Rozdział ósmy: Czerwony księżyc


Im bliżej było do dnia inwazji Kattegat, tym więcej wojowników przybywało do Vestfold.

- Jeśli Lagertha nie zdołała znaleźć jakichś sensownych sojuszników, to jej dni są policzone. – stwierdziła Eira, obserwując razem z Heahmundem powitanie kolejnych mężczyzn gotowych do walki o dominację Haralda i Ivara nad obecną władczynią Kattegat.

- Na pewno jest na to przygotowana. – odpowiedział jej na to mężczyzna. – Zna Ivara od dawna. Wie, do czego jest zdolny.

- Część mnie chce, żeby ta kobieta faktycznie była odpowiednio przygotowana na ten atak. – powiedziała dziewczyna, wzdychając przy tym ciężko. – Ale druga część mnie wolałaby, żeby ta bitwa zakończyła się szybko, i żeby zakończyła się jej porażką. Wtedy przynajmniej mało wojowników by zginęło.

Heahmund nie skomentował tego w żaden sposób. Przytaknął tylko pojedynczym skinieniem głowy, po czym obrócił się z powrotem w stronę wybrzeża.

Eira i on wciąż nie ujawnili nikomu, że stali się parą. Ukrywali to przed innymi, w pełni świadomi tego, że mogłoby to sprowadzić na nich niemałe kłopoty – nawet teraz, gdy Eira była już wolnym człowiekiem. Ivar wciąż stanowił dla nich spore zagrożenie. Był szalony, nieobliczalny i niebezpieczny. Heahmund nie był na tyle szalony, żeby ryzykować konfliktu z nim. I był pewien, że Eira w pełni podziela jego obawy.

Ten fakt szybko zaczął się jednak na nich odbijać negatywnie. Z racji tego, że w oczach innych osób wciąż nikogo nie miała, szybko stała się obiektem zainteresowania wielu wojowników. Dziewczyna ani trochę nie przesadzała mówiąc mu wtedy, że po jej wygranej i uzyskaniu przez nią wolności zlecą się ku niej potencjalni zalotnicy.

- Ty jesteś Eira, zgadza się? – Jeden z niedawno przybyłych do Vestfold wojowników podszedł do niej jak gdyby nigdy nic, uśmiechając się przy tym pod nosem. – Słyszałem o twojej wygranej w walce ceremonialnej. Podobno jesteś bardzo utalentowaną wojowniczką.

- Nie trać nawet na to czasu. – odpowiedziała mu momentalnie dziewczyna. – Nie jestem zainteresowana.

Wyraźnie go to ubodło. Heahmund skłamałby twierdząc, że widok jego miny nie sprawił mu teraz mściwej satysfakcji. Z trudem powstrzymał się od triumfalnego uśmiechu, obserwując jak ten mężczyzna męczy się z tym, żeby zaimponować jego partnerce.

- Co, masz już kogoś? – mężczyzna nie odpuszczał. Zaraz potem jego spojrzenie padło na siedzącego obok niej chrześcijanina. – To chyba nie ten klecha, co?

- A co cię to interesuje? – odcięła mu się Eira. – Nie jestem już niczyją własnością. O tym też już na pewno musiałeś słyszeć. Nikt więc nie będzie mi dyktował, co mam robić i z kim mam się związywać. Jeśli tego zapragnę, to pozostanę sama. Jeśli nie, to sama znajdę sobie kogoś. Tak działa przecież nasze społeczeństwo, czyż nie? Kobiety, tak samo jak mężczyźni, mają równe prawa w tych kwestiach.

Wojownik nic jej nie odpowiedział. Spojrzał się tylko na nią nieprzychylnie, po czym, pokonany, oddalił się czym prędzej, zerkając jednak co jakiś czas przez ramię z mieszaniną złości i zaciekawienia.

