Rozdział 53

Nowy dom...część 2.

Być może to dzięki dawce świeżego powietrza na Vallen… a może po prostu ze zmęczenia i na wskutek nabytego przeziębienia, już dawno nie spała tak mocno.

Teraz jednak z tego błogiego snu brutalnie wyrwał ją silny, gardłowy głos.

- Harrigan!

Poderwała się ze stołu, spoglądając w górą poprzez mgłę rozespanych oczu. Naprzeciw niej stała znajoma postać w czarnym płaszczy i długich białych włosach - Wildfire.

- To nie moja wina… - rzuciła odruchowo.

Wraith w pierwszej chwili uniósł lekko brew jakby zaskoczony, a następnie spojrzał na nią nieco podejrzliwie.

- Co nie jest twoją winą?

- Yyy... To, o co się wściekasz? - powiedziała niepewnie, wybudzając się już całkowicie .

- Nie jestem zły... Śpisz na stole, więc Czciciele nie mogą przygotować posiłku - wyjaśnił, zerkając na stojącego w drzwiach kucharza. - A oni mają zakaz zbliżania się do ciebie z powodu choroby - dodał.

Kate spojrzała przez otwarte drzwi na grupę ludzi stojących za blatem bufetu.

- Super… Dorobiłam się etykiety trędowatej - parsknęła pod nosem.

- Dlaczego tutaj śpisz? - ciągnął dalej Dowódca. - Miałaś nie ruszać się z pokoju.

- Tak, wiem - odparła, rozglądając się po stole. - Ale byłam głodna i chciałam zrobić sobie napar z ziół, które dał mi Sunwind, więc przyszłam tutaj... A kiedy zaczęłam jeść, przyszło mi do głowy kilka pomysłów, więc zaczęłam je zapisywać... i chyba w końcu zasnęłam… - spojrzała na zegarek - …całe 3 godziny temu... Dlaczego mnie budzicie tak wcześnie? - jęknął i oparł głowę na stole.

Wildfire odwrócił tablet, zaczynając przeglądać dane.

- Następnym razem weź jedzenie do pokoju - powiedział spokojnie i po chwili dodał z lekkim niedowierzaniem: - Zrobiłaś to wszystko teraz?

- To tylko plan - mruknęła, wstając powoli z krzesła. - Muszę spędzić nad tym więcej czasu, aby przeanalizować dane, poprawić, przeanalizować ponownie, wykonać symulacji... i takie tam... Także wprowadzeni tego w życie może trochę potrwać.

- To i tak dużo jak na kilka godzin pracy - przyznał.

Kobieta spojrzała na niego gwałtownie, unosząc nieco brwi.

- Czyżbym właśnie usłyszała pochwałę? - zapytałam z nuta ironii i lekkim uśmiechem.

- Zauważam tylko fakt - odparł obojętnie. - MOŻE usłyszysz pochwałę, kiedy wprowadzisz ten projekt w życie - wyraźnie podkreślił pierwsze słowo - ...I on się sprawdzić - zastrzegł od razu.

- Nigdy nie realizuje projektów, których nie jestem absolutnie pewna - odpowiedziała, już poważniej.

- To dobrze - skwitował krótko i pchnął lekko tablet w jej stronę. - A więc zabierz się do pracy, a wtedy zobaczymy.

- A czy taki projekt zasługuje na mundurek? - wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.

Dowódca warknął cicho.

- Nie - mruknął. - A teraz idź do swojego pokoju i nie wychodź, póki Sunwind nie stwierdzi, że już nie zarażasz - polecił, po czym wyszedł z kuchni.

- Eeej… nie bądź taki - zawołała, zabierając szybko swoje rzeczy, aby go dogonić.

Stojący przed drzwiami Czciciele natychmiast odsunęli się, schodząc jej z drogi.

- Nawet nie widziałeś projektu… Wiesz jaki ładny mi wyszedł...

- Powiedziałem nie.

- To kiepska motywacja do pracy…

Wraith zatrzymał się nagle i odwrócił do niej, sprawiając, że kobieta niemal wpadła na niego.

- Próbujesz mi wmówić, że taki uniform poprawiłby efektywność twojej pracy? - zapytał spokojnie, splatając ręce za plecami i spoglądając na nią z góry.

Kate znów uśmiechnęła się szeroko.

- Oj tam, od razu wmówić - rzuciła z niewinnym uśmiechem. - Ale w takim ładnym mundurku lepiej wtopiłabym się w otoczenia. Od razu byłoby widać, że jestem członkiem załogi… Alnani też ma swój mundurek i jak ładnie się w nim prezentuje - dodała.

- Skoro czujesz się wyobcowania z powodu odmiennego stylu twoich ubiorów, poproś Matkę aby dała ci strój Czciciela - zauważył spokojnie.

Harrigan spojrzała na niego z wyraźną rezerwą.

- …Masz na myśli sukienkę? - spytała powoli i ostrożnie jednocześnie, krzywiąc się. - Bo z tego co zauważyłam większość kobiet tutaj nosi sukienki - wyjaśniła, gestykulując lekko dłonią.

