Rozdział 52

Zmiana przeciwnika…?

Obudził go ciepły oddech, który poczuł na twarzy.

Wraith otworzył powoli oczy, aby zobaczyć przed sobą długi, różowy język zwisający z włochatego pyska.

To wystarczyło, aby obudził się całkowicie, cofając od razu gwałtownie i otwierając szeroko oczy.

Przez chwile wpatrywał się uważnie w psa, z mieszanymi uczuciami. Ten jednak wydawał się być wyraźnie zadowolony z faktu, że Dowódca wreszcie się poruszył. Merdając wesoło ogonem i pojękując, podszedł jeszcze bliżej.

- Czego chcesz? - warknął, ale na dźwięk jego głosu zwierzę jeszcze bardziej się pobudziło, zaczynając go lizać po twarzy.

Wykrzywił się z obrzydzeniem, zasłaniając ręką i odsuwając od siebie psa.

- Odejdź - warknął znowu, siadając, ale kiedy to nie poskutkowało, wstał zupełnie z ziemi, spoglądając ponuro na szaro-białe stworzenie. - Harrigan? Twój pies coś chce - dodał i zerknął na wciąż śpiącą kobietę. - Harrigan!

- Cooo? Mam wolne - wymamrotała po polsku, zaspanym głosem.

- Twój pies coś chce - syknął.

- Zapewne wyjść na zewnątrz… Wcześniej próbowały ze mną, ale je wygoniłam…

- To dlaczego nie idzie?

- Bo zabroniłam im wychodzić, żeby gdzieś nie polazły - wyjaśniła. - Nie mam zamiaru ich potem szukać godzinami.

- To nakaż im nie oddalać się zbyt daleko - zasugerował, wciąż niezadowolony.

Dopiero wtedy kobieta spojrzała na niego i nagle parsknęła lekko.

- U nich określenie: NIEDALEKO jest względne - rzuciła rozbawiona, już po angielsku. - I zazwyczaj zawiera się w obszarze od kilku do kilkunastu kilometrów… Zaufaj mi. Znam to z doświadczenia... - nagle przerwała, aby kichnąć… A potem znowu. - Kurde… No i wykrakałeś - mruknęła, znów po polsku.

- Co zrobiłem?

- Zapeszyłeś… Mam nadzieję, że to jednak nie zapowiedź przeziębianie - dodała i znów kichnęła.

Wraith warknął cicho.

- Wstawaj… Jak tylko wrócimy na hive, idziesz do Sunwind, zanim zaczniesz zarażać innych.

- Wracać?... Mam jeszcze cały dzień wolnego - zaprotestowała, siadając.

- Na zewnątrz wciąż jest zimno, więc zanim wrócisz do Vallen, z pewnością ci się pogorszy - oznajmił stanowczo i ruszył w kierunku wyjścia.

Harrigan wstała szybko na równe nogi, patrząc za nim.

- Znowu zmieniasz zdanie jak ci wygodnie - wytknęła mu.

- Nie… Ale nie chcę ryzykować, że zaczniesz zarażać innych - odparł. - Sama wczoraj przyznałaś, że tutejsi ludzie mogą nie być odporni na wasze choroby… tak jak wy na tutejsze - przypomniał jej. - Dlatego wracamy, a ty idziesz prosto do Sunwind i masz kwarantannę.

- Mam siedzieć tydzień w swoim pokoju?

- Jeśli to będzie konieczne nawet i dłużej.

- Leczone trwa tydzień… nieleczone siedem dni - zażartowała.

Jednak Dowódca wyraźnie nie miał nastroju do żartów, marszcząc nieco czoło.

- To ten sam okres - warknął.

- To taki żart - niemal mruknęła i zaczęła pakować do plecaka swoje posłanie, składające się ręcznika i folii termoizolacyjnej. - Oznacza, że czy będę się leczyć czy też nie, to zazwyczaj takie przeziębienie trwa tyle samo czasu.