- Imponujesz im swoją inteligencją. – stwierdził Heahmund, gdy ta z powrotem obok niego usiadła. – I chyba tym też ich do siebie zniechęcasz.

- To niech się zdecydują, czy chcą mieć u swojego boku niewinną, naiwną dziewczynkę czy dojrzałą i pewną siebie kobietę. Jednego i drugiego nie da się mieć naraz.

Heahmund tylko uśmiechnął się pod nosem na te słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeszcze kilka księżycy temu nie tolerowałby takiej inteligencji, zaradności i ciętego języka u kobiety. Społeczeństwo, w jakim się wychował, zabraniało kobietom bycia tak niezależnymi. Teraz jednak zdawał się w ogóle tym nie przejmować. Stwierdził w myślach, że tradycyjne role kobiet, do jakich przywykł w swoim świecie, w ogóle nie pasowałyby do Eiry. Nie byłaby wtedy sobą.

A on wtedy nie zadurzył się w niej kompletnie.

- Ivar tu idzie. – Głos Eiry wyrwał go z zamyślenia. Heahmund odwrócił się w jej stronę i zobaczył, jak z przeciwnej strony zmierza ku nim niezdarnym krokiem Ivar. Chłopak opierał się o kulach, uparcie pokonując samodzielnie obraną przez siebie trasę. Ignorował wszystko i wszystkich, wzrok mając skupiony teraz przed sobą. Dopiero po jakimś czasie Heahmund zdał sobie sprawę, że młody wiking spogląda w ich stronę, i że to właśnie ku nim zmierza.

- Czego on może chcieć? – spytał się cichym głosem mężczyzna, bardziej sam siebie niż Eiry. Dziewczyna najwyraźniej domyśliła się tego, bo zaraz potem wstała.

- Gdzie idziesz? – spytał się jej, gdy ta zdołała zrobić ledwie jeden krok.

- Do Ivara. – odpowiedziała mu Eira, odwracając się do niego nieznacznie bokiem. – Chcę wiedzieć, czego on od nas chce. I lepiej też będzie, jeśli to ja ku niemu wyjdę. – dodała po chwili. – Wciąż jest wyższy statusem ode mnie. No i dobrze będzie, jeśli nie będzie podejrzewał, że jesteśmy razem. Przynajmniej niech do wypłynięcia do Kattegat myśli, że nic się pomiędzy nami nie dzieje.

Heahmund wiedział aż za dobrze, dlaczego chce ona to ukrywać. W planach wciąż mieli ucieczkę z pola bitwy podczas najazdu na Kattegat. Jeśli to wszystko się powiedzie, wtedy będą mogli być wreszcie wolni – i nie będą musieli się przed nikim ukrywać.

Eira w tym czasie stanęła przed Ivarem, zatrzymując go w połowie drogi. Stali teraz dostatecznie blisko, że Heahmund mógł bez problemu dostrzec wyraz twarzy chłopaka. Widział, jak ten uśmiecha się pod nosem, wyraźnie z czegoś zadowolony. Na sam ten widok Heahmund poczuł nieprzyjemny ucisk w brzuchu. Momentalnie przypomniał sobie noc uczty, gdy Ivar siedział obok Eiry i bez przerwy zagadywał do niej i przyglądał się jej z zainteresowaniem. Nie był głupcem – i wiedział, że Ivar też nim nie jest. Był pewien tego, że młodzieniec też chciał starać się o względy dziewczyny. I sama ta myśl napawała go złością i odrazą do wikinga.

Przez dość długą chwilę rozmawiali o czymś. Heahmund nie mógł dostrzec wyrazu twarzy Eiry, ale po jej postawie i mowie ciała wywnioskował, że nie była spięta i nie bała się Ivara. Obrał to za dobry znak – znaczyło to, że nie groził jej i nie mówił jej czegoś niestosownego.

