Mockinbeard: Dzięki za słowa wsparcia. Jest już lepiej, ale pomimo tego, że w domu są jeszcze inne zwierzaki (dwa koty i dwa psy), to jednak czuje się różnicę – Kabi, jak się okazało, był „najgłośniejszy", że tak to ujmę – nawet w ostatnich dniach choroby. Jeszcze teraz zajmujemy się leczeniem drugiego kota (kocicy – też nowotwór, ale innego rodzaju i wyłapany o wiele wcześniej), tak że następne rozdziały mogą być publikowane trochę nieregularnie, ale będę starała się je w miarę możliwości jak najszybciej pisać. Aż do teraz nic nie publikowałam, bo wyszła właśnie sytuacja z drugim kotem i trzeba się było nią zająć. Innymi słowy, jak to ujęła trafnie moja mama: „Jak nie urok to sraczka albo księdza urodziny". Takie trefne kombo się nam trafiło.


Rozdział szósty: Zwycięzca


To nie może być prawda. To po prostu nie może być prawda.

Heahmund nie mógł dłużej czekać w niepewności – musiał dowiedzieć się, czy Eira naprawdę została wystawiona do walki na śmierć i życie jako czempionka króla Haralda. Wiedząc, że wojownicy Ivara będą go strzec bez względu na wszystko, mężczyzna nie miał innego wyjścia, jak wykraść się potajemnie i wyruszyć na jej poszukiwania.

Od razu wziął sprawy w swoje ręce. Stanął na wysokich skrzyniach, jakie znajdowały się po przeciwnej stronie pomieszczenia, i wyjrzał ostrożnie przez umieszczone niemalże przy samym stropie podłużne, dość wąskie okno. Nikogo tam nie było – po tej stronie budynku widać było tylko pobliski las. Nikt tędy teraz nie przechodził. To była jego jedyna szansa.

Najciszej jak tylko się dało usunął pionowe kołki z framugi okiennicy, tworząc tym dla siebie drogę ucieczki. Następnie rozejrzał się jeszcze raz z obydwie strony, upewniając się, że na pewno nikt tu teraz nie przechodzi, po czym podciągnął się i wsunął się w wąską szczelinę. Przez cały ten czas starał się utrzymywać równowagę, żeby nie spaść – hałas na pewno przyciągnąłby tutaj strażników.

W końcu mu się udało – przecisnął się w całości na drugą stronę. Zeskoczył następnie zwinnie na ubitą ziemię, poprawił nieco koszulę, a następnie szybkim krokiem odszedł w przeciwną stronę, kierując się w sobie tylko znanym kierunku.

Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie mógłby ją teraz znaleźć. Nie wiedział, gdzie ona mieszka, czy też gdzie ma w zwyczaju przebywać w swoim wolnym czasie. Mogła być teraz dosłownie wszędzie.

Pomóż mi, Boże. – poprosił w myślach, biorąc przy tym długi, ciężki wdech. – Pomóż mi ją odnaleźć. Muszę się z nią koniecznie zobaczyć. Pozwól mi na to, błagam cię.

Nie chciał dopuścić do myśli tego, że wkrótce mógł ją utracić na zawsze. Myśl o tym, że mogła ona zostać złożona w ofierze przyprawiała go o zimne dreszcze. Nie wiedział jednak, co mógłby teraz zrobić, żeby to powstrzymać. W tym zakątku świata był nikim. Był więźniem tego systemu, tak jak ona.

Trafił nagle przed jakiś nieduży dom. Zatrzymał się nagle, dostrzegając przed nim jedną znajomą twarz – członka straży przybocznej króla Haralda. Rozmawiał on właśnie z dwójką ludzi w średnim wieku. Kobieta z jakiegoś powodu przypominała mu nieco z urody Eirę. Miała takie same jak ona jasnobrązowe, gęste włosy, takie same pełne usta i w taki sam sposób zarysowane łuki brwiowe.

Czy to są jej rodzice? Czy to są oni? Heahmund zatrzymał się na moment i spróbował przysłuchać się ich rozmowie. Nic jednak z niej nie wyłapał – stali zbyt daleko od niego, a on nie mógł przecież ryzykować ujawnienia, że zdołał zbiec ze swojego małego więzienia.