- U ciebie… Ale Czciciele mogą nie mieć tyle szczęścia… Ani tutejsi mieszkańcy, wyprzedzając twoją ewentualną sugestię o pozostaniu tutaj na czas choroby - dodał, a ona spojrzała na niego nieco zaskoczona. - Chyba nie chcesz ryzykować ich życiem. Szczególnie, że ostatnio sprowadziliście tutaj sporą grupę dzieci z innej planety.

- Masz tu jakieś kamery czy co? - rzuciła, marszcząc nieco brwi, po czym ruszyła w jego stronę.

- Nie. Wiem to od Anaini… Lubię wiedzieć co dzieje się na moim terenie.

- Aaa, zapomniałam o niej - mruknęła i wyjrzała na zewnątrz. - Ale piździ - mruknęła po polsku.

- Piździ? - powtórzył pytająco.

- To slang… Znaczy, że jest strasznie zimno - wyjaśniła i sięgnęła do plecaka po ręcznik oraz folie, które

przed chwilą tam schowała. - Chyba rzeczywiście szybko nadejdzie zima - dodała i nagle spojrzała w kierunku gorylicy.

Stworzenie siedziało spokojnie na swoim miejscu, przyglądając się im uważnie.

- Co się stało? - zapytał Wraith.

- Właśnie zdałam sobie sprawę, że ona nie przetrwa tutaj zimy - wyjaśniła z troską i zaraz dodała, widząc pytające spojrzenie Wildfire. - Jej gatunek zamieszkuje dolinę po drugiej stronie gór. Dotarła tutaj starym przejściem w jednej z jaskiń - wskazała na górskie pasmo wznoszące się po drugiej stronie dolinki z jeziorem. - Niestety to zawaliło się i utknęła tutaj.

- Skąd wiesz?

- Pokazała mi to… W myślach… Tam jest o wiele cieplej zimą niż tutaj i mają co jeść… Tutaj praktycznie nie ma pożywienia… A na pewno nie zimą - dodała pesymistycznie.

Dowódca przyglądał się uważnie kobiecie przez chwilę.

- Dlaczego tak interesuje cię jej los? - zdziwił się. - Ludzie raczej nie przejmują się losem zwierząt.

Spojrzała na niego.

- Lubię ją i martwi mnie jej los. To bardzo inteligentne stworzenie… Ale jeśli ja jej nie pomogę, nikt tego nie zrobi… Poza tym zawsze bardziej obchodził mnie los zwierząt niż ludzi - przyznała. - Z tych samych powodów, o których mówiłam wczoraj.

- Jak chcesz przetransportować ją na drugą stronę gór, skoro przejście jest zablokowane?

- Mógłbyś pożyczyć mi darta? - zasugerowała z niewinną miną. - Zgarnęłabym ją wiązką i zmaterializowała na miejscu.

- Potrafisz pilotować nasz myśliwiec? - zapytał podejrzliwie.

- Tak jakby… - przyznała wymijająco. - Miałam kilka okazji jako Biegacz…

- Czyli rozbijesz się przy pierwszych problemach - zauważył złośliwie. - Nad szczytami zapewne są silne wiatry. Szczególnie przy takiej pogodzie.

- Dobra… Bez łaski - mruknęła i wyszła na zewnątrz. - Skontaktuje się z Atlantydą i poproszę Shepparda o pomoc w transporcie.

Wraith warknął cicho.

- W porządku… Ale zajmiesz się tym, kiedy wyzdrowiejesz - burknął niechętnie. - Do tego czasu nic jej nie będzie. O tej porze roku pogoda często jej tutaj paskudna, a później ociepla się na pewien czas przed zimą… Taka mała anomalia, ale pojawia się odkąd pamiętam.

- Jesteś pewny?

- Skoro mi nie wierzysz, zapytaj swoich przyjaciół z Vallen.

- Nie twierdzę, że ci nie wierzę… - zaczęła, nieco zirytowana, ale zaraz potem uspokoiła się. - Po prostu martwię się o nią - wskazała ręką na gorylicę. - W ogóle nie powinna tutaj być… Z tego co wiem nie widziano ich po tej stronie gór o kilku stuleci… Na Ziemi podobne stworzenia nazywamy gorylami. Są spokojne i łagodne, jak te, a kłusownicy wykorzystują to i polują na nie… Nie chcę, aby te goryle spotkał podobny los… Nikomu w Vallen o niej nie mówiłam. Nie chcę, aby ktoś wpadł na pomysł, że może stanowić zagrożenie, gdyż tak nie jest. Ona trzyma się na uboczu i nawet nie podchodzi do miasteczka… Boi się ludzi.

