Rozdział szesnasty: Bitwa


Jeden głęboki wdech. Spokojny wydech. Kolejny wdech. I znów wydech.

Eira robiła wszystko, co w jej mocy, aby uspokoić swoje nerwy. Prawą dłonią ściskała rękojeść miecza tak mocno, że ta zaczynała ją boleć.

Harald i Ivar nie podzielali jej nerwów – ten pierwszy przemawiał właśnie zachęcająco do swoich wojowników, podczas gdy Ivar stał nieopodal w swoim rydwanie, uśmiechając się przez cały ten czas szeroko.

- Eira, on mówi o tobie. – Głos Heahmunda wyrwał ją nagle z zamyślenia. Eira zamrugała kilkakrotnie, zanim nie odwróciła się w jego stronę, zdezorientowana.

- Co?

- Mówi o tobie Ivarowi. – powtórzył mężczyzna. Wskazał następnie skinieniem głowy na stojących nieopodal Haralda i Ivara, którzy dyskutowali o czymś zawzięcie. – Chce chyba, żeby Ivar zabrał ciebie i Astrid z pola walki. Nie chce, żebyś brała udział w bitwie.

Dezorientacja i strach Eiry w moment zmieniły się w złość i irytację. Nic nie mówiąc do Heahmunda, dziewczyna przeszła obok niego i stanęła przed swoim ojcem, który na jej widok zamilkł szybko i przyjrzał się jej uważnie, od razu dostrzegając jej zdenerwowanie.

- Zostaję tu. – powiedziała mu stanowczym głosem. – Nie zamierzam nigdzie uciekać.

- Będziesz bezpieczniejsza z nim, z dala od głównej walki. – odpowiedział jej ojciec.

- Jestem przyszłą królową Vestfold i całej zjednoczonej Norwegii. – Eira powiedziała to na tyle głośno, żeby znajdujący się w ich pobliżu wojownicy dobrze ją usłyszeli. – Jestem twoją jedyną spadkobierczynią. Nie zamierzam uciekać jak tchórz i chować się, podczas gdy moi ludzie będą umierać za mnie. Wiesz, jak dobra jestem w walce. – dodała zaraz potem, gdy Harald chciał się wtrącić. – Zabierając mnie stąd, pozbawicie tych ludzi doświadczonej wojowniczki. A sam chyba dobrze wiesz, ile może zdziałać na polu walki jeden dobry wojownik.

Harald nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Obejrzał się na zgromadzonych za nimi wojowników i zobaczył, że jej mały monolog wywarł na nich spore wrażenie. Nie mógł teraz tak łatwo się jej stąd pozbyć. Gdyby to zrobił, wyszedłby na słabeusza. To nie leżało w jego naturze. Już i tak nadwyrężył swoją reputację skandalem z Astrid. Drugiej porażki osobistej nie mógł przeżyć. Zrujnowałby sobie wtedy reputację wśród swoich ludzi na zawsze, bez szansy naprawienia jej.

- Ty. – Harald wskazał na Heahmunda, który drgnął nieznacznie, gdy został przez mężczyznę wskazany skinieniem dłoni. – Trzymasz się blisko niej podczas bitwy. Nie rozdzielacie się. Ma wrócić cała i zdrowa. Jeśli będzie trzeba, masz oddać za nią swoje życie.

Eira już otwierała usta, żeby wyrazić swój gwałtowny sprzeciw wobec takiego rozkazu, ale Harald odwrócił się tyłem do niej i Heahmunda i odszedł, kierując się ku centrum oddziału, jakim zamierzał dowodzić w walce.

- Odpuść sobie. – mężczyzna polecił jej, widząc jak bardzo zdenerwowały ją słowa jej ojca. – On tylko nie chce, żeby coś ci się stało.

- Kosztem życia innych ludzi. – Eira zmrużyła ze złości oczy, wpatrując się uparcie w plecy Haralda, który dalej uparcie unikał jej spojrzenia i w dalszym ciągu przemawiał do wojowników.

W stronę Ivara odwróciła się dopiero po dłuższej chwili, gdy ten zaczął już kierować się w stronę wybrzeża, zabierając ze sobą Astrid, która w przeciwieństwie do Eiry nie zaprotestowała tak mocno. Dostrzegła, że Hvitserk w tym czasie wyruszył w przeciwną stronę ze swoim oddziałem, kierując się w przeciwną stronę. Zanim Ivar odjechał, Eira zdołała rzucić mu jedno ostatnie spojrzenie.

Jednak nastała ta chwila. – pomyślała, obracając się powoli przodem w stronę pola, które wkrótce miało stać się centrum bitwy pomiędzy dwoma armiami. – Nie uniknęliśmy tego. Nasz świat się kończy. Brat staje przeciw bratu. Rodacy walczą ze sobą. I to wszystko o jeden marny tron.