Wojownik odszedł zaraz potem, a rodzice dziewczyny weszli z powrotem do środka. Heahmund stał przed ich domem jeszcze przez jakiś czas, licząc na to, że Eira wyjdzie stamtąd. Nic takiego jednak się nie stało. Ryzykując wszystkim, mężczyzna w końcu zdecydował się podejść bliżej i zerknąć do środka przez małe, zakratowane okno z boku domu.

W środku znajdowali się tylko oni. Eiry nigdzie tam nie było.

- Gdzie ona znów polazła? – usłyszał w pewnym momencie, jak mężczyzna pyta się kobiety. – Król Harald wszędzie jej szuka. Dzisiaj ma mieć miejsce ta ceremonia.

- Chyba znów wybrała się do lasu. – odpowiedziała mu cichym głosem kobieta. – Ostatnimi dniami ciągle tam chodzi.

Dzięki ci, Boże. – Heahmund uśmiechnął się słabo. – Dziękuję ci za tę pomoc.

Nie marnował już więcej czasu – udał się dokładnie tam, gdzie powinien. Wyminął po drodze małą grupkę nastolatków, jacy rozmawiali między sobą o owej ceremonii, po czym, gdy był już pewien, że nikt go nie zauważy, ruszył szybkim krokiem w stronę ściany lasu.

Myśli o owej ceremonii i rytuale, jaki miał mieć miejsce zaraz po nim, nie dawały mu spokoju nawet na chwilę. To miało mieć miejsce już dzisiaj. Nie pozostało mu zatem wiele czasu. Musiał ją odnaleźć – i to możliwie jak najszybciej.

Przez dość długi czas błąkał się po lesie, nie będąc pewnym, czy zmierza we właściwą stronę. Miał jednak nadzieję, że i tym razem siła wyższa zaprowadzi go tam, gdzie trzeba.

W końcu wyszedł na niedużą polanę. Pierwsze, co zauważył, to dość gęstą mgłę, jaka zalegała na całym terenie. Zaraz potem dostrzegł w końcu to, czego szukał.

Eira siedziała na płaskim, niewysokim kamieniu blisko drugiego końca polany. Wyglądała na pogrążoną w głębokim zamyśleniu. Heahmund zrobił już kilka kroków w jej stronę, gdy nagle usłyszał, że dziewczyna szepta coś sama do siebie.

Ciekawość wzięła nad nim górę. Zrobił następnych kilka kroków, desperacko pragnąc móc się już przy niej znaleźć. Kompletnie zapomniał już o swoich postanowieniach, że będzie się trzymał z daleka od niej. Musiał być teraz przy niej. Mógł ją dzisiaj stracić. Myśl ta przerażała go i napełniała go tak ogromnym smutkiem i strachem, że z trudem był w stanie nad sobą panować.

Zrobił następny krok i nagle zamarł. Był już tak blisko, że był w stanie usłyszeć, co Eira do siebie szepcze. I to, co usłyszał, zdumiało go bardziej niż cokolwiek innego.

- … Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…

Od razu rozpoznał tę modlitwę – nie mógł jej nie rozpoznać. To była najstarsza i najważniejsza z modlitw jego religii. Każdy chrześcijanin miał obowiązek ją znać.

Eira odmawiała ją w swoim ojczystym języku. Heahmund znał go jednak dostatecznie dobrze, aby zrozumieć każde słowo. I to, co usłyszał, napełniło go nagle niemożliwym do opisania uczuciem.

To był jego ostateczny dowód – ta dziewczyna naprawdę była chrześcijanką. Na samą tę myśl uśmiechnął się blado, czując niewymowną ulgę. Tak bardzo bał się, że to wszystko jest jakimś pokręconym planem Ivara, żeby go złamać. Teraz jednak miał dobitny dowód na to, że Eira była taka jak on.

Ceremonia. – przypomniał sobie nagle. – Dzisiaj jest ta przeklęta ceremonia. Ona ma brać w niej udział. Może przegrać. Może zostać złożona w ofierze.

Nie mógł już tracić więcej czasu – w każdej chwili ktoś mógł tu przyjść i ją stąd zabrać. Szukali jej przecież. Zrobił więc kilka następnych kroków i ujawnił przed nią swoją obecność.