Wraith uniósł lekko krew.

- A to jakiś problem? Z tego co zauważyłem, ludzkie samice preferują tego typu strój.

Kate skrzywiła się jeszcze bardziej

- Dobra, nieważne - burknęła. - Sama sobie coś skombinuje - dodała i ruszyła w kierunku drzwi. - Jeszcze czego, kiecka… Po moim trupie - burknęła pod nosem po polsku.

Dowódca spojrzał za nią z wyrazem twarzy jakby nie bardzo wiedział jak zareagować na jej słowa.

Wychodząc na korytarz, nieco naburmuszona, kobieta natknęła się na Lilith.

Dziewczyna spojrzała na nią, wyraźnie zaskoczona jej widokiem i w pierwszej chwili nie wiedziała jak się zachować.

- …Co tutaj robisz?… Matka mówiła, że jesteś chora…

- Na razie TYLKO istnieje prawdopodobieństwo, że mogę być chora, więc nie panikuj.

- Powiedziała także, że dla ciebie to nic takiego, ale dla nas może być nawet zabójcze - dodała i splotła ramiona na piersi. - A więc. Dlaczego próbujesz mnie zabić, New Lanteans? - dodała żartobliwie.

Harrigan spojrzała na nią krzywo.

- I to już jest sianie paniki - odparła, unosząc lekko palec wskazujący. - Wspomniałam Dowódcy, że ze względu iż nie pochodzę z tej galaktyki, zwykłe wirusy z mojego świata mogą być dla was niebezpieczne… Tak samo jak tutejsze dla mnie… Co nie oznacza, że zaraz zapanuje tu jakaś pandemia… Ale mam dmuchać na zimne i zostać na razie u siebie.

- Nie rozumiem o czym mówisz... Co to jest pandemia?... I dmuchanie na zimne? - spytała dziewczyna.

Kobieta niemal przewróciła oczyma.

- Pandemia, to wielka epidemia… Zaraza… A dmuchanie na zimne oznacza przedwczesne zapobieganie zagrożeniu. Przeciwdziałanie czemuś tak na wszelki wypadek - dodała i ruszyła dalej, by zaledwie po kilku krokach ponownie wpaść na kolejna osobę.

Tym razem była to czarnowłosa kobieta o błękitnych oczach, która spojrzała na nią chłodnym i wyniosłym wzrokiem.

- Uważaj jak chodzisz - warknęła Antuaneth. - A poza tym podobno masz zakaz opuszczania swojej kwatery, więc co tutaj robisz? - dodała, z wyraźna pogardą.

- Zostaw ją w spokoju - wtrąciła Lilith. - Właśnie idzie do siebie.

- Oby… Zanim ta chodząca plaga nie pozarażała wszystkich - zadrwiła.

- Jakoś nie przeszkadzało ci to wczoraj w odwiedzeniu mnie, aby mi wygrażać - odcięła spokojnie Kate, z lekkim, szyderczym uśmieszkiem, co wyraźnie rozzłościło jej rozmówczynię.

Na te słowa stojąca obok dziewczyna aż zaniemówiła z zaskoczenia. Już dawno zauważyła, że Czcicielka wyraźnie pała afektem do jej nowej przyjaciółki, ale nie sądziła, że posunie się do gróźb… Szczególnie, że Harrigan nigdy nie dała jej żadnego powodu do takiego zachowania.

- Lepiej mnie nie prowokuj… - syknęła ostrzegawczo.

- Albo co zrobisz? - odezwał się niespodziewanie z boku męski, gardłowy głos.

Cała trójka spojrzała w tamtą stronę, wprost na wysokiego Wraith - Dowódcę tego hive.

- Chyba się zapominasz… człowieku - syknął, zatrzymując się tuż przed nią.

Kobieta była tylko nieznacznie wyższa od Harrigan, więc i na nią spoglądał z góry.

- Jak śmiesz grozić innym? - ciągnął oschle. - Nie przypominam sobie także, abym mianował cię na miejsce Matki, byś miała prawo do wydawania poleceń - dodał i przysunął swoją twarz do jej. - A poza tym bądź świadoma, że ona jest znacznie bardziej przydatna dla tego hive niż ty, więc uważaj, bo jeszcze jednej taki incydent i odeślę cię na Balkhari… Zrozumiano? - warknął nieprzyjemnie.

- Tak - niemal szepnęła potulnie, jednocześnie zaciskając pięści ze wściekłości.

- To dobrze - rzekł oschle, po czym wyminął ją i ruszył dalej korytarzem.

Trzy kobiety spoglądały za nim przez chwilę, po czym Czcicielka także ruszyła w swoja stronę, specjalnie szturchając po drodze Harrigan ramieniem. Na jej twarzy wciąż rysowała się wściekłość, jednak tym razem nic nie powiedziała.

Kate zerknęła za nią, a następnie spojrzała na Lilith, by wzruszyć lekko ramionami, nieco rozbawiona.