W pewnej chwili oboje spojrzeli się w bok w tym samym momencie, skupiając swoją uwagę na jednej specyficznej rzeczy. Heahmund nie dostrzegł w pierwszej chwili, na co mogą się teraz przyglądać. Dopiero po jakimś czasie zauważył, co tak bardzo przykuło ich uwagę.

Astrid.

Partnerka króla Haralda przechadzała się pomiędzy nowo przybyłymi wojownikami, uśmiechając się do niektórych. Od razu zauważył, że wyglądała tak, jakby kogoś wśród nich szukała. Rozglądała się ciągle dookoła, jak gdyby liczyła na to, że zaraz trafi na kogoś znajomego.

Heahmund odwrócił się z powrotem w stronę Eiry i Ivara. Teraz, gdy dziewczyna była zwrócona ku niemu bokiem, mógł wreszcie dostrzec wyraz jej twarzy.

Była zniesmaczona i zdenerwowana. Widział, jak dziewczyna marszczy brwi nieufnie, przyglądając się tak przechadzającej się jak gdyby nigdy nic kobiecie.

Wiedział, że Eira ani trochę nie lubiła Astrid – uważała ją za złą królową i sądziła, że ta mąci w głowie jej królowi. Nie spodziewał się jednak, że podobny wachlarz emocji zobaczy na twarzy Ivara. Tak jednak było – chłopak, podobnie jak Eira, nie wydawał się być zadowolony z faktu, że Astrid tu była.

Czyżby łączył ich wspólny cel? – spytał się sam siebie w myślach, obserwując ich z oddali. – Czy ma on coś w planach wobec niej? Może to dlatego nie przeszkadza jej on? Może ona z nim współpracuje?

Tylko dlaczego nic mi o tym nie powiedziała?

Ta ostatnia myśl boleśnie ubodła Heahmunda w serce. Fakt, znał Eirę od niedawna, ale przez to wszystko, co do tej pory przeszli i czego się o niej dowiedział, czuł między nią a sobą silną więź.

Z trudem powstrzymał się od wstania i udania się do nich. Wytrzymał jakoś i zaczekał cierpliwie, aż Eira nie skończy rozmawiać z Ivarem. Obserwował go potem spod byka, jak ten niezdarnym, powolnym krokiem zmierza w stronę, z której przyszedł.

- I czego on chciał? – spytał się Eiry, gdy ta tylko do niego podeszła.

- Chciał wiedzieć, jak sobie radzę po uzyskaniu wolności. – odpowiedziała mu zdawkowym tonem głosu dziewczyna. – No i chciał też wiedzieć, jak ty sobie tutaj radzisz. Nie do końca chyba podoba mu się to, że ciągle ze mną spędzasz czas. Jak sam to ujął: „To był mój więzień, a teraz wygląda to tak, jakbyś to ty była jego właścicielką". – Po tych słowach Eira roześmiała się cicho, kręcąc z rozbawieniem głową na samą tę myśl.

- A czemu oboje tak spojrzeliście się na Astrid? – Heahmund nie mógł już dłużej czekać; niecierpliwość zżerała go wręcz od środka.

Po jego pytaniu Eira na moment zastygła w miejscu, a uśmiech momentalnie zrzedł z jej ust. Spojrzała się na niego uważnie, zanim w końcu nie udzieliła mu odpowiedzi.

- Ivar też nie chce widzieć jej w roli królowej. Dowiedział się zaraz po tej uczcie, że podzielam jego opinię, i zaoferował swoją pomoc w odkryciu prawdy na temat tego, co ona kombinuje.

- A ona faktycznie co kombinuje? – Heahmund podchodził dość sceptycznie do idei, że Ivar tak sam z siebie zdecydował się pomóc Eirze. Był pewien tego, że kryje się za tym coś więcej.

