Rozdział 24: Dzień w parku

— To jest straszne — jękną Mycroft, z wielką niechęcią wlekąc się po chodniku.

Jego rozbawiony partner, Gregory, szedł obok niego z uśmiechem na twarzy. Widocznie cierpienie ukochanego było dla niego bardzo zabawne.

— Cóż, Myc, to ty wysłałeś Johna i Sherlocka do Paryża, by rozwiązali sprawę. Więc… sam sobie wykopałeś ten grób — odparł starszy mężczyzna, parskając z rozbawieniem, gdy bardzo radosny buldog próbował zejść ze ścieżki w parku, przez co Mycroft chrząknął, ściskając mocno smycz, która w jakiś sposób wciąż się nie zerwała.

— Nadal nie rozumiem, dlaczego postanowili nabyć to śmieszne stworzenie — kontynuował Mycroft, próbując zapanować nad szczeniakiem.

Miał nadzieję na spokojny spacer po parku, podczas wykonywania tego obowiązku, ale najwyraźniej pozostawało to sferze marzeń.

— Ponieważ Gladstone jest uroczy — powiedział Greg, wskazując na psa. Mycroft spojrzał na niego znacząco. „Uroczy" nie było słowem, które przychodziło mu na myśl, gdyby miał opisać to stworzenie. — A John go kocha. Poza tym powiedziałeś, że Sherlock miał psa, kiedy był młodszy. To ma sens.

Mycroft sapnął. Czy było to sensowne, czy nie, wciąż stanowiło to dla niego pewną niedogodność. To, co miało być spokojnym tygodniem relaksu, ponieważ obaj mężczyźni mieli w tym czasie większość dni wolnych, zmieniło się w tydzień pod psem. Tak, wysłał swojego brata i dobrego doktora, by rozwiązali sprawę, ale miał wrażenie, że pani Hudson będzie zajmować się Gladstone'em. Głęboko wierzył, że to zemsta Sherlocka, za przydzielenie mu sprawy.

— Dobrze, kochanie, pozwól, że ja go wezmę — powiedział po chwili jego partner, sięgając po smycz.

Mycroft westchnął z ulgą, gdy szarpanie ustało i mógł pozwolić bolącemu ramieniu odpocząć. Gregory radził sobie znacznie lepiej z psami niż on. Chociaż, prawdę mówiąc, Mycroft nigdy sobie z nimi nie radził. Rudobrody należał Sherlocka, a jego młodszy brat był wtedy w takim wieku, że nie chciał dzielić się swoim psim towarzyszem z nikim innym. Doświadczenie Mycrofta ze zwierzęciem było bardzo niewielkie.

Podeszli do trawnika, gdy Gladstone wyczuł zapach czegoś, co najwyraźniej okazało się niezwykle fascynujące. Poprawiając kamizelkę, Mycroft podążył za Gregory'm w niewielkiej odległości od niego, obserwując interakcje starszego mężczyzny z psem. Wydawał się być naturalny z Gladstone'em. Gdyby Mycroft nie czuł się tak zniechęcony przez hiper aktywną naturę większości psów, z którymi miał kiedykolwiek styczność, niemal rozważałby zakup jakiegoś. Obserwowanie ich zabawy i słuchanie śmiechu Gregory'ego było czymś wspaniałym. Jednak utrzymanie takiego zwierzęcia w ich domu byłoby raczej niemożliwe, więc nie mógłby tego poważnie rozważać. Szczerze mówiąc, kot stanowiłby dla nich bardziej odpowiednim wyborem.

Mycroft podszedł do ławki i usiadł na niej, krzyżując nogi i skupiając się na odzyskaniu oddechu. Mały szczeniak był zadziorny. Starszy z braci Holmes czuł się tak, tak jakby miał wystarczająco dużo ćwiczeń na cały dzień. Patrząc w górę, westchnął z uczuciem, gdy zobaczył Gregory'ego siedzącego na ziemi, walcząc na niby z Gladstone'em, tak spragnionym uwagi. Jak stwierdził, był to wspaniały widok.

— Chcesz do nas dołączyć, Myc? — zapytał Gregory, odwracając głowę, by na niego spojrzeć.

Miał szeroki uśmiech na twarzy, a błyszczące w jego oczach ogniki były psotne. Mycroft spojrzał na niego znacząco i uniósł rękę w uprzejmej odmowie.

— Nie bądź głupcem, Gregory. Nie będę tarzać się po ziemi.

Gregory zaśmiał się, skupiając się ponownie na Gladstone'ie.

— Wiem — powiedział, nie odrywając spojrzenia od zwierzęcia, wskakującego w jego ramiona i poszczekującego. — Tylko się droczę.

Mycroft uśmiechnął się lekko, zwracając uwagę na wyraz zachwytu widoczny na twarzy ukochanego. Przypuszczał, że mimo wszystko spędzenie dnia w paru nie było takim złym pomysłem.