- Idę spać dalej - powiedziała. - Przynajmniej wykorzystam sytuacje w pożyteczny sposób i wyśpię się za wszystkie czasy - stwierdziła.

- To ma być pożyteczne wykorzystanie czasu? - parsknęła lekko.

- W moim wydaniu tak - rzuciła z szerokim uśmiechem, idąc przez chwilę tyłem, a potem skręciła w kolejny korytarz.

Dziewczyna pokręciła nieco głową, rozbawiona i westchnęła ciężko, by udać się do jadalni Czcicieli.

.

.

Drzwi rozsunęły się przed Dowódcą hive, wpuszczając go do sali treningowej w chwili, kiedy młody Wraith upadał z głuchym łomotem na podłogę.

Zresztą po raz kolejny podczas tego treningu.

Na widok nowo przybyłego uśmieszek satysfakcji na ustach Lostpath zniknął natychmiast, a on sam wyprostował się niemal na baczność.

- Sir…

Na jego słowa Rainsong spojrzał w kierunku drzwi i także podniósł się czym prędzej z podłogi… A przynajmniej na tyle, na ile pozwalało mu na to jego obolałe ciało.

- Nie przeszkadzajcie sobie… - rzekł spokojnie Wildfire. - Chociaż sądziłem, że pomagasz Harrigan - dodał, spoglądając na młodzika.

- Pomagam… Zdalnie, jak to nazwała - parsknął lekko i zaraz niema mruknął. - Wyrzuciła mnie ze swojej kwatery.

- Dlaczego? - zdziwił się.

- Uznała, że skoro nie jestem dorosłym Wraith, mogę być podatny na jej zarazki.

- Hmm, słuszna uwaga - przyznał.

- Swoją drogą zabawnie teraz wygląda - rzucił rozbawiony Rainsong. - Ma cały czerwony nos, przekrwione oczy i taki ochrypły glos…

- Więc ciesz się, że także nie jesteś chory - skwitował nieco oschle Dowódca, przerywając mu.

- Tak, sir… - odparł z lekka skruchą młodzik.

- Nadal jednak nie rozumiem w jaki sposób niby jej pomagasz w pracy.

- Przesyła mi informacje przez komunikator. Napisała program do komunikacji, który zamienia słowa w tekst - wyjaśnił, podnosząc z podłogi swój tablet. - Wykorzystuje do tego wewnętrzny system komunikacji hive, więc kiedy gdzieś jestem, mówię co zrobiłem, a ona dostaje to w formie tekstu i albo przesyła mi instrukcje w tej samej formie, albo załącza schemat… Ale na razie poszła spać, więc poprosiłem Lostpath o lekcje walki… Treningi ze Stroke nie najlepiej mi idą - przyznał niechętnie.

- Nie przejmuj się tym. Nie każdy musi być dobrym wojownikiem - odparł i uśmiechnął się lekko. - Twoim atutem jest twój intelekt - dodał i odwrócił się by wyjść.

- Pan jest wszechstronny, sir - zauważył chłopak.

Dowódca zatrzymał się w progu otwartych już drzwi i spojrzał na niego. Na jego twarzy dało się dostrzec dziwną nostalgię. A może bardziej smutek, uznał.

- Mnie zmusiły do tego okoliczności: wojna z Lanteanami - rzekł. - Musieliśmy radzić sobie w różnych sytuacjach, aby przetrwać… Obecnie nie ma takiej presji.

- Twój dziadek uważa, że to raczej kwestia lenistwa późniejszych pokoleń… ponieważ poczuli się zbyt pewni siebie po odejściu Lantean - powiedział. - …I w zasadzie ma rację - przyznał. - Nawet Kate jest wszechstronna: potrafi walczyć, przetrwać w trudnych warunkach i ma szeroki zakres wiedzy… Opowiadała mi trochę o tym jak była Biegaczem i pomyślałem wtedy, że będąc na jej miejscu nie potrzebny byłby nawet pościg Łowców, aby mnie zabić. Nie potrafiłbym nawet przeżyć w lesie… Dlatego postanowiłem, że także chce być wszechstronny. Jak inni Najstarsi.

Wildfire uśmiechnął się lekko.

- To dobrze… Nawet bardziej dla ciebie samego niż dla innych - odparł. - Obecne czasy znów wymagają takiej wszechstronności, aby nasz rodzaj przerwał - dodał i wyszedł na korytarz.

Drzwi zasunęły się za nim, pozostawiając dwójkę Wraith samych.

Lostpath rzucił chłopakowi kipiące spojrzenie.

- Lizus - zadrwił, używając określenia Harrigan i jednocześnie kręcąc swoim kijem miedzy palcami.

Rainsong spojrzał na niego z powagą.

- Ty także mógłbyś być bardziej wszechstronny, gdybyś chciał - stwierdził.

- Ja mam talent tylko do jednej rzeczy: jak przetrwać w walce i w terenie.