- Tutaj nic jej nie grozi - zapewnił spokojnie. - Mieszkańcy Vallen rzadko wybierają się na takie wycieczki jak ty. A jeśli już, to przeważnie latem… W tej jaskini ma dobre schronienie, a za kilka dni z pewnością się ociepli, więc kiedy wyzdrowiejesz, wrócisz i przetransportujesz ją… Polecę Lostpath, aby ci w tym pomógł, bo jeszcze roztrzaskasz się o szczyty - mruknął na koniec nieco zgryźliwie i wyszedł na skalną półkę przed jaskinią, wyciągając zza skórzanej bransolety na przedramieniu niewielkie urządzenie.

Kate przyglądała mu się przez chwilę, marszcząc nieco brwi.

- OK… zgoda… Ale w tym momencie nasuwa mi się jedno zasadnicze pytanie: jakiej ekstra przysługi za to zażądasz? - spytała podejrzliwie.

Wildfire rzucił jej niezbyt przyjemne spojrzenie.

- A skąd ten pomysł? - niemal warknął.

- Wraith nie robią niczego bezinteresownie. A na pewno nie dla ludzi - oznajmiła.

- Aaa... Niech zgadnę? Wiesz to zapewne z twojego filmu - odparł, jakby lekko rozbawiony. - A zatem rozczaruję cię, gdyż najwyraźniej nie jest tak dokładny, jak twierdzisz - dodał.

- A niby dlaczego miałbyś mi bezinteresownie pomagać? - parsknęła lekko.

Dowódca podszedł bliżej niej, spoglądając na nią z góry.

- A dlaczego ty pomogłaś Lostpath w pokonaniu Thunderstone? - zapytał spokojnie. - Lub później, kiedy został zaatakowany?

- A co to ma do rzeczy? - zdziwiła się.

- Wiele… Także mógłbym powiedzieć, że jako człowiek, nie miałaś zupełnie żadnego powodu, aby pomagać Wraith… Szczególnie po tym, jak najpierw zostałaś zmuszona do współpracy, a następnie polowano na ciebie… A jednak to zrobiłaś… Dwukrotnie i bezinteresownie - zauważył. - Cały czas zapominasz, że dla nas istnieją dwa rodzaje ludzi: ci, którzy stanowią nasz pokarm oraz Czciciele. A wbrew pozorom większość Wraith dobrze traktuje Czcicieli… Ty natomiast, czy ci się to podoba czy tez nie, pracując dla mnie, stałaś się jednym z Czcicieli - dodał i zerknął za siebie na zbliżający się właśnie myśliwiec. - Ustaw się blisko krawędzi, żebym mógł cię łatwo zgarnąć - poinstruował, samemu stając na skraju skalnej półki. - Zostawię cię w Vallen. Ja muszę jeszcze coś zabrać z laboratorium… Spotkamy się przy wrotach.

- Wole iść pieszo, niż odpowiadać potem na tysiące pytań, dlaczego jakiś facet wyrzuca mnie rano przed domem - parsknęła.

- Wtedy na pewno będziesz chora.

- Wolę to, niż tłumaczenie się Miriam co robiłam z tobą przez cała noc w tej jaskini… Jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmiało - rzuciła. - Ona już i tak zaczyna mieć swoje teorie na temat mnie i Zgubka, więc wolę nie podsycać jej wyobraźni - dodała i ruszyła powoli ścieżką, którą wczoraj tutaj przyszli.

Wraith warknął cicho pod nosem, spoglądając za nią.

- Ludzie - mruknął i zerknął na dwa psy, które przez chwilę kręciły się wokół niego, by w końcu ruszyć za Harrigan.

Głośne fuknięcie przypomniało mu, że na miejscu pozostało jeszcze wielkie stworzenie. Spojrzał niepewnie na gorylicę, która również opuściła schronienie.