Eira na jego widok momentalnie przerwała swoją modlitwę. Spojrzała się na niego z mieszaniną zdziwienia i dezorientacji.

- Co ty tutaj robisz? – spytała się go, jednocześnie podnosząc się do pozycji stojącej. – Jak… jakim cudem udało ci się zgubić ludzi Ivara?

- Uciekłem z tego więzienia, w którym mnie zamknęli. – wyjaśnił jej pokrótce. – Musiałem się koniecznie z tobą zobaczyć.

- Czy coś się stało? – Heahmund w tym momencie z trudem powstrzymał się od gorzkiego śmiechu. Nawet w takiej chwili ta dziewczyna bardziej martwiła się o niego niż o samą siebie. A to przecież jej życie znajdowało się teraz na szali.

- Słyszałem o tym, że masz brać udział w dzisiejszej walce ceremonialnej. – powiedział. Eira nic mu nie odpowiedziała, ale po samej jej minie domyślił się, i że dla niej ten temat był trudny i bolesny. – Naprawdę nie możesz z niej zrezygnować?

- Jestem niewolnicą. Nie mam żadnych praw decydować o sobie. To cud, że w ogóle pozwalają mi samodzielnie przechadzać się po Vestfold w wolnym czasie.

- I nie ma nikogo innego, kto mógłby zająć twoje miejsce? – Heahmund znał już odpowiedź na to pytanie, ale mimo to wciąż trzymał się tej nikłej nadziei, że da się coś jeszcze zrobić.

- Niestety, nie ma nikogo takiego. Król Harald wybrał mnie na swojego reprezentanta w tej ceremonii i muszę się do jego rozkazu bezwzględnie dostosować. Nie mam innego wyjścia. Jedyne, co możemy teraz zrobić, to się modlić. I to właśnie teraz robiłam. – dodała po chwili, wymuszając z siebie nerwowy śmiech. – Dam sobie radę, naprawdę. – zapewniła go zaraz potem, widząc po nim, że wciąż jest zaniepokojony całą tą sytuacją. – Widziałeś, jak walczę. Trenowałeś ze mną. Dam radę to wygrać. Chcę to wygrać.

- Sama chęć przeżycia to nie wszystko. – Heahmund zrobił kolejny krok w jej stronę. Miał ostatnią szansę, żeby dać jej jakąś poradę, zanim ta nie uda się na ceremonię. – W tej chwili o wiele bardziej liczą się twoje umiejętności. Nie możesz nawet na chwilę dać się ponieść tam emocjom. Cały czas uważaj na swojego przeciwnika. Nie spuszczaj z niego wzroku. Staraj się przewidzieć każdy jego ruch.

- Wiem o tym wszystkim. – zapewniła go Eira. – Wiem, co muszę zrobić. Nie poddam się. – Dziewczyna zaraz potem drgnęła, nagle coś sobie przypominając. – Muszę już wracać. – powiedziała. – Ceremonia wkrótce się rozpocznie. Muszę jeszcze przygotować się do walki.

Eira zrobiła następnie pierwszy krok przed siebie, chcąc udać się z powrotem do domu i tam przyszykować się do ceremonii.

Heahmund pozwolił jej przejść obok niego. Przez cały ten czas głos w jego głowie krzyczał na niego, mówiąc mu, żeby przestał się powstrzymywać. Żeby wreszcie podjął jakąś akcję. Żeby przestał być tak bierny, tak aby potem nie żałował, że nic nie zrobił.

Rusz się. – Głos w jego głowie praktycznie krzyczał na niego. – Zrób coś! Nie stój tak! No rusz się!

Nagle coś w nim drgnęło. Heahmund odwrócił się szybko, po czym złapał Eirę za rękę i zatrzymał w miejscu.

Nie spodziewała się tego. Dziewczyna obróciła się w jego stronę zdezorientowana. Chciała się go spytać, co robi, ale w tym samym momencie Heahmund pociągnął ją w swoją stronę i pocałował ją.

Eira kompletnie się tego nie spodziewała. Na dłuższą chwilę zastygła w bezruchu, nie wiedząc, jak zareagować.

No zrób coś. – podpowiedział jej po chwili wewnętrzny głos. – Nie stój tak. Przejmij inicjatywę.