- To już dwie rzeczy - parsknął. - A poza tym Kate uważa inaczej - rzucił, co zdało się nieco zaintrygować byłego Łowcę. - Stwierdziła, że w jednej kwestii pobyt na hive Łowców Wraith wyszedł ci na dobre: rozszerzył zakres twoich umiejętności.

- Niby jak? - parsknął lekko.

- Podała kilka przykładów… psychologia: jesteś uważnym obserwatorem i potrafisz dobrze ocenić innych oraz ich reakcje. Topografia: wiesz gdzie i jak się poruszać, a tym samym przetrwać w różnym terenie.

Chemia z biologią: wiesz jakie substancje chemiczne lub organiczne mieszać ze sobą, aby uzyskać inną substancję. Które są szkodliwe, a które pomagają. A ponadto dobrze znasz się na zwierzętach i roślinach… Mówiła też o mechanice z inżynierią: podobno świetnie radzisz sobie przy naprawie myśliwców oraz broni. A także potrafisz wprowadzać w nich usprawnienia.

- Nigdy o tym nie myślałem w ten sposób - niemal mruknął. - Ale w moim przypadku większość tych umiejętności jest konieczna, jeśli chcę być dobrym Watchmasterem. A nie będę nim nie znając się na przykład na środkach wybuchowych czy nie potrafiąc przewidzieć posunięć innych.

- Taak… ale to już kilka umiejętności… Na moim rodzimym hive był młody uczeń na Watchmastera, który w zasadzie znał się tylko na walce i kierowaniu żołnierzami. Pamiętam, że nasz Hive Watchmaster żalił się ojcu, że jego uczeń jest zbyt leniwy, aby zrobić z niego porządnego Watchmastera.

Lostpath spojrzał na niego z mieszanką pobłażliwości i kpiny.

- Jeśli myślisz, że tymi pochlebstwami sprawisz, że będę cię traktował bardziej ulgowo podczas treningu, to się mylisz - rzucił drwiąco.

- Nie. Mówię tylko to, co powiedziała mi Kate - odparł. - I nie chcę, abyś traktował mnie ulgowo. W prawdziwej walce nikt nie będzie mnie tak traktował.

Wraith uśmiechnął się lekko.

- Za dużo czasu spędzasz z Kate - parsknął. - Zaczynasz już mędrkować jak ona.

- A ty używać jej określeń - rzucił z szerokim uśmiechem.

- Tak, zauważyłem - mruknął niechętnie i nagle zaatakował.

Rainsong z trudem, ale jednak jakoś zablokował jego cios.

.

.

Był już późny wieczór, kiedy Wildfire w końcu wrócił do swojej kwatery.

To był męczący dzień. W prawdzie nie fizycznie, ale psychicznie.

Kilka godzin dyskusji z innym Dowódcami Sojuszu porządnie nadwyrężyło jego cierpliwość. Chyba zaczyna się już starzeć, pomyślał żartobliwie po wszystkim, ponieważ nie ma już do nich wszystkich tyle cierpliwości co kiedyś. A może to jedynie ogólne zmęczenie narastającymi od kilku lat problemami.

Przez dziesięć tysięcy lat życie Wraith w tej galaktyce było przeważnie spokojne i wręcz monotonne. Ale odkąd pojawili się New Lanteans, wiele rzeczy uległo zmianom. Często nawet dość gwałtownym i drastycznym. A co za tym idzie, ich spokój ducha także został poważnie naruszony.

A długotrwały stres na żadne stworzenie nie działa dobrze.

Rozpiął swój płaszcz i rzucił go na krzesło, po czym osiadł na krawędzi łóżka.

Czuł się zmęczony.

Już nie pamiętał kiedy ostatnio tak się czuł.

Położył się na łózko, ciężko wypuszczając nozdrzami powietrze i wbił wzrok w sufit. Bladożółte światło wydobywające się zza dużego ekranu za łóżkiem oraz nieregularna powierzchnia stropu tworzyły razem prosty, powtarzający się wzór. Przez dłuższą chwilę jego umysł błądził gdzieś, w nieokreślonym miejscu i oficer miał wrażenie, że praktycznie nie myślał o niczym… chociaż wiedział, że to nieprawda. Umysł zawsze zaprzątają jakieś myśli. Po prostu czasami nie zwraca się na to uwagi.

Drzwi jego kwatery rozsunęły się nagle cicho, wpuszczając do środka szeroką, chociaż bladą wiązkę światła… a także wysoką, smukłą postać. Wraith zignorował ją jednak. Podeszła więc powoli i usiadła na podłodze tuż przed Dowódcą.

- Czego chcesz? - mruknął, a chłodny ton jego głosu sprawił, że znieruchomiała na moment.

