Rozdział 172: Okulary
Z odrobiną niechęci Greg pochylił się i delikatnie zapukał do drzwi gabinetu Mycrofta. Młodszy mężczyzna został zmuszony do przerwania ich wspólnego wieczoru, aby odebrać bardzo ważny telefon i uporządkować jakieś dokumenty. Nie było go prawie dwie godziny. Słyszał, jak Mycroft przemawiał po drugiej stronie drzwi, wyraźnie w trakcie kolejnej rozmowy telefonicznej. Przez chwilę pomyślał, że powinien zrezygnować i wrócić później.
— Tak? — usłyszał, jak jego mąż wołał, gdy odwracał się, by odejść.
Przypuszczał, że to dobry czas. Z cichym westchnieniem uchylił drzwi i wsunął głowę do środka.
— Przepraszam, Mycroft, nie chcę przeszkadzać — zaczął Greg, otwierając nieco bardziej drzwi i wchodząc do pokoju.
— Nonsens, Gregory, jest dobrze — powiedział Mycroft, podnosząc wzrok. — Czy wszystko w porządku?
Greg otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle, gdy wpatrywał się w swojego męża. Mycroft miał na nosie okulary w cienkich złotych oprawkach, a soczewki migotały nieco w świetle stojącej obok niego lampki stołowej. Greg… nigdy wcześniej nie widział go w okularach. Zamrugał.
— Gregory? — powtórzył Mycroft, unosząc z zaciekawieniem brew.
— Przepraszam — zaczął Greg, wyrywając się z transu.
Nie mógł jednak przestać się gapić. Mycroft nosił okulary. Był… cóż, do diabła, był w nich całkiem atrakcyjny.
— Zamierzasz się tylko wpatrywać, najdroższy? — ponownie odezwał się Mycroft, a Greg zamrugał, gdy zdał sobie sprawę, że jego tok myśli znowu się wykoleił z właściwych torów. Zaśmiał się w zakłopotaniu.
— Przepraszam. Po prostu… okulary? — Nie mógł powstrzymać się od pytania.
Mycroft poruszył się na swoim krześle.
— Ach tak — westchnął, zdejmując je. Greg skłamałby, gdyby powiedział, że nie był z tego powodu rozczarowany. Właśnie zaczął podziwiać wygląd Mycrofta w nich. — Uważam, że po męczących dniach pomagają uniknąć mi bólu głowy.
— Dobrze w nich wyglądałeś — powiedział Greg, podchodząc nieco bliżej.
Mycroft uśmiechnął się i spojrzał w dół, żeby wyprostować swój plik papierów, a potem odsunął je na bok.
— Dziękuję, najdroższy — powiedział, zerkając na ekran komórki, zanim schował ją do kieszeni. — Przepraszam, że tak długo mi to zajęło. Poświęciłem na to znacznie więcej czasu, niż się spodziewałem.
— W porządku. Właśnie dlatego tutaj przyszedłem. Twój syn nie uważa już mojej obecności za wystarczającą. Żąda swojego taty.
Mycroft zaśmiał się i potrząsnął głową, wreszcie wstając. Wyłączył małą lampkę i włożył okulary do futerału, po czym odłożył je do górnej szuflady biurka.
— Tak, nasz Oliver jest bardzo asertywnym, młodym mężczyzną — powiedział z rozbawieniem Mycroft. — Ma to po tobie, Gregory.
— Nie, wierzę, że ma to po tobie — odpowiedział Greg, uśmiechając się. — Tak, zdecydowanie po tobie. Jego umiejętności negocjacyjne nie mają sobie równych.
— W takim razie może powinniśmy iść — powiedział Mycroft, podchodząc i pochylając głowę, by złożyć pocałunek na ustach Grega. — Ponieważ jeśli tak jest i zajmie nam za to dużo czasu, konsekwencje będą tragiczne.
Greg roześmiał się i obaj wrócili do salonu, gdzie Oliver siedział na jednym ze swoich koców i bawił się pluszakami oraz klockami.
— Tata! — powiedział z naciskiem, ale uśmiechnął się promiennie.
Trzymał wypchaną parasolkę, którą Greg kupił kilka miesięcy, jako żart, ale okazało się, że mały wręcz ją uwielbiał.
— Widzę Oliver. Twój tatuś powiedział mi, że mnie potrzebujesz? — zapytał Mycroft swoim słodkim głosem, podchodząc i kucając obok ich syna.
— Siad — polecił Oliver, uderzając w koc obok siebie.
Mycroft zdziwił się, ale potem skinął głową i zrobił, co mu kazano. Greg patrzył, wpatrując się w ich dwójkę z uwielbieniem.
— Tatuś. — Znów rozległ się głos Olivera, najwyraźniej również domagając się jego uwagi. — Obal.
— Dobrze, Ollie. — Zaśmiał się Greg, zamierzając włączyć telewizor. Przerzucał kanały, aż znalazł mecz piłki nożnej. — Uch, Manchester.
— Fuj! — krzyknął Oliver, ponownie uderzając w koc.
— Tak, to mój chłopak.
Greg uśmiechnął się dumnie i usiadł po jednej stronie kanapy, ocierając się stopą o bok Mycrofta. Ciągle myślał o tych okularach. Naprawdę chciał, żeby młodszy mężczyzna częściej je nosił. Wyglądał w nich absolutnie fantastycznie…
Może rozkojarzył się myśląc o tym. To znaczy, dopóki Oliver nie rzucił wypchanej czaszki, którą dał mu Sherlock. Uderzyła go w kolano. Chciał dać wykład synowi za rzucanie przedmiotami, ale wyraz twarzy chłopca sprawił, że surowe słowa szybko zamarły. To był problem. Fakt, że odziedziczył po nim umiejętność robienia psich oczy. Żaden z nich nie mógł się im oprzeć. Przypuszczał, że później będzie mógł wrócić do przypomnienia o zakazie rzucania rzeczami.
