Rozdział 151: Mieli szczęście
Greg był w pracy, kiedy odebrał telefon. Nie pamiętał, co robił. Co dziwne, pamiętał kawę. To było jak w przypadku wypadku samochodowego. Jego ofiara skupiała się na najdziwniejszych rzeczach. Gdzie był jego telefon albo, o Boże, ta lub tamta osoba zamierzała go zabić. Greg przypomniał sobie kawę. Pamiętał jej zapach i kolor.
— Lestrade — powiedział szorstko, kiedy odebrał telefon.
— Samolot pana Holmesa miał awarię silnika. Jest w drodze do szpitala. Wyślę ci adres.
Ledwie zdążył odpowiedzieć, gdy Anthea zakończyła rozmowę, tak szybko, jak ją rozpoczęła. Czuł się spetryfikowany. Awaria silnika? Z pewnością źle usłyszał. Czuł, jak jego telefon wibrował mu w dłoni, gdy został wysłany wspomniany adres, ale Greg był odrętwiały. Dzwoniło mu w uszach i czuł zapach tej cholernej kawy i o Boże.
Sally weszła do jego biura, gdy jego kubek z kawą upadł na podłogę, roztrzaskując się i rozlewając gorącą kawę. Zaniepokoiło ją to, a Greg ledwie się poruszył. W jednej chwili patrzyła na niego z drugiego końca pokoju, a w następnej była u jego boku. Trząsł się. O może to była ona? Nie wiedział.
Po tym, jak ledwo udało mu się wydobyć z siebie słowa, Sally poprowadziła go przez Yard na ulice Londynu do jego samochodu. Tak, musiał dostać się do szpitala. Zatrzymał się. Będzie w stanie prowadzić? Nie miał pojęcia, co się działo. Spojrzał na Sally, błyszczącymi od łez, błagajacymi oczami.
— Sal, muszę… — powiedział drżącym głosem, który brzmiał zupełnie obco dla niego. Sally pokręciła głową.
— Wsiadaj na miejsce pasażera — powiedziała cicho, szturchając go w ramię. — Będę prowadzić. Masz adres?
— T… tak — wymamrotał, posłusznie spełniając jej polecenie, niemalże opadając na miejsce pasażera.
W ten sposób znalazł się w dużej, odosobnionej sali szpitalnej, wpatrując się w nieprzytomnego męża, który leżał na łóżku obok niego. Wydawał się taki słaby i po prostu… nie taki jak on. To było przerażające. Głowę miał owiniętą bandażami, a pod oczami i wzdłuż ramion miał sińce. Na jego rękach również znajdowała się gama zranień, których bandaże w żaden sposób nie zakrywały.
Greg opadł ciężko na pobliskie krzesło. Krótko rozmawiał z lekarzem, a potem z Antheą. Najwyraźniej Mycroft był jednym ze szczęściarzy. Trzech innych pasażerów zginęło, dwóch kolejnych było w poważnej śpiączce… Chociaż nie byli do końca pewni, kiedy polityk się obudzi, jego utrata przytomności nie była aż tak poważnym problemem. Miał jednak złamane żebra i obojczyk. Musiał również przejść przez dwie transfuzje krwi niemal natychmiast po przyjęciu do szpitala.
Jego funkcje życiowe wciąż były na bezpiecznym poziomie i wymagały ścisłego monitorowania przez co najmniej 48 godzin. Może jeszcze minąć tyle czasu, zanim Mycroft będzie wystarczająco przytomny, by wiedzieć, co się działo. Może dłużej. Z pewnością będą to dwa lub trzy tygodnie w szpitalu, zanim w ogóle będą mogli zacząć rozmawiać o zwolnieniu do domu.
Kiedy sytuacja w końcu do niego dotarła i został sam w pokoju z swoim nieprzytomnym mężem, Greg zaczął płakać. Odrętwienie ustąpiło i wszystko runęło na niego niczym ceglana ściana. Ukrył twarz w dłoniach i płakał. Oczywiście, że mieli szczęście. Wiedział o tym. Mycroft żył i wydawało się, że wyzdrowieje bez żadnych problemów. Nie zmieniało to faktu, że Greg wciąż był przerażony.
Po około dwudziestu minutach z oczu przestały mu płynąć łzy, a ciałem trząsł suchy płacz. Jego nos był zatkany i ciekło z niego, zaczynał odczuwać również pulsujący ból głowy i ledwo mógł oddychać. Oparł się ciężko o oparcie krzesła i chwycił pudełko chusteczek, które leżało na małym stoliku. Zaczął doprowadzać się do ładu. Zajęło to kilka chusteczek i dużo wydmuchiwania nosa, ale wreszcie mógł znowu oddychać.
Z wyczerpanym westchnieniem osunął się ponownie na swoim krześle i wyprostował nogi. Jego wzrok przesunął się ponownie na Mycrofta. Teraz… jedynie co mógł zrobić, to czekać.