- Według tego, co się dowiedział… tak, i to nawet bardzo. – Eira przysiadła następnie obok niego, a następnie nachyliła się w jego stronę tak, żeby nikt poza nim nie mógł jej teraz usłyszeć. – Znalazł on dowód na to, że Astrid planuje zdradzić króla Haralda. – powiedziała. – Działa ona na dwa fronty i wysłała wiadomość do Lagerthy o nadchodzącym ataku.

- Jakim cudem jej się to udało? – zdziwił się mężczyzna. – Czy ten wasz król w ogóle jej nie pilnuje?

- No właśnie tego wcale nie robi. Mówiłam ci, że całkowicie go sobie omotała. Jeden z ludzi Ivara był świadkiem tego, jak spotyka się ona z członkiem jakiejś załogi, która przybyła tutaj zaraz po wezwaniu króla Haralda. Już ich tu nie ma – są już pewnie w Kattegat i pomagają Lagercie w opracowaniu planu kontrataku.

- Zamierzasz coś zrobić z tą informacją? – Jeśli to faktycznie była prawda, to mieli większy problem, niż sądził. Cały ich plan mógł teraz spalić na panewce, jeśli Lagertha zdoła zebrać dostatecznie dużą armię i pierwsza ich zaatakować. – Powiesz o tym swojemu królowi?

- Tego jeszcze nie jestem pewna. – przyznała mu Eira. – Nie mam jeszcze faktycznych dowodów na to. Jest on tak w niej zadurzony, że mógłby mi nie uwierzyć. Musielibyśmy złapać jakiegoś członka tej załogi, z którą się ona wtedy porozumiała. To jest jedyny sposób, żeby go przekonać do uwierzenia w to.

- I Ivar naprawdę chce w tym pomóc? – Heahmund wciąż nie chciał uwierzyć w tę jedną rzecz.

- Tak, chce. – zapewniła go w odpowiedzi Eira. – Nie martw się tak o to. – dodała, widząc jego zaniepokojoną minę. – Dam sobie z nim radę. Wiem, w jaki sposób działać, żeby nie narobić sobie większych problemów. Nie dam sobą tak łatwo zmanipulować. Nie jestem taką łatwą zdobyczą, na jaką Ivar być może liczy.

- Wiem o tym. Ale o nie oznacza, że się o to nie martwię. Widziałem go w akcji. To potwór. Powinnaś na niego uważać.

Eira w odpowiedzi uśmiechnęła się pogodnie.

- Masz na to moje słowo.

~0~

Trzy dni później Vestfold zgromadziło w końcu wszystkich wojowników i jarlów lojalnych królowi Haraldowi. Zgodnie z tradycją, nastał wreszcie moment na złożenie ofiary rytualnej, na którą wszyscy czekali.

Heahmund nie miał żadnego wyjścia – musiał wciąć udział w tej ceremonii, czy mu się to podobało, czy nie. Ani trochę nie uśmiechało mu się branie udziału w takich barbarzyńskich praktykach, ale wizja zostawienia Eiry samej w miejscu, w którym Ivar miałby do niej łatwy dostęp, przyprawiała go o zimne dreszcze. Z dwojga złego wolał przyglądać się składaniu ofiary z człowieka od wyobrażania sobie w swojej samotni, co Ivar może kombinować i co może robić z jego wybranką.

Moja wybranka… – Na samą tę myśl słaby uśmiech pojawił się na twarzy mężczyzny. Nie miał innego słowa na to, jak ją opisać. Nie byli jeszcze oficjalnie razem, ale czuł, że ich więź z każdym dniem zacieśnia się coraz bardziej. Chciał móc być z nią w każdym tego słowa znaczeniu – nie miał już ku temu żadnych wątpliwości. Wpływ jego religii wciąż był jednak w nim silny – nie chciał sobie na coś takiego pozwolić aż do momentu, gdy będą wreszcie wolni od tego pogańskiego świata i będą mogli być szczerzy i otwarci wobec tego, co wyznają.