Mogła się z tego wycofać – naprawdę mogła. Mogła zgodzić się na propozycję swojego ojca i odjechać stąd z Ivarem. Chciała tego – w głębi ducha naprawdę chciała to zrobić. Wiedziała jednak, że wtedy nie byłaby sobie w stanie wybaczyć pozostawienia swoich ludzi na pastwę losu.

Zamknęła na moment oczy i skupiła się na równych oddechach. Wsłuchała się w dźwięki otaczające ją – w krzyki wojowników, w szum wiatru pomiędzy konarami drzew, we własny równy oddech.

Okrzyk wzywający do walki wybudził ją z tego stanu. Otworzyła oczy i spojrzała się przed siebie. Wojownicy Lagerthy uderzali swoimi mieczami i toporami o tarcze, podobnie jak ich wojownicy. Bitwa wkrótce miała się rozpocząć. Nie było już od tego odwrotu.

Eira pozwoliła sobie na jeden ostatni długi, głęboki wdech. Złapała mocniej rękojeść miecza, po czym wypuściła powietrze z płuc i zrobiła pierwszy krok wprzód.

Nie ma już od tego odwrotu. Oto zaczyna się pierwszy dzień początku końca naszego świata.

Ruszyła do przodu razem z innymi wojownikami. Heahmund biegł tuż obok niej, trzymając swój miecz przed sobą. Dwie armie starły się ze sobą pośrodku niziny.

Przez długi czas jedyne, co dookoła siebie słyszała, do szczęk metalu i krzyki ludzi dookoła siebie. Skupiła się na walce ze swoim pierwszym przeciwnikiem, z którym starła się na samym początku. Była to młoda wojowniczka, zaciekle z nią walcząca. Swoim niedużym toporem słała na nią uderzenie za uderzeniem, zmuszając ją do ciągłego podnoszenia ramienia, do którego Eira przymocowała sobie tarczę. Drewniana powierzchnia tarczy wibrowała z każdym uderzeniem, wysyłając po jej ramieniu nieprzyjemne dreszcze.

Długo nie mogła tak pociągnąć. Gdy dziewczyna na moment opadła z sił i przerwała na krótką chwilę, aby złapać oddech, Eira bez wahania to wykorzystała i natarła na nią z pełną siłą, uderzając ją całą powierzchnią tarczy i posyłając ją na ziemię. Gdy ta spróbowała się podnieść, jednocześnie próbując się obronić przed atakiem, Eira kopnęła ją w rękę, w której trzymała toporek, wytrącając go z niej, w następnie przebiła jej ramię na wylot mieczem.

To jej nie powinno zabić. – pomyślała, wyciągając jednocześnie ostrze z jej ciała. – Ale powinno ją unieruchomić na resztę walki.

Obiecała sobie zrobić jedno – nie zabić nikogo w tej bitwie. Wydawało się jej to niemożliwością, ale zamierzała podjąć się tego wyzwania. Nie zabije nikogo, chyba że jej życie naprawdę będzie zagrożone. Przeczuwała, że tę bitwę wygra Lagertha – jej ojciec odesłał dwa oddziały swojej armii w dwie przeciwne strony, z czego w jednym z tych oddziałów znajdował się Ivar. Mogła nie darzyć go zbytnią sympatią, ale nie mogła mu zaprzeczyć, że był dobrym strategiem. Bez niego u swojego boku Harald nie będzie potrafił już tak szybko obmyślać nowych planów i zmieniać strategię, tym bardziej, że sam pewnie też niedługo wbiegnie na pole bitwy, gdy druga połowa ich armii ruszy na nie. Gdy niedługo potem usłyszała donośny róg, po którym rozległy się okrzyki wojowników, wiedziała już, że jej ojciec wkrótce do nich dołączy.

Dość długo zajęło jej odnalezienie Heahmunda w tym chaosie. Nie znajdował się daleko od niej, ale przez to, że regularnie musiała ona podejmować się walki z kolejnymi atakującymi ją, nie miała czasu na spokojne zatrzymanie się w miejscu i rozejrzenie się. Gdy odwróciła się w jego stronę, ten właśnie dobijał swojego kolejnego przeciwnika. Obrócił się zaraz potem w jej stronę i gdy ją zobaczył, bez cienia wahania podszedł do niej i stanął u jej boku, szykując się do kolejnej walki.

- Wierzysz, że wasza strona wygra? – zdołał się jej spytać pośród tego całego harmideru.

- Nie. – przyznała mu szczerze. Heahmund westchnął ciężko, spodziewając się od niej takiej odpowiedzi.

- Trzeba zatem postarać się nie zginąć. – powiedział. Eira uśmiechnęła się słabo, słysząc to.

- Trzeba.