Przejęła więc inicjatywę. Jednym ruchem złapała go za przód koszuli i przyciągnęła do siebie, jednocześnie odpowiadając na jego pocałunek. Zaskoczyła go tym odważnym ruchem – szybko jednak zaakceptował tę zmianę.

Eira krótko potem przerwała ten pocałunek i odsunęła się od niego.

- Przeżyję to. – powiedział cichym głosem, uśmiechając się przy tym słabo do mężczyzny. – Wygram. Masz na to moje słowo. Chciałabym móc cię po tym wszystkim zobaczyć, już jako wolna kobieta. – dodała na sam koniec. Następnie puściła jego dłoń i cofnęła się o kilka kroków, po czym odwróciła się i opuściła polanę, zostawiając go samego, zanim ten zdołał cokolwiek jej odpowiedzieć.

Niech jej naprawdę uda się wygrać. – Heahmund poprosił w myślach Opatrzność. – Niech stanie się wolną kobietą. Chcę, żeby przeżyła. Chcę ją znów zobaczyć.

Dlaczego tego chcesz? – spytał się go nagle drugi głos. Mężczyzna jednak znał już odpowiedź na to pytanie.

Bo chcę z nią być. Nie chcę się już dłużej powstrzymywać. Chcę, żeby była moja. I żebym ja był jej.

~0~

Heahmund rozglądał się nerwowo, próbując odnaleźć w tłumie mieszkańców Vestfold Eirę.

Udał się na główny plac, aby móc być świadkiem tej walki ceremonialnej. Musiał tu być – chciał na własne oczy to zobaczyć. Chciał widzieć, jak Eira pokonuje czempiona Ivara i wygrywa swoją wolność. Chciał być przy niej, gdy ta będzie triumfowała.

- Zwiałeś. – Znajomy głos sprawił, że mężczyzna drgnął gwałtownie, w ogóle się tego nie spodziewając. Odwrócił się szybko i zobaczył, że obok niego stoi Ivar. Chłopak podpierał się kulami i wpatrywał się w niego trudnym do odgadnięcia wzrokiem. Heahmund nie wiedział, czy młody wiking gniewał się na niego, czy był wściekły, czy też może był jakimś cudem rozbawiony całą tą sytuacją. – Dlaczego nie uciekłeś dalej? Dlaczego tu wróciłeś?

- Uciekłem, żeby spotkać się z Eirą. – Nie było sensu tego dalej przed Ivarem ukrywać. Dzisiejsza walka rozstrzygnie, czy Eira przeżyje to i przestanie być niewolnicą, czy też odda swoje życie podczas rytuału krótko potem. – Chciałem móc się z nią spotkać ten jeden raz przed walką.

Ivar uśmiechnął się szeroko, słysząc to. Skinął zaraz potem na jednego ze swoich ludzi, który od razu przyniósł mu wysoką skrzynię, na której chłopak usiadł, porzucając z boku niej swoje kule.

- Czyli jednak miałem rację. – powiedział, nie przestając się uśmiechać. – Ona ci się podoba. Zadurzyłeś się w prostej pogance. I to niewolnicy na domiar tego.

Heahmund zrezygnował z wykłócania się z nim. Chłopak i tak by tego nie zrozumiał.

Zaraz potem jego uwagę przykuła osoba króla Haralda. Mężczyzna wyszedł na środek placu, po czym bez żadnych niepotrzebnych przedłużeń rozpoczął swój krótki monolog. Heahmund prawie w ogóle nie uważał – słowa Norwega wlatywały mu jednym uchem i wylatywały drugim. Nie przykuwał do nich większej uwagi. Przez cały czas czekał tylko w napięciu na pojawienie się Eiry.

- …I dlatego, aby uczcić nasz sojusz z synami Ragnara Lothbroka, dzisiejsza walka wyłoni tego, który poświęci swe życie w rytuale i zapewni nam wygraną w nadchodzącej bitwie o Kattegat. – Harald zaraz potem powoli odsunął się na bok, robiąc przejście dwójce osób, które właśnie wyłoniły się z tłumu stojącego za nim. – Czempion Ivara Bez Kości, nieustraszony wojownik Leifr, przeciwko mojej faworytce, Eirze. Ten, który wygra, zdobędzie wszystko, czego tylko zapragnie. Ten, który przegra, stanie się ofiarą rytuału ku naszej chwale.

