Rozdział 19: Znalazłem twoją złotą rybkę
— Czy mógłbyś… po prostu się „pokręcić" wokół? — zapytał Greg, praktycznie na granicy nerwów.
Przypadek z każdym dniem stawał się coraz trudniejszy i chociaż Sherlock zaczął ujawniać pewne zainteresowanie nim, Lestrade wciąż stał w mieszkaniu 221B, prosząc go, żeby zszedł z kanapy i rzeczywiście przyszedł na miejsce zbrodni. Jego irytacja osiągnęła wyżyny i był bliski krzyczenia na detektywa lub wyrywania sobie włosów z nerwów. W kuchni John przygotowywał herbatę, a podczas gdy Greg doceniał jego wysiłek, nie sądził, by jego żołądek mógł cokolwiek teraz zaakceptować.
— Może — powiedział Sherlock bardzo znudzonym tonem. Greg jęknął, wyrzucając ręce w górę.
— Do jasnej cholery, Sherlocku, jak to się dzieje, że dręczysz mnie dzień po dniu i gdy w końcu mam dla ciebie sprawę, ty nie przychodzisz?
Był zmieszany. Powiedziałby, pieprzyć to i wyszedłby, gdyby nie był tak zdesperowany. I zmęczony… Był wyczerpany.
— To nie ze względu na przypadek, reagujesz tak mocno… — dumał Sherlock, wreszcie zwracając uwagę na inspektora.
Greg uniósł brew, zamarł na miejscu i westchnął.
— O co ci chodzi? — jęknął.
Nie był w nastroju do tego, by wnioskowano coś z każdego włókna jego ubrania. Ale jeśli istniała szansa, że może mu to pomóc dostać Sherlocka na miejsce zbrodni, to wytrzyma.
— Potrzebujesz uwolnienia. Najprawdopodobniej w charakterze seksualnym. Coś, co powstrzyma cię przed samotnym wracaniem do twojego obskurnego mieszkania każdego wieczoru.
— Ej! — krzyknął Greg, krzyżując stanowczo ramiona.
Zaczynał się już wkurzać. Ze wszystkich, o których mógł pomyśleć, to z pewnością nie potrzebował rady od Sherlocka Holmesana temat związków.
— Sherlock. — Usłyszał, jak John oburzył się za niego.
Doktor wszedł do pokoju i podał Gregory'emu filiżankę parującej herbaty, którą inspektor automatycznie przyjął, ale nie wykonał żadnego ruchu, by zacząć ją pić.
— Nie jest to jednak przypadkowe spotkanie w barze. Nie… — kontynuował Sherlock, nie poświęcając w ogóle uwagi dwóm mężczyzn w pokoju.
Greg zacisnął dwa palce na mostku nosa. Czuł nadchodzącą migrenę. Fantastycznie. Otworzył oczy, które przymknął, czując na sobie spojrzenie praktycznie wypalające w nim dziurę.
— Sherlocku, proszę, naprawdę potrzebuję, żebyś spojrzał na tę sprawę, to jest…
— Nie, jest to ktoś szczególny, kto pochwycił twoje zainteresowanie — ciągnął dalej młodszy Holmes, ignorując całkowicie, to co miał powiedzieć Greg. — Nie ktoś, kogo widzisz codziennie, ale ktoś, kogo znasz na tyle, by rozwinąć jakieś przywiązanie. Nie zrobiłeś jednak żadnego ruchu w kierunku tej osoby, dlatego jesteś tak rozchwiany emocjonalnie. Nie, ta osoba jest kimś, kogo uważasz, że nie miałbyś u niej szans, więc siedzisz bezczynnie, czyniąc siebie nieszczęśliwym.
