przez chwilę.
Wydawał się mówić prawdę. Być zwykłą, ludzką samicą, pomyślał. Zwykłym śmiertelnikiem… Ale jeśli to rzeczywiście Avatar, jak twierdzi Stardust, to cała ta rozmowa mogła być tylko jedną, wielką grą… A on znowu dał zrobić z siebie głupca, chcąc uwierzyć, że jednak jest tylko człowiekiem.
- A nie jesteś? - spytał w końcu z powagą.
Tym razem ona spoglądała na niego przez pewien czas, prosto w jego żółte oczy. Znów dostrzegła w nich tą samą arogancję... wyniosłość Dowódcy hive, którą zazwyczaj widziała w jego spojrzeniu… Ten mur, którym odgradzał się od innych - zupełnie jak ona, pomyślała.
A potem uśmiechnęła się lekko kącikiem ust.
- Cokolwiek zrobię… i cokolwiek powiem, zawsze możesz zadać to pytanie, uznając, że to jakaś kolejna moja zagrywka… sztuczka, aby cię oszukać - odparła z powagą. - Ale wiesz co? Mam gdzieś w co wierzysz… I mam dosyć powtarzania w kółko, że nie jestem Avatarem… bez względu na to, co mówią Stardust czy Stroke, jestem tylko człowiekiem z innego wymiaru… i z kilkoma niezwykłymi umiejętnościami, ale raczej daleko mi do ascendencji… Więc możesz w to uwierzyć lub nie. Twój wybór… W każdym razie ja dotrzymam mojej części umowy i zmodernizuje twój hive, tak jak chcesz… A potem nasze drogi się rozejdą i nie będziesz już musiał więcej się zastanawiać, czy jestem złośliwym Avatarem, robiącym z ciebie durnia, czy też nie - dodała i podniosła się, zabierając swój plecak, po czym ruszyła brzegiem jeziorka.
Psy spojrzały najpierw na wciąż kucającego Dowódcę, a potem potruchtały za Harrigan.
Wraith podniósł się i spoglądał za nią przez dłuższą chwilę, analizując jej słowa.
W jednym miała rację, pomyślał. Cokolwiek powie, to i tak od niego będzie zależało, w którą wersję uwierzy: jej czy Stardusta. I chociaż osobiście wolałby, aby to ona miała rację, to jednak pewność jego wuja i dziadka, wciąż podważała przekonanie Wildfire, że Katherin Harrigan nie jest nikim więcej, jak tylko człowiekiem… Nie całkiem zwykłym, ale tylko człowiekiem…
Ruszył powoli w jej ślady, wciąż pełen rozterki.
Mocniejszy podmuch wiatru sprawił, że kobieta zadrżała z zimna i mocniej opatuliła się ręcznikiem. Wciąż była mokra od pasa w dół, a jak na złość nad górami pojawiła się właśnie spora chmura, zaczynając zasłaniać słońce.
Drgnęła, zaskoczona i spojrzała w bok, kiedy Wraith zarzucił swój płaszcz na jej ramiona.
Zatrzymała się.
- Jesteś mokra. Przeziębisz się - powiedział niemal obojętnym tonem. - A chora opóźnisz tylko modernizację hive… I zarazisz innych Czcicieli - mruknął i nagle spojrzał prosto w jej oczy. - Uważam, że jesteś śmiertelna… jak inni ludzie… Nie rozumiem tylko dlaczego Stardust i Stroke tak bardzo upiera się przy swoim.
- Pytałeś ich o to?
- Tak - mruknął ponownie. - Odparli, że cię pamiętają… Sprzed wojny… A kiedy zacząłem drążyć temat, obaj w sumie powiedzieli mi to samo, co ty… - przerwał nagle, znowu przyglądając się jej uważnie.
- Co? - spytała lekko zdezorientowana… i zakłopotana jego przeszywającym spojrzeniem.
- Może wszyscy macie rację - odparł w końcu.
- To znaczy?
- Z tego co wiem, dla Avatars czas nie ma takiego znaczenia jak dla nas…
- Żyją poza czasem linearnym?
- Nie wiem dokładnie. Znam to jedynie z opowieści Najstarszych… Podobno mają swobodny wgląd, zarówno w przeszłość jak i w przyszłość… I mogą się swobodnie poruszać w czasie i przestrzeni.