Oboje zaatakowali w tym samym czasie. Jej przeciwnikiem był teraz nieco wyższy od niej młody chłopak z mieczem i tarczą, jego przeciwnikiem był również mężczyzna, starszy od jej przeciwnika, uzbrojony w dwa miecze. Eira szybko wykorzystała swoją przewagę nad niedoświadczonym młodzieńcem i ścięła go z nóg jednym ruchem, po czym, gdy ten spróbował wstać, ogłuszyła go skutecznie jednym uderzeniem tarczy w głowę. Obróciła się tylko na moment bokiem, żeby zobaczyć, że Heahmund dalej walczy ze swoim pierwszym przeciwnikiem, po czym odbiegła nieco dalej, aby pomóc jednej z kobiet ze swojej armii rozprawić się z dwoma wojownikami, z jakimi teraz przegrywała.

Eira wzięła na siebie jednego z nich – tego, który wydał się jej silniejszy i bardziej doświadczony w walce. Pierwszego ciosu nie zdołała wyprowadzić – mężczyzna był szybszy i zamachnął się na nią, niemalże wytrącając ją w równowagi, gdy ta cofnęła się gwałtownie, unikając śmiertelnego ciosu. Nie zaprzestał na jednym razie – gdy tylko zobaczył, że ta zaczęła się wycofywać, zaatakował drugi, trzeci, czwarty raz, za każdym razem zacieklej i pewniej. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony z obrotu sytuacji. Był pewien, że za chwilę wygra. Rozpoznał w niej córkę Haralda i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Zabicie następczyni tronu Vestfold złamie szeregi ich wrogów. Na pewno.

Eira wreszcie poczuła pod sobą równy, prosty grunt. Zaparła się jedną nogą o wystającą z ziemi grań dla dodatkowej równowagi, po czym zatrzymała enty cios mężczyzny. Od naporu jego siły i wagi przechyliła się nieznacznie w tył, wydając przy tym z siebie cichy, ledwie słyszalny jęk. Zmarszczyła brwi, starając się skupić na swoim przeciwniku. Odzyska kontrolę nad tą sytuacją. Odzyska ją. Na pewno jej się to uda.

Kątem oka dostrzegła, że jej sojuszniczka dalej przegrywa, mimo że miała teraz tylko jednego oponenta. Była zbyt osłabiona, aby dalej walczyć. Długo nie pociągnie. Nie ona jedna z resztą. Dookoła nich kolejni wojownicy z Vestfold i ich sojusznicy tracili siły i ducha walki. Przeciwników było zbyt wielu, a ich armia została dodatkowo rozproszona na trzy części, bo Harald nie mógł pogodzić się z tym, że Astrid mogło coś się stać, i że ich łodzie mogły zostać spalone.

Mężczyzna naparł na nią ponownie, wyrywając ją tym z zamyślenia. Próbował ją wywrócić, aby móc zadać jej śmiertelny cios. Ona jednak zaparła się jeszcze mocniej, nie dając mu się tak łatwo pokonać. Nie wiedziała, czy Heahmund był teraz wolny i czy widzi, co się dzieje. Nie mogła kłaść teraz na niego całego swojego zaufania i liczyć na to, że ten przybędzie w ostatniej chwili i ją ocali. Była księżniczką Vestfold, następczynią tronu. Była wojowniczką. Była wikingiem. Nie da się tak łatwo pokonać.

Jednym szybkim spojrzeniem omiotła jego osobę. Był wysokiej postury – wyższy od niej o głowę, dobrze zbudowany, jak zresztą duża część wojowników po obydwu stronach frontu. Z całą pewnością był teraz przekonany o swojej wyższości nad nią i tym, że z nią wygra.

Zamierzała udowodnić mu, jak bardzo się teraz mylił.

Przytrzymała jeszcze przez chwilę miecz blisko siebie, zbierając przy tym siły na ten jeden ruch. Gdy była już pewna, że da sobie radę, odepchnęła go od siebie najdalej, jak tylko mogła, a gdy ten się zachwiał, wykorzystała swoją szansę.

Jego nierównowaga trwała tylko jedną krótką chwilę. Odzyskał stabilność zaraz potem i zamachnął się na nią, celując w jej kark. Eira uchyliła się, przykucając nisko, po czym jednym szybkim ruchem zamachnęła się przed siebie, celując w jego podbrzusze.

Cięcie było pewne i głębokie. Mężczyzna zachwiał się, łapiąc się jednocześnie za zranione miejsce. Widziała, jak ciemnoszara koszula zaczyna przebarwiać się szybko pod wpływem wypływającej z rany krwi.

Jego będę musiała zabić. – uzmysłowiła sobie, oceniając go krytycznym spojrzeniem. – Ten jeden cios nie wystarczy. Następny też nie. On się nie podda. Będzie walczył do samego końca.

Eira wstała następnie i zaczęła iść w stronę mężczyzny. Teraz to on cofał się, wpatrując się w nią ze strachem.

