Rozdział 118: Nalot

— W porządku ludzie, zachowajcie czujność — polecił Greg swojemu zespołowi. — Wszyscy byli ubrani w kuloodporne kamizelki. Nawet Mycroft. Polityk protestował, ale taki był warunek Grega, jeśli chciał uczestniczyć w akcji. Grano według jego zasad albo wcale. — Ci ludzie mają umiejętności, są bezwzględni i zdeterminowani. To nie są przestępcy z gatunku uliczników, to terroryści.

— Koniecznie musimy wziąć jednego z nich żywcem — dodał Mycroft.

Greg zauważył nieufne spojrzenie, które wymienili między sobą jego ludzie. Pstryknął palcami.

— Ma rację — stwierdził Greg. — Posłuchajcie, ja dowodzę, ale pan Holmes ma dobre informacje. Wie więcej o tym, co się dzieje i co ci goście planują, niż my. Dlatego jeden ma pozostać przy życiu. To nie znaczy, że nie możecie ich skrzywdzić. Teraz do roboty.

Bez słowa każdy oficer odszedł do formacji, która zaplanowali i odpowiednio się skoordynowali, pozostawiając Grega sam na sam z Mycroftem.

— Zostań ze mną, dobrze? A jeśli sytuacja stanie się zła, musisz…

— Ciiii, Gregory — powiedział spokojnie Mycroft, kładąc palec na ustach inspektora. Greg sapnął, ale zamilkł. Patrzył błagalnie brązowymi oczami. — Dobrze. Nic mi nie będzie. Chodźmy.

— W porządku — westchnął Gregory. — Czy powiedziałem, jak bardzo nie podoba mi się ten plan?

— Tak, najdroższy — zaśmiał się cicho Mycroft.

Greg zmarszczył brwi.

— Po prostu… proszę, bądź ostrożny. I miej przy sobie broń. Proszę.

Unosząc się na palcach, Greg delikatnie pocałował Mycrofta. To była jedyna chwila, jaką mogli na to poświęcić. Inspektor odwrócił się i obaj pochyleni udali się na wyznaczone dla nich miejsce. Serce Grega waliło szaleńczo. Jego dłoń przytrzymująca nadgarstek ręki, w której trzymał broń zacisnęła się. Takie rzeczy zawsze powodowały, że jego adrenalina i determinacja gwałtownie rosły. Pod spodem znajdowała się warstwa paniki. Oczywiście nie z powodu swojego życia, ale Mycrofta. Nienawidził faktu, że jego partner był tutaj, ale nic nie można było na to poradzić.

Kiedy rozpoczęli nalot, wszystko stało się niewyraźne. Zawsze tak było. Ciemność, krzyki, wystrzały. Ludzie gubili się nawzajem, ale wciąż rozbrzmiewały rozkazy, by strzelać i zniwelować niebezpieczeństwo, aż złoczyńcy zostaną unieszkodliwieni. To było wszystko, o co Greg mógł prosić.

— Pamiętać, pozostawić jednego! — krzyknął Greg, gdy zbliżali się, zerkając przez ramię, by zobaczyć Mycrofta idącego za nim z pewnie trzymaną bronią.

Uśmiechnął się lekko, dając sobie chwilę na podziwianie, jak niesamowicie seksownie wyglądał młodszy mężczyzna. Kiedy się odwrócił, żeby się wycofać, usłyszał więcej strzałów. Jeden zabrzmiał przed trzema następnymi, po czym rozległo się sapnięcie. Zza nim. Greg poczuł jak serce mu zamiera.

Natychmiast się odwrócił, szukając Mycrofta z szeroko otwartymi oczami. Znalazł go dokładnie tam, gdzie był przed chwilą, ale nie trzymał już broni. Kołysał się i zamrugał zmieszany, zanim spojrzał na Grega.

— Gregory… — rozpoczął, a jego głos był pełen bólu.

Zmarszczył brwi i potknął się. Zaczął opadać do przodu. Gregory podbiegł do niego, wyciągając rękę i chwytając go, zanim całkowicie padł na ziemię. Upadając na kolana, Greg przyciągnął do siebie Mycrofta, próbując się dowiedzieć, gdzie został postrzelony.

Czuł, jak ciepła krew spływała mu na kolana i w końcu znalazł ranę. Kula w jakiś sposób przedarła się przez kamizelkę, która miał na sobie Mycroft i trafiła go w bok. Greg miał nadzieję, że nie było tak źle, jak to sobie wyobrażał.

— Hej, Myc — powiedział, poklepując lekko Mycrofta po policzku, aby zwrócić jego uwagę.

Spojrzenie jasnoniebieskich oczu spoczęło na nim, a polityk zmarszczył brwi.

— Gregory? — zapytał. Jego głos był teraz łagodniejszy. Miał płytki oddech i tracił koncentrację. Ból był prawdopodobnie zbyt intensywny.

— Musisz zostać przytomny, słyszysz? — zapytał Greg, zmuszając Mycrofta do ponownego spojrzenia na siebie. Po chwili podniósł głowę i krzyknął: — Medyk!

Na szczęście ratownicy medyczni pojawili się chwilę później. Greg nadal mamrotał coś do Mycrofta, starając się utrzymać go czujnym i przytomnym, żeby nie wpadł w szok. Kiedy medycy przybyli, zaczęli odciągać go od rannego mężczyzny, co sprawiło, że jego serce ścisnęło się. Jęknął, wyciągając rękę, nie chcąc opuszczać Mycrofta.

W końcu opamiętał się, wstał i pobiegł za nimi. Musiał iść. Nie trzeba było wiele przekonywania, żeby mógł wejść do karetki. Patrzył bez tchu, jak Mycroft został pozbawiony marynarki, kamizelki i koszuli. Garnitur… To był jeden z ulubionych Grega. To sprawiło, że ból w jego klatce piersiowej stał się dotkliwszy.

Robił wszystko, co w jego mocy, by łzy nie popłynęły mu po policzkach. Pięści miał zaciśnięte tak mocno, że aż pobielały mu kostki. Nikt z nim nie rozmawiał. Medycy kulili się nad Mycroftem w karetce i rozmawiali ze sobą, ale nikt nie odezwał się do Grega.

To miała być cholernie długa noc.