Rozdział 154: Podróż służbowa

Kiedy Greg i Mycroft obudzili się tego ranka, kochali się. Powoli, leniwie i namiętnie. Żaden z mężczyzn się nie spieszył i zatracili się w doznaniach, poddając się im. To była całkowita błogość. To była najczystsza definicja "kochania się" jaka istniała.

Po równie leniwym okresie odpoczynku wzięli wspólny prysznic. Po nim zjedli lekkie śniadanie składające się z kawy dla Grega i herbaty dla Mycrofta oraz rogalików z masłem. Tym razem było cicho i spokojnie, cieszyli się swoim towarzystwem bez potrzeby mówienia, od czasu do czasu ocierając się o siebie pod stołem.

Po śniadaniu wrócili do sypialni z zamiarem ubrania się. Zamiast tego znów się kochali. Ten raz był bardziej zdesperowany i potrzebujący. Przytulali się do siebie, zaznaczając partnera we wszystkich odpowiednich miejscach. Greg gryzł, a Mycroft drapał. Obaj jęczeli głośno. To było tak, jakby tego dnia nie mieli jeszcze ani jednego orgazmu.

Potem przytulali się jeszcze dłużej, splatając swoje palce, odgarniając włosy i całując się leniwie. Żaden z mężczyzn nie chciał patrzeć na zegar, ale obaj wiedzieli…

— Naprawdę przepraszam, ale muszę iść — wymamrotał Mycroft po raz milionowy tego dnia, kiedy kilka godzin później ostatecznie skończył się pakować.

— Hej, to twoja praca — powiedział Greg z miejsca, w którym siedział ze skrzyżowanymi nogami na łóżku, przy kopcu stworzonym z ich poduszek. — Od samego początku wiedziałem o tym. Jest w porządku.

— Ale to nie sprawia, że jest to przyjemniejsze — westchnął Mycroft.

Szczerze mówiąc, w klatce piersiowej Grega pojawiło się ciepłe uczucie, że jego partner przeżywał tak trudne chwile jak on. Żaden z nich nie był tym zachwycony. To byłby najdłuższy czas, na jaki Mycroft musiał wyjechać, odkąd ich związek stał się poważniejszy i zamieszkali ze sobą.

— Cały miesiąc… — mruknął Greg z westchnieniem. Mogłoby to potrwać dłużej. Zaplanowano podróż na miesiąc, ale widać było, że polityk spodziewał się dłuższego pobytu. —Proszę, powiedz mi, że będziesz bezpieczny.

— Przysięgam ci, Gregory. To będą jedynie spotkania i konferencje. Wszystkie prace przy biurku. Już dawno skończyłem ze wszystkim, co jest związane z inną dziedziną rzeczy tego typu.

Greg skinął głową. Spotkania. Mnóstwo spotkań z innymi politykami i ekstrawaganckie kolacje, na którym byłoby więcej spotkań, a potem telekonferencje, po których następowało więcej spotkań. Brzmiało to strasznie nudno. Greg zostałby doprowadzony do szaleństwa, gdyby musiał radzić sobie z tak napiętym harmonogramem. Jezusie.

— Spróbuj nie umrzeć z nudów. — Uśmiechnął się, wstając z łóżka. Mycroft zapinając kamizelkę, rzucił mu niemal utrapione spojrzenie.

— Nie mogę tego obiecać — wycedził, ale w jego oczach pojawiło się rozbawienie. Greg uśmiechnął się promiennie.

Pomógł Mycroftowi przenieść bagaż przez dom do czekającego samochodu. Anthea siedziała w środku i jak zawsze stukała w swojego Blackberry. Na krótką chwilę uniosła wzrok i skinęła głową Gregowi na powitanie.

— Pożegnam cię na lotnisku — oznajmił młodszemu mężczyźnie, gdy stali obok samochodu. Mycroft spojrzał na niego z zaskoczeniem, ale skinął głową i delikatnie ścisnął jego biceps.

— Byłoby cudownie, Gregory — wyszeptał, całując Grega w czoło, zanim obaj wsiedli do samochodu.

Jazda w większości odbyła się w ciszy. Greg wyciągnął dłoń i mocno splótł ich palce. W pewnym momencie Anthea pochyliła się i przekazała mu pewne informacje dotyczące harmonogramu Mycrofta: czego się spodziewać po ich przybyciu i tego typu rzeczy. Nic z tego nie było zbytnią tajemnicą, ale Greg i tak nie zwracał na to uwagi. Najlepiej zapewnić im prywatność w tym zakresie.

Anthea zajęła się bagażem, kiedy dotarli na lotnisko, zostawiając Grega i Mycrofta z bagażem podręcznym tego drugiego. Razem dotarli do terminalu. Ledwie zdążyli się zrelaksować, zanim pojawił się komunikat wzywający do wejścia na pokład.

— Dbaj o siebie — powiedział Mycroft, nie kryjąc troski w swoim tonie, gdy spoglądał na Grega.

— Będę. Ty również dbaj o siebie. Powiem Anthei, żeby się tobą zaopiekowała — odpowiedział Greg, próbując zignorował swoje zaciśnięte gardło. Przysiągł sobie, że nie będzie płakać.

— Nie zapracuj się tak, że nie będziesz spać — powiedział Mycroft, przeczesując smukłymi palcami srebrzyste włosy. — Wiem, że będziesz miał do tego tendencję.

— Obiecaj, że do mnie zadzwonisz — powiedział Greg, starając się, żeby to nie zabrzmiało błagalnie.

— Tak często, jak tylko będę mógł — nadeszła odpowiedź Mycrofta. Obaj wiedzieli, że będą to rzadkie momenty.

— Może będziemy mogli porozmawiać przez wideoczat?

— Chciałbym bardzo.

— Już za tobą tęsknię.

— A ja za tobą, Gregory.

— Nie odchodź, Myc.

— Muszę, najdroższy.

Pocałowali się namiętnie, a Greg wiedział, że ściskał drugiego mężczyznę trochę zbyt desperacko. Czuł, jak pieką go oczy. Nie, nie będzie płakał. Nie mógł. Mycroft oddał mu pocałunek, który był bardziej namiętny niż jakikolwiek, którym dzielili się publicznie, ale żadnego z nich to nie obchodziło.

— Wrócę, zanim się zorientujesz — wyszeptał Mycroft w usta Grega. Inspektor zaśmiał się z boleścią.

— Wątpliwe.

— Zadzwonię do ciebie, kiedy wyląduje.

— Abyś tylko spróbował nie.

— Kocham się, Gregory.

— Ja ciebie także, Mycroftcie.

Znowu się pocałowali, aż w końcu Mycroft musiał podjąć decyzję o odejściu. Ich ręce rozłączyły się jako ostatnie. Greg zacisnął palce wyższego mężczyzny nieco za mocno, gdy wyślizgnęły się z jego uścisku. Wypuścił drżące westchnienie, obserwując, jak Mycroft odwrócił się i przeszedł przez terminal, znikając mu z pola widzenia.

Nie mógł znieść ciszy w drodze do domu. Nie mógł jej znieść w domu. Wyciągnął swoje stare albumy Clash i puszczał je do późnej nocy, dopóki nie usłyszał głosu Mycrofta. Rozmawiali przez godzinę, zanim polityk został zmuszony do rozłączenia się, aby wziąć udział w swoim pierwszym spotkaniu.

Greg spał tej nocy na połówce łóżka Mycrofta, z twarzą ukrytą w poduszce, dając się otoczyć jego zapachem.