- … Wybacz mi moje zachowanie - odezwała się po krótkiej chwili.- … Ja tylko…

- Byłaś zazdrosna - dokończył za nią obojętnie, siadając ponownie, a ona spojrzała na niego lekko zaskoczona. - Co jest zrozumiałe, ale nieadekwatne do twojego statusu - dodał i dopiero teraz spojrzał na nią… równie chłodnym wzrokiem, co jego głos. - Nie jesteś moim Aliqtar… chociaż niejednokrotnie tak się zachowujesz. Mój błąd, że do tej pory ignorowałem twoje zachowanie - ciągnął, już bardziej łagodnym tonem. - Częściowo wynikało to z łączących nas relacji… Pamiętaj jednak, że to ty sama zaoferowałaś mi swoje towarzystwo i nigdy tego nie nadużyłem. Tak samo jak nigdy nie obiecywałem ci, że ten układ kiedykolwiek ulegnie zmianie - dokończył, spoglądając prosto w jej oczy.

Ale jego spojrzenie było chłodne, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu… Jakichkolwiek emocji.

Nigdy wcześniej nie patrzyła na nią tak obojętnie i w tej chwili właśnie to zabolało ją najmocniej.

- …Mimo to - ciągnął spokojnie Dowódca - dla twojej wiadomości: moje zainteresowanie Kate Harrigan ma związek jedynie z jej przydatnością jako Hivehealers, a nie z powodu jej wyglądu, jak uważasz… Jednakże jej relacje z niektórymi Wraith uświadomiły mi jedynie, że do tej pory nieodpowiednio ją traktowałem.

Najwyraźniej produktywność i chęć do współpracy u Harrigan wzrastają, kiedy te relacje są na bardziej… przyjacielskim poziomie - dodał, jakby wpierw szukał odpowiedniego słowa. - Jak każdy człowiek jest bardziej skora do pomocy komuś, kogo lubi… Stąd moja zmiana podejścia do niej.

- …Rozumiem - odparła z pewnym ociąganiem.

- To dobrze… - rzekł, przysuwając swoją twarz bliżej jej - ponieważ moje ostrzeżenie o twoim powrocie na Balkhari jest nadal aktualne, jeśli wciąż będziesz się tak zachowywać - dodał tym samym, chłodnym tonem co wcześniej i wstał, ruszając w kierunku łazienki.

Może długi, ciepły prysznic przeniesie mu ukojenie, stwierdził.

.

.

Dowódca hive wleciał do głównego hangaru, jednak zanim skierował się na jedno z lądowisk, jego uwagę przyciągnęła samotna postać siedząca na skraju jednej z najwyżej położonych platform.

Przez moment zdawał się zastanawiać nad czymś, by w końcu skierować maszynę w tamtą stronę. Było tam wystarczająco dużo miejsca, aby mógł spokojnie wylądować, zwracając tym uwagę wyraźnie zaskoczonej kobiety.

- I jak tam po wizycie w wielkim świecie polityki? - zapytała żartobliwie, spoglądając na niego, kiedy zbliżał się do niej.

- …Kurewsko zajebiście - mruknął - jakbyś to ujęła - dodał, usadawiając się obok.

Jego słowa wyraźnie rozbawiły Harrigan, a jednocześnie nieco zaskoczyły. Do tej pory, kiedy to ona używała przy nim przekleństw, zawsze ja strofował, niczym rodzic dziecko. Dlatego też takie słowa w jego wydaniu, nawet jeśli były tylko cytatem, zaskoczyły ją.

- Na pocieszenie powiem ci, że hive nadal jest w jednym kawałku… jak zresztą widać.

- No właśnie miałem pewne obawy czy mam w ogóle do czego wracać - odgryzł się, co znowu zaskoczył kobietę.

Przez moment spoglądała na niego z lekko przechyloną głową, po czym uśmiechnęła się.

- Widzę, że masz wyjątkowo dobry humor - zauważyła. - Piłeś, jadłeś, czy dobry sex? - dodała zaraz z wyrazem twarzy kogoś bardzo zainteresowanego tematem.

Wildfire uśmiechnął się lekko.

- Nic z tych rzeczy… Po prostu po czterech dniach wśród tych… - nie wiedział jakiego słowa użyć.

- Idiotów… kretynów… imbecyli?

- Dokładnie - przyznał - …chyba już nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.

- Yyy… a chcesz się założyć? - spytała z nutą ironii, a on spojrzał na nią pytająco. - Wiesz, że jestem bardzo uzdolniona w tym kierunku - dodała i uśmiechnęła się szeroko.

Po tych słowach Wraith znów przyjął pozę gniewnego Dowódcy.

- Co znowu zrobiłaś? - niemal warknął.

- Nic - zapewniła od razu - …Jeszcze… Chyba… Tylko pytam, czy jesteś pewny - wyjaśniła i znów wyszczerzyła do niego zęby.

- Znając cię, pewnie byłabyś do tego zdolna - wymamrotał.

- A widzisz - rzuciła beztrosko z uniesionym nieco palcem. - I od razu mamy optymistyczny akcent.

Dowódca spojrzał na nią ponuro, chociaż w jego oczach dało się dostrzec także drwinę.

- Niby jaki?