Greg wpatrywał się w niego zdumiony. Odwrócił się, by spojrzeć na Johna, jakby szukał u niego odpowiedzi, ale były żołnierz tylko wzruszył ramionami. Jak to się stało, że Sherlock nagle zainteresował się tego typu rzeczami? Nigdy wcześniej nie przejmował się jakimiś sentymentalnymi rzeczami… a przynajmniej zanim rzekomo umarł dwa lata temu. Dziwnie było widzieć taką stronę Sherlocka. Prawie tak samo dziwne, jak spojrzenie, które zauważył wymieniane między dwoma współlokatorami mieszkania 221B. Znał je zbyt dobrze. Miał nadzieję, że było to coś, co mógłby w niedługim czasie poruszyć w rozmowie między nim a Johnem, gdy spotkają się w barze. Do tego czasu, nie mówił nic na ten temat.
— Dlaczego ty…
— Wiesz, że ta obrączka nic nie znaczy— przerwał mu Sherlock.
Greg zamrugał. Obrączka? Kogo obrączka?
— Um.
— Tak, nie ma znaczenia. Nie bądź nudny, Lestrade, gardzę powtarzaniem się. Została mu przekazana przez naszego dziadka w testamencie. Prawie go nie znałem, ale najwyraźniej byli ze sobą blisko. I w ten oto sposób ją nosi.
Jemu. Och, Boże. Sherlock mówił o swoim bracie. Greg poczuł, jak palą go policzki i szybko skupił się na filiżance herbaty trzymanej w dłoniach. Oczywiście Sherlock zauważył, że czuł miętę to cholernego Mycrofta Holmesa. To było okropne. Chciał wczołgać się do dziury i umrzeć.
— Sherlock, dlaczego wspominasz o Mycrofcie? — zapytał John, marszcząc brwi.
Otworzył w milczeniu usta, gdy zlustrował postawę Grega. Świetnie. Lestrade uwielbiał tę swoją przejrzystość.
Niewyraźnie usłyszał jak drzwi się otwierają i zamykają. Scherlock wyszczerzył się niesamowicie i natychmiast zszedł z kanapy. Na schodach rozbrzmiały równomierne kroki, a Sherlock stał wyczekująco, podczas gdy Greg był zdezorientowany i przerażony.
— Ach, idealnie. Właśnie o tobie rozmawialiśmy— powiedział Sherlock, wpatrując się w wejście do salonu.
Greg zamarł. Zamknął oczy i oddychał głęboko przez nos. To się nie stało. Wyobrażał to sobie.
— Och, dobry Boże, to nigdy nie jest dobrym znakiem — rozbrzmiała wypowiedziana gładkim głosem odpowiedź.
Ten głos sprawił, że klatka piersiowa Grega zacisnęła się, gdy zapomniał jak się oddycha. Ścisnął mocniej filiżankę. W końcu zmusił się, aby obrócić się i zobaczyć Mycrofta Holmesa stojącego z parasolką w ręku, wyglądającego oszałamiająco w trzyczęściowym garniturze, którego Greg nigdy wcześniej nie widział. Wydał z siebie mimowolny jęk, powodując, że wszystkie spojrzenia skierowały się na jego osobę.
Nie. Teraz to chciał wczołgać się do dziury i umrzeć.
— Mycroft, wierzę, że znaleźliśmy ci złotą rybkę — powiedział Sherlock, brzmiąc radośnie.
Prawdziwe zaskoczenie, które ujawniło się na obliczu starszego Holmesa sprawiło, że Greg otworzył szeroko oczy ze zdziwienia, po czym ich spojrzenia spotkały się. Sherlock spoglądał między nimi, uśmiechając się łagodniej, a te smukłe dłonie idealne do skrzypiec machnęły na nich.
— Mycroftcie, inspektorze Lestrade, wasze obrączki są tylko na pokaz. Obaj macie problemy osobiste i nie możecie przestać myśleć o drugim. To ostatnie było dla mnie raczej denerwujące. Dlaczego nie pójdziecie do kuchni i nie napijecie się wspólnie herbaty?