Ufała kobiecie… ale nie ufała temu, z którym tu przeszła. I to nie tylko z powodu wcześniejszego ostrzeżenia Kate. Czuła, że samiec jest inny. Groźniejszy, niż drobna ludzka samica.

Wycofała się jednak nieco a widok maszyny, która właśnie zawisła częściowo nad skalną półką.

Harrigan obejrzała się na chwilę, by zobaczyć jak pokrywa kokpitu opadła, pozwalając Wraith wskoczyć do środka. A potem myśliwiec uniósł się znowu i odleciał.

Kobieta pomachała na pożegnanie do Mai i ruszyła dalej. Najpierw ścieżką w kierunku jeziorka, a następnie w stronę odległego lasu.

Towarzysząca jej cały czas zmienna pogoda, która raz pozwalała ogrzać się w promieniach słońca, by później zasłonić je szarymi chmurami i sprowadzić chłód. Ale dzięki temu zejście do Vallen zajęło jej mniej czasu niż zwykle. Musiała się spieszyć, aby bardziej nie zmarznąć.

A kiedy w końcu dotarła na miejsce, zamiast ciepłego powitania po nocy spędzonej w górach… przywitała ją wyraźnie wzburzona Miriam, częstując Kate wylewnym kazaniem na temat jej niefrasobliwego zachowania. Jedyne co ją ratowało, to fakt, że raczyła telepatycznie powiadomić Mili co się stało, gdyż starsza kobieta chciała już zbierać ekipę poszukiwawczą.

W pierwszej chwili Harrigan postanowiła spokojnie ją wysłuchać, jednak kiedy to besztanie przedłużało się, ruszyła schodami na piętro. Musiała się jeszcze przebrać i spakować, zanim wróci Vi.

- Przepraszam, ale nie mam na to czasu - rzuciła.

- Nie masz czasu?!... Wybacz, że się o ciebie martwiłyśmy.

Kate zatrzymała się i westchnęła ciężko, próbując się uspokoić.

- Właśnie dlatego powiedziałam wczoraj Mili, że nic mi nie jest, abyście się nie martwiły. Po prostu nie chciałam wracać do domu podczas burzy… To niebezpieczne, szczególnie w górach - odparła, z trudem zachowując stoicki spokój. - Ale teraz muszę się zbierać i wracać na hive.

- Dlaczego? - zdziwiła się dziewczyna.

- Takie otrzymałam polecenie…

- Potrafisz kontaktować się z Wraith na takie odległości? - spytała, wyraźnie zaskoczona.

- …Nie zupełnie… Przysłali kogoś myśliwcem. Znalazł mnie w górach i przekazał wiadomość - skłamała, ale było to lepsze od prawdy.

Nie mogła im przecież powiedzieć, że spędziła z Wildfire całą noc w górach, jakkolwiek dwuznacznie to brzmiało… i właśnie dlatego, że tak dwuznacznie by to zabrzmiało, stwierdziła nieco rozbawiona i ruszyła do swojego pokoju.

- Mam tylko odstawić psy, zabrać rzeczy i przyjść pod wrota! - zawołała... i z trudem powstrzymała się od kolejnego kichnięcia.

Nie chciała rozsiewać tutaj zarazków. Wraith miał rację, że mogłoby to być niebezpieczne dla mieszkańców Vallen. Wystarczyło sobie przypomnieć odcinek, w którym cała załoga Atlantydy została szybko pokonana przez miejscową grypę.

Kiedy zeszła w końcu na dół, pożegnała się szybko z obiema kobietami oraz swoimi psami i znów wyszła tylnymi drzwiami. Gdyby przeszła główną ulica Vallen, trwałoby to wieki, zaczepiana najprawdopodobniej przez wszystkie mijane po drodze osoby. A tak spokojnie mogła się wymknąć z miasteczka, niezauważona i skierować wprost do wrót.

Była już niemal na miejscu, kiedy dobiegł ją znajomy dźwięk silników darta. Przyspieszyła kroku.