- Masz jedną szansę. – powiedziała mu. Rozpoznała to charakterystyczne spojrzenie, jakie było teraz w niej utkwione. Myliła się. Być może jednak nie musiała go zabijać. – Uciekaj.

Był zaskoczony jej słowami. Zastygł w miejscu, niepewien tego, co powinien teraz zrobić.

I wtedy róg zadął ponownie.

Odwrót. Eira obróciła się szybko w przeciwną stronę i zobaczyła, jak pierwsi wojownicy zaczynają się wycofywać w stronę linii drzew. Dostrzegła wśród nich swojego ojca, który krzyczał do swoich ludzi, jednocześnie sam się wycofując. Długą chwilę zajęło mu dostrzeżenie jej w tym całym chaosie. Gdy to zrobił, od razu zaczął do niej wołać, próbując przekrzyczeć cały ten harmider, aby wracała.

Nie musiał jej tego dwa razy powtarzać. Odnalazła spojrzeniem Heahmunda, który wciąż walczył ze swoim przeciwnikiem – innym niż tym, z którym go wtedy zostawiła. Eira podbiegła do nich i podcięła wojownikowi nogę, wywracając go tym, po czym złapała swojego towarzysza za ramię i zaczęła go odciągać ze sobą od epicentrum walki.

- Zadęli na odwrót! – krzyknęła, na tyle głośno, tak żeby ten ją usłyszał. – Musimy się wycofać!

Razem wyruszyli w stronę pozostałej części ich armii. Nie dotarli jednak daleko. Wojownicy Lagerthy otoczyli ją, gotowi do dalszej walki, całkowicie blokując im przejście.

Ponad ramieniem jednego z nich widziała swojego ojca, jak ten próbuje wyrwać się swoim ludziom i pobiec do niej. Szybko jednak musiała odwrócić od niego wzrok – atak na nią nastąpił z dwóch stron i musiała szybko działać.

Jednego z przeciwników dała radę szybko zlikwidować, wykorzystując odsłonięte słabe miejsce. Z drugim starła się i omal nie upadła od impetu uderzenia, ale jakoś to wytrzymała i podjęła się próby walki. Wtedy jednak nadeszły kolejne ataki, z kolejnych dwóch stron. Zdołała odepchnąć od siebie jednego oponenta, gdy w tym momencie drugi podszedł ją z lewej strony.

Nie dała rady wyprowadzić ataku. Poczuła silny ból w boku i zastygła. Otworzyła szerzej oczy, rozpoznając w mężczyźnie, tego którego przed chwilą oszczędziła. Trzymał on ją jeszcze przez jakiś czas na odległość, po czym zbliżył się gwałtownie, jednocześnie zatapiając ostrze głębiej w jej boku.

- Upadnij. – usłyszała, jak mówi jej ściszonym głosem do ucha. Eira zachłysnęła się powietrzem, gdy ból zwiększył się znacząco. – Tyle mogę dla ciebie teraz zrobić.

Odsunął się następnie i wyciągnął jednocześnie z niej ostrze swojego miecza. Ból stał się możliwie jeszcze gorszy. Eira nie wytrzymała i upadła na kolana, zachłystując się zimnym powietrzem. Wypuściła z prawej ręki miecz i obie jej dłonie powędrowały do jej lewego boku, który złapała kurczowo. Powoli obróciła się w stronę Heahmunda, wciąż oddychając płytko i nierówno.

Widział on, co jej się stało. Ogarnęła nim furia, gdy podjął samodzielną walkę z pięcioma wojownikami naraz. Eira mogła się teraz tylko patrzeć bezczynnie, jak powala on dwóch z nich, tylko po to, aby zostać cięty w szyję przez jednego z nich zaraz potem.

Padł na ziemię niemalże od razu. Gdy jego oczy się zamknęły, Eira nie wytrzymała i wypuściła z siebie cichy szloch, ledwie słyszalny ponad hałasem i krzykami.

Jeden z tych krzyków wydał jej się znajomy. Podniosła spojrzenie i zobaczyła Halfdana, jak próbuje on dobiec do niej, przebijając się przez kolejnych walczących. Wołał coś do niej, ale nie była ona w stanie go usłyszeć ponad krzykami innych walczących.

Nagle poczuła, że jej głowa staje się nieprzyjemnie ciężka. Zachwiała się i upadła na plecy, oddychając ciężko. Nad sobą widziała wojowników, jacy ich pokonali.

To koniec. – pomyślała, starając się jeszcze walczyć z tym, żeby nie zamknąć oczu. – To już koniec.

Nie dała rady wytrzymać. Usłyszała jeszcze jeden krzyk swojego wujka, jak gdyby nieco bliżej niż wcześniej, po czym jej oczy zamknęły się i otoczyła ją ciemność.