- A co to ma wspólnego ze mną?
- Stardust czy Stroje bywają czasami… ekscentryczni, jak byś to nazwała, ale żaden z nich nie jest szalony. Zawsze mogłem na nich liczyć i nigdy mnie nie okłamali - odparł. - Nawet jeśli prawda bywała bolesna. Dlatego przyszło mi właśnie na myśl, że każde z was możecie mieć rację. Jesteś człowiekiem… Tu i teraz… Ale jeśli twoje umiejętności nadal będą rozwijać się w tym tempie…
Przerwał, kiedy kobieta prychnęła głośno i rozbawiona ruszyła dalej.
Spojrzał za nią, zaskoczony i nieco zdezorientowany, po czym dogonił ją.
- Co znów cię tak śmieszy? - spytał z lekka irytacją.
- Twoja teoria… Nie mam zamiaru ascendentować - burknęła.
- To raczej nie zależy od ciebie.
- Zależy… Wystarczy, że nie pójdę za światełkiem w tunelu - odparła ironicznie, wymachując przed sobą dłonią.
- Nie rozumiem… Dlaczego tego nie chcesz? Podobno właśnie to jest celem wszystkich istot…
- Bo nie - przerwała mu, poirytowana i zatrzymała się. - Ponieważ preferuję spokojne, bezproblematyczne życie i nie mam zamiaru… szlajać się po galaktykach i w czasie - machnęła ręką. - Chociaż z naukowego punktu widzenia byłoby to bardzo interesujące… Ale nie jako Avatar… Lubię moją śmiertelna powłokę, tak więc od dzisiaj koniec ze sztuczkami. Finito. Popadam w totalna stagnację… jak wy - dodała, uśmiechając się ironicznie szerzej i ponownie ruszyła dalej, tym razem ścieżką w dół zbocza.
Dowódca dogonił ją, wciąż zdezorientowany jej zachowaniem.
- Twierdzisz, że wolałabyś życie prostej wieśniaczki? - spytał z nuta ironii.
- Tego nie powiedziałam… Lubię swoje życie… Chociaż ostatnio mniej - mruknęła i nagle zatrzymała się znowu. - Ale przez moje umiejętności mam tylko problemy - dodała, a na jej twarzy pojawił się dziwny wyraz, jakby smutek a jednocześnie irytacja. - Nie wiesz jak to jest, ukrywać przez całe życie to kim się jest naprawdę. Pilnować się na każdym kroku, aby nie popełnić gafy, która mogłaby mnie zdradzić… Gdybym przyznała się na Ziemi do moich umiejętności, zamknęliby mnie w laboratorium i do końca życia przeprowadzali na mnie testy… Kiedy natomiast trafiłam tutaj, z tego samego powodu wszyscy wokół wmawiają mi, że jestem jakimś Avatarem… Dlatego staram się nie używać moich zdolności… I prawdę powiedziawszy wolała bym ich nie mieć.
- Rozumiem - powiedział spokojnie. - Ale one nie znikną tylko dlatego, że nie będziesz ich używać… A z tego co wiem, to właśnie dzięki nim przetrwałaś jako Biegacz - przypomniał.
Kobieta skrzywiła się niechętnie.
- Tak, wiem - mruknęła. - Ale… - pokręciła lekko głową, zrezygnowana i spojrzała na chwilę w dal, a potem znów na niego. - Kiedy miałam piętnaście lat, ojciec zabrał nas do Ameryki Południowej… Na inny kontynent - wyjaśniła. - Pewnego dnia spotkaliśmy po drodze starszą kobietę, która siedziała przy drodze ze skręconą kostką… Pomogłam jej wtedy. Uzdrowiłam ją… To było bardzo miłe, bo widziałam w jej oczach wdzięczność… Ale następnego dnia przed naszym hotelem zebrał się spory tłum ludzi… Wiesz dlaczego? Ponieważ ta sama kobieta rozpowiedziała wszystkim wokół, że jestem uzdrowicielem i wszyscy oni chcieli, abym ich uzdrowiła - powiedziała z powagą. - Tutaj, na Vallen, było to samo na początku. Oni też uważają mnie za Avatara… i też oczekują ode mnie cudów… A ja nie jestem cudotwórcą - dodała z nutą irytacji i przyłożyła dłoń do jego pierwsi.