- Wiesz, że na mnie zawsze możesz liczyć - odparła z dumą.

Wildfire niemal przewrócił oczyma, chociaż musiał przyznać, że ta odpowiedź rozbawiła go.

- Taaak, to niezwykle pocieszająca myśl - odciął, udając ponury ton.

Harrigan znów uśmiechnęła się szeroko.

Rozmawiali tak jeszcze przez długi czas i zanim się zorientowali, minęło kilka dobrych godzin. I chociaż Wraith już wcześniej rozmawiał z kobietą w tym miejscu, to jednak musiał przyznać, że tym razem było zupełnie inaczej. Cały dystans, jaki do tej pory zawsze między nimi istniał, zniknął… odniósł wrażenie, jakby Kate zapomniała iż rozmawia z Dowódcą hive i zaczęła zachowywać się tak, jak podczas rozmowy z Lostpath czy Rainsong - zupełnie swobodnie, bez jakiegokolwiek skrępowania.

I musiał przyznać, że bardzo mu to odpowiadało. Na tyle, że sam, po raz pierwszy, stał się bardziej otwarty wobec niej, pozwalając sobie na żarty i słowne przepychanki. To wszystko, czego do tej pory starannie unikał w rozmowach z nią, nawet, jeśli jej słowa bawiły go. Ale nie tym razem. Tym razem potraktował ją jak starego przyjaciela, przy którym nie musi grać swojej roli i może się rozluźnić.

I nagle zdał sobie sprawę, że już nie pamięta, kiedy ostatnio prowadził z kimkolwiek tak luźną rozmowę… o wszystkim i o niczym. Kiedy żartował i śmiał się, nie bacząc na to kim jest… Kiedy ostatnio w ogóle rozmawiał z kimś nie jako Dowódca hive, lecz jako on, Wildfire, Wraith jeden z tysięcy w tej galaktyce.

A najbardziej zaskakujące w tym wszystkim nie było to, że nawiązał tą dziwną nić porozumienia z człowiekiem, ale fakt, że właśnie z tym konkretnym człowiekiem - z kimś, kto do tej pory jednocześnie zdawał się go fascynować i irytować samą swoja osobą. Z osobą, z którą od początku toczył jakąś dziwną, prywatną wojnę i która zdawała się zupełnie go lekceważyć pod każdym kontem. Z osobą, która na każdym kroku manifestowała swój zupełny brak szacunku dla niego.

Z osobą, od której ostatniej spodziewałby się usłyszeć to, co usłyszał tego wieczoru:

- Musze przyznać, że naprawdę podziwiam jak radzisz sobie z całym tym… bajzlem - powiedziała w pewnym momencie Kate, lekkim gestem ręki wskazując na cały hive. - I to od dziesięciu tysięcy lat… Ja chyba dostałabym kurwicy z nimi wszystkimi - dodała, już bardziej żartobliwie. - Ten chce to, tamta nie chce tego. Ten ma pretensje, bo nie dostał lizaczka a inni tak… Jak w przedszkolu - zachichotała.

- …W przedszkolu? - zapytał powoli, nie wiedząc co odpowiedzieć, zupełnie zaskoczony jej słowami.

- Taka instytucja, do której rodzice oddawaj swoje pociechy, kiedy sami idą do pracy - wyjaśniła. - I w ten sposób masz w grupie z dwadzieścia rozwydrzonych dzieciaków, które musi ogarnąć jedna lub dwie dorosłe osoby.

Wraith skrzywił się nieco.

- Rozumiem porównanie… I rzeczywiście, czasami chyba właśnie tak się czuję, jak ci opiekunowie - przyznał, jakby z nutą niechęci.

- To niestety jeden z podstawowych minusów bycia szefem - próbowała go pocieszyć, z typowym dla niej lekko ironicznym uśmiechem. - A dowodzenie takim hive, to jak prowadzenie własnej firmy: 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu... czyli mały koszmar.

- Są też dobre strony… - przyznał.

- Yyyy… na przykład, że możesz po prostu rzucić ponure spojrzenie Dowódcy, kiedy ktoś cię wkurwi i wtedy ten ktoś przestaje fikać? - spyta powoli, ironicznie?

- …na przykład - przyznał, jakby z lekkim wahaniem, lecz z wyraźnym rozbawieniem. - W twoim przypadku to działa… jak zauważyłem - dodał, teraz on z nutą ironii.

- Zauważyłam - mruknęła niechętnie. - Może dlatego, że jakbym się upierała przy swoim, to w końcu mogłoby dojść do rękoczynów, a będąc na hive pełnym Wraith, byłoby to dla mnie trochę niebezpieczne… więc wole spasować - dodała.

Wildfire uniósł nieco brew.

- Chcesz powiedzieć, że dajesz mi wygrać? - spytał podchwytliwie, próbując ukryć swoje rozbawienie.

- …Yyy …Powiedzmy, że mój instynkt samozachowawczy bierze górę i ostrożnie wycofuję się z dalszej konfrontacji.

- A tak na prawdę? - zainteresował się.