Mężczyzna stanął u boku Eiry w pierwszym rzędzie otaczającym okrągły plac, na środku którego znajdował się nieduży podest. Przeczuwał, że to właśnie w tym miejscu złożą ofiarę z Leifra. Wsłuchiwał się w milczeniu w śpiewy zebranych i stałą melodię instrumentów, zerkając co jakiś czas w stronę długiej ścieżki pomiędzy dwoma budynkami, którą wkrótce miał być przeprowadzony wojownik Ivara.

W końcu się pokazał – prowadzony przez czterech rosłych wikingów, po dwóch po obu jego stronach, Leifr szedł z dumnie uniesioną głową przez tłum. Nie wyglądał na osobę, która obawia się śmierci – wręcz przeciwnie, wyglądał Heahmundowi na osobę, która pogodziła się ze swoim losem i była w pełni świadoma tego, co ją wkrótce czeka. Jego umysł, wbrew jemu samemu, od razu podążył ku wyobrażeniom, jak zachowywałaby się w tej sytuacji Eira. Czy tak jak Leifr by szła dumnie przed siebie, nie bacząc na nic i na nikogo? Czy też może walczyłaby z prowadzącymi ją wojownikami, desperacko próbując walczyć.

Nie myśl o takich rzeczach. – skarcił się momentalnie w myślach. – Eira wygrała walkę. Wciąż żyje. I będzie żyć jeszcze przez długi czas.

Leifr został w tym czasie zaprowadzony pod sam podest. Śpiewy nabrały mocy i stały się lepiej słyszalne. Harald wystąpił z tłumu i wszedł na podwyższenie, po czym sam ujął dłoń wojownika i zaprowadził go na sam środek, gdzie mężczyzna został przywiązany rękoma do dwóch drewnianych słupów, a jego koszula została z niego zdarta jednym ruchem.

Heahmund wiedział, co wkrótce będzie miało miejsce, i sama świadomość tego przyprawiała go teraz o mdłości. Trzymał się jednak twardo, nie chcąc okazać przy tych ludziach żadnej słabości. A już na pewno nie chciał tego zrobić w obecności Eiry.

Z ciekawości zerknął na nią przez moment. Dziewczyna stała pewnie w miejscu i w ogóle nie wydawała się przejmować tym, co się teraz działo. Mężczyzna był pewien, że było to spowodowane tym, że się w tej kulturze wychowała. Widziała coś takiego już nie raz.

- Nie oburza cię to? – spytał się jej przyciszonym głosem, nie mogąc się już dłużej przed tym powstrzymać. Zerknął przelotnie w stronę podestu. Król Harald przyjął właśnie miecz od kapłana i stanął przed wojownikiem, gotowy do złożenia go w ofierze. – To jest barbarzyństwo.

- Gdybyś żył tutaj tak długo jak ja, to byś do tego przywykł. – odpowiedziała mu na to Eira, potwierdzając jego teorię tym jednym zdaniem. – To jest część naszej kultury. Można się z tym zgadzać lub nie zgadzać, ale bez względu na to wciąż pozostanie to częścią naszego świata.

Heahmund nie do końca się z tym zgadzał. Chciał zakwestionować jej słowa, ale wtedy jego uwagę przykuł czyjś krzyk. Zaniepokojony, że coś się stało, obrócił się szybko w stronę hałasu. Szybko okazało się jednak, że nikomu nie działa się krzywda, a krzyk ten nie był spowodowany strachem czy przerażeniem – wręcz odwrotnie, spowodowany był ekstazą.

Harald jednym pchnięciem przebił tors Leifra. Wojownik zachwiał się nieznacznie, ale utrzymał pozycję stojącą. Dzielnie wytrzymał aż do samego końca, aż do momentu, w którym król Vestfold wyciągnął z jego ciała ostrze miecza, zbroczone ciemną krwią.

