Rozdział 6: Jedenasta

Odchodząc od uśmiechniętej panny młodej – ponieważ Mary naprawę uśmiechała się zbyt dużo, niezależnie czy był to dzień jej ślubu czy nie – Sherlock wyciągnął komórkę z kieszeni i zaczął iść bez celu w stronę recepcji. Jego przenikliwe spojrzenie było skierowane przez cały czas na wszystkich, ale jego wzrok zatrzymał się przez chwilę na inspektorze Lestrade. Podczas gdy wszyscy wokół niego tworzyli grupki i poruszali się wokół, mężczyzna siedział z piwem w dłoni nie patrząc na nikogo konkretnie. Sherlock, wkładając drugą rękę do kieszeni, wybrał numer (niemalże niechętnie) i czekał.

— Tak, co się stało, Sherlocku? — dobiegł, dyszący cicho, głos po drugiej stronie połączenia.

— Dlaczego tak ciężko oddychasz? — zapytał, unosząc brew, gdy sunął między ciałami innych ludzi.

— To tajne — powiedział złośliwie Mycroft.

— Znowu ćwiczyłeś — kontynuował Sherlock, ignorując próbę brata na uniknięcie rozmowy.

Skrzywił się dramatycznie na nikogo w szczególności. To stanowiło odpowiedź na obecny stan Leastrade'a. Nagle wszystko nabrało sensu. Ostatni kawałek układanki zastał włożony na miejsce, tworząc jasny obraz.

— Czego chcesz? — Mycroft brzmiał na bardziej zirytowanego niż normalnie, a Sherlock wręcz mógł zobaczyć jak marszczy czoło. Młodszy z braci Holmes zaczął chodzić tam i z powrotem na małym kawałku pokoju.

— Potrzebuję twojej odpowiedzi, Mycroft. To pilna sprawa.

— Odpowiedzi?

— Wiesz, że nawet jeśli przyjdziesz na jedenastą, to nie będzie jeszcze za późno. — Jego ton głosu sugerował, że wiedział, co się działo. Zapadła cisza, po której nastąpiło westchnięcie.

— Och, Boże — jęknął Mycroft. — Dziś. To jest dzisiaj, czyż nie? — Sherlock mruknął potwierdzająco, zanim brat kontynuował: — Nie, Sherlock. Nie przyjdę na sam koniec, jak to poetycko ująłeś.

— Jaka szkoda.

Odwrócił się, a jego bystre spojrzenie spoczęło na Johnie i Mary stojących na przodzie pokoju, po czym skierował swój wzrok z powrotem na Lestrade'a siedzącego przy stole. Mężczyzna pił swoje drugie – nie, trzecie – piwo tego dnia, a przyjęcie dopiero się rozpoczęło.

— John i Mary będą zachwyceni, gdy nie przyjdę — powiedział po chwili Mycroft.

Sherlork parsknął wściekle, wiedząc, że jego brat przewrócił oczami na ten dźwięk.

— John i Mary nie byli do końca tymi, o których myślałem — powiedział wreszcie Sherlock.

Odpowiedziała mu cisza. To był inny rodzaj milczenia. Nie zwykła, wszechwiedząca, kpiąca cisza Mycrofta. Uważał, że to intrygujące, jak mogli odczytywać milczenie drugiej osoby, kiedy większość ludzi ledwo rozumiała się nawzajem, gdy rozmawiali, ale najwyraźniej taka była cecha mężczyzn z rodu Holmes.

— To nie twój interes.

Defensywny. Zatem zdecydowanie kłótnia.

— Pije już trzecie piwo.

Dlaczego się tym przejmował, nie mógł wyjaśnić. Wynikało to z tego samego rozumowania, które spowodowało, że przypomniał sobie, że Mycroft był samotny. Tylko że… nie był osamotniony. Przynajmniej jeszcze nie. Chodził po cienkim lodzie ze swoim „szczęściem", ale z jakiegoś powodu Sherlock nie chciał, by lód załamał się pod nim. Pomyślał o podobieństwach między sobą a swoim bratem (chociaż przez większość czasu nienawidził się do tego przyznawać) i zastanawiał się nad podobieństwami między Johnem i Lestradem. Oczywiście, wszystko zmieniło się między nim a Johnem. John żenił się. To jednak była zupełnie inna skala uczuć, na których nie starał się teraz koncentrować. Watson był dla niego dobry. Miał wrażenie, że Lestrade będzie dobry dla Mycrofta, jeśli jego brat nie zepsuje wszystkiego, co właśnie robił.

— Jedenasta nie jest za późną godziną — powtórzył, kontynuując, gdy tylko zauważył, że Mycroft nie będzie tym, który przerwie obecną ciszę. — Jednak, gdy zegar wybije dwunastą jeden, to sytuacja się zmieni.

— Skąd ta nagła obsesja na punkcie mojego osobistego życia, Sherlocku? — zapytał Mycroft, brzmiąc żałośnie.

— Po prostu… On jest twoim Johnem. Nie skacz z tego budynku, Mycroft. Być może nie spodoba ci się to, co znajdziesz po swoim powrocie po dwóch latach.

Rozłączył się, zanim Mycroft zdążył cokolwiek powiedzieć. Był zirytowany sobą za to, że użył takiego porównania, za pokazanie bratu słabości, którą bez wątpienia ujrzał. Wzdychając przez nos, zaczął cofać się, by dojść na przód pokoju, gdzie bez wątpienia zostanie wkrótce zmuszony do przemowy.

OoO

Mycroft westchnął. Oparł głowę o zagłówek fotela, a ramię opadło bezwładnie na bok. Rozmyślał nad tym, co zostało powiedziane. Jak zwykle Sherlock wiedział zbyt wiele, nie wiedząc nic. Co nie sprawiało, że nie miał racji. Niesamowite, jak te dwa lata jego nieobecności tutaj sprawiły, że stał się o wiele bardziej spostrzegawczy wobec takich rzeczy.

Gregory chciał go tam. Poprosił go, by przyszedł. Mycroft odmówił. Byli w związku przez trzy miesiące, a jednak wydawało się, że żaden z nich nie wiedział, jak sklasyfikować ich więź. Coś w oficjalnej randce na spotkaniu towarzyskim, takim jak wesele, spowodowało, że odsunęli się od siebie i natychmiast odrzucił starszego mężczyznę. Od tego czasu nie rozmawiali. W ciągu następnych czterech dni nie wymienili nawet jednego smsa.

Siedział jeszcze przez chwilę, po czym znów spojrzał na komórkę. Jedenasta godzina to nie za późna pora. Czy powinien? Przygryzł dolną wargę, zły nawyk, który był jego jedyną oznaką, że coś go niepokoiło, zanim zmusił się do wstania z krzesła i pójścia pod prysznic. Być może, jeśli zaplanuje wszystko w odpowiedni sposób, będzie mógł uratować ich związek. Chciał go ratować. Będąc niepewnym, miał tylko nadzieję, że Gregory mu wybaczy.