Rozdział 58: Latanie
Greg wiercił się nerwowo na swoim miejscu, wyraźnie próbując nie patrzeć przez pobliskie okno. Może przede wszystkim nie powinien siedzieć przy oknie. W końcu on i Mycroft mieli pełne prawo wyboru miejsca dla siebie. W końcu takie było piękno lotu prywatnym samolotem. Panowała w nim bardzo spokojna, intymna atmosfera, gdzie zamiast linii siedzeń i rozkładanych foteli znajdowały się sofy. I bar. To był cudowny dodatek. Naprawdę mógł skorzystać z drinka.
Mimo, że atmosfera w środku była spokojna, Gregowi daleko było do bycia spokojnym. Nie dlatego, że bał się, szczególnie wysokości, ponieważ tak nie było. Jednak było coś w przebywaniu w samolocie, co sprawiało, że czuł się wyjątkowo nerwowo. Latanie tysięcy mil w powietrzu na wysokości, na której naprawdę nie powinno się znajdować. Z jakiegoś gównianego powodu nie mieli skrzydeł. Greg czuł się dobrze, będąc na ziemi, ale jego partner nalegał, by polecieli samolotem na wakacje, ponieważ było to znacznie szybsze i prostsze niż jazda samochodem. Oczywiście nie zaprzeczył tej oczywistej prawdzie i w ten właśnie sposób znaleźli się tutaj.
Mocno ściskając podłokietniki fotela, Greg pochylił głowę i zamknął oczy. Tak długo, jak o tym nie myślał i nie patrzył na zewnątrz… Ale wtedy pojawiły się turbulencje i trochę nim to wstrząsnęło. Westchnął, marszcząc brwi.
— Gregory? — Usłyszał pytający, swobodny głos swojej drugiej połówki. Niechętnie odwrócił głowę, by spojrzeć na Mycrofta, wiedząc, że ten dostrzeże wszystkie jego obawy. I oczywiście tak było. — Najdroższy, jesteś całkowicie bezpieczny.
— Wiem o tym— prychnął, zaciskając mocno dłonie przed sobą. — Ale nadal…
Przeraża mnie to. Nie dokończył tej myśli. Tak naprawdę nie musiał. Zanim cokolwiek innego zostało powiedziane, Mycroft wstał i podszedł do niego. Greg poczuł przypływ paniki, obserwując, jak swobodnie porusza się po pokładzie. Czy naprawdę powinien chodzić? To nie wydawało się bezpieczne. Potem wyciągnął rękę, prosząc go, by chwycił go za dłoń. Poważnie? Greg NIE chciał wstać z miejsca. Nie. Nie, kiedy samolot był w ruchu. Patrzył na wyciągnięta rękę, czując się niemal sparaliżowany.
— W porządku, Gregory. Chodź tutaj — powiedział spokojnie Mycroft, podchodząc do niego, gdy starszy mężczyzna nie wziął go za rękę. Owinął swoje smukłe palce wokół nadgarstka Grega i podciągnął delikatnie, wyciągając niechętnego inspektora z siedzenia. Lestrade prawie przylgnął do bicepsa Mycrofta, kiedy wstał. Jego brązowe oczy były szeroko otwarte, za to polityk wydawał się rozbawiony. — Chodź.
Odwrócił się i pociągnął za sobą Grega, prowadząc go do jednej z wielkich sof, które stały bliżej baru. Greg chwiał się na nogach. Podejrzewał, że przy tak wielu podróżach, jakie Mycroft odbywał z powodu swojej pracy, dla młodszego mężczyzny lot nie był niczym niezwykłym. Ale nie mógł przestać wariować. W końcu jednak został delikatnie pchnięty na sofę, a Mycroft wspiął mu się na kolana. Greg zamrugał, patrząc na niego zaciekawiony.
— Wydaje się, że wymagane jest coś, co odwróci twoją uwagę od podróży — powiedział cicho Mycroft. Jego głos się zmienił. Przybrał głębszy, jedwabisty ton, który Greg znał. Wiedział dokładnie, co robił jego kochanek.
— Próbujesz mnie uwieść? — zapytał z uśmiechem.
W odpowiedzi Mycroft zaczął powoli rozpinać jego koszulę. Uśmieszek, który pojawił się na jego twarzy był pełen pewności siebie, a jego bladoniebieskie oczy iskrzyły się.
— Och, mój drogi Gregory, nie ma w tym żadnych prób — mruknął, pochylając się i niemal atakując szyję Grega.
Całował i przygryzał opaloną skórę, zwracając szczególną uwagę na punkt tętna i obojczyk. Wrażliwe punkty Grega, który jęknął, chwytając Mycrofta za boki. Wygiął się w łuk.
Młodszy mężczyzna miał rację. Nie było prób. Greg natychmiast był pod wpływem Mycrofta, jak to miało miejsce zawsze. Mycroft był tak dobry w tym i było to cholernie chwalebne. Lestrade szybko zdał sobie sprawę z gorąca panującego między nimi i sposobu, w jaki ich biodra ocierały się o siebie. Nie miał dość. Potrzebował więcej.
Nie trzeba dodawać, że całkowicie zapomniał o locie.
