Rozdział 134: Kim jesteś?

Mieszkanie Sherlocka było puste, nie było w tym nic dziwnego. Najczęściej takie było. Mycroft westchnął, obserwując obraz monitoringu. Bez wątpienia Sherlock znów się gdzieś odurzył… Narkotykowy nałóg jego młodszego brata był niepokojący, a zamartwianie się Mycrofta było wyczerpujące. Jednak bez względu na to, co zrobił, nie mógł zmusić Sherlocka to rzucenia narkotyków.

Część niego zastanawiała się, czy Sherlock robił to na złość. Ich relacja była skomplikowana i w niektóre dni Mycroft uświadamiał sobie, że tęskni za dniami ich dzieciństwa, kiedy obaj dobrze się ze sobą dogadywali. Wydawało się, że minęła wieczność od tamtego czasu. Napięcie między nimi było bardzo intensywne, a Sherlock nienawidził przebywać w jego obecności, mimo że Mycroft po prostu próbował mu pomóc. Naprawdę się o niego troszczył, a jego zmartwienie dotyczące dobra młodszego brata było ciągłe.

Wrócił do wykonywania swojej pracy. Miał dużo więcej obowiązków na swoim nowym stanowisku (awansował dwa miesiące wcześniej). Jednak po chwili jego uwagę przykuł ruch na ekranie, który zarejestrował kątem oka. Zamrugał odwróciwszy się z powrotem do ekranu ukazującego widok mieszkania Sherlocka. Spodziewał się, że zobaczy brata potykającego się przy wchodzeniu do środka i opadającego na kanapę, tak jak to robił wiele razy wcześniej. To, co zamiast tego zobaczył… zaskoczyło go.

Jego brwi uniosły się wysoko, gdy patrzył, jak Sherlock wchodził do mieszkania prowadzony przez mężczyznę, którego wcześniej nie wiedział. Nieznajomy był starszy, jego ciemne włosy zaczęły siwieć wokół skroni. Miał zmarszczki na twarzy, które stały się głębokie przez lata i było jasne, że był dość ekspresywny. Miał wokół siebie autorytatywną aurę, a nawet kiedy w zasadzie podtrzymywał cały ciężar ciała Sherlocka, nadal trzymał się prosto i stabilnie.

Mycroft zupełnie zapomniał o tym, co robił, gdy obserwował, jak ten mężczyzna poprowadził Sherlocka przez pokój i położył go na kanapie. Jego młodszy brat był oczywiście mocno odurzony, ale nadal wyglądało to tak, jakby protestował. Mycroft szybko sięgnął przez stół, aby włączyć dźwięk.

— Daj spokój, Lestrade — wymamrotał Sherlock, niemalże niezrozumiale, próbując odepchnąć drugiego mężczyznę.

— Cholera — zabrzmiał głęboki, szorstki głos… Lestrade'a. Mycroft nabazgrał nazwisko na wierzchu notatnika. Miał przed sobą wiele wyszukiwań.

— Nic mi nie jest — mruknął z irytacją Sherlock, obracając się i zwijając się w kłębek na kanapie.

Mycroft mógł stwierdzić, że się trząsł. Czyli właśnie wychodził z haju.

— Wcale nie. Znajdowałeś się w melinie narkomanów — argumentował Lestrade. — Masz cholerne szczęście, że pojawili się moi ludzie, a ja dzięki bogu byłem razem z nimi. Powinienem cię aresztować.

Czyli Lestrade był policjantem. Najprawdopodobniej pracował dla Scotland Yardu. Może był sierżantem? Najwyraźniej miał drużynę, więc posiadał jakąś władzę, ale nie wydawał się być bardzo wysoko w hierarchii dowodzenia… Musiał być jednak na tyle ważny, by upiekło mu się nie aresztowanie ekstremalnie odurzonego człowieka, takim jak był w tamtej chwili Sherlock. Dlaczego go jednak nie aresztował? To było dziwne.

— Byłeś w złym miejscu — powiedział Sherlock, a Mycroft rozpoznał, że wpadał w tryb dedukcji, z którego znani byli obaj bracia Holmes. — Musisz udać się do tego, który znajduje się przy drodze do…

— Cicho. W tej chwili nie obchodzą mnie te szalone dedukcje — wtrącił się Lestrade, z powagą wskazując palcem na Sherlocka.

Czyli był tego świadomy. Było oczywiste, że to nie było ich pierwsze spotkanie. Jak to się stało, że Mycroft nie wiedział o tym człowieku, aż do teraz?

— Z takim podejściem nigdy nie zostaniesz inspektorem — powiedział uwłaczająco Sherlock.

— Nie obchodzi mnie to. Zrobię ci herbaty, wypijesz ją, do cholery, a potem weźmiesz prysznic. Następnie położę cię do łóżka. I nie waż się nawet myśleć o wymknięciu się, gdy tylko odejdę, czy rozumiesz? Nie sądź, że się tego nie spodziewałem.

Mówiąc to, starszy mężczyzna przeszedł do żartu jaki stanowiła kuchnia Sherlocka, aby zrobić herbatę, jak przypuszczał Mycroft. Im dłużej słuchał i patrzył, tym bardziej był zszokowany. Był zaskoczony, ale również odczuwał… ulgę? Ten człowiek opiekował się Sherlockiem. Co ważniejsze, Sherlock mu na to pozwalał. Spojrzenie jasno niebieskich oczu zmiękło, gdy Mycroft obserwował, jak Lestrade klęknął obok kanapy i pomagał Sherlockowi wypić herbatę. Miał ze sobą szmatkę, którą zaczął przyciskać do czoła i policzków młodszego z braci Holmes.

Mycroft kontynuował obserwację długo po tym. Po prostu wpatrywał się w pusty salon, Sherlocka w łóżku, który właściwie spał, wciąż skierowany głową w stronę, gdzie klęczał starszy mężczyzna. Lestrade… Szybkie sprawdzenie ujawniło, że był to Gregory Lestrade, sierżant ze New Scotland Yardu. Żonaty, dwójka dzieci, gdzie ostatnie niedawno się narodziło…

Mycroft delikatnie przygryzł dolną wargę. Musiał poznać tego mężczyznę. Czuł się dziwnie. Czuł coś, czego nigdy wcześniej nie odczuwał. Pragnął poznać tego człowieka i… Mycroft sam nie był pewien dlaczego. Ale nieświadomie dla nich obu, ten sierżant coś mu zrobił, a to był dopiero początek.