Rozdział 157: Gościnne czerwcowe opowiadanie

Greg i Sherlock biegli tak szybko, jak mogli przez ciemny i pusty magazyn. Na godzinę przed otrzymaniem informacji przez Sherlocka, w trzewiach tego budynku mogli znaleźć podejrzanego o ostatnie morderstwo. Jedynie, co teraz znaleźli, to martwy człowiek - plus absurdalnie duża ilość materiałów wybuchowych wyposażonych w zegar. Zegar, który pokazywał im, że na opuszczenie budynku zostało 58 sekund, więc pobiegli.

Długie nogi niosły Sherlocka w kierunku następnego wyjścia z niesamowitą prędkością, a Greg podążał za nim tak szybko, jak tylko mógł. Inspektor, nieco starszy i nie wyposażony w nogi jak u antylopy, stracił z oczu detektywa-konsultanta. Dlatego na skrzyżowaniu skręcił w lewo, tam gdzie Sherlock skręcił w prawo.

Wyskakując przez drzwi na pas trawy na zewnątrz, Sherlockowi udało się tylko pomyśleć, że 58 sekund powinno już minąć, kiedy eksplozja poderwała go z ziemi i rzuciła na sąsiednie drzewo.

OoO

Było późno i ściemniało się, gdy Anthea weszła do sali konferencyjnej. Mycroft Holmes spojrzał na nią z ciekawością, ponieważ Anthea nigdy nie brała udziału w spotkaniach bez bardzo dobrego powodu. Podeszła i szepnęła mu do ucha:

— Zdarzył się wypadek. Inspektor Lestrade.

Mycroft natychmiast wstał ze swojego miejsca.

— Proszę o wybaczenie…

W rzeczywistości nie obchodziło go, czy dwaj ambasadorowie, z którymi się spotykał, wybaczą mu czy nie. Nie było mowy, żeby tutaj został. Anthea podała mu płaszcz i pospieszyli się do czekającej limuzyny.

Pół godziny lub około 3600 uderzeń serca później limuzyna podjechała przed miejsce wypadku, które wyglądało, jakby cała londyńska straż pożarna zebrała się wokół ogromnej sterty gruzu. Dymiący i parujący stos, który kiedyś podobno był budynkiem, a teraz był bombardowany wodą ze wszystkich stron.

Mycroft podbiegł do karetki, przy której zauważył Johna Watsona. Mężczyzna spojrzał na niego z niepokojem.

— Sherlock jest pod opieką. Ma złamany nadgarstek i kilka siniaków. —Nie bardzo chcąc przekazywać tą wiadomość, ale wiedząc, że musi, dodał: — Wciąż nie znaleźli Grega.

Zaginął w tym stosie pokruszonego betonu i spalonego drewna? Jego Gregory? Jeśli to możliwe, Mycroft zbladł jeszcze bardziej, a jego bicie serca przyspieszyło o kolejny stopień.

— Ej, nie mdlej teraz — powiedział John, podchodząc i chwytając go za ramię.

Mycroft wiedział, że nie zemdleje, ale nadal cieszył się, gdy John zmusił go, by usiadł na schodkach karetki, w której zajmowano się Sherlockiem. W ręce Mycrofta wsunięto butelkę z wodą, a wokół jego ramion owinięto koc.

— Jestem pewien, że wszystko z nim będzie dobrze — powiedział mu John. — Okej?

Mycroft skinął głową, obserwując szeroko otwartymi oczami, kiedy podjechał kolejny wóz strażacki, z którego wyskoczyła grupa strażaków, zabierających się do pracy.

W gruzach Greg wyczołgał się z rowu, do którego został wrzucony po eksplozji. Bolała go głowa, był przemoczony od lodowatej wody wystrzelonej przez strażaków i od stóp do głów pokryty sadzą. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, kiedy wyszedł z zarośli. Z wyjątkiem dużego guza na skroni, Greg był mniej więcej w porządku, więc zataczając się szedł dalej. Drżał z zimna i wcześniej przez jakiś czas leżał na chłodnej ziemi. Pomyślał, że gdyby dalej szedł, znalazłby karetkę, z której mógłby dostać koc.

Mycroft nie miał pojęcia, co sprawiło, że spojrzał w górę, ale od razu zauważył mężczyznę, który nadchodził z ciemności. Wstał i pospieszył w kierunku przemoczonej postaci. Nie zważając na swój drogi garnitur, wziął Gregory'ego w ramiona. Owinął go kocem i ukrył twarz w mokrych i brudnych włosach, nie dbając o to, że sadza natychmiast przeniosła się na jego twarz i ubranie. A Gregory był zbyt szczęśliwy, że mógł się przytulić i na dobre zrujnować garnitur Mycrofta.