Kobieta wzruszyła lekko ramionami.

- Po prostu nie chce mi się dłużej z tobą użerać - skwitowała najspokojniej w świecie.

- Czyli dajesz mi wygrać? - upierał się lekko przy swoim.

- Iii teraz mamy tego dobry przykład - dodała i uśmiechnęła się.

.

.

Kate posadziła darta na łące tuż za domem Mili i przeszła w kierunku głównego placu jedną z wąskich, bocznych uliczek, zatrzymując się przed niedużym, dwupiętrowym budynkiem.

To właśnie to miejsce Carson Beckett przekształcił w szpital po tym, jak sprowadzono tu z innej planety ocalałe z nalotu Wraith dzieci. Rada Vallen uznała to za dobry pomysł, szczególnie, że dom i tak stał pusty od dłuższego czasu i nikt nie miał zbytnio pomysłu co z nim zrobić.

Dlatego też, kiedy New Lanteans zaproponowali pomoc w przekształceniu go w miejsce do leczenia i ewentualnego izolowania chorych, Jorah Lanadsh, miejscowy medyk, jako pierwszy poparł to przedsięwzięcie… tym bardziej, że miejsce, w którym dotychczas przyjmował swoich pacjentów, zaczynało już mocno podupadać i wymagało generalnego remontu.

Jeszcze bardziej ucieszył go jednak cały sprzęt, który obecni mieszkańcy Miasta Przodków postanowili mu przekazać. I chociaż wiele z tych rzeczy było mu zupełnie obcych, to jednak okazały się niezwykłym ułatwieniem w kontynuacji jego profesji.

A teraz, kiedy krzątało się tutaj tyle osób, szpital w Vallen był równie oblegany, jak ziemskie szpitale, stwierdziła Kate, kierując się do gabinetu Becketta.

Doktor był akurat zajęty jednym z dzieciaków z tamtej planety, więc kobieta z nudów zaczęła przeglądać

zebrany na półkach sprzęt. Jej uwagę przyciągnęło niewielkie, płaskie pudełko do boku którego przyczepione było coś na kształt małej, podłużnej latareczki. Kiedy po nie sięgnęła, od górnej części odskoczyło wieczko, zmieniając się w ekran.

- Co to? Tricoder? - parsknęła lekko, rozbawiona.

Mężczyzna spojrzał na nią.

- Co takiego?

- To - pokazała mu urządzenia. - Przypomina mi medyczny tricoder ze Star Treka.

- W zasadzie to masz rację - przyznał. - Taką właśnie pełni funkcję. To podręczny skaner medyczny… Lanteans, którzy wrócili z nami z Galaktyki Ryb, pomogli nam w zlokalizowaniu wielu magazynów na Atlantydzie i odszyfrowaniu do czego co służy - wyjaśnił i ponownie zwrócił się z uśmiechem do swojego młodocianego pacjentki. - Pij nadal syrop, który ci dałem i zobaczymy się znowu za cztery dni.

- Dobrze - rzuciła około dwunastoletnia dziewczynka i zeskoczyła żwawo z kozetki, by następnie wyjść z pomieszczenia.

- Jak tam twoja misja? - zainteresował się Carson.

- Zakończona pełnym sukcesem. Dzięki myśliwcowi przewiozłam Maję do jej doliny. Wyglądała na przeszczęśliwą - stwierdziła i nagle dodała: - Wiesz, że po drugiej stronie jest zupełnie inny klimat? Bardziej tropikalny. Zupełnie jakby pokonać Góry Dynarskie i z klimatu umiarkowanego znaleźć się w śródziemnomorskim… Musze się tam kiedyś wybrać na dokładniejszy zwiad… teraz, kiedy mam własny myśliwiec, to pikuś - dodała z wyraźnym zadowoleniem.

- Trochę się dziwie, że go dostałaś - przyznał. - Wraith nie boją się, że spróbujesz nim uciec?

- Wiesz, umowa w sprawie Vallen jest bardzo dobrym zniechęcaczem - odparła beztrosko. - Niestety nie mogłam go przemalować na różowo. Mina Vi co do tej koncepcji była bardzo wymowna - dodała, jakby z rozczarowaniem. - Nie ale cóż, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

- Chciałaś go pomalować na różowo? - zdziwił cię Beckett.

Kate rzuciła mu protekcjonalne spojrzenie.

- No co ty - parsknęła. - Jeszcze aż tak mi nie odbiło… Chciałam tylko pownerwiać Wi-Fi - skwitowała z beztroskim uśmiechem.

- Jak dla mnie ryzykujesz z tym drążeniem go - stwierdził.

- Ee tam - machnęła ręką, jakby od niechcenia. - Niestety zaczyna się już powoli uodparniać, więc przestaje to już być takie zabawne - dodała, jakby lekko zawiedziona.

Carson pokręcił nieco głową, rozbawiony.

- Jak dla mnie igrasz z ogniem…

Przerwał. Kobieta właśnie spojrzała na niego, jakby powiedział jakąś rewelację.