W momencie, w którym jego ciało upadło na podest, mrok nocy rozdarły liczne okrzyki tłumu. Harald obrócił się przodem do zebranych, podczas gdy dwaj kapłani przystąpili do dalszej części ceremonii. Zaczęli zbierać wypływającą z rany krew Leifra do dużej, drewnianej misy, a gdy już ją napełnili niemalże po brzegi, czterech mężczyzn podeszło do ciała wojownika, odwiązali je od słupów, po czym ostrożnie zabrali je z podestu.

Heahmund wciąż nie rozumiał wszystkiego, co miało tutaj miejsce. Obserwując ten rytuał poczuł jednak w pewnym momencie coś dziwnego – coś, czego nigdy w życiu by się po sobie nie spodziewał.

Zafascynowało go to.

Nie chciał przyznać się do tego. Całe swoje życie był uczony o tym, że chrześcijaństwo było jedyną drogą do zbawienia. Tylko w to wierzył, i w nic innego. Teraz jednak, obserwując tych wszystkich ludzi, zobaczył w nich to, co zwykł dotychczas widywać u wyznawców swojej religii.

Wiara. Czysta, niczym nieskalana wiara.

W przeszłości spodziewał się tego, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie mu być świadkiem jednej z takich ceremonii, to zobaczy tutaj jedynie barbarzyństwo i okrucieństwo. Obserwując jednak, z jaką delikatnością wojownicy przenosili teraz ciało swojego kompana, z jaką ostrożnością kapłani postępowali z jego krwią, i z jaką pasją ci wszyscy wpatrywali się w skupieniu w to wszystko, przez moment zwątpił we wszystko, co w tej pory wierzył.

Sami nie wiemy, która religia jest tą prawdziwą. Dopiero po śmierci możemy się tego dowiedzieć. Istnieją przecież religie starsze od chrześcijaństwa i religii, od której chrześcijaństwo wzięło swój początek. Tylko zmarli znają prawdę na ten temat.

Słowa Eiry powróciły do niego ze wzmożoną intensywnością. Obrócił się powoli i spojrzał się na nią bokiem, obserwując ją uważnie.

Czy to właśnie tak powinienem jednak postępować? – zapytał sam siebie. – Wierzyć we wszystko i w nic jednocześnie? Nie odrzucać żadnej religii? Czy coś takiego jest w ogóle możliwe?

Trudno było mu sobie wyobrazić coś takiego. Miał z tego powodu spore problemy z uwierzeniem w to, że Eira naprawdę mogła mieć taki światopogląd. Wyznała mu przecież, że tak jak on była chrześcijanką. Wierzyła w to co on. Dlaczego zatem miała taką opinię na temat własnej wiary?

Heahmund powoli odwrócił się w stronę podestu. Kapłani stanęli przed królem Haraldem i właśnie mieli go obmyć krwią Leifra. Razem unieśli drewnianą misę ponad głowę mężczyzny, gotowi do wylania wszystkiego na jego ciało.

Nagle rozbrzmiał głośny ryk rogu. Wszyscy uczestnicy ceremonii obrócili się jak jeden mąż w stronę wybrzeża, skąd doszedł do nich ten sygnał.

Heahmund zobaczył, jak gwałtownie zmieniło się nastawienie wszystkich tu obecnych. Jeszcze przed chwilą stali dookoła, zrelaksowani i spokojni. Teraz dostrzegał na ich twarzach jedynie gniew i złość.

- Co się dzieje? – spytał się Eiry, gdy ludzie zaczęli nagle się przepychać we wszystkie strony, ewidentnie się do czegoś szykując. Nie uciekali – zamiast tego biegli w różne miejsca, łapiąc przy tym coś po drodze i zaraz potem zawracając w stronę wybrzeża.

- To był sygnał ostrzegawczy. – wyjaśniła mu dziewczyna. Pociągnęła go szybko w stronę jednego z baraków, w których składowali broń, i złapała naprędce dwa miecze, po czym jeden z nich podała mężczyźnie. – Jesteśmy atakowani.