Nie wiedziała czy Dowódca Nebuli zlokalizował ją w jakiś sposób, czy tez był to przypadek, ale kiedy tylko weszła na odsłonięty fragment leśnej drogi, wiązka transportowa pojawiła się tuż za nią i zdematerializowała ją szybko…

Następną rzeczą, którą zobaczyła, był hangar hive oraz lądujący w pobliżu myśliwiec.

Pierwszą jej myślą było zaskoczenie, że w ogóle stoi przytomna… Najwyraźniej Wraith wyłączył ogłuszanie podczas materializacji, uznała, podchodząc do maszyny.

Pokrywa kokpitu dezaktywowała się właśnie, ujawniając pilota.

- Kiedy wyzdrowiejesz, Lostpath udzieli ci kilku lekcji pilotażu - oznajmił i wyskoczył z darta, lądując miękko obok kobiety. - Uznałem, że w sumie może ci się to przydać.

- Yyyy… dziękuję - powiedziała, nieco niepewna. - Chociaż nie wiem czym sobie zasłużyłam - zażartowała zaraz.

Dowódca posłał jej ponure spojrzenie.

- Tylko się nie przyzwyczaja - skwitował, wskazując na nią palcem i ruszył z miejsca. - To jednorazowa przysługa.

- Wiem - rzuciła, doganiając go. - Mimo to dziękuję… Szczególnie za zadeklarowaną pomoc w transporcie Mai… Jestem ci za to naprawdę wdzięczna - dodała, tym razem szczerze, co lekko zaskoczyło Wraith.

Znów spojrzał na nią, chociaż tym razem w pierwszej chwili nie za bardzo wiedział jak zareagować.

- Wolę abyś przełożyła swoją wdzięczność na skuteczność w tym, po co tutaj jesteś - odparł spokojnie.

Harrigan uśmiechnęła się nieco ironicznie.

- Tak sadziłam, że jednak tkwi w tym jakiś podstęp - rzuciła kąśliwie.

- Jestem pragmatyczny i wole czyny niż słowa - oznajmił. - A teraz idź do Sunwind. Niech ci coś zaaplikuje. Uprzedzę Stardusta, że może cię nie być przez kilka dni.

- Tak jest… szefie - zażartowała ponownie, salutując z szerokimi uśmiechem, po czym zawróciła do pobliskiego transportera… zaczynając kichać.

Wildfire spojrzał za nią i westchnął ciężko, kręcąc głową.

- New Lanteans - mruknął i ruszył dalej… chociaż musiał przyznać, że zachowanie kobiety nawet bawiło go czasami.

Ostatnie wydarzenia pokazały mu też inna jej stronę, której do tej pory nie dostrzegał. Lub tez nie chciał dostrzegać. Zaczął jednak rozumieć, dlaczego innym tak łatwo przyszło nawiązanie z nią bliższych relacji. Była inna, niż Czciciele. I inna niż pozostali New Lanteans.

.

.

Zatrzymała się przed drzwiami swojej kwatery, przeglądając specyfiki, które wręczył jej Sunwind.

Wraith dał jej to co miał, bazując na informacjach, które otrzymał od Harrigan jak na Ziemi zazwyczaj leczone są przeziębienia. Stąd też szeroki przekrój zaaplikowanych lekarstw: od naturalnych, po wytworzonych w laboratorium. Coś przecież musi zadziałać, pomyślała i znowu kichnęła. Będzie tylko musiała przestudiować jeszcze raz informacje na temat każdej z tych rzeczy.

Westchnęła i wysłała telepatycznie polecenie, aby otworzyć drzwi. Miała obie ręce zajęte, więc tym razem była to zdecydowanie przydatna umiejętność.

Dwa skrzydła rozsunęły się, ujawniając pogrążone w mroku pomieszczenie i kobieta zrobiła krok na przód, by nagle zatrzymać się. Czyjeś ramię zatarasowało jej przejście.

Kate spojrzała w bok, by zobaczyć wyraźnie rozgniewaną Antuaneth… delikatnie rzecz ujmując: rozgniewana, gdyż jej twarz wręcz kipiała wściekłością.