Tłum zawiwatował jak oszalały. Heahmund z trudem patrzył się na to wszystko – w uszach mu dźwięczało, a jego głowa bolała go tak, że z trudem był w stanie skupić wzrok na Eirze. Zmuszał się jednak, żeby to zrobić – nie chciał niczego ominąć.

- Jak sądzisz, chrześcijaninie, które z nich wygra? – spytał się go Ivar, podczas gdy Leifr i Eira wzięli miecze do rąk i stanęli naprzeciwko siebie, gotowi do rozpoczęcia walki. – Ja stawiam na mojego wojownika.

- Bóg zadecyduje, któremu z nich jest pisane wygrać. – odparł mu na to Heahmund. – To on ma finalne słowo w tym temacie.

Ivar tylko się roześmiał, wyraźnie rozbawiony jego słowami.

Heahmund zerknął przelotnie w stronę króla. Był ciekaw tego, czy martwi się o swoją „faworytkę". Mężczyzna miał w tej chwili obojętny wyraz twarzy, ale po jego spojrzeniu odgadł, że jednak obawia się on tego, co wkrótce będzie miało miejsce.

Tak samo jak i on.

Szczęk metalu przywrócił go gwałtownie do rzeczywistości. Heahmund odwrócił szybko spojrzenie w stronę placu i zobaczył, że walka się rozpoczęła.

Leifr był bezwzględny – atakował raz za razem, nie dając Eirze szansy na choćby jeden kontratak. Jedyne, co dziewczyna mogła robić, to bronić się i robić uniki.

Zrób unik w prawo. – chciał zawołać do niej. – Wymiń go i zaatakuj od tyłu.

Eira zrobiła to zaraz potem, jak gdyby wyłapując telepatycznie jego myśli. Nie dało to jednak żadnego rezultatu – Leifr wydawał się przewidywać każdy jej ruch. Tak też było i w tym przypadku. Gdy ta tylko wykonała kolejny unik i chciała wyprowadzić atak, ten zdołał go szybko zablokować. Zaraz potem powalił ją na kolana i zaczął naciskać na nią ciężarem całego swojego ciała, chcąc tym wytrącić ją z równowagi i wygrać ten pojedynek jednym zabójczym ciosem.

Eira znalazła się w potrzasku – nie miała dokąd uciec bez otrzymania przynajmniej powierzchownej rany. Musiała coś jednak zrobić, zanim opadnie z sił i Leifr to wykorzysta, aby ją ostatecznie pokonać.

W akcie desperacji dziewczyna puściła jedną rękę wolno, którą przytrzymywała swój miecz, po czym złapała nią ostrze miecza wojownika. Zaraz potem syknęła cicho z bólu gdy ostra krawędź rozcięła skórę na jej dłoni do krwi.

Heahmundowi coraz trudniej przychodziło patrzenie się na to. Nie mógł stać tak bezczynnie i się jedynie temu przyglądać – tylko to mógł jednak teraz robić. To było jego osobiste piekło – nie móc być w stanie ocalić jedynej osoby, na jakiej mu zależało.

Spojrzał się przez krótką chwilę w stronę Ivara. Był pewien, że chłopak będzie się teraz uśmiechał od ucha do ucha – wszak jego wojownik mógł wkrótce wygrać ten pojedynek. Nic takiego jednak nie zobaczył. Zamiast tego dostrzegł w jego jasnych, intensywnie niebieskich oczach cień obawy.

Dlaczego się boi? – zdziwił się. – Boi się, że ona jednak wygra? A może… a może boi się, że… że ona zginie.

Świadomość tego wstrząsnęła nim gwałtownie. Spojrzał się jeszcze raz na chłopaka, jak gdyby szukając dowodu na swoją tezę w jego osobie. Jednocześnie zalała go gwałtowna fala zazdrości. Zrozumiał bowiem nagle, że ten młody wiking może skrycie durzyć się w Eirze.

Ani trochę mu się to nie spodobało.

Heahmund szybko odwrócił od niego swoje spojrzenie. Skupił się teraz dla odmiany na Haraldzie. Był ciekaw tego, jaką on ma teraz minę, i jak bardzo boi się o życie swojej faworytki.