W pierwszej chwili spojrzał na nią, nieco zaskoczony… A potem jeszcze bardziej, kiedy na drugiej dłoni, którą uniosła, zaczęła formować się niewielka kula blado-niebieskiej energii. Wyglądała, jakby kilkanaście pierścieni różnej wielkości, wirowało wokół wspólnego środka w różnych kierunkach, migocząc jednocześnie delikatnie niczym srebrny pył.
- Jak już wiesz, mogę cię tym uleczyć - rzekła, a energia z kuli zaczęła wpływać do jej ciała, chociaż sama kula nie zmieniała swojej objętości. - I mogę cię tym nakarmić… - dodała, a po jej słowach poczuł, jak w jego ciało wnika coś na kształt ciepłej fali, która szybko rozprzestrzenia się po wszystkich jego komórkach.
To było bardzo przyjemne uczucie... i bardzo kojące.
I chociaż jego serce przyspieszyło, jak podczas karmienia, a sam organizm zaczął reagować tą sama ekscytacją i uczuciem sytości… to jednak to doznanie było inne… Jakby spokojniejsze, kiedy każda cząstka jego ciała zdawała się odczuwać tą energię… sam nie wiedział dokładnie jak ma określić to uczucie.
Jego oczy rozszerzyły się, a oddech przyspieszył nieco.
Spojrzał na nią. Po raz pierwszy stała tak blisko niego, zupełnie spokojna, pomyślał.
Podniosła powoli wzrok, kiedy położył swoją dłoń na jej. Teraz mógł patrzeć prosto w jej oczy - jasnobrązowe, z odcieniem zieleni. Do tej pory sądził, że miała ciemniejsze oczy. Ale w tym świetle nabrały innej barwy.
Wydawała się być lekko zakłopotana jego gestem… I jego spojrzeniem, zauważył.
- …Ale robiąc to, muszę przepuścić energię przez moje własne ciało - dokończyła cicho - aby stała się przyswajalna dla drugiej osoby. A to mnie osłabia… Jakby energia zabierała mi moją własną siłę - dodała, a kula na jej dłoni zaczęła zanikać, a wraz z nią wpływająca do ciała Wraith fala. - Możliwe, że gdybym robiła to dłużej, zabiłoby mnie to - niemal szepnęła, a potem wysunęła powoli dłoń spod ręki Dowódcy i ruszyła dalej.
Wildfire wciąż stał w miejscu, nieruchomo, próbując uspokoić serce i oddech. Dojść do równowagi.
Energii, którą otrzymał, nie było zbyt wiele i z pewnością normalnie nie zaspokoiłaby jego uczucia głodu. Ale i tak ta niewielka ilość wystarczyła, aby znacznie wzmocnić jego organizm.
Spojrzał za odchodząca kobietą i dogonił ją.
- Zapewne teraz będziesz chciał, żebym karmiła twoją załogę? - powiedziała z nuta ironii, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
- Przeszło mi to przez myśl - przyznał. - Ale jak sama powiedziałaś: to cię osłabia… Chociaż zapewne można by ustawić wszystko tak, abyś karmiła tylko jednego Wraith dziennie… Pytanie tylko czy to także nie miałoby na ciebie negatywnego wpływu.
Prychnęła lekko, uśmiechając się kącikiem ust.
- A od kiedy obchodzi cię to, jak się czuję? - spytała ironicznie.
- Odkąd modernizujesz mój statek. Bardziej potrzebuje twojej wiedzy, niż twoich sztuczek - przyznał.
- Przynajmniej na razie… Dopóki nie przymieracie głodem - odparła ironicznie i ruszyła dalej, zerkając w górę, w niebo. Chmura, która wcześniej pojawiła się nad górami, zaczęła szarzeć. A wraz z nią wzmógł się wiatr. - Będzie padało - zauważyła.
- Chyba masz rację - odparł, zerkając gdzieś w dal, a następnie ponownie na Kate. - Możliwe, że nie zdążysz na czas do Vallen… W pobliżu jest jaskinia. Tam możemy przeczekać burzę… A ty wysuszysz swoje rzeczy - zaproponował.
Przez chwilę patrzyła na niego, jakby zastanawiając się, a potem rzuciła tylko krótkie: "OK" i ruszyła dalej ścieżką, w dół zbocza.