- Trzymaj się od niego z daleka - warknęła

Harrigan uniosła nieco brwi, patrząc na nią z mieszanka zaskoczenia i zdezorientowania, a jedyne co zdołała z siebie wydusić, to mało inteligentne: hyh?

- Myślisz, że nie wiem co kombinujesz? - ciągnęła dalej, tym samym tonem. - Twój Łowca to za mało, więc mierzysz wyżej… Ale chyba zbyt wysoko, skoro nawet Pierwszy ci nie wystarcza.

- …Yyyy… Ty tak poważnie, czy to rodzaj waszej ukrytej kamery? - parsknęła w końcu, wciąż zaskoczona słowami Czcicielki.

- Może na mężczyzn działa twoja ładna buzia i ta nagła zmiana taktyki… - syknęła Antuaneth, przysuwając się do niej jeszcze bardziej - … ale mnie nie oszukasz. Dlatego dobrze ci radzą: zajmij się swoimi sprawami i swoim Łowcą, a może pożyjesz dłużej niż początkowo sądziłam.

Kate przyglądała się jej rozbawiona, chociaż teraz zaczęła odczuwać chęć do porządnego ciosu pięścią prosto między jej oczy. Szczególnie, że kobieta sama ustawiła się na odpowiedniej pozycji, pomyślała złośliwie… i pokręciła głową, wzdychając.

- Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie dobijać - stwierdziła spokojnie. - Po pierwsze: nie groź mi… Po drugie: dla twojej wiadomości, Vi mnie nie interesuje, więc możesz go sobie zatrzymać… A po trzecie: to raczej jego powinnaś zapytać, dlaczego polazł za mną na Vallen, bo ja go tam z cała pewnością nie zapraszałam - skwitowała i chciała wejść do pokoju, lecz kobieta nadal nie pozwalała jej na to.

- A ty nie zadzieraj ze mną… Bo może się to dla ciebie bardzo źle skończyć - oznajmiła Antuaneth, wciąż tym samym rozgniewanym głosem, po czym wyminęła Harrigan i ruszyła dalej.

Kate spoglądała za nią przez chwilę, nadal rozbawiona, by po chwili pokręcić z rezygnacją głową i wejść do pokoju.

- Och te babskie problemy - parsknęła po polsku.

Położyła wszystko, co dostała od Sunwind na biurku, zastanawiając się co powinna zażyć pierwsze. Wraith bardzo ją polecał jej ziołową herbatę, więc postanowiła mu zaufać. W końcu miał za sobą kilka tysięcy lat doświadczenia, pomyślała… i nagle uświadomić sobie, że tutaj tego nie przygotuje.

Warknęła zrezygnowana pod nosem i zabierając zioła, wyszła z pokoju… by zaraz zawrócić po swój tablet. Wczorajszego dnia wpadła na kilka pomysłów i postanowiła je zapisać, póki je jeszcze w miarę dobrze pamięta.

Na hive był już środek nocy, więc korytarze były zupełnie puste. Tym lepiej, stwierdziła, przynajmniej nikogo nie spotka. A to znacznie ograniczy liczbę ewentualnych zakażeń.

Jadalnia pogrążona była niemal w całkowitym mroku. Jedyne źródło światła stanowiło kilka małych lampek tlących się nad główna ladą kuchennej wyspy zza której wydawano zawsze posiłki. Kate ruszyła powoli w tamta stronę, starając się omijać stoliki i krzesła - chociaż nie zawsze z powodzeniem. W końcu przeszła na zaplecze, aby zapalić tam światło i zacząć szykować sobie napar.

W międzyczasie pomyszkowała w tutejszej spiżarni. Umierała z głodu. W końcu nie jadła nic konkretnego od wczoraj, o czym jej brzuch zaczął brutalnie przypominał jej już od dłuższego czasu. W ten o to sposób do ziołowej herbaty dołączyła śniadanio-kolacja w postaci jajecznicy i chleba.

Tak zaopatrzona, zasiadła przy stole, zaczynając przeglądać swój tablet i zapisując coraz to nowe rzeczy.

Robiła to nawet, kiedy talerz i kubek od dawna były już puste… by w rezultacie, zanim się zorientowała, zasnąć twardym snem.