Tutaj nic go nie zdziwiło. Zobaczył, jak król Norwegii zaciska z nerwów szczęki, z trudem patrząc się na to wszystko. Biskup w pełni podzielał jego uczucia i obawy. Czuł się teraz tak samo jak on.

Wygraj to. – poprosił zaraz potem w myślach, wpatrując się w Eirę z rosnącą desperacją. – Pokonaj go. Wygraj swoją wolność. Nie daj im się. Nie daj się tym poganom. Wygraj to. Wierzę, że ci się to uda.

Dokładnie wtedy, jakby nagle usłyszała jego myśli, Eira podniosła się nieznacznie z kolan i popchnęła Leifra z całej siły, jednocześnie podcinając mu nogi kopniakiem wymierzonym z nogi, na której przed chwilą się opierała. Wojownik kompletnie się tego nie spodziewał – zatoczył się do tyłu, tracąc równowagę. Upadł zaraz potem na plecy, wydając przy tym z siebie zduszony jęk bólu.

Heahmund z trudem powstrzymał się od triumfalnego uśmiechu. Eira zyskała szansę na wygranie tego. Miał szczerą nadzieję na to, że jej nie zmarnuje.

Eira w tym czasie podjęła próbę wykorzystania swojej szansy. Złapała mocniej swój miecz i zaczęła atakować Leifra raz za razem. Mężczyzna z trudem unikał jej kolejnych ataków, przewracając się z boku na bok i jednocześnie próbując się odczołgać od niej. Eira nie dawała mu szansy na choćby chwilę wytchnienia – celowała w niego mieczem tak, aby go zranić i unieruchomić. Tylko dzięki swojej zawziętości wojownik jeszcze był w jednym kawałku.

To jednak nie zniechęciło dziewczyny. Gdy ten tylko zdołał podnieść się do pozycji siedzącej i podjął próbę złapania swojego miecza, jaki leżał nieopodal, ta zamachnęła się i uderzyła go rękojeścią miecz w twarz, łamiąc mu nos i wywracając go z powrotem na plecy. Następnie, zanim ten zdołał się podnieść, Eira z wściekłym okrzykiem rzuciła się na niego i przycisnęła go do ziemi ciężarem swojego ciała, a następnie przystawiła mu do gardła ostrze miecza.

- Poddaj się. – wycedziła przez zaciśnięte zęby, mrożąc go swoim spojrzeniem. – Przegrałeś.

Leifr mimo to spróbował ją z siebie zrzucić. Nie zdołał tego jednak zrobić – w odwecie za tę próbę Eira uderzyła go ponownie w twarz nasadą ręki, w efekcie rozcinając mu od impetu uderzenia łuk brwiowy.

- Poddaj się! – zawołała zaraz potem. Gdy ten ponownie wierzgnął się pod nią, ta nie wytrzymała i złapała go za ramię, a następnie uniosła się nieco do góry i przewróciła go brutalnie na brzuch, a następnie wykręciła mu boleśnie rękę i ponownie przycisnęła go do ziemi. – Przestań walczyć. Wygrałam. Pogódź się z tym.

Heahmund w tym momencie usłyszał, jak siedzący obok niego Ivar zaczyna się śmiać. Nie spojrzał się tym razem na niego – świadomość tego, że chłopak mógł od samego początku liczyć na takie zakończenie pojedynku, i że mógł być zainteresowany Eirą, przyprawiała go o mdłości. Uparcie patrzył się teraz tylko i wyłącznie na Eirę i modlił się w duchu o to, aby wojownik przestał w końcu z nią walczyć i poddał się.

- Powiedz to. – Eira szepnęła do ucha mężczyzny, dociskając mocniej wykręconą rękę do jego ciała, sprawiając tym, że ten zajęczał głośno z bólu. – Powiedz, że się poddajesz. No dalej. Powiedz to. Powiedz!

- Poddaję się! – wykrzyknął w końcu Leifr. – Poddaję się!

Na moment zapadła iście grobowa cisza. Zaraz potem tłum wybuchł gromkimi okrzykami triumfu, skandując imię Eiry raz za razem. Król Harald uśmiechnął się pod nosem, wydając przy tym z siebie głęboki oddech pełen ulgi, zanim nie wstał ze swojego tronu i nie podszedł do Eiry. Pomógł jej wstać i ujął jej dłoń, podczas gdy jego wojownicy podnieśli Leifra i odciągnęli go na bok, zabierając go w sobie tylko znane miejsce, aby tam przeczekał aż do momentu złożenia z niego ofiary.