- To nawet zabawne, w kontekście do jego imienia - parsknęła nieco.

- To znaczy?

- Nie ważne… Ich imiona są ściśle tajne i oficjalnie ich nie znam - dodała półszeptem.

- Teyla wspominała, że podobno potrafisz wydobyć z umysłu Wraith informację o jego imieniu. Nadal jednak nie wiem dlaczego to taka wielka tajemnica.

- Wiesz, spójrz na to tak: ty nie przedstawiasz się swojemu jedzeniu, więc oni robią to samo: nie spoufalają się z istotami, którymi się żyją. Wtedy jest łatwiej to coś zjeść... Ludzie nie zjedzą swoich domowych zwierzaków i w tym przypadku jest tak samo. Im większy dystans, tym lepiej dla konsumującego.

- W sumie racja - przyznał.

- Poza tym ich imiona to taka dosyć specyficzna kombinacja. Mają głębsze znaczenie, określające po części to, kim jest dany Wraith. A po drugie informacje o znaczeniu imienia przekazuje się w sposób telepatyczny, co jest trudne w przypadku ludzi.

- Rozumiem… A tak z ciekawości, w kontekście tego, co właśnie powiedziałaś: imię tego Dowódcy ma coś wspólnego z ogniem? - zapytał, na co kobieta przytaknęła z uśmiechem.

- Ale nie wiesz tego ode mnie - zaznaczyła zaraz. - Można powiedzieć, że… wypowiadane na ludzki sposób, przypominają imiona Indian - dodała.

- Och, teraz już zdecydowanie rozumiem w czym rzecz… Coś jak: dzika rzeka, promień słońca?

- Coś w ten deseń - przytaknęła.

- Bardzo ciekawe - przyznał.

- Tylko mam prośbę: nie rozpowiadaj tego innym, nawet ekipie Atlantydy, bo znając życie wcześniej czy później rozniesie się to wszem i wobec.

- Oczywiście. Rozumiem… Chociaż z pewnością resztę bardzo by zaintrygowała ta informacja.

- Może z czasem sami się dowiedzą… Współpracujecie z Tadziem, więc wcześniej czy później ta kwestia ma spore szanse aby ujrzeć światło dzienne.

- Tadziem? - powtórzył, z rozbawieniem.

- Tak go zdrobniale nazywam po polsku - odparła beztrosko.

- Dobrze, że tego nie słyszy. Już imię Todd jest mu bardzo w niesmak.

- Zauważyłam - rzuciła i uśmiechnęła się szeroko.

- Co zauważyłaś? - rozległ się niespodziewanie męski głos.

Obje spojrzeli w kierunku wejścia do gabinetu, w którym stał John Sheppard.

- Jak bardzo Tadziu nie cierpi imienia, które mu nadałeś - wyjaśniła Harrigan.

- Też to zauważyłem - tym razem to on rzucił beztrosko, wskazując na nią palcem.

Harrigan spojrzała na Becketta.

- Widzisz, nie tylko ja mam tendencje do psychicznego znęcania się nad Wraith - skwitowała, wskazując na pułkownika.

Doktor pokręcił z rezygnacją głowa.

- Ryzykanci.

- Jakoś trzeba uprzyjemniać sobie życie - odparła, na co Sheppard uśmiechnął się do przyjaciela, podczas gdy Harrigan skierowała się w jego stronę. - A teraz panowie wybaczą, ale jestem umówiona z Alnani na zakup mebelków do mojego uroczego lokum mieszkalnego - dodała i ruszyła w kierunku drzwi.

- Jednak się zadamawiasz? - zainteresował się John.

- No cóż, najwyraźniej i tak utknę tutaj na dłuższy czas niż planowałam, więc postanowiłam nieco uprzyjemnić sobie ten pobyt… A wierzcie mi, że meble Wraith to nie jest to, co chcielibyście mieć w pokoju… One żyją - dodała półszeptem, poklepując go po ramieniu, po czym opuściła gabinet.

- Masz na to pieniądze?! - zdziwił się.

- Zaciągnęłam kredyt! - odparła tajemniczo, ruszając schodami w dół.

Mężczyzna spojrzał na przyjaciela pytająco.

- To tutaj tak można?

- Zapewne to jakiś jej żart… albo przenośnia - odparł Carson. - Może będzie musiała za to wymajsterkować na hive coś ekstra.

- Pewnie tak - mruknął pułkownik i jeszcze raz zerknął w kierunku schodów.

Taka opcja niezbyt mu pasowała. Była ryzykowna… Zresztą cała jak cała ta sytuacja będąca balansowaniem na granicy. Bardzo cienkiej granicy jaką jest obecnie w miarę stabilna równowaga sił między New Lanteans a Wraith. A to całe "majsterkowanie" Harrigan na hive szybko może zaburzyć ten stan rzeczy.

Bóg jeden wie czego jeszcze zażądają od niej Wraith, pomyślał…

KONIEC cz.1