Rozdział 3: Kawa
Było cholernie zimno. Była druga nad ranem i było tak zimno, że deszcz zaczął zamieniać się w ulewę ze śniegiem. Greg nigdy nie miał pojęcia jakim sposobem Sherlock Holmes mógł przemierzać miejsce zbrodni w tak entuzjastyczny sposób. Inspektor stał z rękami wsuniętymi w kieszenie płaszcza i opuszczoną głową, by jego twarz mogła nieco wyschnąć. Jego oddech zamieniał się w kłęby pary. John stał w pobliżu, wyglądając na jeszcze mniej zadowolonego z wyjścia z domu. Dlaczego najlepsze morderstwa musiały wydarzać się w najgorszych warunkach pogodowych? Greg przewrócił oczami.
Jego szalik był ciasno owinięty wokół szyi, ale to nie mogło powstrzymać ogólnego chłodu. Przygotowywał się psychicznie do choroby, która miała nadejść. Niestety, taka była jego praca. Był tutaj, więc musiał po prostu zrobić wszystko co było w jego mocy, by ją dobrze wykonać.
Sherlock był w trakcie swojej błyskawicznej dedukcji, machając rękami i chodząc jak zwykle, kiedy zatrzymał się w połowie zdania i wydał z siebie dźwięk zirytowanej odrazy. Greg podniósł wzrok, marszcząc brwi zmieszany tym, co się stało. Spojrzał na Sherlocka, a potem odwrócił się, podążając za jego linią wzroku. W oddali stał smukły mężczyzna pod parasolem, trzymając w ręku napój. Greg poczuł uścisk w piersi z podniecenia.
— Zaraz wracam — mruknął i wyszedł z ogrodzonego policyjnymi taśmami obszaru. Wracając do świadomości, John uniósł brew, zdezorientowany.
— Co u licha? — zapytał lekarz, patrząc na Sherlocka, który przewrócił oczami i przykucnął przed trupem.
— Oczywiście migdalą się ze sobą. To okropne.
John wydał z siebie zdziwiony nosowy dźwięk i spojrzał na dwóch starszych mężczyzn, którzy stali teraz razem pod wielkim, czarnym parasolem.
— Zawsze ci powtarzam, że powinieneś zabierać parasol ze sobą. — Mycroft zwrócił się do Grega, wyciągając w jego stronę napój, który przyniósł. — Kawa?
— Ratujesz mi życie — westchnął inspektor, biorąc gorący napój i podnosząc kubek do ust. Westchnienie ulgi, które potem nastąpiło było pełne grzechu.
— Będziesz chory — zauważył starszy Holmes, unosząc jedną brew i rzucając mu wiedzące spojrzenie.
— Nic mi nie będzie — zbagatelizował Greg, chociaż wiedział, że to nie była prawda.
— Przyjdź dzisiaj do mojego domu.
W rzeczywistości, nie była to prośba. Mycroft Holmes prawie nigdy nie pytał. Nie, żeby kiedykolwiek miał naprawdę to na myśli.
— Nie mam pojęcia, kiedy skończę… — zaczął Greg, ale uśmiechał się.
— Przyjdź do mnie, Gregory.
— Z przyjemnością.
A potem Mycroft zrobił coś, co rzadko czynił. Pochylił się, wyciągając rękę i objął Grega w pasie, całując go delikatnie. Publicznie. Po chwilowym szoku, Greg oddał pocałunek, owijając rękę w której nie trzymał kawy, wokół smukłej szyi wyższego mężczyzny. W oddali słyszał, jak Sherlock jęczał dramatycznie, ale nie przejmował się tym. Całowanie Mycrofta było niesamowitą rzeczą i zastanawiał się, czy kiedykolwiek go to znudzi. Odsunęli się od siebie zbyt wcześnie, według niego. Mycroft uśmiechał się do niego.
— Do zobaczenia — powiedział cicho, ściskając jego talię przed odejściem.
Deszcz znów zaczął padać na Grega, kiedy zaczął wracać na scenę zbrodni. Teraz jednak było mu ciepło. I to nie tylko z powodu kawy.