- Nasza faworytka wygrała! – zawołał, a tłum zawiwatował ponownie.

Heahmund znów przestał słuchać tego, co Harald mówił. Tym razem jednak nie było to spowodowane strachem, ale ulgą i szczęściem, jakie teraz odczuwał.

Wysłuchałeś moich modłów. – pomyślał, uśmiechając się słabo. – Dziękuję Ci. Naprawdę Ci dziękuję.

Eira też się uśmiechała. Widział, że ma na ramionach i twarzy kilka małych zadrapań, a głęboka rana na jej dłoni wciąż krwawiła. Mimo to stała pewnie obok króla i z dumą przyjmowała gratulacje od kolejnych mieszkańców Vestfold, jacy teraz zebrali się wokół niej.

- A jednak wygrała. – Heahmund usłyszał głos Ivara obok siebie. Chłopak wstał i znów podpierał się swoimi kulami. – Musisz się z tego bardzo cieszyć.

- Podobnie jak i ty. – odciął mu się w tym momencie biskup, przenosząc w końcu swoje spojrzenie na niego. Nie mylił się ani trochę; Ivar uśmiechał się z zadowoleniem pod nosem, obserwując dziewczynę z zaciekawieniem.

- Leifr był jednym z mniej znaczących wojowników w mojej armii. – Ivar przyznał bez cienia wahania. – A ona… ona jest ciekawa. – dodał po chwili. – Widziałem, jak z tobą trenuje. Widziałem, jakie postępy uczyniła w tak krótkim czasie. Gdyby przegrała, byłbym tym bardzo zawiedziony.

Heahmund nic mu nie odpowiedział – odwrócił się tylko ponownie w stronę Eiry. Dziewczyna zdołała się w końcu wydostać z tłumu gratulujących jej ludzi i szła właśnie w ich stronę.

- Udało ci się. – Heahmund uśmiechnął się do niej łagodnie, gdy ta w końcu przed nim stanęła.

- Mówiłam ci, że mi się uda. – odparła mu na to Eira. – Wiedziałam, że wygram. Miałam dobrego nauczyciela.

Jak nigdy wcześniej poczuł teraz, że chciałby móc być teraz z nią sam na sam. Nie mógł nic jednak zrobić – ani nie mógł jej przytulić, ani pocałować. Nikt nie mógł wiedzieć, że łączyło ich coś więcej. A już tym bardziej nie mógł o tym wiedzieć Ivar.

- Świetnie walczyłaś. – Osoba, o której myślał, zdecydowała się nagle włączyć do ich rozmowy. Ivar zrobił kilka niezdarnych kroków przed siebie, aby móc stanąć bliżej Eiry. Ta powoli przeniosła swoje spojrzenie na niego, podczas gdy on uśmiechnął się szeroko, wyraźnie czymś zadowolony. – Na początku walki myślałem, że Leifr cię kompletnie rozniesie. Dałaś mu jednak radę i wygrałaś.

- Siła wyższa najwyraźniej stała po mojej stronie. – odparła mu na to dziewczyna, patrząc mu się prosto w oczy. Heahmund, obserwując ją taką, poczuł nagle przemożną dumę. Dziewczyna otwarcie stawała przeciwko Ivarowi i w ogóle się go nie bała. Insynuowała do tego swoimi słowami, że miała Boga po swojej stronie – i takimi słowami, aby Ivar niczego nie mógł się domyślić.

- Najwyraźniej. – Słowa dziewczyny w ogóle nie ruszyły Ivara. Wręcz przeciwnie; jego uśmiech powiększył się nieznacznie, gdy ten zorientował się, że stojąca przed nim dziewczyna nie boi się mówić, co ma na myśli.

Muszę ją przed nim chronić. – uzmysłowił sobie nagle Heahmund, obserwując z rosnącym niepokojem młodego wikinga. – On nie ma prawa jej tknąć. Nie pozwolę na to. Choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię na tym ziemskim padole… ochronię ją przed nim. Ochronię ją za wszelką cenę.